Napisane przez: Hanuś | 2016/12/05

Kapsztad

Nasz rejs w dwuosobowym składzie z Seszeli do Republiki Południowej Afryki zakończyliśmy 20 października 2016 roku. Po 17 dniach żeglugi bez zawijania do portów, przepłynięciu 3100 mil morskich i pokonaniu 3 sztormów (wiatry powyżej 8 w skali B) wpłynęliśmy do zalanego słońcem Kapsztadu. W nocy z 19 na 20 października minęliśmy Przylądek Igielny – najdalej na południe wysunięty skrawek Afryki. Wielu z nas wydaje się, że tym południowym krańcem Afryki jest malowniczy Przylądek Dobrej Nadziei. Jednak, gdy przyjrzymy się dobrze mapie, to nie możemy mieć wątpliwości, któremu miejscu należy się ten tytuł. Mijaliśmy to miejsce w nocy, więc o jego urokach nic powiedzieć nie mogę, za to Przylądek Dobrej Nadziei pojechaliśmy zwiedzić z Mariuszem od strony lądu i tu już mam swoje zdanie. Rzeczywiście jest to przepiękne miejsce, ze świetnie przygotowanym dla turystów punktem widokowym, gdzie znajduje się latarnia morska (Cape Point). Jednak nie sam cel jest najpiękniejszy, a już droga prowadząca na Przylądek – Chapmans Peak Drive olśniewa widokami. Kilka dni spędzonych w Kapsztadzie pozwoliło mi polubić to miejsce – jego ciepłe wiosenne popołudnia, zapierające oddech widoki, przestronne i czyste ulice oraz wspaniałą kuchnię z lamką lokalnego wina.

Nie przez przypadek trafiliśmy do Republiki Południowej Afryki. Mariusz wybrał Kapsztad jako bazę przygotowań do kolejnej wielkiej wyprawy. Wyzwaniem, które teraz stawia przed sobą, Katharsis II i załogą nasz kapitan jest opłynięcie Antarktydy po jej wodach. Mariusz od kilku lat planował ten rejs i zdecydował, iż przyszedł czas, by obrać kurs na południe i trzymając się jak najbliżej białego kontynentu opłynąć go dookoła zaciskając jak najciaśniejszą pętlę.

Katharsis II została w Kapsztadzie pod opieką Tomka, gdzie ruszyły ostre przygotowania do rejsu. Jeszcze przed wyjazdem udało nam się przekazać wszystkie żagle do przeglądu, oddać ster strumieniowy do serwisu, a później prace ruszyły dalej: przegląd hydrauliki z wymianą wszystkich węży, wyjęcie masztu i konserwacja takielunku oraz wiele drobniejszych, ale równie ważnych prac.

Zamierzaliśmy polecieć z Mariuszem do kraju na zaledwie dwa i pół tygodnia. Mieliśmy spędzić w Polsce czas od 28 października do 15 listopada, następnie wrócić do Kapsztadu, by zintensyfikować przygotowania do wyprawy, a na okolice Mikołajek planowany był start rejsu. Chcieliśmy pozałatwiać w Polsce formalności związane z uzyskaniem pozwolenia na popłynięcie na Antarktydę, spędzić choć chwilę z najbliższymi, uzupełnić łódkową apteczkę i jeśli się uda, to także zrobić okresowe badania. Ostatni raz szczegółowy przegląd stanu zdrowia robiliśmy przed wyprawą na Antarktydę w listopadzie 2014 roku. Kalendarz przypominał, że trzeba się tym zająć, ale czasu było tak niewiele. Wszystko wskazywało, że będzie trzeba zdrowotne historie przełożyć na wiosnę. Z jednej strony nie lubię przekładać tak ważnych spraw na później, ale nie wierzyłam, że podczas tego krótkiego pobytu uda mi się zrobić badania. Jednak los zdecydował, że miałam zrobić je teraz i niczego nie odkładać. Jeszcze tego samego dnia po przylocie miałam umówioną wizytę u lekarza. Na szczęście samolot nie miał opóźnienia i zdążyłam. Poza skierowaniem na badanie krwi dostałam też skierowanie na USG piersi. Zazwyczaj na wizytę trzeba czekać ponad tydzień. Zapytałam o lekarza, który badał mnie dwa lata temu i akurat wypadła mu pacjentka. Zwolnił się termin na następny dzień. Od razu się zapisałam. Na badaniu niestety wyszła niepokojąca zmiana – guz około 2 centymetrów. Lekarz zalecił kolejne badanie – biopsję, by sprawdzić rodzaj zmiany. Moja lekarka od razu wypisała mi skierowanie, no i czekało mnie umawianie kolejnej wizyty do specjalisty. Tutaj terminy były bardziej odległe – dopiero na grudzień. Jednak nie dawałam za wygraną – wydzwaniałam i prosiłam o przyspieszony termin. Mówiłam, że planuję wyprawę na kilka miesięcy na drugi koniec świata i bardzo chciałabym zrobić to badanie przed wyjazdem. I tym razem udało mi się znaleźć lekarza, który wcisnął mnie w swój i tak pełny harmonogram. Po badaniach nie spodziewałam się żadnych złych wieści. Byłam pewna, że to coś niegroźnego, więc niczym się nie przejmowałam. Na trzy dni przed planowanym terminem wyników zadzwoniono do mnie, że lekarz chce się ze mną widzieć, gdyż wyniki są nieprawidłowe. Dreszcze przebiegły mi po plecach.
We wtorek 8 listopada na tydzień przed planowanym wylotem do Kapsztadu dowiedziałam się, że mam raka. Byłam zupełnie wybita z mojego rytmu, z mojego planu, z mojego dotychczasowego życia. Ale na szczęście tylko na chwilę. Spojrzeliśmy na siebie z Mariuszem i powiedzieliśmy sobie, że to kolejna rzecz, którą trzeba będzie po prostu w życiu pokonać i przetrwać. … Nie było czasu się nad sobą rozczulać. Trzeba było działać. Był to dla nas zupełnie nowy temat! Niełatwy, ale postanowiliśmy razem się z tym zmierzyć. Jeszcze tego samego dnia udało nam się dostać na wizytę do onkologa. Pan doktor okazał się przemiłym człowiekiem, z ludzkim podejściem do pacjenta. Ja jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z powagi całej tej sytuacji i pytałam, czy jeśli o dwa-trzy tygodnie przełożymy naszą wyprawę, to czy zdążę dojść do siebie i będę mogła płynąć. Lekarz nie zezłościł się na mnie, ani nie zirytował moim pytaniem, tylko z miłym uśmiechem powiedział, że Antarktyda w rok się nie rozpuści, no bo z Arktyką mogłoby być gorzej. Ale Antarktyda z pewnością poczeka na mnie rok. Nie orzekł też od razu, że na pewno nie popłynę w tym roku . Powiedział jakie kolejne badania mnie czekają i od nich zależy dalsze postępowanie. Ktoś mógłby powiedzieć, że jak można się pytać o wyprawę, jak tu trzeba się leczyć i jak w ogóle można zadawać takie pytania. Dla mnie jednak w tym momencie rejs był niezwykle ważny i nie chciałam z niego rezygnować. Myślę, że lekarz widział moją determinację i zrozumiał, że to jest coś wyjątkowego dla mnie. Choroba jest tylko przeszkodą, którą muszę pokonać, by osiągnąć cel.
Ten paskudny nowotwór chciał się przyczaić we mnie i zabrać na gapę na rejs na Antarktydę. Nic z tego – nie będziemy mu fundować tak ekscytującej wycieczki. Zamierzam go wysadzić jak najszybciej.

