Napisane przez: Mariusz | 2017/05/20

Ostatnia prosta w kierunku Seszeli

Mariusz:

Pojawianie i znikanie wiatru towarzyszyło nam przez cały czas żeglugi w Kanale Mozambickim. Dopiero w niedzielę 14.05 po południu wiatr ustabilizował się na stałe. Wąski skrawek północnego Madagaskaru nie stanowił już bariery dla monsunu południowo-wschodniego. Przed nami na horyzoncie zaczęły pojawiać się chmury. Do Seszeli mieliśmy jeszcze nieco ponad 600 mil i pojawiła się szansa, by dopłynąć tam w ciągu 3 dni.
Pierwsza noc po wyjściu z cienia Madagaskaru zapowiadała czujną jazdę. Prognozy potwierdziły się. Półwiatr z prawej burty o prędkości 26-30 węzłów przechylał bez wysiłku nasz ciężki jacht, mocząc w wodzie reling. Tak można płynąć w regatach i najlepiej po płaskiej wodzie. Po wyjściu z cienia Madagaskaru zaczęły pojawiać się coraz większe fale nabudowane monsunem wiejącym przez tysiące mil Oceanu Indyjskiego. Genua, nawet zrefowana jest zbyt dużym żaglem na takie warunki. Postawiliśmy sztaksla, który w kombinacji z grotem na drugim refie dawał wystarczającą moc do żeglugi z prędkością około 10 węzłów. Nie pomagał nam tylko prąd. Sporej szerokości nurt płynący ze wschodu z prędkością około dwóch węzłów nie tylko spowalniał nas, ale i powodował spory dryf w lewo. Odchylenie od kursu sięgało 20-30 stopni. W takich warunkach nie miało sensu korygowanie kursu w prawo, gdyż spowodowało by to jeszcze wolniejsze płynięcie pod wiatr i strome fale. Nad ranem prąd zaczął słabnąć i mogliśmy obrać kierunek na Seszele.
Wiatr zaczął opadać do nieco ponad 20 węzłów. Coraz cięższym chmurom zaczęły towarzyszyć szkwały. Nie były jakoś dramatycznie silne, dodawały około 10 węzłów do wiejącego wiatru, nie zmieniając znacząco kierunku. W zupełności wystarczało redukowanie sztaksla, bez konieczności dodatkowego refowania grota. Pokład co chwila płukany był z soli ostrym deszczem.
Kiedy wydawało się, że bez problemu dopłyniemy do Mahe w środowe popołudnie, wiatr niespodziewanie przysiadł pod wieczór w poniedziałek. Postawiliśmy pełną genuę, ale nie byliśmy w stanie zrzucić refów z grota. Zbyt duże zafalowanie wprowadzały żagle w niepożądany łopot, któremu nie był w stanie zapobiec zbyt słaby wiatr. Męczyliśmy się tak przez całą noc. Mogliśmy przyspieszać nieco w szkwałach. Dopiero po 24 godzinach słabej jazdy wiatr ponownie ustabilizował się. We wtorek o 2000 mieliśmy do północnego krańca Mahe jeszcze ponad 200 mil. Nie mieliśmy szans na dopłynięcie za dnia, skoro słońce zachodzi tuż po 1800.
Ostatnia doba charakteryzowała się niemalże regatowym tempem. Prędkość Katharsis II rzadko spadała poniżej 10 węzłów. Do tego skończył się również przeszkadzający nam prąd. Im byliśmy bliżej celu, tym szybciej połykaliśmy kolejne mile. Uwielbiam taką żeglugę. Świeża bryza, niewybudowane morze i tnący fale niczym brzytwa dziób Katharsis II to widok, który wywołuje zawsze uśmiech na mojej twarzy. Do północnych brzegów Mahe dopłynęliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Taka mała nagroda za ten długi rejs. Kotwicę rzucaliśmy już jednak w całkowitych ciemnościach na zewnątrz poru Victoria w środę o 2030.
Pokonanie trasy ponad 3000 mil zajęło nam 18 dni i 5 godzin, czyli 29 godzin więcej niż podczas rejsu z Hanią w przeciwnym kierunku w październiku zeszłego roku. Na logu odnotowaliśmy 300 mil więcej niż 6 miesięcy wcześniej. Jest to bardzo ciekawa żeglarsko i nie monotonna trasa. Tym razem obyło się bez wielkich sztormów, ale przyjdzie na nie czas w drodze powrotnej do Kapsztadu za kilka miesięcy.
Jacht i jego załoga dzielnie sprawowali się w tych zmiennych warunkach. Skorygowaliśmy naciągi sztagów i niektórych want. Nie zanotowaliśmy uszkodzeń, poza zerwaną śrubą mocującą stójkę na lewej burcie przez kontraszot grota. Romka obawiała się tego rejsu, znając złą sławę wód wokół Południowej Afryki. Spokojna żegluga pozwoliła jej na kulinarne wykazywanie się w kambuzie. Dla Filipa był to pierwszy poważny rejs oceaniczny i całkowicie zdał egzamin. Kuba okrzepł, nabierając doświadczenia podczas swojego najdłuższego rejsu. Katharsis II powróci do Kapsztadu za 4 miesiące, tym razem ze zdrową Hanią na pokładzie. Mamy jeszcze nadzieję na spędzenie w międzyczasie kilku wakacyjnych chwil na Seszelskich wodach.

