Napisane przez: Hanuś | 2016/07/28

W poszukiwaniu rekina wielorybiego

Przypływając na Malediwy, w zakresie nurkowania, mieliśmy z Mariuszem jeden zasadniczy cel – zobaczyć rekina wielorybiego. Te duże i przepiękne ryby przypływają w rejony Malediwów podczas swojej wędrówki i można je tu spotkać najpewniej od maja do września. Szczególnym dla nich miejscem jest południe atolu Ari, gdzie zamierzaliśmy popłynąć po opuszczeniu Hulhumale na początku lipca. Niestety najpierw plany pokrzyżowała nam awaria hydrauliki, a następnie pogoda – wietrzna i deszczowa, uniemożliwiająca bezpieczne zakotwiczenie na południu Ari. Gdy pod koniec pobytu moich rodziców i cioci Zeni na dwa ostatnie dni poprawiła się pogoda, nie chcieliśmy ich ciągnąc na południe, gdzie z pewnością nie zdecydowaliby się na pływanie z rekinami, a mieliby utrudnioną podróż powrotną do kraju o dodatkowy odcinek małym, lokalnym samolotem z Ari na Hulhumale. Późnym popołudniem 18 lipca odwieźliśmy ekipę z naszej rajskiej plaży przy hotelu Biyadhoo w South Male Atoll do Hulhumale. Samolot mieli tego samego wieczoru. Następnego dnia o 0800 podnieśliśmy kotwicę i od razu obraliśmy kurs na Ari. Pogoda tym razem wyjątkowo nam sprzyjała. Wiał delikatny północno-zachodni wiatr umożliwiający szybką baksztagową żeglugę na południe. Jeszcze o 1530 tego samego dnia rzuciliśmy kotwicę przy Dhigurah. Od razu wskoczyliśmy na ponton i popłynęliśmy na zewnątrz atolu Ari na rekonesans. Obserwowaliśmy lokalne łódki z turystami, by poznać technikę wypatrywania rekinów. Nurkowie wrzucani są do wody i pływając z prądem rozglądają się za rybami. Nie-nurkowie stojąc na dachach łódek obserwują powierzchnię wody i gdy pojawi się rekin wskakują w jego okolicy do oceanu z maskami i rurkami. Łodzie pływają godzinami wzdłuż rafy, czekając na spotkanie z pięknymi centkowanymi rybami. My postanowiliśmy zastosować podobną technikę. Następnego ranka opuściliśmy kotwicowisko wewnątrz atolu i wraz z innymi łódkami pływaliśmy wzdłuż zewnętrznej ściany rafy. Woda była stosunkowo spokojna, więc Mariusz zdecydował się wyrzucić naszą trójkę na nurka z pokładu Katharsis II. Podpłynął blisko rafy, gdzie mogliśmy na około 14 metrach wyskoczyć do wody. Umówieni byliśmy na 45-minutowego nurka. Woda była przejrzysta na ponad 20 metrów, więc bez problemu można by wypatrzeć kilkumetrowego rekina. Niestety nie mieliśmy szczęścia i żaden okaz nie przepłynął koło nas. Nie traciliśmy nadziei i po pierwszym nurku, na kolejne podwodne poszukiwania szykował się Mariusz ze Zbyszkiem i Olką. Ja miałam tym razem asekurować nurków z pokładu Katharsis. Gdy Zbyszek ładował butle na rufie, reszta ekipy wypatrywała rekinów. Mariusz dostrzegł zamieszanie na jednej z turystycznym łódek i domyślił się, że wypatrzono tam rekina. Od razu skierowaliśmy się w tym kierunku. Mariusz z Olką i Zbyszkiem wskoczyli na ponton, by podpłynąć bliżej i skoczyć do wody, a ja w bezpiecznej odległości od całego zamieszania pilnowałam jachtu. Gdy Ola z Mariuszem wskoczyli do wody, a Zbyszek asekurował ponton, ryba była jeszcze w pobliżu i udało im się przepłynął blisko rekina wielorybiego. Okaz nie był zbyt duży, gdyż mierzył około 5 metrów, ale i tak zrobił na Mariuszu i Oli duże wrażenie. Gdy do oceanu miał wskoczyć Zbyszek, zwierzak dał już nura na głęboką wodę. Przez następne godziny kręciliśmy się wypatrując pod powierzchnią wody rekinów oraz obserwując sytuację na innych łodziach. Niestety tego popołudnia już żadnego nie wypatrzeliśmy. Gdy światło nie dawało szans na podglądanie ryb, wróciliśmy Katharsis na kotwicowisko i pontonem podpłynęliśmy na jedną z plaż. Chcieliśmy wykorzystać cudowne popołudniowe światło, by nacieszyć się złotym piaskiem i turkusową wodą. Do poszukiwań rekinów mieliśmy wrócić następnego dnia.
Późnym popołudniem pogoda zaczęła się psuć. Zeszłej nocy była pełnia, a ta zazwyczaj przynosi zmianę pogody. I tym razem miało tak być. Na czyste przez ostatnie trzy dni niebo wróciły ciemne deszczowe chmury i silne podmuchy wiatru. Następnego ranka, pomimo, iż wiało ponad 20 węzłów, wróciliśmy do naszych poszukiwań. Zafalowanie na zewnątrz atolu wzmogło się i podpływanie jachtem blisko rafy, by wyrzucić nurków, nie było bezpiecznym manewrem. Musieliśmy zmienić taktykę i do akcji włączyć ponton, przez co jednocześnie tylko dwie osoby mogły nurkować, a dwie potrzebne były do asekuracji. Do wody wskoczył Mariusz ze Zbyszkiem, ja zostałam na Katharsis, a Olkę mianowaliśmy kierowcą naszej Hondy. I tym razem naszym nurkom nie udało się dostrzec pod wodą rekina wielorybiego. Jeszcze przez dwie godziny pływaliśmy wzdłuż rafy próbując z pokładu jachtu wypatrzeć dużą rybę, jednak zafalowanie i pomarszczona powierzchnia wody bardzo to utrudniały. Złe warunki pogodowe wypłoszyły także lokalne łodzie turystyczne. Z kilkunastu wypłynęły tego dnia raptem dwie. Gdy zaczęło się coraz mocniej rozwiewać i wzrastało zafalowanie, zarzuciliśmy dalsze poszukiwania i opuściliśmy okolice Ari.
Po raz kolejny umknęły przede mną te śliczne ryby… Tak bardzo chciałabym je zobaczyć. Próbowałam już w kilu miejscach spotkać rekiny wielorybie i jak dotąd nie udało się. Ale nie zamierzam się poddawać i kiedyś spotkam w wodzie to piękne cętkowane zwierzę.

Nasz pobyt na Malediwach powoli się kończył. Był czwartek 21 lipca, a my w następną niedzielę umówieni byliśmy ze znajomymi na Seszelach, czyli ponad 1000 mil morskich dalej. Załatwienie wszelkich formalności związanych z opuszczeniem Malediwów Mariusz planował dokonać w Gan, położonym na najbardziej na południe wysuniętym atolu, już poniżej równika.
Opuszczając Ari w strugach ulewy i przy silnym wietrze obawialiśmy się, że tak nam przyjdzie zapamiętać Malediwy. Przez następną dobę naszego płynięcia na południe towarzyszyły nam chmury i opady deszczu. Olcia miała wciąż niezrealizowane marzenie z Malediwów – zdjęcie na tle bungalowów nad turkusową wodą. Pomimo smętnej aury, Mariusz w drodze do Gan postanowił zatrzymać się na jeden dzień na południu Gaafu Alifu koło dużego resortu z domkami na wodzie. Tuż przed rzuceniem kotwicy złapaliśmy pierwszą w tym rejsie rybę – sporych rozmiarów wahoo. Ola widząc zdobycz od razu wyobrażała sobie na talerzu zupę „mniam-mniam”, jak nazywa tom yum – krewetkową zupę tajską robioną na wywarze z białej ryby.
Zakotwiczyliśmy obok hotelu Ayada. Znając jednak tutejszy brak przychylności dla przybyszy spoza resortu, nawet nie zamierzaliśmy ruszać na ląd na kolację. Poza tym mieliśmy świeżą rybę i już wymyślaliśmy menu na wieczór. Ku naszemu zaskoczeniu podpłynęła do nas hotelowa łódź i zaproszono nas do korzystania z atrakcji hotelu. Tego wieczoru polecano kolację przy wodzie z bufetem z owoców morza. Pomimo, że nie wybieraliśmy się na kolację do hotelu, to tak sympatyczne przyjęcie postanowiliśmy wykorzystać. Resort okazał się przepiękny, a kolacja wyśmienita. Kuchnia przygotowała nawet specjalnie dla Zbyszka piersi z kurczaka – jest to jedynie mięso jakie nasz Wilkor jada.
Po chwilowym załamaniu, pogoda poprawiła się i sobotni poranek przywitał nas słoneczną i prawie bezwietrzną pogodą. Warunki były idealne na puszczenie drona. Korzystając z pogody wyskoczyliśmy jeszcze na ląd. Drinka i lunch kosztowaliśmy mocząc nogi w turkusowej wodzie basenu. Ola podczas spaceru po pomostach między bungalowami zawieszonymi nad oceanem, zrealizowała punkt z listy spraw do zrobienia, czyli zdjęcie z malediwskimi domkami z folderów.
Czas było kończyć rozpustę i płynąć dalej. W drodze do Gan czekało nas jeszcze jedno wydarzenie – minięcie równika! W naszej załodze jedyną osobą, która jeszcze nie przecięła równika na pokładzie jachtu był Zbyszek i czekał go chrzest morski. Bardzo się denerwował, co też dla niego przygotujemy. Na zewnątrz atolu ocean był bardzo rozkołysany, wiatru praktycznie nie było i musieliśmy płynąć na silniku. Na dużej fali bez stabilizacji żagli, rzucało nami na wszystkie strony. Trudno było zaszaleć w kambuzie, dlatego Zbyszek w ramach chrztu został dość łagodnie potraktowany. Nie zabrakło odpowiednio wykwintnego drinka i przekąsek, ale wypieków tym razem nie było. Mariusz, jako nasz kapitan i przedstawiciel Neptuna, nadał Zbyszkowi nowe imię – Indyjski Wilkor Oceaniczny.