Torba z ciepłymi ubraniami przygotowanymi na wyprawę na Antarktydę powędrowała na strych, gdzie musi poczekać kilka miesięcy. Przede mną stoi mała walizka z rzeczami niezbędnymi na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Jutro czeka mnie operacja wycięcia guza piersi. Mam dużo szczęścia, że nowotwór został zdiagnozowany we wczesnym stadium. Dzięki temu mam szansę na całkowite wyleczenie. Przede mną, poza operacją, jeszcze kilka miesięcy walki. Mam nadzieję, że będę miała siłę, żeby sprostać wyzwaniu, jakie przede mną stoi. Góry lodowe i sztormy, z którym mieliśmy się z Mariuszem zmierzyć wydają się teraz jakby małą zawieruchą, w porównaniu z huraganem który czeka nas na lądzie.
Zamierzam pozbyć się tego paskuda i zbierać siły, by w grudniu przyszłego roku móc dołączyć do załogi Katharsis II i popłynąć dookoła Antarktydy.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/18

Brzegi Afryki

Ostatnie dni Neptun nam nieźle urozmaicał pogodowo. Musze przyznać, że ten akwen jest wymagający – zarówno pod względem zmienności wiatrów, jak i morza oraz kłębiących się w nim prądów oceanicznych.
Tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Po piątkowym silnym wietrze od rufy przyszedł czas na trochę zabawy z podwiatrową jazdą. Chwilę spokoju w ciągu dnia w sobotę wykorzystaliśmy na postawienie zrefowanego grota, by przygotować łódkę do ostrej jazdy pod wiatr. Niestety i tym razem prognoza nie doszacowała siły wiatru. Z zapowiadanych 20 węzłów idealnie w nos zrobiło się w nocy z soboty na niedzielę 33 węzły, co bardzo rozbudowało morze. I niestety musiałam oglądać fale, które tak mnie zachwycały poprzedniego poranka, z tego kierunku, z którego nie chciałam na nie patrzeć, czyli zmagać się z nimi w podwiatrowej żegludze. Staraliśmy się utrzymywać bezpieczną prędkość, by Katharsis II nie spadała z impetem ze stromych fal. Jacht nieźle sobie radził z coraz większym morzem, jednak nie chcieliśmy go forsować. Ten kierunek wiatru miał utrzymywać się do poniedziałkowego poranka, a w niedzielę w ciągu dnia jeszcze stężeć. Mariusz postanowił skierować nasz jacht w stronę lądu. Zazwyczaj wolimy zostać na pełnym morzu w czasie sztormu, ale tym razem liczyliśmy na spokojniejsze morze w pasie przybrzeżnym do głębokości 200 m. Linia 200 m wyznacza granicą występowania prądu Agulhas, który podbija i wypiętrza do niebezpiecznych rozmiarów fale. Pas przybrzeżny jest stosunkowo wąski i jego szerokość rzadko przekracza 3 mile. Oznaczałoby to częste manewry zwrotów, ale woleliśmy taką zabawę, niż walkę z coraz groźniej wyglądającym morzem. Po minięciu linii 200 metrów fale zaczęły się uspokajać, a w odległości 1 mili od lądu wiatr niespodziewanie ucichł. Postanowiliśmy wykorzystać ten spokój i podciągnąć na silniku na południe. Na mojej porannej wachcie w niedzielę 16 października o świcie po raz pierwszy ukazały się brzegi Afryki Południowej. Powitanie zgotowały mi stada delfinów i wieloryby kręcące się blisko lądu. Przez cały poranek udało nam się spokojnie płynąć wzdłuż Dzikiego Wybrzeża. Gdy próbowaliśmy oddalać się od lądu, od razu wiatr tężał i ciskał silnymi podmuchami od dziobu, a fala hamowała jacht. Postanowiliśmy nie marnować czasu na halsowanie pod 30 węzłowy wiatr, skoro pod osłoną brzegu mogliśmy sprawnie podążać do celu na naszym dieselgrocie.
Niestety popołudniu wiatr rozhulał się także przy brzegu i wybudował bardzo nieprzyjemną, stromą i krótką falę. Próbując halsować pod wiatr praktycznie nie robilibyśmy postępu do przodu, a na silniku prędkość spadła do 2,5 – 3 węzłów (a paliwo znikało ze zbiornika). Wzdłuż wybrzeża Afryki Południowej nie ma bezpiecznych zatok. Na szczęście udało nam się wypatrzeć jedną przyjaźnie wyglądającą zatoczkę, a raczej zagłębienie w lądzie (Mazeppa Bay), gdzie postanowiliśmy przeczekać kilka godzin największego uderzenia wiatru od południa. Po ośmiogodzinnym odpoczynku dla jachtu i naszej małej załogi, gdy złowrogie świsty zaczęły cichnąć, wznowiliśmy żeglugę. Wiatr osłabł do 15 węzłów i umożliwiał efektywne płynięcie na południe. Kierunek wiatru wymusił na nas długi hals i stopniowe oddalanie się od lądu, czego efektem było wpłynięcie w prąd Agulhas.
Zbiegło się to z kolejną zmianą pogody – powróciliśmy do żeglugi z wiatrem. Korzystając z jego północnego kierunku w poniedziałkowe południe wjechaliśmy w rzekę prądu Agulhas, który przez kilkanaście godzin dodawał nam po 2 -3 węzły prędkości. Przy wietrze z południa prąd Agulhas zderza się z nim wytwarzając niebezpieczne fale, dlatego wcześniej unikaliśmy go. Niestety to co dobre lubi się szybko kończyć i nasz prądowy dopalacz już wygasł. We wtorkowe wypłynęliśmy z nurtu dodatniego prądu i podążamy z wiatrem w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei.