Napisane przez: Mariusz | 2017/05/12

Spokojna żegluga Kanałem Mozambickim

Mariusz:

Drugi tydzień żeglugi upłynął pod znakiem spokojnych wiatrów. W Kanale Mozambickim potrafi wytworzyć się niezły przeciąg. My tego jednak nie odczuliśmy. Madagaskar zasłonił silne wschodnie wiatry wiejące na Ocenie Indyjskim. Przez kilka dni doświadczaliśmy podobnego schematu wiatrowego i to niezależnie od prognoz pogody. Wiatr powiewał z prawego baksztagu począwszy od popołudnia, tężał przed świtem, by całkowicie ucichnąć przed południem następnego dnia. Jego brak zmuszał nas wtedy do odpalania silnika, co wykorzystywaliśmy do ładowania akumulatorów i produkcji wody z naszej odsalarki.
Mile ubywały powoli. Nasza prędkość często spadała do 5 węzłów, a dodatkowo przez większość dystansu przeszkadzał nam przeciwny prąd. Frustrująca jest taka żegluga. Filip miał nadzieję na doświadczenie ostrej jazdy, a tu poza odejściem od brzegów Afryki, kolejna okazja nadarzy się najprawdopodobniej dopiero po wyjściu z cienia Madagaskaru, czyli około poniedziałku. Za to moja siostra jest w siódmym niebie. Niewielki rozkołys pozwala jej na realizowanie się w kambuzie. Bardzo obawiała się tego rejsu, który zapowiadał się sztormowo. A tu sielanka, żar z nieba, przygoda bardziej kulinarna niż żeglarska.
Kuba wziął sobie za punkt honoru złowić pokaźnych rozmiarów rybę. Kilkakrotnie w ciągu dnia potrafił zmieniać przynęty. Jego wysiłek został w końcu nagrodzony wyciągnięciem sporych rozmiarów żaglicy. Walczyła dzielnie, ale nie udało jej się przeciąć swym ostrym szpikulcem naszej żyłki. Po godzinie walki 26 kg okaz, mierzący 178 cm wylądował na pokładzie. A działo się to w momencie stawiania spinakera. Nie mielibyśmy szans na uratowanie zdobyczy, gdyby zdążył wypełnić się wiatrem.
Następnym razem zwinęliśmy wędki, kiedy pojawiły się sprzyjające warunki do rozwinięcia asymetrycznego spinakera. Byłem ciekaw, jak zachowuje się nasz nowy nabytek. To już czwarty spinaker na pokładzie, najcięższy z dotychczasowych, który mam nadzieję wykorzystać w wyprawie dookoła Antarktydy. Został zaprojektowany z myślą o silnych wiatrach. Na razie udało się nam popłynąć z nim w lekkiej bryzie – na poważną próbę musi jeszcze poczekać.
Dzisiejszej nocy mieliśmy sytuację, która często skutkuje poważnymi konsekwencjami. Kuba z Filipem zaliczyli niekontrolowany zwrot przez rufę. Wyskoczyłem z koi czując charakterystyczne przechylanie się jachtu na niewłaściwą burtę. Wiał słaby wiatr, który nagle zmienił kierunek. Nawet nie odczułem, kiedy grot wypełnił się z drugiej strony. Dobrze napięty kontraszot tali grota zapobiegł przeleceniu bomu na przeciwną burtę. Po krótkiej chwili jacht wrócił do poprzedniego halsu, z impetem naprężając talię. Obyło się bez uszkodzenia takielunku, zrefowany grot osłabił uderzenie.