Do Gan dopłynęliśmy o 0200. W niedzielę załatwiliśmy wszystkie formalności i 24 lipca 2016 roku o godzinie 1800 rozpoczęliśmy kolejny etap rejsu przez Ocean Indyjski – z Malediwów na Seszele.

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/24

Słoneczne wakacje na Malediwach

Nasza wakacyjna załoga

Nasza wakacyjna załoga


Oli komentarz:

„Większości Malediwy kojarzą się z turkusowym rajem – i tak faktycznie jest. Należy też jednak pamietać, że nawet tu, tuż przy równiku, pory roku są rożne. I my jesteśmy tu w porze deszczowej.
Kilka poprzednich dni nas nie rozpieszczało – ze względu na silny wiatr i opady deszczu zmuszeni byliśmy do słodkiego leniuchowania na pokładzie Katharsis II.
Jednak Neptun okazał się łaskawy dla naszej ekipy, która zaraz miała wracać do kraju i na ich ostatnie chwile na rajskich atolach wyszło słońce. I to jeszcze jakie!
Zatrzymalismy się przy Biyaadhoo – klasycznym resorcie jaki możecie znaleźć na zdjęciach w sieci. Po dopłynięciu późnym popołudniem część została na jachcie by nie przerywać odpoczywania, a ja w towarzystwie Hani i Antosia wybraliśmy się na mały spacer-rekonesans. Przy brzegu zostaliśmy przywitani przez, jak zaczęliśmy mówić, baby-rekinki, czyli kilka małych black tipów. Czy może byc lepiej? W towarzystwie przepięknego światła golden hour zrobiliśmy mały spacer i postanowienie, że musimy zabrać tu resztę.
Takiej ekipy nie trzeba długo namawiać. Nasz Kapitan postanowił ( ale cudownie!), że to dobre miejsce na wygrzanie ekipy chwilę przed wyjazdem.
Resort okazał się obłędny – spędziliśmy dwa dni leżąc na bajecznie koralowej plaży, mocząc się w wodzie tak turkusowej, że wciąż nie wierzę że jej kolor jest prawdziwy, jedząc pyszności na lunch i ciesząc się, że mamy siebie i spędzamy ten czas razem.
I – by nie owijać zbędnie w bawełnę – opiszę to jednym zdaniem.

Jesteśmy w raju, wiesz?”