Wtorek 18.10.2016, godzina 2300 UTC+2, pozycja 35st.27min.S 021st.59min.E, wiatr E 15 węzłów, prędkość jachtu 7 węzłów.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/16

Sztorm przed podejściem do brzegów Afryki Południowej

Zapowiadane silne uderzenie wiatru z północy nadeszło, zgodnie z prognozami pogody, w piątkowy wieczór. Po 30 węzłowym wietrze w nos i przed kolejnym, tym razem od rufy, Neptun dał nam kilka godzin spokojnej aury. Wykorzystaliśmy ten czas na przygotowania do sztormu – sprawdzaliśmy sztauowanie rzeczy pod pokładem, mocowanie pontonu, klar na pokładzie. Zjedliśmy też obiad w względnie komfortowych warunkach, gdyż morze pamiętało jeszcze wiatr z poprzedniej nocy.
Spodziewaliśmy się silnego 35-węzłowego uderzenia od rufy, dlatego postanowiliśmy zrzucić zupełnie grota i sztormować na samym sztakslu. Do 35 węzłów z wiatrem Mariusz preferuje żeglugę na zrefowanym grocie i przednim żaglu. Jednak przy silniejszych wiatrach i zjazdach z dużych fal bom wyłożony na burtę może zahaczyć o wodę i się złamać. Nie chcieliśmy ryzykować, tym bardziej, że akwen ten słynie ze spektakularnych fal.
W piątek popołudniu wiatr od dziobu zaczął wykręcać idealnie do rufy i tężeć z każdą godziną. Gdy siła wiatru utrzymywała do 39 węzłów płynęliśmy na zrefowanej genui. Dopiero gdy po północy zaczęła pojawiać się „4” z przodu Mariusz zamienił genuę na sztaksla. Prognoza przewidywała wiatr do 35 węzłów, a my już mieliśmy regularne 40. Ale apogeum przyszło dopiero na mojej porannej wachcie, gdzie wiatr wciąż tężał, aż rozkręcił się do stałej 50. Wtedy zrefowałam nawet naszego małego sztaksla. Gdy było jeszcze ciemno, tylko w blasku księżyca widziałam grzywy fal rozbryzgujące się powyżej naszych burt. Prawdziwe przedstawienie zaczęło się po wschodzie słońca, gdy wiała regularna 50. Fale wyrastały za rufą niczym wodne ściany, po czym z impetem wjeżdżały pod łódkę i z nieprawdopodobną mocą przelatywały pod nami. Niektóre gejzery rozbijając się tuż przed dziobem zawracały przetaczając się przez pokład Katharsis II. Jacht wspaniale sobie radził. Aż miło było patrzeć, jak łódeczka tańczy z rozbawionym oceanem. Jedynie nasza szpryc buda nie podołała spotkaniu z silnym wiatrem i rozdarła się. Płótno było już mocno nadwyrężone po wietrznym pobycie na Malediwach i w Kapsztadzie planowaliśmy jego regenerację. A wygląda na to, że będziemy musieli w pośpiechu szykować nową szpryc budę, by dała sobie radę w antarktycznych warunkach.
Wiatr nie dość, że rozpędził morze i kreował ogromne fale, to zaczął już zrywać wodę z powierzchni. W promieniach porannego słońca widać było jak krople słonej wody niesione są nad falami i oblewają ocean jakby białym pyłem. Z zapartym tchem patrzyłam na to widowisko. Cieszyłam się, że jedziemy z wiatrem, bo za nic nie chciałabym w tym momencie płynąć w przeciwnym kierunku i z innej perspektywy oglądać te wodne góry.
Od około 1100 wiatr zaczął siadać i mogliśmy wrócić do żeglugi na genui. Wszystko zgodnie z prognozą, no może poza siłą wiatru. Popołudniu zaczęło cichnąć do kilku węzłów. Jedynie morze przypominało historie poprzedniej nocy. Ale ten spokój, to była jedynie cisza przed burzą. Wieczorem przyszło kolejne uderzenie.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/14

Pierwsze uderzenie silnego wiatru w tym rejsie

Czwartkowy poranek przyniósł zapowiadany południowo-wschodni wiatr. Mariusz przekazując wachtę o 0400 ostrzegał mnie, iż zmiana pogody będzie bardzo raptowna. I rzeczywiście tak było. Przed 0500 wiatru było jeszcze jak na lekarstwo, czyli 6-8 węzłów od dziobu, ale pojawiło się spore zafalowanie. Zaostrzyło to moją czujność. O godzinie 0510 wiało już 15 węzłów, więc obudziłam Mariusza. Postawiliśmy żagle. O 0530 mieliśmy już u góry grota i genuę na 2. refie oraz wiatr 25 węzłów SE. Śmigaliśmy 11-12 węzłów. Stwierdziliśmy jednak, że jest to tempo bardziej nadające się na regaty niż przelot przez ocean w dwuosobowym składzie. Zamieniliśmy genuę na znacznie mniejszego sztaksla, żeby czuć się bezpieczniej. A i tak płynęliśmy szybko, bo 9-10 węzłów. Morze z każdą chwilą bardziej się nabudowywało naganiając nam od dziobu potężne fale. Zabawa za sterem była przednia, chociaż strome fale, na które Katharsis II musiała się wspinać i hektolitry wody przelewające się co jakiś czas przez cały pokład i nieco studziły nasze entuzjazmy. Wiało do 27 węzłów, czyli mniej niż wynikało z wcześniejszych prognoz. Absolutnie nie ubolewaliśmy nad tym – wiatru było pod dostatkiem a fale wystarczająco dawały nam odczuć potęgę natury.
Wiatr ten miał się utrzymywać przez dobę i było tak praktycznie co do godziny. Dzisiaj około 0500 zaczął słabnąć i odkręcać do ENE. Pomimo, iż nie dotarliśmy jeszcze do silnego ramienia prądu Agulhas, który w żegludze z północy na południe wzdłuż południowego brzegu Afryki może dodawać nawet 3 węzły prędkości, to i tak przy płynięciu pod wiatr wykręciliśmy bardzo dobry przelot dobowy, bo 220 mile morskie.

Kolejna noc ma przynieść nowe uderzenie wiatru, tym razem z północy. Ma on być mocniejszy, gdyż ponad 40 węzłowy. Będziemy już wtedy najprawdopodobniej płynąć w silnym prądzie. Ciekawa jestem jak będzie wyglądać morze przy tej wartkiej rzece prądu i silnym wietrze.

Piątek 14.10.2016 godzina 0800 UTC+3, pozycja 28st.06min.S 033st.53 min.E wiatr NE 12 węzłów, prędkość jachtu 8,5 węzła.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/12