Napisane przez: Mariusz | 2017/05/06

W kierunku Kanału Mozambickiego

Mariusz:

Dzisiaj mija tydzień od oddania cum w Kapsztadzie. Mamy całkiem inne warunki pogodowe niż te, podczas rejsu sprzed pół roku z Seszeli do Kapsztadu. Wtedy (po australnej zimie) niże z Oceanu Południowego ciągle jeszcze wciskały się w Kanał Mozambicki, przynosząc sztormowe warunki, które nieźle dały mi i Hani w kość. Teraz (po lecie australnym) niże nie mają jeszcze takiej siły, by rozbić dominujący nad tym obszarem wyż. Osłabiły go jednak na tyle, że w pasie przybrzeżnym pojawiły się słabe wiatry ze zmiennych kierunków. Dzięki nim mogliśmy posuwać się naprzód, bez koniczności wpływania na głębokie wody i zmagania się z silnym prądem Agulhas. Przez znaczną część trasy wspomagaliśmy się silnikiem. Z tego rozwiązania najbardziej zadowolona była moja siostra, której nie uśmiechało się leżenie w sztormie pod pokładem. Płynąc blisko brzegów mogliśmy cieszyć wzrok zmieniającymi się widokami. Brakowało tylko słońca, które tak umilało nam pobyt w Kapsztadzie. Jego miejsce zajęła schodząca od czasu do czasu mgła. Kiedy tylko pojawiał się korzystny wiatr stawialiśmy żagle. Nowe żagle dzięki materiałowi z dodatkiem włókien węglowych lepiej trzymają kształt. Podczas płynięcia pod wiatr (bajdewind) potrafiliśmy płynąć na płaskiej wodzie z prędkością 7 węzłów przy zaledwie 7 węzłach rzeczywistego wiatru. Całkiem nieźle.
Jednej nocy podczas swojej wachty Kuba z Filipem dostosowując kierunek płynięcia do zmieniającego się wiatru oddalili się od brzegu, wyszli z płytkiej wody i wpłynęli w prąd Agulhas. Doświadczyli wtedy, co znaczy ponad 4 węzłowy prąd przeciwny. Przy niedużej własnej prędkości kurs jachtu zaczął wykręcać ku południu. Tak nie da się pokonać rwącej rzeki płynącej wzdłuż wschodniego brzegu Afryki Południowej. Dopiero po minięciu Durbanu północny wiatr dmuchnął z wystarczająco dużą siłą bym mógł zdecydować się na przejście przez rwący prąd. Tuż po północy z czwartku na piątek zredukowaliśmy grot do trzeciego refu, spodziewając się silnego, ponad 30 węzłowego wiatru. Mimo zredukowanego do minimum sztaksla płynęliśmy z prędkością powyżej ośmiu węzłów. Prąd Agulhas szybko pokazał swój ząb. Nie tylko spowolnił nas do 4-5 węzłów, ale rzucał jachtem niczym bączkiem. Zaliczyłem dzięki temu pierwszą nieprzespaną nockę podczas tego rejsu. Nie pomagał mi wyjątkowo obfity obiad: najpierw carpaccio ze złowionego poprzedniego dnia tuńczyka, poprawione ciężkim schabowym z tłuczonymi ziemniakami w sosie grzybowym, a zakończone słynnymi tomkowymi rogalikami. Do rana udało mi się jednak wszystko strawić bez konieczności przymusowego opróżniania żołądka. Przed południem wiatr zelżał do dwudziestu węzłów, pozwalając nam na spokojne przecinanie wód południowego Indyka w kierunku Madagaskaru.
Układ wiatrów sugeruje wybór krótszej drogi przez Kanał Mozambicki, mimo nieprzychylnych nam prądów. Jest sobota 6.05.2017, godzina 1320. Pozycja 28o21’S, 035o53’E. Wiatr siadł do 6-7 węzłów z kierunku północnego. Prędkość 5-5,5 węzła.

Napisane przez: Mariusz | 2017/04/30

Początek sezonu żeglarskiego Kapsztad – Seszele

Mariusz:

Za nami najdłuższy, nieplanowany postój Katharsis II w jednym miejscu. Z pospiesznego przeglądu przed wyprawą dookoła Antarktydy przerodził się on w kilkumiesięczny postój i przy okazji spokojny serwis większości instalacji na jachcie. Poza przeglądem takielunku i wymianą kilku jego elementów doszła wymiana wszystkich przewodów hydraulicznych, steru strumieniowego, olinowania i żagli, nie licząc kosmetyki na pokładzie i pod pokładem. Łódka wygląda teraz jak nowa.
Niemało roboty i nerwów mieliśmy z żaglami. Nowe żagle zamówiłem przed rejsem na Antarktydę. Czasu nie było wtedy dużo, ale naciskałem, by chociaż nowa genua dotarła do Kapsztadu przed wyruszeniem na planowaną wyprawę. Z końcem listopada pojawiła się na pokładzie, ale kiedy w lutym zapytałem o termin dostawy reszty żagli okazało się, że produkcja jeszcze nie ruszyła. Zrobiło się nerwowo, zwłaszcza że nowy grot miał być uzupełniony o dodatkowy czwarty ref, który nie jest standardowym rozwiązaniem. Żagle dotarły do Kapsztadu z opóźnieniem, a po ich założeniu okazało się, że grot jest za duży i dwie listwy grota haczą o achtersztag. Groziłoby to ich złamaniem przy zwrocie przez rufę i trzeba było grota poprawiać. Cała ekipa żaglomistrzy została zaangażowana, by przygotować naszego grota do rejsu. Próbne stawianie żagli w marinie napawało optymizmem – ważny będzie jednak test w boju, czyli sprawdzenie żagli w próbnym rejsie z RPA na Seszele.
Gdy pakowaliśmy w Polsce torby na przyjazd do RPA i obserwowaliśmy rejs Lisy Blair – pierwszej kobiety, która chciała samotnie opłynąć Antarktydę i której bardzo kibicowaliśmy, dotarły do nas złe wiadomości…. straciła maszt… Wypadek miał miejsce nie gdzie indziej, tylko na południe od Przylądka Dobrej Nadziei. Lisa świetnie poradziła sobie z tak poważną awarią, postawiła awaryjny takielunek i po kilku dniach dotarła do Kapsztadu, by naprawić uszkodzoną jendostkę. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem jej kunsztu i wytrwałości.
Nasza Katharsis II potrzebuje dobrego testu po wszystkich modyfikacjach, które przeszła przez ostatnie miesiące. Do Kapsztadu zbliża się mokra zima, więc postanowiłem pożeglować na Seszele, by zabrać jacht na spokojne, ciepłe wody i przy okazji sprawdzić ją w trudnym rejsie, jakim jest trasa z Kapsztadu wokół przylądka Dobrej Nadziei i Kanał Mozambicki na Seszele.
Od ponad siedmiu lat żeglujemy razem z Haneczką po morzach i oceanach. Jest ona dla mnie wielkim wsparciem, a po raz pierwszy nie może ze mną popłynąć. Wierzę, że będzie to jedyny etap w naszej przygodzie, w którym nie będzie brała udziału. W przerwie między chemioterapią Hanuś przyjechała ze mną na Katharsis II. Wyprawiliśmy na pokładzie Wielkanoc i trzeba było się żegnać. Ciężko było nam się rozstawać. Ja wpadłem z załogą, czyli Tomkiem, moją siostrą Romką, jej mężem Kubą i jego bratankiem Filipem w wir przygotowań. Każdego dnia sprawdzaliśmy wszystkie możliwe instalacje na jachcie i dbaliśmy o zaprowiantowanie łódki. Gdy wszystko było już gotowe i sprawdzone, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu portu.
Wypłynęliśmy z Kapsztadu w sobotę 29 kwietnia. Pogodę kształtował rozległy wyż z centrum 800 mil na południowy wschód od Kapsztadu. Ustawiał nam nieprzyjemną, podwiatrową jazdę. Postanowiliśmy zmagać się z nim przy pomocy silnika. Kolejny dzień, 30 kwietnia, przyniósł dominujący północno wschodni wiatr neutralizowany przez kolejny jesienny niż z Oceanu Południowego, który próbuje wbić się w ten wyżowy układ. Zazwyczaj niże nie są mile widziane przez żeglarzy, ale w tym przypadku pozwalają nam posuwać się w planowanym kierunku. Za nami Przylądek Dobrej Nadziei i Przylądek Agulhas, a przed nami 200 mil do Port Elizabeth. Ciekawe kiedy uda nam się przetestować nowy ciężki wyprawowy spinaker.

Romka:

6 kwietnia rozpoczął się nietypowy jak na Katharsis II etap, albowiem stacjonarny. Nie było to bynajmniej spowodowane żadną awarią, lecz zaplanowany pobyt w celu przygotowania łódki do wypłynięcia na Seszele, a przy okazji spędzenie wspólnie Świąt Wielkanocnych. Wiadomo było, że Hancia tym razem z nami nie popłynie, a ponieważ pani doktor zgodziła się na tygodniową przerwę w chemioterapii, wykorzystaliśmy ten fakt na przyjemne z pożytecznym. Z Kubusiem i Natalią przybyliśmy jako pierwsi. Następnego dnia dotarł sam kapitan z Haneczką i dołączyli państwo Trzaśnięci, czyli Madzia z Mareczkiem. Jako ostatni przyleciał Filip. Już na dzień dobry mój kochany małżonek załatwił mnie na cacy. Przy wyjściu z łódki stąpnął na cumę tak niefortunnie, że wybiła go w górę i razem runęliśmy na keję. W pierwszej chwili myślałam, że złamałam nogę w kostce, na szczęście skończyło się silnym otłuczeniem, ale ta tyle silnym, że nie mogłam chodzić. Nie zmieniło to jednak w niczym naszych planów. Kubuś po prostu nosił mnie na rękach. A Madzia swoim lekarskim okiem stwierdziła, że do rana nie uschnie.
Marek przygotował się do zajęć perfekcyjnie. Tym razem głównym celem jego zainteresowań stały się okoliczne winnice i wykwintne restauracje. Na liście znalazły się również punkty widokowe i od nich zaczęliśmy zwiedzanie Kapsztadu i okolic. Po uroczej przejażdżce po mieście wjechaliśmy na Signal Hill, skąd rozciąga się przepiękny widok. Jedną z atrakcji tego miejsca jest przelot paralotnią, na który zapisali się Hania, Mariuszek, Kuba i Filip. Ja ze swoją koślawą nogą mogłam tylko pomarzyć o szybowaniu nad miastem. Niestety loty następnego dnia zostały odwołane ze względu na zbyt silny wiatr, później z powodu braku wiatru, aż w końcu na jego zły kierunek. To tylko pokazuje, jak nieprzewidywalna i zmienna jest tutaj pogoda. W ciągu całego pobytu mieliśmy dni upalne, wietrzne i rześkie oraz umiarkowane. Noce zwykle chłodne i lekko wilgotne. Byliśmy też światkami burzy niczym z filmów grozy, wtedy pomyślałam sobie: jak dobrze, że nie jesteśmy na środku oceanu. Obowiązkowym punktem programu był oczywiście Przylądek Dobrej Nadziei, wcześniej nazywany Przylądkiem Burz, przez dawnych żeglarzy uważany za otwarcie wrót do Indii. I choć obecna nazwa kojarzy się pozytywnie, wiele jednostek zatonęło w tym miejscu.
Wycieczkę szlakiem winnic zaczęliśmy od Stellenbosch, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch. Miasteczko czyste, schludne w stylu kolonialnym niczym zatrzymane w czasie. Na zachód słońca dotarliśmy do Franschhoek, gdzie Marek już wcześniej zarezerwował pokoje w urokliwym dworku w niedużej winnicy. Kolejne dwa dni upłynęły nam na testowaniu lokalnych win i ucztach dla podniebienia. Aby utrwalić wspomnienie z tak owocnego pobytu, nabyliśmy kilka kartonów napoju Bachusa z najbardziej renomowanych winnic.
Sobota wielkanocna upłynęła nam na przygotowaniach do Świąt. Zgodnie z polską tradycją malowaliśmy pisanki i szyliśmy symboliczne ozdoby. Na świątecznym stole nie zabrakło niczego. Przemyconej z Polski białej kiełbasy, szynki, wędzonego boczku, śledzi, jajek na kilka sposobów, ćwikły, sałatki, rzeżuchy, żurku i Tomciowego sernika. W lany poniedziałek zalewaliśmy się łzami, żegnając Trzaśniętych, a później Hanię.
We wtorek za namową Natalki wybraliśmy się na Robben Island, gdzie prezydent Mandela w ekstremalnych warunkach spędził w więzieniu 15 lat swojego życia (w sumie 28). To taka chwila refleksji i lekcja historii, dla tych wszystkich, którym wydaje się, że mają monopol na mądrość. W tych okolicznościach, słowo internowanie, może jedynie lekko unieść kącik ust.
Planowaliśmy wypłynąć zaraz po założeniu nowych żagli, na które niecierpliwie czekaliśmy. Z powodów technicznych, dzień upływał za dniem. 27 kwietnia wypadały podwójne urodziny, moje i Filipa. Teoretycznie mieliśmy być w tym czasie na morzu i tam celebrować tę chwilę. Myśl, że spędzimy ten dzień na lądzie znacznie poprawiła mój nadszarpnięty nastrój. Od pewnego czasu nosiłam się z myślą przeczekać nadchodzący rejs gdziekolwiek, gdzie się da. Początkowo myślałam zostać w Kapsztadzie i dolecieć na Seszele. Plan B wydawał mi się jeszcze bardziej ciekawy. Polecieć na Madagaskar, tam pozostać dwa tygodnie, zaprzyjaźnić się z lemurami i myk na Seszele. I właśnie 27 kwietnia dotarły na jacht poprawione żagle. Dobrze, że dałam się namówić na śniadanie, którego generalnie nie jadam. Była jajecznica z pieczarkami i cebulką, a na popitkę szampan. Wieczorem miała być kolacja, ale jakoś nie doszła do skutku. Chłopcy cały dzień spędzili na maszcie, a ja żebym nie wyszła na ostatniego lenia, ze szmatą przy podłodze. Tak, te urodzinki będę wspominać.
Zaprowiantowanie zostało rozbite na etapy, ale i tak wymagało logistyki. Mariuszek z Filipem wzięli na siebie to niewdzięczne zadanie. My pomagaliśmy już tylko ostatniego dnia. Czy wystarczy na 20 dni żeglugi, zobaczymy?