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/19

Wakacje na Malediwach

Zmiana załogi na Katharsis II nastąpiła 30 czerwca. Na Malediwy przylecieliśmy z Mariuszem, a wraz z nami Mariusza chrzestna – Zenia i moi rodzice – Lucyna z Tomkiem oraz Antoni – syn mojej siostry. Pierwsze dni upłynęły nam na aklimatyzowaniu się do tropikalnych upałów oraz zakupach. Podczas wieczornego wypadu na ląd po napoje spotkaliśmy w Hulhumale Polaków – Marcina i Kasię oraz Darka. Sytuacja była o tyle komiczna, że miałyśmy z Kaśką identyczne spodnie. Niebieskie jeansy nie byłyby niczym szczególnym, ale fioletowe spodnie materiałowe w kolorowe kwiaty nie tak często się widuje. Kiedy Kaśka zauważyła mnie na ulicy, postanowiła do mnie podejść, no i okazało się, że trafiła na rodaczkę! I tak Kasia z Marcinem trafili do nas następnego dnia na kolację. Lubię takie spotkania Polaków na końcu świata.
Po trzech dniach organizowania się, w niedzielę 3 lipca o 1200 podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w rejs. W planach było niespieszne żeglowanie po południowych atolach, z plażowaniem na rajskich plażach i kąpielach w niezwykle turkusowej wodzie. Zakładaliśmy popłynięcie na samo południe Malediwów, do Gan poniżej równika. Plany nie zawsze dają się jednak zrealizować.
Pierwsze postoje zaliczyliśmy w Południowym Atolu Male. Turystom na Malediwach nie jest dane swobodnie poruszać się po lądzie. Jeszcze do niedawna bez specjalnej zgody nie wolno było odwiedzać wiosek. Przepisy te nieco złagodniały, ale na plaże nie można wchodzić, chyba że jest to wytyczona plaża publiczna. Wówczas zabronione jest występowanie w bikini. Jeżeli z kolei plaża jest prywatna i należy do któregoś z hoteli, to trzeba otrzymać zgodę resortu na wstęp na plażę. Kotwicząc koło Wyspy Guraidhoo zadzwoniliśmy do hotelu, żeby zarezerwować stolik w knajpeczce i zapytać o możliwość skorzystania z plaży (odpłatnie oczywiście). Niestety nie pozwolono nam. Pozostała nam kąpiel na rafie lub przy łódce. Następnego dnia Mariusz postanowił zatrzymać się przy niewielkiej łasze piachu w Atolu South Male, oddalonej o kilka mil od wiosek i hoteli. Tutaj nie pytaliśmy nikogo o zgodę (chociaż pewnie któryś z resortów zarządza tym kawałkiem piachu) i bez problemu popłynęliśmy pontonem na ten mikro ląd, by nasza plażowa ekipa mogła dotknąć złotego piasku. Kolor wody jest na Malediwach wyjątkowo piękny i intensywnie turkusowy. Nawet jak przychodzą ciemne chmury i zachodzi słońce lub jest późne popołudnie, to woda ma wciąż obłędny kolor. Nie mogę się temu nadziwić.
Kolejne kotwicowisko w Atolu Vavae miało być miejscem na krótki postój przed kilkugodzinnym przelotem do Atolu Ari, dokąd mieli do nas dolecieć Olka (w piątek) i Zbyszek (w niedzielę). Po zakotwiczeniu usłyszałam, że hydraulika wydaje przedziwne dźwięki podczas opuszczania pontonu. Dla mnie nowe, inne dźwięki i zapachy na łódce, to zawsze sygnał alarmowy. Pobiegłam na pokład do Mariusza, który akurat spuszczał ponton do wody, by powiedzieć co słyszę. I w tym momencie hydraulika przestała działać. Na szczęście ponton był już na wodzie i tylko pasy zwisały i nie dawały się podciągnąć do góry. Przypięliśmy je szeklami i zaczęliśmy sprawdzać co też mogło się stać. Awaria hydrauliki na Katharsis II to poważna sprawa. Bez niej nie można podnosić i opuszczać 350-kilogramowego pontonu, rozwijać i zwijać żagli, podnosić i zrzucać w łatwy sposób kotwicy. Spadło ciśnienie w systemie hydraulicznym, a to oznaczało wyciek. By zlokalizować dziurę w przewodzie potrzebny był zapas oleju, a tego niestety nie mieliśmy na pokładzie. Bez dużego zapasu oleju hydraulicznego i specjalnych węży ze złączkami do wysokiego ciśnienia nie byliśmy w stanie usunąć awarii. Znajdowaliśmy się z dala od cywilizacji i musieliśmy do niej wrócić. Na podniesienie kotwicy opracowaliśmy z Mariuszem patent z wykorzystaniem dwóch dużych kabestanów elektrycznych na pokładzie (podniesienie ręcznie korbą 70 metrów łańcucha i kotwicy, co waży ponad 350 kilogramów jest niewykonalne dla nas). Mieliśmy dwie opcje – płynąć do Atolu Ari i próbować w tamtejszej wiosce znaleźć potrzebne rzeczy do naprawy, co najprawdopodobniej zakończyło się lotem do stolicy. Druga opcja wydawała się logiczniejsza – wrócić do Male, znaleźć tam fachowca, kupić wszystkie części, usunąć awarię i przy okazji odebrać Olkę i Zbyszka z lotniska. Mariusz nie lubi zawracać, ale w tym przypadku takie rozwiązanie wydawało się najlepszym. Była środa, ostatni dzień ramazanu (Eid al-Fitr), czyli wielkie święto na Malediwach. Czwartek z kolei był pierwszym dniem po czterotygodniowym poście, czyli wielka feta i wolny dzień. A piątek na Malediwach to tak jak u nas niedziela, więc przez te dni nie byliśmy w stanie nic załatwić. W związku z tym nie było sensu ruszać się z naszego bezpiecznego kotwicowiska, gdzie mieliśmy rewelacyjną plażę z rafą pełną ryb, które można było z łatwością oglądać podczas snorklowania. Do Hulhumale wróciliśmy w piątek. Na pokład zamusztrowała się Ola. Jeszcze w piątek wieczorem próbowaliśmy dodzwonić się do mechanika, ale bezskutecznie. W sobotę od rana ruszyliśmy do Male. My z Mariuszem biegaliśmy po warsztatach i sklepach specjalistycznych, a nasza załoga zwiedzała miejsca z pamiątkami i lokalne kawiarnie. Polecony przez naszego agenta mechanik nie odbierał telefonów, a dostawca olejów hydrauliczny przedłużył pracownikom wolne o sobotę. Przez cały dzień nie udało nam się o krok zbliżyć do rozwiązania naszego problemu. Dopiero w niedzielę sprawy się ruszyły. Rano przyleciał Zbyszek i od razu został wciągnięty w wir prac. Pojechaliśmy po olej hydrauliczny. Mariusz i Zbyszek w asyście moich rodziców, cioci Zeni i Antosia uzupełniali olej i szukali przecieku, a my z Olką ruszyłyśmy na zakupy do Male. Po raz kolejny podjęłam próbę znalezienia fachowca. W sklepie żeglarskim (w którym byliśmy z Mariuszem już w sobotę) po raz kolejny pytałam o mechanika. Przedstawiłam całą sytuację chyba na tyle dramatycznie, że panowie zza lady zdecydowali mi się pomóc. Na ten sam dzień na 1930 mieliśmy umówionego fachowca. Przeciek został zlokalizowany, olej był na pokładzie a my wyczekiwaliśmy na naszego zbawiciela. Jak po 20 jeszcze go nie było, to zaczęliśmy się denerwować… Pojawił się przed 22. Mój tata z ciocią Zenią nie mogli się nadziwić na taki system pracy. Nasz fachowiec wpadł, rozeznał sytuację i zapowiedział, że za jakiś czas wróci. Nie byliśmy pewni, jak to będzie, ale po 23 przypłynął i z werwą zabrał się do pracy. Około 2 nad ranem stwierdził, że na ten moment nie jest w stanie nic więcej zrobić i że wróci jutro wieczorem z odpowiednim wężem i złączkami, żeby dokończyć robotę. I tak też się stało. Muszę przyznać, że godziny pracy Ismila są nietypowe, ale fachowiec z niego świetny. Jeśli będziecie kiedykolwiek potrzebować mechanika na Malediwach, to gorąco polecam (Ismil 9773635).
Gdy już awaria była usunięta mogliśmy wznowić nasz rejs. Niestety jak łódka była sprawna, to pogoda zaczęła płatać nam figle. Prognozy zapowiadały silne wiatry i deszcze. Mariusz nie chciał moich rodziców i cioci Zeni narażać na trudy podwiatrowej żeglugi przez kilkanaście godzin, więc zrezygnowaliśmy z płynięcia do Atolu Ari. Poza tym Ari nie zapewniało bezpiecznego kotwicowiska przy pogodzie jaka miała nadejść. Postanowiliśmy ruszyć sprawdzoną trasą, by na uderzenie najsilniejszego wiatru schronić się w przetestowanym miejscu w Atolu Vavae. Po wypłynięciu z Hulhumale dopłynęliśmy na późne popołudnie na południowy kraniec Atolu South Male. Wyskoczyliśmy na ląd na szybką kąpiel, a na drugi dzień rano, w strugach ulewnego deszczu podnosiliśmy kotwicę, by przenieść się do Vavae i tam znaleźć bezpieczne schronienie. Zanim przyszło zupełne pogorszenie pogody zdążyliśmy nacieszyć się Naszą Plażą na Vashiri, jak zaczęliśmy ją nazywać. Kolejne dwa dni byliśmy praktycznie uwięzieni na łódce. Wiatr wiał z siłą ponad 30 węzłów i co chwilę przechodził ulewny deszcz. Spodziewaliśmy się zmiennej pogody w tym okresie na Malediwach, jednak te kilka dni wykraczały poza wszelkie przewidywania. Jak się okazało, załapaliśmy się na liźnięcie pierwszego sztormu tropikalnego w tym sezonie. Meteorolodzy nadali mu imię Abela. Tak wczesne sztormy tropikalne wystąpiły poprzednio w 1971 i 1997 roku. To trzeba mieć szczęście… Dobrze, że wszystkim dopisywały humory i te deszczowe dni spożytkowaliśmy na odpoczynek. Nie zawsze musi świecić słońce na niebie, żebyśmy byli uśmiechnięci.

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/11

Majowy rejs po północnych Malediwach

Po dopłynięciu w maju na Malediwy mieliśmy z Mariuszem jeszcze kilka dni do wylotu do kraju. Uligan na północy, gdzie dopłynęliśmy, by się odprawić po rejsie z Tajlandii, od kotwicowiska niedaleko stolicy Male, gdzie Katharsis II miała zostać na kilka tygodni, dzieli ponad 150 mil morskich i kilka atoli, które chcieliśmy zobaczyć. Przez pierwsze kilka dni pogoda nam sprzyjała – słońce grzało i spokojna woda pozwalała na nurkowanie w czystej i niewzburzonej wodzie. Sezon turystyczny na Malediwach trwa od grudnia do początków maja. Wówczas Oceanem Indyjskim rządzi monsun północno-wschodni. Strumień wiatru rozcinany jest na dwa przez górzystą Sri Lankę. Malediwy znajdują się w cieniu tej dużej wyspy, dzięki czemu panuje tu bezwietrzna pogoda, a niebo błękitne, niczym na zdjęciach z najlepszego folderu turystycznego. Maj jest już miesiącem przejściowym, mogącym dawać piękną pogodę lub zwiastuny nadchodzącego monsunu południowo-zachodniego. Ten niesie z kolei w tym obszarze wietrzną, często pochmurną aurę z silnymi burzami. Wiatr to sprzymierzeniec żeglarzy, jednak gdy chce się zakotwiczyć, to potrzebne jest osłonięte i bezpieczne miejsce. Takich niestety na Malediwach nie ma, gdyż jedyną osłoną jest rafa koralowa ciągnąca się pasmami pod powierzchnią wody. Nie ma tutaj wysp ze wzniesieniami i głębokimi zatokami, mogącymi dawać schronienie przed silnymi, monsunowymi wiatrami. My już po kilku dniach pobytu na Malediwach mogliśmy się przekonać o zmienności i nieprzewidywalności pogody w tym okresie.