Półmetek za nami

Dzisiaj mija nam 10. dzień żeglugi. W tym czasie przepłynęliśmy 1640 mil morskich, a do Kapsztadu pozostaje 1370. Wciąż towarzyszy nam słoneczna aura ze słabymi wiatrami. Analiza pogody przed wypłynięciem z Seszeli wskazywała, że po trzech- czterech dniach kilkunastowęzłowych wiatrów, przyjdzie czas na silniejsze wianie, które miało nam towarzyszyć praktycznie do końca rejsu. Tym czasem wiatry jakby się przed nami rozstępowały. Od kilku dni dosłownie je gonimy. Gdy bieżąca mapa pogodowa pokazuje, że już za chwilę wpłyniemy na akwen objęty silniejszymi wiatrami, w rzeczywistości zastajemy delikatną bryzę. Nowo ściągnięta prognoza pogody zmienia dane swojej poprzedniczki i okazuje się, że przed nami otwiera się nowa strefa słabych wiatrów. Ale jutro powinniśmy wjechać w pierwszy front z południowo-wschodnimi wiatrami około 30 węzłów. Tak przynajmniej raportuje najnowsza prognoza. A jak będzie, to zobaczymy jutro, gdyż warunki są tu niezwykle zmienne. Powoli zbliżamy się do brzegów Afryki. Nie pomaga na prąd, który w poniedziałkową noc spowalniał nas aż o 3 węzły. Prąd ten to boczna odnoga Prądu Agulhas, który płynie z północy na południe wzdłuż brzegów południowo-wschodniej Afryki. Mariusz opóźnia wejście w jego wartki nurt, gdyż w połączeniu z przeciwnym, silnym południowym wiatrem powoduje niesamowicie niebezpieczne fale. Podobne fale dały nam w kość w czasie płynięcia z Brisbane do Sydney przed regatami dwa lata temu. Teraz jesteśmy tylko we dwójkę, więc musimy szczególnie uważać.
Słabe wiatry w połączeniu z resztkowym zafalowaniem często powodują łopot żagli. Czasami wystarcza zredukować grota i nieprzyjemne uderzanie płótnem ustaje. W okolicach Cape St. Andre, który mijaliśmy w nocy przez kilka godzin silnie wiało, po czym wiatr ni z tego ni z owego ucichł. Mieliśmy grota na drugim refie. Żagiel co kilka minut wydawał z siebie nieprzyjemny odgłos. Nie zrzuciliśmy żagla od razu, mając nadzieję na powrót wiatru, co skończyło się wyrwaniem listwy grota z wózka nad trzecim refem. Wykręciła się nakrętka szpilki mocującej pochwę listwy z wózkiem. W efekcie wypadła szpilka wprowadzając fragment żagla w niebezpieczne łopotanie, na szczęście szybko zauważone i bez dalszych konsekwencji. Już za dnia wymieniliśmy szpilkę. Swoją drogą szpilki z nakrętkami od dołu a nie z przetyczkami, to chyba nie najlepszy patent.
Pod pokładem komfortowa atmosfera wciąż sprzyja porządkom i pracy przy komputerach, co intensywnie z Mariuszem wykorzystujemy.
Trochę nerwów napsuły nam w ostatnich dniach informacje z marin RPA. Okazało się, że największa marina w Kapsztadzie – Royal Cape Yacht Club , w której mieliśmy zacumować, odmówiła przyjęcia nas. W kategoriach długości jednostki tylko o dwa metry byliśmy za dłudzy, co nie stanowi większego problemu. Ale dwa dni temu Mariusz dostał wiadomość z zapytaniem o ciężar łódki i okazało się, że nasze 50 ton przewyższa o 30 wytrzymałość tamtejszych kei. Druga z marin posiadająca miejsca dla jednostek powyżej 20 metrów (aż dwie keje!) wciąż nie odpowiadała na mejle, a i do biura ciężko było się dodzwonić. Już zaczęliśmy się zastanawiać, jakie mamy alternatywy, bo sytuacja wyglądała nieciekawie…
Wzdłuż południowego wybrzeża Afryki nie ma bezpiecznych zatok dający możliwość schronienia się na kotwicy. Brak możliwości płynięcia do Kapsztadu zmuszałby nas do wpłynięcia najprawdopodobniej do Richards Bay na północno-wschodnim krańcu RPA i proszenie o przyjęcie przy portowej kei. Tamtejsza marina, jak i ta w Durbanie, nie przyjmują jachtów o gabarytach Katharsis II. A gdyby i tu nas nie przyjęto, to czekałoby nas płynięcie na Mauritius. A to oznaczałoby dodatkowe 2000 mil podwiatrowej jazdy, często z ponad 20 węzłowym wiatrem, co nie zapowiadałoby przyjemnego rejsu… Nie mówiąc o skomplikowaniu naszych planów związanych z wyprawą na Antarktydę, do której będziemy się teraz przygotowywać. Gdybyśmy od razu z Seszeli popłynęli na Mauritius, to zajęło by nam to około 6 dni podwiatrowejj żeglugi. Na szczęście w marinie królewskiej w Kapsztadzie, do której nas nie przyjęto, podano nam mejla bezpośrednio do menedżera technicznego V&A Marina (druga marina w Kapsztadzie), z którym udało się Mariuszowi skontaktować. Poprosił o dane jednostki oraz terminy ewentualnego postoju i zapowiedział, że się odezwie. Były to dość nerwowe dwie godziny, zanim dostaliśmy mejla potwierdzającego rezerwację! Udało się! Mamy gdzie się zatrzymać w Kapsztadzie.

Środa 12.10.2016 godzina 1600 UTC+3, pozycja 24st.23min.S 038st.31 min.E wiatr NE 10 węzłów, prędkość jachtu 6,5 węzła.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/07

Madagaskar na horyzoncie

Środa przyniosła zupełnie bezwietrzną pogodę. Morze zamieniło się w gładkie lustro wody, po którym śmigaliśmy na silniku. W czwartek nad ranem wrócił do nas delikatny wiatr pozwalający płynąć na żaglach z dobrą prędkością 6,5-7,5 węzła. Dopiero przed północą wiat zaczął siadać i musiałam odpalić silnik. Po niespełna 30 minutach rozległ się w kokpicie głośny alarm. Podbiegłam do tablicy i zobaczyłam, że temperatura silnika mocno podskoczyła. Odstawiłam silnik. Przenikliwy pisk postawił Mariusza na nogi. Okazało się, że strzelił wirnik od pompy wodnej układu chłodzenia. Przez chwilę mieliśmy nietęgie miny, gdyż na naszej liście części zamiennych pod pozycją wirnik do pompy wodnej była adnotacja z wykrzyknikiem – brak. Na Seszele przywoziliśmy kilkadziesiąt kilogramów części ale na pewno nie wirnik. Wykonaliśmy telefon do Tomka i okazało się, że brakujące części zostały uzupełnione przez niego jeszcze w Tajlandii. Kamień spadł nam z serca, bo mielibyśmy poważny problem z tak błahego powodu. Wirniki wymieniamy regularnie co kilkaset godzin pracy silnika i generatora. O 0200 usterka była usunięta i mogliśmy odpalić silnik. Wiatr siadł zaledwie do 7 węzłów i wiał zupełnie od dziobu. Mariusz po wyjściu z Hadesu, jak nazywamy maszynownię, wyglądał jakby spędził godzinę w saunie. Z koszulki lał się pot, a jego twarz była zupełnie blada. Ja podawałam narzędzia oraz sprawdzałam co się dzieje dookoła nas, więc co chwilę wyskakiwałam z Hadesu mogąc się schłodzić. Na szczęście Mariusz szybko doszedł do siebie.
Spokojne dni na morzu sprzyjają porządkom, co postanowiliśmy z Mariuszem wykorzystać przez ostatnie dwa dni.
Żeglujemy w systemie wacht czterogodzinnych, gdzie Mariusz czuwa od 0000-0400, ja od 0400-0800 i dalej na przemian. W praktyce wygląda to tak, że nocki przesypiany po parę godzin z drzemką popołudniową lub poranną, a dzień spędzamy razem. Pewnie, jak dopłyniemy na południe, gdzie pogoda jest bardziej wymagająca, nasze organizmy będą się domagały większej regeneracji. Na razie starczają 4 godzinki snu i drzemka.
Od kiedy zbliżyliśmy się do brzegów Magadaskaru, który pojawił się na horyzoncie w czwartek koło południa, widzieliśmy jeden jacht żaglowy. Poza tym nie przepływał ani żaden duży statek handlowy ani wędkarz czy łódź rybacka. Na lądzie także niewiele oznak cywilizacji. Póki co cisza i spokój.