Napisane przez: Hanuś | 2017/02/21

Kolejne tygodnie

Od mojego ostatniego wpisu minęły już ponad dwa miesiące. Wiele się w tym czasie wydarzyło. Najważniejsze, że jestem już po operacji wycięcia guza. Doktor Krzysztof Katana z Warszawskiego Centrum Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie perfekcyjnie usunął paskuda z mojej piersi. Po niespełna dwóch tygodniach od operacji lekarze pozwolili mi nawet na krótki wypad do RPA. Bardzo mi zależało, aby chociaż na chwilę poczuć pod stopami pokład Katharsis II.
Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia polecieliśmy z Mariuszem na kilka dni do Kapsztadu. Katharsis II czekała w marinie. Ten wyjazd był dla mnie niezwykle ważny. Po pierwsze chciałam zobaczyć ekipę i pokazać im, że się nie poddaję. A także chciałam odwiedzić Katharsis II, zanim na kilka dobrych miesięcy utknę w Polsce. Wyniki badań, determinują dalsze etapy leczenia. Scenariusze mogą być różne: kolejne operacje lub od razu chemioterapia. Jedno jest pewne – na jakiś czas koniec z dłuższymi wyjazdami!

Parę dni na Katharsis II pozwoliło mi doładować akumulatory i zebrać siły. Po powrocie do Polski otrzymałam od lekarzy dobre wiadomości –wokół wyciętego guza – nie ma komórek rakowych ani przerzutów do węzłów chłonnych. Hura!!!! Rok 2017 zaczynał się pozytywnie. 
Na południowym krańcu Afryki

Wycięcie guza to dopiero początek długiej drogi, jaka mnie czeka. Lekarze zdecydowali, że na kolejnym etapie leczenia zostanie zastosowana chemioterapia i to ta najcięższego kalibru. Jak mi powiedziano, głównym powodem takiej decyzji jest mój młody wiek. Do końca nie wiadomo, na ile taka terapia zwiększy prawdopodobieństwa całkowitego wyleczenia. Szczerze – boję się, ale nie samego leczenia, tylko skutków ubocznych. Tak, mam mdłości, zdarzają się długie chwile fatalnego samopoczucia i wypadają mi garściami włosy. To niestety codzienność walki z rakiem. Ale boję się tego co niewidoczne – trwałego uszkodzenia innych organów.
Do niedawna miałam cichą nadzieję, że zastosowanie łagodniejszej w skutkach ubocznych hormonoterapii wystarczy do wyleczenia. Jednak dodatkowe konsultacje z lekarzami przekonały mnie, iż bezpieczniej będzie zastosować cały dostępny arsenał środków leczenia.  Nie chcę dawać paskudowi żadnych szans. Dlatego zdecydowałam się poddać chemioterapii.
Staram się udawać, nawet przed sobą, że nic się nie zmieniło. Ale gdzieś w środku są chwile, kiedy bardzo się boję. W takich sytuacjach niesamowicie ważne jest spotkanie lekarza, który potrafi wysłuchać, zrozumieć, wytłumaczyć i po prostu – zaopiekować się swoim pacjentem. Przed operacją miałam szczęście, bo natrafiłam właśnie na takiego chirurga. I tym razem los się do mnie uśmiechnął. Doktor Katarzyna Pogoda wyjaśniła mi jak będzie wyglądał cały proces chemioterapii, dlaczego ważne jest by w moim przypadku właśnie taką terapię zastosować i co możemy dodatkowo zrobić, by jak najbardziej ochronić mój organizm. Pomimo moich lęków i obaw, które były i nadal są, wciąż odnajduję w sobie nowe pokłady optymizmu i pozytywnie patrzę na życie, tak jak przed chorobą. Jest to rzecz, którą Pani Doktor od razu zauważyła i powiedziała mi, że właśnie taka postawa jest najlepszym wsparciem terapii, a duża dawka radosnej witaminy „Ż” do najlepszy suplement diety. Pozytywna energia i pogodne nastawienie do świata to teraz moje podstawowe, obok chemioterapii, metody walki z rakiem. Oczywiście ogromnie ważne jest także wsparcie najbliższych mi osób. Ja je mam i to dodatkowa wartość – teraz bezcenna.