Po odprawie w Uligan popłynęliśmy do Dhonakulhi, na której znajduje się hotel Hideaway. Mariusz był w tym miejscu Jedyneczką w 2009 roku, gdy domykał kółko dookoła świata. Jest to przepięknie położony hotel, a co ciekawe, znajduje się tu jedyna marina na całych Malediwach. Gdy dopłynęliśmy, byliśmy tu jedynym jachtem. Nie zdziwiło nas to, gdyż maj to już okres po najlepszej pogodzie, a po za tym niewielu żeglarzy tutaj zagląda.
W Hideaway mieliśmy spędzić jeden dzień i popłynąć dalej, jednak zabawiliśmy nieco dłużej. Z tutejszym centrum nurkowym spędziliśmy przemiłe przedpołudnie. Podczas pierwszego zejścia pod wodę zobaczyliśmy ustonogi (Mantis shrimp). Są to przeurocze, wielokolorowe stworzenia, które wyróżniają oczy oraz specyficzne odnóża. Oczy ustonogów uznawane są za najbardziej złożone w królestwie zwierząt. Dla porównania człowiek jest w stanie rozróżnić 3 barwy podstawowe (niebieski, zielony i czerwony), a te kolorowe stawonogi aż 16, dzięki czemu widzą miliony kolorów. Druga niezwykła cecha tych stworzeń, to odnóża. Podczas ataku wyrzucają je z niezwykłą prędkością uderzając w ofiarę. Mogą w ten sposób zabić rybę większą od siebie. Nie są popularne jako zwierzaki akwariowe, gdyż swoim ciosem są w stanie rozbić grube szkło. Mnie urzekały kolory tych stworzeń i dziwaczne oczy zerkające do obiektywu.
Na kolejnym nurkowaniu mieliśmy okazję pływać z mantami. Majestatycznie otaczały nas i pozwalały się podglądać.
Po ciekawych nurkowaniach chcieliśmy z Mariuszem pospacerować po jednej z niebiańskich plaż Wyspy Dhonakulhi. Gdy wpływaliśmy do mariny wypatrzyłam na jednej z palm zawieszony leżak w kształcie gniazda ptasiego i marzyłam w nim usiąść. Mariusz postanowił mnie tam zabrać. Przygotowaliśmy ponton do wyprawy, zamierzamy odpalać silnik, a tu tylko chrząknięcie i ani dźwięku więcej… Sprawdziliśmy napięcie w akumulatorze, stacyjkę i wszystko wydawało się w porządku. Jako, że w Tajlandii Tomek robił generalny przegląd silnika, to Mariusz postanowił nie zaglądać do środka. Zawołaliśmy Tomcia, który akurat cieszył się urokami jednego z basenów hotelu Hideaway. Na szczęście wystarczyło przeczyścić jedną z klem i po dokręceniu jej wszystko zadziałało. Zadowoleni wrzuciliśmy płetwy, maski do pontonu i ruszyliśmy na podbój plaży z hamakiem w kształcie gniazda. Gdy dotarliśmy na miejsce, pogoda zaczęła się diametralnie zmieniać. Błękitne dotąd niebo zaczęły zasnuwać ciemne, złowrogie chmury, które w kilka minut przyniosły silne podmuchy wiatru. Postanowiliśmy schować się w hamakowym gnieździe. Jednak gdy pioruny zaczęły uderzać w wodę blisko nas, opuściliśmy nasze schronienie, gdyż pojedyncza palma na plaży nie wydawała się najlepszą kryjówką w czasie burzy. Poza tym wiatr, który przyniosła burza wzburzył morze i nasz zakotwiczony ponton zaczęły znosić fale. Rzuciliśmy się do wody, by go złapać i nie dać znieść go falom na rafę. Niebo całe było zasnute ciężkimi chmurami. Najrozsądniejszym wydawało nam się wrócić na łódkę. Mariusz spróbował odpalić silnik, a ten ani nie drgnął… Gdy opuszczaliśmy pontonem marinę, Mariusz rzucił w powietrze, że pewnie lepiej byłoby mieć ze sobą komplet narzędzi… no i wykrakaliśmy. Ponton znowu nie chciał z nami współpracować. Nie mieliśmy nawet śrubokręta, by odpalić silnik na krótko. Na szczęście zabrałam ze sobą telefon i zadzwoniliśmy po Tomka. Jednak za nim przybyli z Anią z odsieczą, my pilnowaliśmy pontonu, siedząc na nim przemoczeni, otoczeni piorunami i grzmotami. Uwielbiam burzę, ale tym razem nieźle mnie przestraszyła. Gdy byliśmy oboje z Mariuszem w wodzie i poprawialiśmy kotwicę pontonu, tuż obok nas uderzył piorun. Miałam wrażenie, że zadrżała woda wokół nas. Wyskoczyłam na ponton ze sprawnością foki. Ta burza nieźle mnie wystraszyła. Gdy przeszło już największe uderzenie, z pomocą zjawili się Ania z Tomkiem z niezbędnym zestawem narzędzi. Co najśmieszniejsze, ponton odpalił na jednym dotknięciem przez Tomka stacyjki. Nieźle się wszyscy ubawiliśmy. A najdziwniejsze było, że po tych wyładowaniach wszystkim włosy sterczały dęba. Nawet gdy płynęliśmy pontonem i pęd wiatru smagał nam twarze, z głów wystawały nam niczym małe anteny. Ania z Tomkiem opowiadali, że podczas burzy łódką rzucało, jakby coś w nią rzeczywiście uderzało. Takich rozładować atmosferycznych, z tak bliskiej odległości jeszcze nie odczuwałam. I tak nas powitały Malediwy w pierwszych dniach naszego pobytu.

Z Hideaway popłynęliśmy zobaczyć opuszczony hotel na wyspie Dholhiyadhoo w Południowym Atolu Milandhunmadulu. Mariusz wyczytał, że inwestycję przerwano, gdy hotel był już praktycznie wybudowany, ale nie wykończony. Od kilku lat nic się tam nie dzieje. Na miejsce dopłynęliśmy późnym popołudniem. Zastany widok był przygnębiający. Niszczejące, puste domki na lazurowej wodzie wyglądały jak widma. Planowaliśmy zostać tu cały następny dzień, jednak miejsce to zionęło smutkiem, pomimo przepięknej turkusowej wody i białych plaż.
Dużo przyjemniejszym miejscem było kotwicowisko przy rafie we wnętrzu atolu Baa. Opłynęliśmy pontonem wnętrze rafowego pierścienia. Odwiedziliśmy kilka niewielkich wysepek, które ledwie wystają ponad poziom wody. Nie zdecydowaliśmy się w atolu Baa na nurkowanie, ale pływanie z maską i rurką w niezwykle niebieskiej, przejrzystej wodzie wzdłuż zewnętrznej ściany rafy atolu było wystarczająco ekscytujące i satysfakcjonujące. Przezroczystość wody i jej obłędnie niebieski kolor były wprost hipnotyzujące. A i kilka ciekawych podwodnych sworzeń spotkaliśmy – rekiny, żółwie, mnóstwo błazenków baraszkujących z ukwiałami i wiele ławic kolorowych ryb.
Po opuszczeniu Baa popłynęliśmy do Północnego Atolu Male. Pogoda zaczęła się psuć i ciemne chmury na dobre zasłoniły błękitne niebo. Przed popłynięciem na kotwicowisko w Hulhumale zanurkowaliśmy jeszcze dwa razy przy HP Reef na wschodniej ścianie atolu. Pogoda była bardziej barowa i do posiedzenia z książką pod kocem, niż do aktywności na świeżym powietrzu, ale udało mi się wyciągnąć Mariusza i Tomka pod wodę. Przy deszczowej, pochmurnej aurze nurkowanie jest rewelacyjnym sposobem na spędzanie czasu, chyba jednym z moich ulubionych. Na powierzchni może lać, wiać, a pod wodą otacza człowieka cisza, spokój i niesamowicie bogate życie. Oczywiście moment przygotowań do nurkowania w deszczu i słocie nie należy do najprzyjemniejszych, ale w momencie zanurzenia pod wodę, trudy od razu zostają wynagrodzone. Cieszyłam się, że przed powrotem do kraju i rozstaniem się na kilka tygodni z wodami oceanu udało nam się zanurkować.
Na postój Katharsis Mariusz wybrał jedyne dobrze osłonięte od fal miejsce na Malediwach, czyli kotwicowisko przy Hulhumale. Jest to niewielka wyspa położona koło stolicy – Male, na której znajduje się międzynarodowe lotnisko. Nie jest to szczególnie urokliwe miejsce i z pewnością odbiega od wyobrażeń o rajskich Malediwach, ale wybudowany tutaj falochron pozwala w miarę bezpiecznie kotwiczyć podczas monsunu północno-zachodniego.