Podczas, gdy u nas bezwietrzna pogoda, to tam gdzie zmierzamy, w okolicach Przylądka Dobrej Nadziei, szleją wiatry i co chwilę przewalają się zdradliwe fronty. W środę rano dotarły do nas smutne wiadomości z tamtych okolic. 5 października o 0730 poniżej Przylądka Dobrej Nadziei doszło do wypadku jachtu Perła, na którym Bartek Czarciński odbywał od 108 dni samotny rejs dookoła świata. Od dawna kibicowaliśmy Bartkowi i widząc ostatnio jego ślad na trackerze, martwiliśmy się co u niego. Napisaliśmy mejla we wtorek popołudniu, gdyż od kilku dni nie było od niego wieści na blogu. Nie mieliśmy żadnej odpowiedzi, ale Mariusz znalazł w na facebooku stronę Stowarzyszenia „Polacy Dookoła Świata”, na której Bartek, częściej niż na blogu, relacjonował. Były tam informacje, że jest ciężko, ale wszystko u niego w porządku i walczy o utrzymanie pozycji, zmagając się z przeciwnymi prądami oraz zmiennymi wiatrami. Odetchnęliśmy z ulgą. Niestety w środę doszło do tragedii. Z informacji podanych przez Stowarzyszenie wiemy, że fala wywróciła jacht łamiąc maszt. Dla nas najważniejszą informacją było, że Bartkowi nic się nie stało i czeka na pomoc. Teraz jest już w drodze do Port Elizabeth. Dobrze, że jest cały i zdrowy! Wielka szkoda, że doszło do przerwania tego rejsu. Bartek jest świetnym żeglarzem. Miałam okazję z nim pływać na Zawiszy Czarnym kilka lat temu. Jego pomysł na opłynięcie samotnie świata śladami Henryka Jaskuły na zbudowanym przez siebie niespełna 8-metrowym jachcie był wielkim wyzwaniem. Obserwując Bartka ślad na trackerze oraz czytając relacje widzieliśmy, że dobrze mu idzie. Byliśmy pod wrażeniem jego żeglowania, radzenia sobie na oceanie na tym niewielkim jachcie i z przyjemnością czytaliśmy świetne relacje z pokładu. Mieliśmy nadzieję, że będziemy przecinać z nim trawers podczas rejsu do Kapsztadu. Wierzę, że Bartek wyruszy w kolejny rejs i może wtedy się uda. Jak to Bartek pięknie napisał wczoraj na facebooku: „Mimo przeciwności losu warto mieć marzenia i wielkie plany”.
Więcej informacji o niesamowitym projekcie Bartka znaleźć można na stronie Stowarzyszenia Polacy Dookoła Świata, gdzie jest opis rejsu, jachtu, kapitana oraz blog z relacjami ze 107 dni rejsu. Poza tym też strona Stowarzyszenia na faceboku i dużo ciekawych filmików z Perły na YouTube.

W czwartek zmieniliśmy czas łódkowy – obowiązuje u nas teraz UTC+3, czyli mamy zaledwie godzinę różnicy do czasu polskiego.

Piątek 07.10.2016 godzina 0800 UTC+3, pozycja 13st.32,4min.S 047st.42,0 min.E wiatr SE 4 węzły, kurs 220, prędkość jachtu 5,8 węzła (płyniemy na silniku z przeciwnym niestety prądem).

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/05

Ku brzegom Czarnego Lądu

Po tygodniu od powrotu na Katharsis II, udało nam się przygotować łódkę do rejsu, załatwić wszelkie formalności i opuścić marinę, by obrać kurs ku brzegom Czarnego Lądu.
W międzyczasie spotkaliśmy się z Magdą, która od kilkunastu miesięcy mieszka na Seszelach. To Olka będąc pod koniec sierpnia na Katharsis II odnalazła naszą rodaczkę. Zadzwoniliśmy do Madzi, a ta jeszcze tego samego popołudnia wpadła do nas na łódkę, przynosząc ze sobą mnóstwo pozytywnej energii i dobrego humoru. Lubię takie spontaniczne spotkania.

Wypłynięcie w morze opóźniło się z soboty na poniedziałek za sprawą swobodnego podejścia urzędników seszelskich do swoich obowiązków. Wszelkie formalności związane z odprawą zaczęliśmy załatwiać w czwartek, na dwa dni przed planowanym opuszczeniem Seszeli, czyli zgodnie z tutejszymi wymogami. Jeździliśmy między kapitanatem a urzędem imigracyjnym, którą to procedurę powtarzaliśmy w piątek, uzupełniając listę o celników. Według oficjalnych pism wszystko było załatwione. Pozostawało jeszcze tylko przybicie pieczątek przez urzędnika imigracyjnego w paszportach i na ostatecznym dokumencie odprawy, na co zostaliśmy umówieni na sobotę na godzinę 1100. Mając kiepskie doświadczenia z sobotnią odprawą po naszym przypłynięciu, Mariusz upewniał się, czy na pewno w takim terminie urzędnicy imigracyjni przyjdą na łódkę nas odprawić. Zapewniano nas, że jak najbardziej będzie to miało miejsce. Jednak w sobotę nikt się nie pojawił. Wydzwanialiśmy nawet poprzez biuro mariny i samego szefa mariny po najróżniejszych urzędnikach i biurach, ale nikt nie odpowiadał. Skoro nic nie wydarzyło się w sobotę, więc byliśmy przekonani, że dopiero w poniedziałek nas odprawią. A tu w niedzielny poranek niespodzianka – dostaliśmy paszporty i mogliśmy ruszać w rejs. Niestety stacja paliw była zamknięta, a musieliśmy jeszcze uzupełnić zapasy ropy na długi rejs. Ale przynajmniej mogliśmy opuścić marinę i ostatnią noc na Seszelach spędzić na kotwicowisku. Miejsce, które wybraliśmy zaskoczyło nas obecnością aż czterech katamaranów z polskimi ekipami! Zaproszeni zostaliśmy na wspólne biesiadowanie, jednak rozsądek zwyciężył. Po pierwsze rano chcieliśmy jak najszybciej zatankować łódkę i ruszyć w morze, a poza tym od trzech dni byliśmy na oczyszczaniu. Nasza dieta składała się głównie z owoców i warzyw oraz wody mineralnej, więc uczestniczenie w grillu na plaży i wąchanie przeróżnych zapachów jedzenia mogłoby być bolesne dla nas.

