Site icon Nie sprzedawajcie swych marzeń

Wpływamy na wody Antarktydy

Mariusz wygniata ciasto na kopytka, które mają komponować się z pieczoną łopatką

Po opuszczeniu Maqcuarie w sobotnie popołudnie towarzyszył nam stabilny 25 węzłowy wiatr pozwalający na spokojną baksztagową żeglugę na II refie na grocie i pełnej genui. Morze nie było rozbujane, dzięki czemu pod pokładem panował pełen komfort. Sytuacja taka utrzymywała się jeszcze przez całą niedzielę. Cieszyłam się niezwykle z takich warunków, gdyż umożliwiło mi to pracę nad zdjęciami z Maqcuarie i przygotowaniem wpisu. Chciałam zdążyć jeszcze przed poniedziałkowym sztormem. Stabilne warunki wpłynęły także na pomysłowość naszego kapitana w zakresie niedzielnego obiadu. W menu zagościła 4 kilogramowa pieczeń z łopatki wieprzowej (prezent od Bena – kucharza ze stacji) z kopytkami i zasmażaną kapustą. Pieczeń zmacerowaliśmy mieszanką ziół i wrzuciliśmy do piekarnika, kapusta dusiła się praktycznie sama – przemieszana tylko od czasu do czasu. Ale sprawa kopytek, to było już wyzwanie! Wachta kambuzowa przypadła mi i Doktorowi Mariuszowi. Kapitan Mariusz przybył z pomocą, jako główny pomysłodawca przedsięwzięcia. Nikt z nas nie robił wcześniej kopytek. Doktore wspomniał, że jedynie takowe jada – wyśmienite u teściowej. Jednak w wytwarzaniu nigdy nie uczestniczył – przyjeżdża zazwyczaj na gotowe, więc odwołaliśmy się do przepisów z książek kucharskich. Staraliśmy się wszystko przygotować z wielką dokładnością, jednak powstała masa nijak nie chciała się formować w ruloniki nadające się do cięcia w zgrabne kopytka. Z odsieczą przyszedł Misio – dodał jajek, mąki i kluski można było formować. W czteroosobowym składzie uporaliśmy się z ich gotowaniem (nie ma jak praca na 8 rąk – odklejanie, podawanie, wrzucanie na wrzątek i mieszanie). Z efektu byliśmy zadowoleni, chociaż podobno jak na kopytka były za mało puszyste. Ale nie zmienia to faktu, że z pieczenią Mariusza i kapustą zasmażaną komponowały się wyśmienicie. Efekt na stole był rewelacyjny, ale stan kambuza po wszystkim – opłakany… Wszystko było posypane mąką, jak po gęstych opadach śniegu. Ale warto było, bo wspólne przedsięwzięcie w kuchni bardzo nam się podobało. A i kluski, których wydawało się, że jest bardzo dużo (już po obiedzie) zniknęły na nocnych wachtach wraz z kilogramem pieczeni, który został po niedzielnej uczcie.
Poniedziałek przyniósł zapowiadaną w prognozach zmianę pogody. Ja, jako chodzący barometr, od rana czułam, że zaczyna się coś dziać z ciśnieniem. Od południa znacznik na naszym pokładowym barometrze był coraz niżej, a wiatr tężał z każdą godziną. Widoczność spadła do 2 kabli. O 1400 Mariusz podjął decyzję o zmniejszeniu grota do III refu, a o 1800 o całkowitym zrzuceniu. Wiało już do 40 węzłów, a było jeszcze daleko do najsilniejszego wiatru. Wiatr nabierał na sile z każdą godziną. O 1900 wiało już 50 węzłów, a do północy wiatr wciąż się zmagał. Na naszej wachcie między 2100 a 2400 ciśnienie spadło o kolejnych 10 hPa (w sumie 40 w ciągu dnia) osiągając poziom 962 hPa. Płynęliśmy bez grota na samym staysail’u. Jednak gdy powiało 54 węzły wiatru, a na logu pojawiło się 17,4 węzły prędkości, postanowiłam zrefować staysail’a. Prędkość i tak ciągle była rewelacyjna 9-11 węzłów, a w ślizgach na fali nawet 15 węzłów. W nocy z poniedziałku na wtorek odnotowanym rekordem było 63 węzły wiatru i 19,5 węzła prędkości w zjeździe z fali. Sztormowa jazda trwała jeszcze przez cały następny dzień. Warunki w kambuzie nie sprzyjały gotowaniu, więc Mariusz stwierdził, że jest to świetna okazja to wypróbowania naszych zapasów żywności liofilizowanej. Wszyscy podchodzili do tego jak do jeża, ale przekonali się, że jest ono jadalne, a nawet smaczne.
Na naszej wtorkowej wachcie wieczornej wiatr coraz rzadziej pokazywał 5 z przodu, ale poniżej 45 nie schodziło. We wtorek 27 stycznia odnotowaliśmy pierwszy śnieg i pierwszą górę lodową – na razie tylko na radarze. Środa przyniosła słabnący wiatr – do 35 węzłów przed południem i stopniowe wyciszanie do 25 popołudniu. Dzisiaj około 1600 (28.01.) pierwszy raz na horyzoncie pojawiła się góra lodowa. Jesteśmy coraz bliżej lodów… Każdy kolejny dzień jest coraz dłuższy, gdyż spuszczamy się coraz bardziej na południe. Dni są też coraz chłodniejsze – temperatura około 0 stopni Celsjusza, do tego lodowaty wiatr i przejmująca wilgoć, szczególnie jak zejdzie gęsta mgła.
Jedziemy wciąż bez grota na samej genui. Prędkość rewelacyjna, bo 9-10 węzłów. Jest środa 28 stycznia 2015 roku, godzina 1930 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja: 65st.05min. S 170st.07min. E. Wieje zachodnio-południowy do zachodniego wiatr o sile 20 węzłów. Płyniemy kursem 160 z prędkością 9 węzłów. Do Bay of Wales pozostaje nam 920 mil morskich.

Exit mobile version