Napisane przez: Mariusz | 2016/05/15

Z Tajlandii na Malediwy

Mariusz

Mój poprzedni pobyt w Tajlandii Jedynką miał być kilkumiesięcznym postojem, połączonym z remontem, ale ciągle coś nowego się psuło i łódka spędziła na Phukecie prawie dwa lata.
Wizyta Katharsis II w Tajlandii także zbiegła się z planowanym corocznym remontem jachtu. Mieliśmy do naprawy śrubę i płetwę sterową uszkodzone na Bali. Przy okazji wyciągania jachtu zawsze malujemy dno farbą antyporostową. Zależało mi też na zlikwidowaniu przecieku, który uprzykrzał nam życie na Oceanie Południowym. Za renowację oklein na ścianach nie chciałem się jednak zabierać, gdyż groziło to ponownym zassaniem przez Tajlandię.
Z odsieczą przyszła (a w zasadzie przyleciała) Anka, która w takich sytuacjach nie odpuszcza. Wspomogła organizacyjnie Tomcia, będąc siejącym zgrozę wśród Tajów menadżerem remontu. Do długiej listy drobnych napraw dorzuciła również nieszczęsne odbarwione drewno w kambuzie, salonie oraz w kapitańskiej kajucie. Nawet podłogi udało się posłać do renowacji. Wypolerowane zostały burty i nadbudówka. Remont wydłużył się z planowanego miesiąca do dwóch, ale efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.
Katharsis II stał na stoczni w Boat Lagoon, do której mogliśmy wpłynąć i wypłynąć tylko dwa razy w miesiącu, na wysokiej wodzie w okolicach pełni i nowiu. Łódka została zwodowana 9 kwietnia. Jeszcze tydzień przed wodowaniem, Tomek twierdził, że tego terminu nie da się dotrzymać, a pod pokładem mamy przysłowiowy Sajgon. Dlatego przylatując do Tajlandii zarezerwowałem hotel. Mobilizacja na stoczni spowodowała, że łódka znalazła się w wodzie, na czas ale my z Hanią i tak wylądowaliśmy w sympatycznym hotelu, przez co czuliśmy się trochę jak na wakacjach.
Po dwóch tygodniach od zwodowania Katharsis II był gotów do wyruszenia w morze. Planujemy kolejną wielką i trudną wyprawę – rejs wokół Antarktydy. Chciałbym pierścień wykonać całkowicie po wodach Antarktycznych, czyli powyżej 60 równoleżnika. Na start wyprawy rozważałem dwa miejsca. Pierwsze to Hobart, które znamy i gdzie łatwo byłoby nam się przygotować do trudnego i wymagającego rejsu. Drugie to Afryka Południowa, której nie znamy, ale jest lepiej (czyli dalej) położona w stosunku do Morza Wedella, które zawsze zawalone jest lodem. Późniejsze do niego dopłynięcie (niż w przypadku startu z Hobart) daje pewną nadzieję na mniejszą ilość lodu i przemierzenie Morza Wedella bez konieczności opuszczenia wód Antarktycznych. To zdecydowało o wyborze Afryki Południowej jako celu pośredniego tegorocznej żeglugi.
Z uwagi na zobowiązania rodzinne planowaliśmy okres od połowy maja do końca czerwca spędzić z Hanią poza łódką. Nie pozostawiało to nam zbyt wielu opcji na pierwszy etap żeglugi po opuszczeniu Tajlandii. Najgorszym wariantem było pozostanie w Tajlandii, gdyż ona mogła by zassać na dłużej niż byśmy chcieli. Wybór padł na Malediwy. Niewielu żeglarzy przemierza wody tego ciekawego miejsca. W przeszłości Malediwy były popularnym, krótkim przystankiem w drodze na Morze Czerwone. Liczba jachtów płynących w tamtym kierunku spadła kilkakrotnie ze względu na zagrożenie piractwem w okolicach Afryki. Same Malediwy oferują słabe, jeśli nie żadne schronienie przed wiatrami i falami. Rafy atoli rzadko wystają ponad powierzchnię wody, osłabiając tylko zafalowanie. Z kolei na Seszele moglibyśmy przy słabych wiatrach nie dotrzeć na czas i stąd wybór padł na Malediwy.
Tajlandię opuściliśmy z Anią i Tomkiem 27 kwietnia 2016 roku. Skończyły się już sprzyjające przy płynięciu na zachód wiatry monsunu północno-wschodniego. Na szczęście nie zaczął jeszcze wiać monsun południowo-zachodni, który przynosi silniejsze i ze złego kierunku wiatry w rejonie północnego Oceanu Indyjskiego. Groziła nam jazda na silniku. Wzięliśmy dodatkowy zapas paliwa, niczym na kilkumiesięczną wyprawę. I rzeczywiście na całym 1600-milowym odcinku z Phuket do Uligan tylko kilkakrotnie (w sumie około 30 godzin) udało nam się płynąć na samych żaglach. Wiatr kręcił bączki i rzadko wiał z prędkością powyżej 6 węzłów. Zanotowaliśmy przejście jednego frontu z wiatrem około 20 węzłów, który wykorzystaliśmy do fajnej jazdy. Dziewięć dni upłynęło nam na leniwym płynięciu w skwarze słońca, które dawało nam się nieźle we znaki. Nawet ryby nie chciały brać. Jedyną atrakcją były baraszkujące od czasu do czasu przy naszej burcie delfiny i przypadkowo napotkany wieloryb.
6 maja rzuciliśmy kotwicę na dalekiej północy Malediwów przy Uligan. Asadulla, którego wybrałem na naszego agenta, sprawnie przygotował odprawę i stosowne pozwolenia na żeglugę po wodach Malediwów. Katharsis II spędzi tu nieco ponad dwa miesiące.

Napisane przez: Hanuś | 2016/05/13

Krótki wypad do Kambodży

Jest kilka miejsc na świecie, które pragnę zobaczyć. Po prostu siedzą mi w głowie i wiem, że bardzo chciałabym tam dotrzeć. Nie zawsze rozumiem skąd się to głębokie przekonanie bierze, ale po prostu jest. Często niewiele wiem o tych miejscach, tylko miga mi jakiś obraz, skojarzenie, wyobrażenie, jakiś powód i po prostu marzę by tam pojechać. Myślałam, że większość tych miejsc pozostanie tyko w mojej głowie i na liście (jak to nazywa Doktorówna Olka) „kiedyś koniecznie”, ale jest inaczej. Marzenia się spełniają i mogę kolejne zaczarowane punkty na świecie dotknąć i poczuć.

Jednym z tych miejsc było Angkor w Kambodży. Widziałam oczyma wyobraźni tajemnicze kamienne twarze wykute w ścianach świątyni ukrytej w dzikiej dżungli oraz bajkowe wieże namalowane we wschodzących promieniach słońca. Czułam jak magia tego miejsca mnie przyciąga. I nic poza tym nie wiedziałam. Gdy okazało się, że jesteśmy już całkiem blisko tego magicznego miejsca, to zaczęliśmy z Mariuszem kombinować, by tam na chwilę wyskoczyć. Nie jest ono położone na wybrzeżu, więc Katharsis nie da się tam dotrzeć. Jednak z Tajlandii jest to już przysłowiowy żabi skok. By wybrać się do Kambodży z Polski na cztery dni – brzmi kuriozalnie, ale w drodze z Tajlandii do Polski – już bardziej realnie. I tak właśnie znaleźliśmy się z Mariuszem w Kambodży– lecąc z Phuketu, przez Bangkok i Siem Reap do Warszawy.

Gdy bilety (które rezerwowaliśmy na ostatnią chwilę przed wyjazdem z Tajlandii) były już kupione, zaczęliśmy się przygotowywać do wycieczki i zbierać informację. Zupełne szaleństwo i spontaniczne przedsięwzięcie. Przeraziły nas informacje o ilości przyjeżdżających do Siem Reap turystów. Patrząc na statystyki, spodziewaliśmy się tłumów jak na Monciaku w Sopocie w lipcu. Jednak to zupełnie nie miało znaczenia i nie do końca tak było, gdyż w najpopularniejszych i najpiękniejszych zakątkach Angkor momentami byliśmy zupełnie sami. Urok tego miejsca i jego ogrom rozłożyły mnie na łopatki. Po raz kolejny osiągnięcia i rozmach dawnych cywilizacji zmusił mnie do zadumy i uświadomienia sobie jak mały człowiek może być tu i teraz wobec przeszłości oraz dokonań ludów z przeszłości. Ogrom całego Angkor jest oszałamiający, a klimat tego miejsca wprost obłędny. Za wiele chyba już nie napiszę, mogę tylko powiedzieć, że warto było i polecam, jeśli ktoś będzie mógł tam zajrzeć!