W kolejny rejs Katharsis II ruszamy w dwuosobowym składzie – Mariusz i ja. Mieliśmy dylemat w którym porcie poczynić ostateczne przygotowania do naszej wyprawy wokół Antarktydy. Początkowo mieliśmy płynąć na Mauritius lub Reunion, ale ze względu na początek sezonu cyklonów na Indyku wybór padł na Republikę Południowej Afryki. W tym wariancie także następowały modyfikacje, gdyż wstępnie wybrany jako cel Durban, zamieniony został na Kapsztad. Tym sposobem trasa naszego rejsu znacznie się wydłużyła, bo z 1000, przez 2200 do 2900 mil morskich.
Pod koniec października musimy znowu wracać do kraju, dlatego nie mamy zbyt wiele czasu. Analizując trasę i warunki pogodowe, okazuje się, że czeka nas płynięcie non stop. Ewentualne postoje mogą być wymuszone jedynie przez pogodę, czyli konieczność przeczekania sztormu i niekorzystnych warunków. Na południe od Madagaskaru, wzdłuż wybrzeża Afryki, występują bardzo silne prądy (do 6 węzłów), które przy zderzeniu z przeciwnym wiatrem wytwarzają jedne z największych fal na świecie. Znalezienia się w takiej sytuacji z całą pewnością będziemy chcieli uniknąć. A i Przylądek Dobrej Nadziei nie ma najlepszej reputacji wśród żeglarzy. Mariusz już od ponad dwóch tygodni obserwuje sytuację baryczną w tym rejonie i analizuje warunki pogodowe, by zorientować się jak szybko przechodzą tędy układy i jakie mamy szanse na sprzyjające okna pogodowe, bo na raz całej tej trasy w korzystnych warunkach z pewnością nie da się przepłynąć.
Nasz rejs dzielimy na trzy kluczowe odcinki: z Seszeli do zachodnich wybrzeży Madagaskaru, następnie wzdłuż Madagaskaru przez Kanał Mozambicki do Richards Bay w RPA, dalej opływając Przylądek Dobrej Nadziei do Kapsztadu.
Po opuszczeniu Mahe obraliśmy kurs na północno-zachodni kraniec Madagaskaru, wzdłuż brzegów którego będziemy się spuszczać na południe. Szybszą trasą jest ta wytyczona tuż przy afrykańskim brzegu, ze względu na korzystne wiatry i prądy. Jednak duże ryzyko spotkania tam piratów zniechęciło nas i wolimy nieco wolniejszy odcinek, ale miejmy nadzieję bezpieczniejszy. Tak naprawdę, to cały obszar przybrzeżny Oceanu Indyjskiego od Zatoki Adeńskiej po 12 południowy równoleżnik jest określany jako piracki i trzeba tu zachowywać wyjątkową ostrożność. Wyłączyliśmy na przykład AIS (system identyfikacji statków), by nie rzucać się zbytnio w oczy. I tak po cichu płyniemy po tych wodach okrytych złą renomą.
Od opuszczenia Mahe w poniedziałek przedpołudniem Neptun bardzo nam sprzyjał zapewniając warunki do szybkiej i komfortowej jazdy. Osłabł monsun, co dało nam wiatr połudnowo-wschodni do wschodniego o sile do 14 węzłów i niewielkie zafalowanie. Może był to efekt uboczny bardzo silnego sztormowego układu na południe od Madagaskaru. W pierwszą dobę udało nam się wykręcić zupełnie na spokojnie i bez żadnych przeciążeń dla jachtu i dla nas przelot 215 mil morskich. Wczoraj przez cały dzień także śmigaliśmy 9-10 węzłów. Dopiero w nocy wiatr zaczął siadać do 8-10 węzłów i prędkość zmalała. Ale narzekać nie możemy, bo wciąż śmigamy 6-7. Wiatr będzie nam zanikał wraz ze zbliżaniem się do Madagaskaru. Wzdłuż jego brzegów będziemy musieli wspierać się silnikiem.
Ostatnie dni były na tyle spokojne, że płynąc pod pełnymi żaglami w bajdewindzie do półwiatru udało nam się wystawić stepper i trochę porozciągać nogi. A przyda nam się to, gdyż przez prawie trzy tygodnie nie będziemy mieli okazji do pospacerowania.

Środa 05.10.1016 godzina 0800 UTC+4, pozycja 09st.36,3min.S 051st.28,0min.E wiatr SE 7 węzłów, prędkość jachtu 6,2 węzły.

Środa 05.10.1016 godzina 0800 UTC+4, pozycja 09st.36,3min.S 051st.28,0min.E wiatr SE 7 węzłów, prędkość jachtu 6,2 węzły.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/02

Sierpniowe wspomnienie Seszeli

Często się zdarza, gdy zbliża się koniec rejsu i zaraz mamy lecieć do Polski, że brakuje mi czasu na napisanie ostatniego wpisu z rejsu. A jak wpadamy na kilka tygodni do kraju, to już w ogóle nie mam jak usiąść do bloga. I tym razem historia się powtórzyła. Po miesięcznej nieobecności na Katharsis II, melduję się na pokładzie. Zabieram się za nadrabianie zaległości i mam nadzieję na bieżąco relacjonować nasz kolejny rejs. Czeka nas kawał oceanu do przepłynięcia. Już jutro opuszczamy Seszele i w dwójkę ruszamy ku brzegom Czarnego Lądu.
Po drodze z Bird Island na Mahe wpadliśmy na festyn na La Digue. Będąc w Parku Narodowym na Praslin na początku naszego pobytu na Seszelach, przewodnik zachwalał nam coroczną imprezę organizowaną na La Digue z okazji Święta Maryjnego 15 sierpnia. Bawi się wtedy cała ludność La Digue i innych wysp Seszeli. Tłumy zjeżdżają się na tą niewielką wyspę na jeden weekend. Pomyśleliśmy, że warto zobaczyć jak świętują mieszkańcy Seszeli. Przypłynęliśmy na brzeg jeszcze przed zachodem słońca i poszliśmy za najgłośniejszymi dźwiękami. Trwały przygotowania, ale zabawa miała się zacząć dopiero wieczorem. Pospacerowaliśmy po wiosce, zjedliśmy kolację i wróciliśmy na festyn. Na scenie rozgrzewali się muzycy, a budki z drinkami były tłumnie oblegane. Muzyczną oprawę festynu rozpoczął występ lokalnego zespołu folklorystycznego, a potem pałeczkę przejęli wykonawcy muzyki rozrywkowej, z którymi bawiły się całe tłumy zgromadzonych. Zabawa trwała do rana, z tego co słyszeliśmy już na pokładzie, my jednak do końca nie dotrwaliśmy.