W związku z wyprawą dookoła Antarktydy, której start był planowany na grudzień zeszłego roku, powstała strona poświęcona temu wydarzeniu: http://antarcticcircle60s.pl . Ze względu na moją chorobę i przełożenie rozpoczęcia rejsu na grudzień 2017, strona będzie przez najbliższe miesiące platformą, na której będę chciała prowadzić akcję zachęcającą kobiety do badania piersi. Nasz rejs „Dookoła Antarktydy na południe od 60 stopnia szerokości geograficznej południowej“ będziemy chcieli zadedykować profilaktyce i walce z rakiem piersi.

Napisane przez: Hanuś | 2016/12/05

Kapsztad

Nasz rejs w dwuosobowym składzie z Seszeli do Republiki Południowej Afryki zakończyliśmy 20 października 2016 roku. Po 17 dniach żeglugi bez zawijania do portów, przepłynięciu 3100 mil morskich i pokonaniu 3 sztormów (wiatry powyżej 8 w skali B) wpłynęliśmy do zalanego słońcem Kapsztadu. W nocy z 19 na 20 października minęliśmy Przylądek Igielny – najdalej na południe wysunięty skrawek Afryki. Wielu z nas wydaje się, że tym południowym krańcem Afryki jest malowniczy Przylądek Dobrej Nadziei. Jednak, gdy przyjrzymy się dobrze mapie, to nie możemy mieć wątpliwości, któremu miejscu należy się ten tytuł. Mijaliśmy to miejsce w nocy, więc o jego urokach nic powiedzieć nie mogę, za to Przylądek Dobrej Nadziei pojechaliśmy zwiedzić z Mariuszem od strony lądu i tu już mam swoje zdanie. Rzeczywiście jest to przepiękne miejsce, ze świetnie przygotowanym dla turystów punktem widokowym, gdzie znajduje się latarnia morska (Cape Point). Jednak nie sam cel jest najpiękniejszy, a już droga prowadząca na Przylądek – Chapmans Peak Drive olśniewa widokami. Kilka dni spędzonych w Kapsztadzie pozwoliło mi polubić to miejsce – jego ciepłe wiosenne popołudnia, zapierające oddech widoki, przestronne i czyste ulice oraz wspaniałą kuchnię z lamką lokalnego wina.

Nie przez przypadek trafiliśmy do Republiki Południowej Afryki. Mariusz wybrał Kapsztad jako bazę przygotowań do kolejnej wielkiej wyprawy. Wyzwaniem, które teraz stawia przed sobą, Katharsis II i załogą nasz kapitan jest opłynięcie Antarktydy po jej wodach. Mariusz od kilku lat planował ten rejs i zdecydował, iż przyszedł czas, by obrać kurs na południe i trzymając się jak najbliżej białego kontynentu opłynąć go dookoła zaciskając jak najciaśniejszą pętlę.

Katharsis II została w Kapsztadzie pod opieką Tomka, gdzie ruszyły ostre przygotowania do rejsu. Jeszcze przed wyjazdem udało nam się przekazać wszystkie żagle do przeglądu, oddać ster strumieniowy do serwisu, a później prace ruszyły dalej: przegląd hydrauliki z wymianą wszystkich węży, wyjęcie masztu i konserwacja takielunku oraz wiele drobniejszych, ale równie ważnych prac.