Napisane przez: Hanuś | 2016/05/10

Ferie zimowe w Tajlandii

Dzień po wyjeździe rodzinki zjawiła się na Katharsis II nowa ekipa. Przyjechali Adam, Damian, Piotr z Moniką i dzieciakami – Hanią i Kubą. Na kolejny rejs po Tajlandii mieliśmy zaledwie dwa tygodnie. Plan zakładał, że popłyniemy w nowe miejsce, a mianowicie na Similiany leżące 50 mil na północny-zachód od Phuketu. Musieliśmy jednak zmodyfikować początek rejsu, gdyż zapowiadano silne wiatry północne, co wiązałoby się z trudną dla nowicjuszy żeglugą podwiatrową. A przede wszystkim na Similianach nie ma bezpiecznych kotwicowisk, dających schronienie przy wietrznej pogodzie. Dlatego obraliśmy kurs na południe, gdzie mieliśmy sprawdzone kotwicowiska mające nam zapewnić komfortowe stanie i jednocześnie piękne widoki oraz plaże. Po krótkim postoju przy Wyspie Phi Phi popłynęliśmy na Ko Rok Nok i Ko Rok Noi, gdzie z rodzinką odnaleźliśmy jedną z cudowniejszych plaż ze wspaniałym miejscem do snorklowania.
Przed uderzeniem silnych wiatrów i dotarciem do Ko Lipe, gdzie Mariusz planował przeczekać sztorm, udało nam się zatrzymać przy Ko Rawi. Mamy tam upatrzoną plażę bez turystów, za to z ciekawskimi mieszkańcami – dzikimi małpami. Nie są one tak agresywne, jak te na Phi Phi, gdzie w ogóle nie boją się ludzi i atakują ich wykradając napoje oraz jedzenie. Te są bardziej nieśmiałe, ale na tyle zainteresowane gośćmi na plaży, że podchodzą blisko, będąc rewelacyjną atrakcją. Bo nie ma jak zobaczyć zwierzaka w jego naturalnym środowisku. Damian z Kubą zapuszczali się nawet w gąszcze dżungli, żeby podpatrzeć małpy na drzewach.
Niedaleko plaży z naszymi małpami, jak ją nazywaliśmy, jest niezwykłe miejsce do podziwiania świata podwodnego z maską i rurką. Pomiędzy niewielką wyspą a skałami przy plaży jest wypłycenie do około 5-10 metrów, gdzie żyje mnóstwo ryb oraz ukwiałów. Tylu ukwiałów w jednym miejscu jeszcze nigdzie wcześniej nie widziałam. Mała Hania, jak nazywaliśmy córę Moni i Piotra ćwiczyła pierwsze schodzenia na bezdechu pod wodę i szło jej rewelacyjnie. Adaś miał mniej szczęścia, gdyż dotknął jeżowca i wbił sobie w palce w sumie 13 kolców. Wyciąganie tych małych igiełek jest bolesne i bardzo trudne. Trzeba dokładnie oczyścić każde miejsce, bo w przeciwnym razie rana się babrze i może skończyć się antybiotykami. Adam jest lekarzem, więc zrobił to tak profesjonalnie, że po kilku dniach nie było śladu po wypadku z jeżowcem.
Gdy przyszło zapowiadane uderzenie północnego wiatru staliśmy już bezpiecznie przy południowym brzegu Ko Lipe. Dobrze osłonięta zatoka nie dawała odczuć 30-węzłowego wiatru. Ko Lipe jest miejscem, gdzie w ciągu dnia można się zrelaksować leżąc na leżaku lub miękkich poduchach jednej z knajpek na plaży i moczyć się w turkusowej wodzie zatoki, a wieczorem zjeść świeże krewetki lub ryby z widokiem na Morze Andamańskie. Nie ma tutaj takich tłumów jak na Phi Phi. Atmosfera sprzyja wyluzowaniu się i odpoczynkowi. Uwielbiamy bezludne plaże i zatoki, jednak czasem miło wpaść do jakiejś knajpecznki, szczególnie w tak urokliwym miejscu jakim jest na przykład Ko Lipe. Podczas gdy większość ekipy korzystała z uroków plaży Mariusz zrobił z Piotrem próbne zejście pod wodę. Piotrek nurkował kilka lat temu, jednak miał sporą przerwę. Przed popłynięciem na Similiany, będące nurkową mekką tej części Tajlandii i przed nurkowaniem tam, Mariusz wolał wykonać z Piotrem podstawowe ćwiczenia.

Gdy po dwóch dniach front przechodził i wiatr zaczął odkręcać do południowego, Mariusz postanowił wykorzystać go do żeglugi na północ na Similiany. Jazda na pełnych żaglach w baksztagu przy 20-25 węzłowym wietrze była wspaniała. Cięliśmy wodę niczym motorówka. Wszyscy nieźle znosili płynięcie, jedynie Monia czuła się nieswojo i pierwszy dzień ostrego żeglowania zakończyła krótką rozmową z Neptunem.
Popłynęliśmy najdalej na północ jak się dało – na Wyspy Surin. Powyżej zaczynają się wody birmańskie. Jest to północny kraniec Similianów i dociera tutaj niewielu turystów. Znowu udało nam się odnaleźć przepiękne plaże, na których byliśmy zupełnie sami. W jednej z zatok, gdzie plażowaliśmy, znajduje się tradycyjna wioska rybacka. Popłynęliśmy tam późnym popołudniem. Było to niezwykle egzotyczne doświadczenie. Jak to stwierdził Adaś: „jak bym był na filmie National Geografic albo innym podróżniczym”. Wioska położona jest przy brzegu turkusowej wody przy ścianie dzikiej dżungli. Domy zbudowane są z pali oraz liści palmowych i ustawione równo w rzędach wzdłuż brzegu, nieopodal zacumowanych łodzi rybackich. Na brzegu przywitał nas Król Tajlandii, spoglądający z dużego portretu powieszonego niedaleko szkoły. Jako, że było to już popołudnie, to dzieciaki były po zajęciach szkolnych i bawiły się w podgrupach w wiosce, a mężczyźni odpoczywali po połowach w wygodnych hamakach. Starsze kobiety, wykorzystując popołudniowy spadek temperatury i brak ostrego słońca, przygotowywały liście palmowe i wyplatały z nich maty. Spotkaliśmy też grupkę młodych kobiet, które wystrojone i wymalowane grały w jakąś grę karcianą. Miały przy tym bardzo poważne miny, więc możliwe, że grały na pieniądze. Młode dziewczęta grały z kolei w domino. Gdy tak spacerowaliśmy po wiosce, to zaczął się odpływ i ponton zamiast stać na turkusowej wodzie, osiadł na płyciźnie. Musieliśmy go przeciągnąć spory kawałek, by dostać się na głębszą wodę i móc wrócić na Katharsis II.

Podczas naszego pobytu na Surin wiatr wywiał się i nastało kilka dni ciszy, które wykorzystaliśmy na spłynięcie na południe na pozostałe wyspy i zaliczenie najsłynniejszych na Similianach nurkowisk. Zaczęliśmy od Skały Richelieu, gdzie jest mnóstwo korala miękkiego oraz roi się od najróżniejszych ryb. Na Richelieu w 2010 roku widziałam pierwszy raz w życiu konika morskiego. Sama go co prawda nie wypatrzyłam, ale został mi pokazany przez Piotra, naszego instruktora i byłam zachwycona. Podobno konik wciąż tam mieszka, niestety nie udało mi się go znaleźć, ale nurek i tak był rewelacyjny.
Z Richelieu popłynęliśmy na Ko Tachai. Byliśmy na miejscu już późnym popołudniem i wszystkie wycieczki jednodniowe zdążyły odpłynąć. No i znowu przepiękna plaża była tylko dla nas. Następnego dnia wcześnie rano, zanim spłynęły się łodzie nurkowe, zeszliśmy pod wodę. Warunki były dość trudne, gdyż występował silny prąd, ale Piotr świetnie sobie poradził. Po porannym nurku popłynęliśmy na Ko Similian, gdzie w ciągu dnia zetknęliśmy się już niestety z tłumem turystów. Wyczekaliśmy wszystkich i gdy łódki z jednodniowymi plażowiczami odpłynęły, mieliśmy kolejną zatokę praktycznie dla siebie. Było to bardzo szczęśliwe miejsce, gdyż udało nam się w końcu wypatrzeć żółwia wodnego, o zobaczeniu którego marzyła mała Hania.
Ostatnie dni naszego rejsu obfitowały w imprezy urodzinowe. 2 lutego, po rewelacyjnym nurkowaniu na Elephant Head, rozpoczęliśmy świętowanie urodzin Moniki. Zaczęło się od urodzinowego śniadania z szampanem i ciasta ze świeczką (tortem niestety nie można tego nazwać, ale pieczenie ciast nie jest moją mocną stroną) oraz celebrowaniem na plaży przy Miang. Następnie popłynęliśmy na Phuket do Patong. Było za późno, żeby z dzieciakami wyskoczyć na ląd, więc urodzinowego drinka wypiliśmy na pokładzie Katharsis II. Następny dzień zaczął się z kolei od mojego urodzinowego śniadania z szampanem, a wieczorem poszliśmy na uroczystą kolację. Okazji było kilka, bo poza moimi i Moniki urodzinami, była to także kolacja pożegnalna, gdyż na drugi dzień wszyscy wylatywali do Polski i zostawaliśmy z Mariuszem sami.