Olka, Mariusz, Marian i Halinka na Seszelach

Olka, Mariusz, Marian i Halinka na Seszelach


Po imprezowym wieczorze na La Digue pożeglowaliśmy na Mahe. Zanim zostawiliśmy Katharsis II pod opieką Olci i Tomka, który przyleciał z Polski, spędziliśmy jeszcze kilka miłych dni na Mahe. Popłynęliśmy do Port Launay, nad którym położony jest hotel Constance Ephelia. Zatrzymali się tam rodzice Mariusza. Przyjechali oni na wakacje na Seszele i była to świetna okazja, by spędzić razem trochę czasu. Jeden dzień spędziliśmy spacerując po hotelowych plażach, wylegując się na wygodnych leżakach i zajmując się nic nierobieniem. Północno-zachodnia część wyspy jest niedostępna z lądu, utworzono tu Park Narodowy. Ku naszemu zdziwieniu i zadowoleniu zatoki leżące w Parku, mimo bliskości cywilizacji, nie były oblegane przez turystów. W kolejnych dniach wyciągnęliśmy więc Mariusza rodziców na wycieczki do pobliskich zatoczek, gdzie z dala od turystów i hotelowych gości delektowaliśmy się malowniczymi widokami i pięknymi plażami Seszeli.

Napisane przez: Hanuś | 2016/08/19

Ptasia Wyspa

Po kilku dniach spędzonych wśród granitowych krajobrazów Praslin, Mahe i La Digue popłynęliśmy na północne obrzeża Wysp Wewnętrznych, na Bird Island. Jest to niewielka koralowa wyspa oddalona o 50 mil morskich od Mahe. Poza malowniczymi plażami, które nieprzerwanie otaczają całą Bird Island, znajdują się tu lęgowiska rybitw. Około 700,000 par przylatuje na ten niewielki skrawek lądu (niecały kilometr kwadratowy), by w okresie od maja do października wysiadywać jaja i wykarmiać pisklaki. Mieszka tu także najstarszy okaz żółwia olbrzymiego – samiec o imieniu Esmeralda. Poza chęcią zobaczenia innego krajobrazu i przyrodniczych ciekawostek, Mariusz czuł już potrzebę postawienia żagli i popłynięcia trochę dalej, gdyż przez kilka dni kręciliśmy się „wokół komina”. Siedmiogodzinny rejs w rejon oddalony od cywilizacji i innych łódek dawał też większe szanse na sukcesy połowowe. Paweł z namiętnością zapuszczał wędkę nawet, kiedy przepływaliśmy tylko kilka mil. Do połowów nie mieliśmy jednak szczęścia. Zgodnie z oczekiwaniami pierwszą rybę złapaliśmy dopiero przy Bird Island.
Żegluga z Praslin na północ, przy dominujących w tym okresie wiatrach południowych i południowo-wschodnich zapowiadała spokojną jazdę z wiatrem. W dniu naszej wyprawy na Bird Island wiatr ułożył się idealnie od rufy. Było go na szczęście na tyle dużo (około 12 węzłów), że udało nam się pożeglować na motyla (grot na jednej burcie, genua na przeciwnej). Sielska jazda w miłym słońcu i bez przechyłów sprzyjała grze w karty w kokpicie.
Dopływając na miejsce, Agnieszka początkowo dziwiła się, że tak niewiele ptaków nas wita. Kiedy byliśmy już zupełnie blisko, przekonaliśmy się, że jest ich bardzo, bardzo dużo. Gdy całe stada rybitw w asyście fregat zaczęły zataczać kręgi nad naszym masztem, przypomniały mi się kadry w filmu Hitchcocka.
Rzuciliśmy kotwicę po zachodniej stronie wyspy w sporej odległości od brzegu. Mimo tego strasznie nami kołysało, gdyż fale odbijając się od stromej plaży powodowały niesamowity kipisz. Brak komfortu wynagradzał kolor otaczającej nas wody i perspektywa wyprawy na ląd następnego dnia.
Zaopatrzeni w aparaty i kamery zwiedzaliśmy z zainteresowaniem wyspę. Gdy zbliżyliśmy się do pierwszego lęgowiska, na którym tysiące par rybitw wysiadywało jaja, Olcia została z tyłu. Dopiero wtedy przyznała się, że nie przepada za ptakami. Skumulowana ich ilość przyprawia ją o stres. Lubi tylko pisklaki i postulowała, żeby ptaki rozwijały się tylko do tego stadium. Dzielnie przetrwała z nami przeprawę przez wszystkie lęgowiska, a nagrodą była kąpiel w rajskiej wodzie z widokiem na Katharsis II, a następnie spacer białą plażą wokół wyspy.
Podchodząc na wyciągnięcie ręki do gniazd rybitw i podglądając je podczas wysiadywania jaj czy karmienia piskląt, czułam się trochę jak na Antarktydzie na pingwinowisku. Do tej pory tylko pingwiny widziałam z takiego bliska i w tak dużej ilości w wyjątkowym dla nich momencie, jakim jest przyjście na świat potomstwa. Zgiełk i jazgot jaki dobiegał z lęgowisk był przerażający, a i unoszący się zapach nie należał do najprzyjemniejszych. Jednak widok tysięcy ptaków z pisklakami, siedzącymi na zielonych połaciach Bird Island był wyjątkowy.
Na wyspie znajduje się jeden hotel z 24 domkami. Jest to miejsce z pewnością dla miłośników ptaków. No bo nie można powiedzieć, że dla kogoś kto ceni sobie ciszę i spokój, pomimo że jest z dala od cywilizacji. Pokoje nie są wyposażane w telewizory, by nic nie zakłócało obcowania z naturą i mieszkańcami wyspy. Nawet zasięg komórkowy i sieć internetowa celowo dostępne są jedynie w okolicy restauracji i baru, by te wynalazki cywilizacji nie odciągały uwagi od natury.
Między domkami spotkaliśmy spokojnie przechadzającego się żółwia Esmeralda. Zajadał liście trawy, gdy robiliśmy sobie z nim zdjęcia. Mnie trochę przestraszył, gdy nagle ruszył w moją stronę i zaczął wyciągać w moim kierunku swój duży łeb. Na szczęście to była tylko ciekawość, a nie chęć ataku.
Po dniu spędzonym na Bird Island pożeglowaliśmy nocą z powrotem w okolice Mahe. Zaraz po podniesieniu kotwicy, jeszcze przed zachodem słońca, Paweł zarzucił wędki i złowił dwie ryby. Zapowiadała się duża uczta z owoców morza.