Napisane przez: Hanuś | 2016/05/08

Tajlandia rodzinnie

Czteromiesięczny pobyt Katharsis II w Tajlandii podzielić można na dwa etapy, wakacyjny i remontowy. Pierwszy etap przyjemnościowy dzieliliśmy w grudniu i pierwszych tygodniach stycznia z rodzinką. Następnie przyjechali do nas przyjaciele na ferie zimowe. Nad naprawami i pracami na jachcie dowodzenie przejął w połowie lutego Tomek, który walczył ze wszystkim aż do połowy kwietnia.
Boże Narodzenie było moimi kolejnymi świętami spędzanymi na Katharsis II. Była to moja siódma Wigilia i druga spędzana z rodziną. Pomimo upałów postaraliśmy się zorganizować choinkę, a na świątecznym stole nie zabrakło barszczu z uszkami oraz łazanek z kapustą i grzybami. Na straganie z owocami morza wybraliśmy z moim szwagrem ryby, które najbardziej przypominały karpie. Niestety nie wiem jak się nazywały. Podczas oprawiania ich moja siostra była zaniepokojona, co z nich będzie. Na szczęście okazały się strzałem w dziesiątkę. Filety miały delikatne białe mięso, które po usmażeniu wyśmienicie smakowało z chrzanem. Zawsze uroczym momentem świąt jest dla mnie odnajdywanie przez dzieciaki prezentów pod choinką. Gdy wyszliśmy zrobić sobie na keję zdjęcie rodzinne na tle Katharsis II, akurat Święty Mikołaj zjawił się w marinie. Zjechał po maszcie saniami, wskoczył przez zejściówkę w kambuzie do środka i zostawił dla dzieciaków niespodzianki. Antoś najbardziej z wszystkich ucieszył się, że Święty Mikołaj jest tak rewelacyjnie zorganizowany i nawet jak się podróżuje w święta, to on potrafi wszystkich odnaleźć.
Ostatnie dni starego roku spędziliśmy nas Phukecie. Jest to miejsce bardzo zatłoczone przez turystów, jednak można znaleźć tu parę urokliwych miejsc. Naszą bazą wypadową była marina położona na samej północy, czyli najmniej obleganym przez przyjezdnych miejscu. Na plażowanie jeździliśmy na północno-zachodni kraniec, gdzie znajdują się przepiękne plaże z żółtym piaskiem, czystą wodą i co najważniejsze są one praktycznie puste. Brak turystów nad morzem jest raczej nietypowym widokiem dla Phuketu. Nie obeszło się jednak bez zaliczenia typowych miejsc turystycznych. Zwiedziliśmy świątynię buddyjską w Chalong, targ rybny w Rawai na samym południu, ogromny posąg Buddy budowany na jednym ze wzgórz Phuketu, czy słynny z życia nocnego Patong. Obowiązkowym punktem programu była oczywiście przejażdżka na słoniach. Patrząc na śmiejące się na głos moje siostry, miałam wrażenie, że jest to większa dla nich atrakcja niż dla dzieciaków.
Wieczór Sylwestrowy Mariusz postanowił zorganizować na Patongu. Pojechaliśmy na kolację do jednego z hoteli położonych nad samą zatoką, skąd mieliśmy rewelacyjny widok na pokaz sztucznych ogni. Niebo rozświetlone było przez cały czas naszego kilkugodzinnego imprezowania.

Nasz rejs zaczęliśmy od kolejnej atrakcji turystycznej, wskazywanej w przewodnikach jako konieczną do zaliczenia, a mianowicie Phang Nga Bay. Jest to zatoka, położona na północny-wschód od Phuketu. Urokiem tego miejsca są formacje wapienne, które wyrastając z wody niczym ogromne maczugi, tworzą przepiękny krajobraz. Niektóre z tych skał mają wydrążone we wnętrzu kanały i jaskinie, którymi można pływać pontonem lub kajakiem. W Phang Nga Bay znajduje się też wyspa nazywana Wyspą Jamesa Bonda. Kręcono tu film Człowiek ze złotym pistoletem z Roger’em Moore’m. Przed zwiedzaniem wyspy Bonda zorganizowaliśmy na jachcie wieczorny pokaz filmu. Myślałam, że dzieciaki nie dadzą rady obejrzeć do końca, gdyż będzie ich nudził Bond sprzed 40 lat, jednak dzielnie stawiły czoła klasyce.
W zatoce Phang Nga odwiedziliśmy także wioskę muzułmańską zbudowaną na palach. Jest to ciekawe miejsce, jednak obecnie całkowicie nastawione na turystów i bardzo trzeba uważać kupując cokolwiek lub zamawiając w restauracji, bo łatwo można paść ofiarą oszustwa. Nie często piszę o takich rzeczach, ale w wiosce muzułmańskiej jest potworne „strzyżono-golono”.
Będąc na fali turystycznych atrakcji popłynęliśmy na wyspę Phi Phi Ley, gdzie kręcono film Niebiańska plaża z Leonardo DiCaprio. Miejsce jest przepiękne jak na filmie, tylko, że tłumy na plaży nie zgadzają się ze zdjęciami z folderów. Spodziewaliśmy się turystów, jednak ich ilość przerosła nasze obawy. Cała szerokość plaży zastawiona była łodziami z turystami. Naliczyliśmy ponad czterdzieści jednostek. Całkowicie inny widok od tego, który Mariusz doświadczał z Jedynką podczas pobytu w 2007 i 2008 roku.
Z Phi Phi Ley popłynęliśmy na Phi Phi Don. Jest to malownicza wyspa z urwistymi klifami, pięknymi plażami i turkusową wodą, jednak ilość turystów i łodzi nie pozwala się do końca zrelaksować. Rzuciliśmy kotwicę w kilku całkiem uroczych miejscach, jednak zawsze były one zatłoczone turystami przybywającymi na dzienne wycieczki. Tylko wieczory i poranki pozwalały poczuć magię tych miejsc.
Docierając w najróżniejsze zakątki świata, gdzie zdarza się, że poza nami nie ma nikogo, jesteśmy trochę rozpuszczeni. Po miejscach z przewodników, Mariusz zabrał nas na południe od Phuket, gdzie odnaleźliśmy spokój, ciszę, malownicze plaże, turkusową wodę z mnóstwem ryb i kolorową rafą. Dla naszej rodzinki Ko Rok Nok, Ko Rok Noi, Ko Rawi, Ko Ha Yai oraz Ko Lipe były wakacyjnym rajem.
Z Ko Lipe wyskoczyliśmy na dwa dni do Malezji. Musieliśmy opuścić Tajlandię, gdyż kończyła mi się wiza. Langkawi było rewelacyjnym rozwiązaniem, gdyż jest oddalone od Ko Lipe zaledwie o 23 mile morskie. Poza tym jest objęte strefą wolnocłową, co wykorzystaliśmy na uzupełnienie zapasów naszej winniczki na Katharsis II.
Rodzinne wakacje zakończyliśmy uczczeniem Mariusza urodzin na Patong.

Napisane przez: Hanuś | 2016/05/04

Przez Jawę i Singapur do Tajlandii

W rejs z Bali do Tajlandii wyruszyliśmy w listopadzie 2015 roku w sześcioosobowym składzie – Roma, Kuba, Filip, Tomek, Mariusz i ja. Opuszczając Bali nie mieliśmy jeszcze dokładnie obmyślonej ruty. Mariusz zastanawiał się pomiędzy odwiedzeniem Kalimantanu, czyli indonezyjskiej części Borneo lub Wysp Belitung. Jawa była pomijana w planach, gdyż Mariusz ze swojej pierwszej wizyty w Indonezji pod koniec lat 80. zapamiętał ją jako potwornie zatłoczoną i gorącą. Mnie kusiło odwiedzenie Borobudur – największej świątyni buddyjskiej na świecie położonej w centralnej części Jawy. Reszta ekipy nie miała szczególnych celów. Roma z Kubą po pobycie na Bali sceptycznie podchodzili do zwiedzania świątyń, a Filip z Tomkiem marzyli o ciszy i spokoju wśród dzikiej przyrody. Przed podjęciem decyzji, czy popłyniemy na północ na Borneo czy na północny-zachód na Belitung, zatrzymaliśmy się na Wyspach Karimunjawa na północ od Jawy. Mieliśmy się tu nacieszyć czystą wodą, ciszą i sielskimi krajobrazami. Po rzuceniu kotwicy wiatr zupełnie ustał stwarzając wymarzone warunki do snorklowania i nurkowania. Gdy tak niespiesznie mijał nam czas, podpłynął do nas mieszkaniec Karimunjawy i przedstawił się jako lokalny przewodnik, który może nam pomóc w zorganizowaniu paliwa, wody, prowiantu, jak również wycieczki na Jawę i do Borobudur. Z Karimunjawy odpływają szybie promy do Jepary położonej na północnym brzegu Jawy, skąd wynajętym samochodem z kierowcą jedzie się na dwudniową wycieczkę w głąb wyspy. No i tak wrócił temat gdzie popłyniemy… Mariusz stwierdził, że możemy popłynąć Katharsis II do Jepary, tam wynająć samochód i pojechać do Borobudur. Gdy Roma zaczęła czytać o tej buddyjskiej świątyni, to stwierdziła, że jednak zmienia nastawienie do wycieczek lądowych, a i Filipa zainteresowała możliwość zobaczenia wnętrza Jawy. I tak znaleźliśmy się w Jepara. Na wycieczkę pojechaliśmy w piątkę, a na łódce został Tomek.
Sama Jepara okazała się spokojnym muzułmańskim miastem, niezwykle uporządkowanym i cichym. Na ulicach dominowały motocykle, rowery i riksze, a samochody były rzadkością. Ład i porządek odzwierciedlały niezwykle czyste ulice, których drzewa i krawężniki były dokładnie pomalowane na różne kolory. Znalezienie tu samochodu do wynajęcia okazało się dużym wyzwaniem. W Internecie przeczytaliśmy informacje, że znajdują się tu wypożyczalnie samochodów, jednak w rzeczywistości nie można ich było namierzyć. W jednym z hoteli udało nam się (poprzez znajomego recepcjonisty) wynająć samochód z kierowcą na trzy dni.
Kilkugodzinna podróż samochodem była nieco męcząca, jednak pozwalała przyjrzeć się tej najbardziej zaludnionej wyspie Indonezji. Wzdłuż głównych dróg biegły gęsto rozsiane miasteczka i wioski. Zielone pola ryżowe, których było tak dużo na Bali, tutaj wcinały się jedynie w wąskie pasma między terenami zurbanizowanymi. Na miejsce dotarliśmy późnym popołudniem, więc na zwiedzanie nie było już sił. Pozostawało nam zrelaksowanie się w cudnym hotelu, z tarasu którego rozpościerał się widok na dżunglę i świątynie Borobudur, nasz cel wycieczki. W przewodnikach wyczytaliśmy, iż najlepszym czasem na zwiedzanie świątyni jest wschód słońca. Na miejsce trzeba wyruszyć jeszcze po ciemku, a o brzasku wspiąć się na najwyższy taras Borobudur, by tam oczekiwać wschodu słońca i podziwiać świątynię w promieniach budzącego się dnia. Tak też postanowiliśmy zrobić. Nasz kierowca miał czekać na nas przed 5 rano. Roma, która wyjątkowo nie lubi wstawać rano, z dużym poświeceniem zerwała się przed świtem i ruszyliśmy na podbój Borobudur. Jeszcze po ciemku mijaliśmy bramę wejściową i o brzasku pokonywaliśmy kolejne stopnie prowadzące na szczyt świątyni. Poza nami było kilkanaście osób. Spodziewałam się zapowiadanych tłumów, jednak o tak wczesnej porze, nie było za wielu turystów. Dopiero, gdy schodziliśmy na dół po wschodzie słońca mijaliśmy się z falą napływających tłumów.
Świątynia zrobiła na mnie duże wrażenie. Kilkadziesiąt stup kamiennych z ukrytymi w nich posągami Buddy zalanych poranną mgłą i otulonych delikatnym światłem tworzyło mistyczną atmosferę. Dżungla na wzgórzach wokół świątyni spała i wszystko dookoła czekało na wschód słońca. Tym razem przyroda nie zorganizowała na niebie spektakularnego widowiska. Bladoczerwone słońce nieśmiało przedzierało się przez gęste chmury i powoli wspinało nad horyzontem, oblewając świątynię ciepłymi promieniami. Niebo pozostawało spowite we mgle. Ja nie potrzebowałam ognia na niebie i malowniczego wschodu, by napawać się atmosferą tego niezwykłego miejsca. Architektura tej świątyni i bogatość płaskorzeźb jest z pewnością oszałamiająca. Dużo znaczenia ma też położenie – na wzgórzu wśród dżungli. Popołudniu pojechaliśmy zobaczyć inną słynną świątynię na Jawie – Prambanan. Jest to największy kompleks świątyń hinduistycznych wybudowanych między VIII a X wiekiem naszej ery. Zewnętrzna cześć z nich ucierpiała podczas trzęsienia ziemi w 2006 roku, niemniej niezniszczona część robi wrażenie i wzbudza szacunek. Jednak położenie świątyni w sąsiedztwie miasta i placu z głośnym festynem nie stwarza nastrojowej atmosfery. Poza tym odnosiłam wrażenie, że Jawajczycy nie darzą tego miejsca specjalnym szacunkiem. Nie wymagane jest tu zasłanianie kolan i ramion, jak ma to miejsce w świątyniach na Bali. Na terenie świątyni i w samych budynkach znajdowało się sporo porozrzucanych śmieci. Jakby muzułmańskie społeczeństwo nie chciało pamiętać o hinduistycznej historii Jawy. Byliśmy wszyscy tym trochę zniesmaczeni.

Po powrocie do Jepary zrobiliśmy zaopatrzenie świeżynki na lokalnych straganach i następnego dnia rano ryszyliśmy w morze. Nie było już czasu na Borneo ani Belitung. Obraliśmy kurs na grupę Wysp Riau, położonych u wejścia do Cieśniny Malaka, gdzie planowaliśmy się odprawić z Indonezji i popłynąć prosto do Tajlandii. W sobotę 6 grudnia Mariuszowi i mi kończyła się wiza indonezyjska, dlatego zależało nam by dopłynąć do mariny w Nangsa jeszcze w czwartek i na piątek umówić się na odprawę. Dotarliśmy na miejsce zgodnie z planem, jednak w Indonezji załatwianie spraw formalnych rządzi się swoimi prawami i okazało się, że w jeden dzień nie uda nam się nic załatwić…. Przedłużenie wizy z dnia na dzień też nie było możliwe, a bez ważnej wizy nie mogliśmy zostać w Indonezji. Na szczęście marina w Batam znajduje się godzinę drogi promem od Singapuru. I w ten sposób władze indonezyjskie zmusiły Mariusza i mnie do wycieczki. Reszta ekipy została na łódce, a my wyskoczyliśmy na weekend do Singapuru.

W poniedziałek udało się już załatwić wszystkie formalności (w jeden dzień!) i we wtorek rano, po zatankowaniu łódki do pełna, ruszyliśmy do Tajlandii. Żegluga przez Cieśninę Malaka wymagała wzmożonej uwagi na wachtach, gdyż roiło się od łodzi rybackich i krewetkowych. Dodatkowo rozpościerały się nad nami burzowe chmury, spod których przychodziły silne szkwały i ulewne deszcze. Do Tajlandii dotarliśmy w piątkowe przedpołudnie 11 grudnia 2015 roku. Kotwicę rzuciliśmy w Zatoce Chalong, gdzie nasz pobyt rozpoczęliśmy, jak zawsze z resztą w nowym kraju, od odprawy. Tym razem musieliśmy zmierzyć się z tajską biurokracją. Jest ona o niebo przychylniejsza dla żeglarzy niż indonezyjska, jednak przepisy zawierają jeden szczególny zapis, którego nieznajomość może okazać się bardzo kosztowna. Wpływając do Tajlandii na jachcie jako załoga, a nie pasażer, trzeba Tajlandię opuścić na pokładzie tego samego jachtu. Żeby wylecieć w takim przypadku samolotem, trzeba ubiegać się w wyznaczonym urzędzie imigracyjnym o zgodę i uiścić kaucję w wysokości 20 000 batów (czyli ponad 2 000 PLN). Ową kwotę można otrzymać z powrotem po powrocie do Tajlandii i zaokrętowaniu się na ten sam jacht. Zważywszy, że wszyscy poza mną wylatywali z Tajlandii przed świętami, a Roma, Kuba i Filip nie planowali do Tajlandii wracać, to na potrzeby odprawy, ja zostałam mianowana kapitanem Katharsis II i jego jedynym członkiem załogi, a reszta widniała na dokumentach jako pasażerowie. Wszystko miało przebiec sprawnie, jednak oficer imigracyjny dostrzegł, że na dokumentach odprawy na wyjście z Indonezji wszyscy byliśmy załogantami… W naszym przypadku nie ma to żadnego znaczenia. Nie jesteśmy jachtem pływającym komercyjnie, tylko prywatnie i zdefiniowanie na liście osób kogoś jako załogant, czy pasażer nie ma najmniejszego znaczenia. Jednak dla urzędnika imigracyjnego był to punkt zaczepny. Było piątkowe popołudnie, a Roma, Kuba i Filip mieli bilety do Polski na poniedziałek. W weekend nie dało by się zezwoleń załatwić, nie mówiąc już o zmarnowanych 60 000 batów. Urzędnik imigracyjny skonsultował sprawę z celnikiem i kazał nam przygotować gotówkę. Czekaliśmy, aż załatwi wszystkich oczekujących w kolejce i na sam koniec dnia, przed zamknięciem urzędu odprawił nas wraz z celnikiem pobierając dodatkową – nieewidencjonowaną opłatą w wysokości 2 000 batów od osoby. Dla nas była to ogromna oszczędność zarówno finansowa, jak i czasowa, więc woleliśmy nie dyskutować z urzędnikami, tylko z uśmiechem uiścić dodatkową opłatę. I tak znaleźliśmy się legalnie w Tajlandii, gdzie Katharsis II spędziła następne cztery miesiące.