Napisane przez: Mariusz | 2016/08/15

Praslin

Plaża Oli na Praslin

Plaża Oli na Praslin


Mariusz

Główna grupa wysp seszelskich pamięta jeszcze czasy, gdy dzisiejsza Afryka połączona była z Indiami. Kawał lądu z granitowym masywem górskim podryfował na wschód od Afryki wolniej niż Indie i z czasem zaczął zapadać się. Nad wodą pozostały tylko szczyty gór, tworząc unikalny i pełen dramatyzmu, a zarazem malowniczości krajobraz granitowych wysp seszelskich.
Jedną z ciekawostek Seszeli są największe palmy na świecie – palmy coco de mer. Rosną one do 45 metrów wysokości, a najstarsze okazy mają ponad 800 lat. Dopiero po 25 latach taka palma jest w stanie wytworzyć pierwszy owoc, który potrzebuje z kolei siedmiu lat do osiągnięcia pełnej dojrzałości. Kokosy palm coco de mer są nie tylko największymi ale i najcięższymi (rekordowy owoc ważył 42 kg), będąc w całości wypełnione twardym miąższem kokosowym. Najbardziej fascynującą ludzi cechą jest kształt owocu, przypominający kobiece pośladki. Nazwa „kokos z morza” pochodzi jeszcze z czasów, kiedy nieznane było miejsce, gdzie te kokosy rosły. Fale morskie tu i ówdzie wyrzucały na brzeg owoce o pobudzających wyobraźnię kształtach. Wyobrażano sobie, że palmy rosną na dnie morza i stamtąd wypluwają owoce o niedwuznacznych kształtach. Miały one wtedy olbrzymią wartość, ale i dziś nie należą do tanich, skoro za jedną sztukę trzeba zapłacić ponad 300 Euro.
Miejscem, w którym palmy coco de mer rosną w ilości kilku tysięcy sztuk, jest Valle de Mai (Majowa Dolina) na wyspie Praslin. Nie mogliśmy tego miejsca pominąć. Trochę opóźniałem dopłynięcie na Praslin ze względu na moje problemy z chodzeniem spowodowane zastrzałem w paluchu lewej stopy, który uprzykrzał mi funkcjonowanie od wypłynięcia z Malediwów.
Po opuszczeniu La Digue popłynęliśmy więc w kierunku niewielkiej wyspy Felicite. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu na Seszelach towarzyszył nam nietypowy, bo lekki południowo-wschodni wiatr. Umożliwiał on nie tylko łatwą i przyjemną żeglugę pod pełnymi żaglami ale i kotwiczenie w miejscach, które w normalnych warunkach, czyli przy silnym monsunowym wietrze, są bardzo zafalowane. Może stąd baza charterowa na Seszelach składa się prawie wyłącznie z katamaranów, które mniej bujają się na kotwicy. Tak naprawdę Seszele nie oferują wielu komfortowych kotwicowisk i trzeba być przygotowanym na jeżdżące po stole szklanki.
Przy Felicite, która jest prywatną wyspą, lądowanie na brzegu jest zabronione. Stanęliśmy w cieniu północno-zachodniego cypla, by pobaraszkować trochę w wodzie. Ale podobnie jak na Malediwach, przejrzystość wody pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym okresem na nurkowanie są miesiące między monsunami, kiedy woda jest spokojna i widoczność lepsza. Tak ma być na przełomie października i listopada. Rafa koralowa na Seszelach, jak i w całym zachodnim basenie Oceanu Indyjskiego, bardzo ucierpiała w wyniku ocieplenia wód spowodowanym El Nino. Na szczęście bogactwo ryb oraz ciekawe krajobrazy tworzone przez labirynt granitowych głazów umilało nam każde zejście pod wodę, czy to z pełnym akwalungiem czy tylko z maską i rurką. Paweł uparł się, by coś złowić z pokładu. Jedna ławica sporej wielkości ryb (w naszej nomenklaturze – patelniaków) drażniła go, co chwila podpływając do burt Katharsis II. Nie były jednak zainteresowane rozmrożonym mięsem krewetek i Paweł po moczeniu wędki przez dwie godzinny poddał się.
Na Praslin stanęliśmy w trzech miejscach. Zupełnie odpuściliśmy popularną wśród żeglarzy Zatokę św. Anny z małą mariną, ze względu na jej zurbanizowane otoczenie. Zamiast cywilizacji wolałem kotwicowisko z możliwością wskoczenia prosto z burty do lazurowej wody. Wiązało się to co prawda z bardziej uprzykrzającym życie mokrym lądowaniem na brzegu w celu pójścia do Valle de Mai, a nie korzystaniem z komfortu pomostu.
Niewątpliwie malowniczym zakątkiem jest zatoka przy plaży Anse Volbert. Kotwiczenie pomiędzy wysepkami Ilet St Pierre i Chouve Souris okazało się jednak mało przyjemne ze względu na boczną falę. Spokój znaleźliśmy za cyplem przy Anse Petitte Cour. Stamtąd ruszyliśmy do Valle de Mai. Po wylądowaniu na plaży udało nam się znaleźć kierowcę, który z chęcią zawiózł nas do wejścia do doliny, będącej rezerwatem przyrody wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skorzystaliśmy z usług miejscowego przewodnika, który uprzyjemnił nam czas opowieściami w trakcie spaceru wewnątrz doliny. Dowiedzieliśmy się, że palmy są rodzaju żeńskiego i męskiego. Na męskich rosną owoce przypominające kształtem i wielkością końskie narządy. Żeńskie palmy mają owoce przypominające kiście bułeczek. Co ciekawe dopiero niedawno odkryto, że pyłki z palmy męskiej na żeńską nie są roznoszone przez wiatr ani przez owady, ale przez gekony. Zabawna jest etymologia nazwy palmy seszelskiej. Jej nazwa łacińska lodoicea maldivica sugeruje pochodzenie malediwskie, gdyż u ich brzegów po raz pierwszy wynurzyły się kokosy tej palmy z zatopionego arabskiego statku. Lodoicea jest łacińską odmianą imienia Ludwik, nadaną na cześć francuskiego władcy Ludwika XV. U nas imię Ludwika spolszczono wprost z łaciny i powstała lodoicja seszelska, chociaż równie dobrze mógłby być to ludwik malediwski.
Dżungla palmowa, bo tak chyba można nazwać to miejsce, zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Groźne odgłosy wydawały ocierające się o siebie pod wpływem wiatru liście palm. Cały czas towarzyszył nam mroczny i tajemniczy nastrój. Jedynie nieliczne ptaki dodawały kolorytu temu prehistorycznemu miejscu. Nie dostrzegliśmy na ziemi żadnych kokosów. Te są pod ścisłą kontrolą. 80% jest zbieranych, oczyszczanych i sprzedawanych za bajońskie kwoty. Zawartość wnętrza kokosów wędruje do Chin, jako afrodyzjak (chyba mają kompleksy). Reszta pozostawiana jest do zakiełkowania procesu trwającego miesiącami.

Najwięcej radości podczas kotwiczenia przy Praslin sprawił nam pobyt w zatoce przy Anse Lazio na północy, głównie za sprawą niewielkiej plażyczki, którą pierwsza wypatrzyła Ola. Na plaży Oli mogliśmy być sami, gdyż nie ma do niej dojścia z lądu. Urządziliśmy tam piknik, a przy pobliskich skałkach pływaliśmy z żółwiami, kalmarami, płaszczkami i całymi ławicami kolorowych ryb. Miejsce to tak nas urzekło, że postanowiliśmy tu jeszcze wrócić.

Older Posts »

Kategorie