Zamierzaliśmy polecieć z Mariuszem do kraju na zaledwie dwa i pół tygodnia. Mieliśmy spędzić w Polsce czas od 28 października do 15 listopada, następnie wrócić do Kapsztadu, by zintensyfikować przygotowania do wyprawy, a na okolice Mikołajek planowany był start rejsu. Chcieliśmy pozałatwiać w Polsce formalności związane z uzyskaniem pozwolenia na popłynięcie na Antarktydę, spędzić choć chwilę z najbliższymi, uzupełnić łódkową apteczkę i jeśli się uda, to także zrobić okresowe badania. Ostatni raz szczegółowy przegląd stanu zdrowia robiliśmy przed wyprawą na Antarktydę w listopadzie 2014 roku. Kalendarz przypominał, że trzeba się tym zająć, ale czasu było tak niewiele. Wszystko wskazywało, że będzie trzeba zdrowotne historie przełożyć na wiosnę. Z jednej strony nie lubię przekładać tak ważnych spraw na później, ale nie wierzyłam, że podczas tego krótkiego pobytu uda mi się zrobić badania. Jednak los zdecydował, że miałam zrobić je teraz i niczego nie odkładać. Jeszcze tego samego dnia po przylocie miałam umówioną wizytę u lekarza. Na szczęście samolot nie miał opóźnienia i zdążyłam. Poza skierowaniem na badanie krwi dostałam też skierowanie na USG piersi. Zazwyczaj na wizytę trzeba czekać ponad tydzień. Zapytałam o lekarza, który badał mnie dwa lata temu i akurat wypadła mu pacjentka. Zwolnił się termin na następny dzień. Od razu się zapisałam. Na badaniu niestety wyszła niepokojąca zmiana – guz około 2 centymetrów. Lekarz zalecił kolejne badanie – biopsję, by sprawdzić rodzaj zmiany. Moja lekarka od razu wypisała mi skierowanie, no i czekało mnie umawianie kolejnej wizyty do specjalisty. Tutaj terminy były bardziej odległe – dopiero na grudzień. Jednak nie dawałam za wygraną – wydzwaniałam i prosiłam o przyspieszony termin. Mówiłam, że planuję wyprawę na kilka miesięcy na drugi koniec świata i bardzo chciałabym zrobić to badanie przed wyjazdem. I tym razem udało mi się znaleźć lekarza, który wcisnął mnie w swój i tak pełny harmonogram. Po badaniach nie spodziewałam się żadnych złych wieści. Byłam pewna, że to coś niegroźnego, więc niczym się nie przejmowałam. Na trzy dni przed planowanym terminem wyników zadzwoniono do mnie, że lekarz chce się ze mną widzieć, gdyż wyniki są nieprawidłowe. Dreszcze przebiegły mi po plecach.
We wtorek 8 listopada na tydzień przed planowanym wylotem do Kapsztadu dowiedziałam się, że mam raka. Byłam zupełnie wybita z mojego rytmu, z mojego planu, z mojego dotychczasowego życia. Ale na szczęście tylko na chwilę. Spojrzeliśmy na siebie z Mariuszem i powiedzieliśmy sobie, że to kolejna rzecz, którą trzeba będzie po prostu w życiu pokonać i przetrwać. … Nie było czasu się nad sobą rozczulać. Trzeba było działać. Był to dla nas zupełnie nowy temat! Niełatwy, ale postanowiliśmy razem się z tym zmierzyć. Jeszcze tego samego dnia udało nam się dostać na wizytę do onkologa. Pan doktor okazał się przemiłym człowiekiem, z ludzkim podejściem do pacjenta. Ja jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z powagi całej tej sytuacji i pytałam, czy jeśli o dwa-trzy tygodnie przełożymy naszą wyprawę, to czy zdążę dojść do siebie i będę mogła płynąć. Lekarz nie zezłościł się na mnie, ani nie zirytował moim pytaniem, tylko z miłym uśmiechem powiedział, że Antarktyda w rok się nie rozpuści, no bo z Arktyką mogłoby być gorzej. Ale Antarktyda z pewnością poczeka na mnie rok. Nie orzekł też od razu, że na pewno nie popłynę w tym roku . Powiedział jakie kolejne badania mnie czekają i od nich zależy dalsze postępowanie. Ktoś mógłby powiedzieć, że jak można się pytać o wyprawę, jak tu trzeba się leczyć i jak w ogóle można zadawać takie pytania. Dla mnie jednak w tym momencie rejs był niezwykle ważny i nie chciałam z niego rezygnować. Myślę, że lekarz widział moją determinację i zrozumiał, że to jest coś wyjątkowego dla mnie. Choroba jest tylko przeszkodą, którą muszę pokonać, by osiągnąć cel.
Ten paskudny nowotwór chciał się przyczaić we mnie i zabrać na gapę na rejs na Antarktydę. Nic z tego – nie będziemy mu fundować tak ekscytującej wycieczki. Zamierzam go wysadzić jak najszybciej.

Torba z ciepłymi ubraniami przygotowanymi na wyprawę na Antarktydę powędrowała na strych, gdzie musi poczekać kilka miesięcy. Przede mną stoi mała walizka z rzeczami niezbędnymi na kilkudniowy pobyt w szpitalu. Jutro czeka mnie operacja wycięcia guza piersi. Mam dużo szczęścia, że nowotwór został zdiagnozowany we wczesnym stadium. Dzięki temu mam szansę na całkowite wyleczenie. Przede mną, poza operacją, jeszcze kilka miesięcy walki. Mam nadzieję, że będę miała siłę, żeby sprostać wyzwaniu, jakie przede mną stoi. Góry lodowe i sztormy, z którym mieliśmy się z Mariuszem zmierzyć wydają się teraz jakby małą zawieruchą, w porównaniu z huraganem który czeka nas na lądzie.
Zamierzam pozbyć się tego paskuda i zbierać siły, by w grudniu przyszłego roku móc dołączyć do załogi Katharsis II i popłynąć dookoła Antarktydy.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/18

Brzegi Afryki

Ostatnie dni Neptun nam nieźle urozmaicał pogodowo. Musze przyznać, że ten akwen jest wymagający – zarówno pod względem zmienności wiatrów, jak i morza oraz kłębiących się w nim prądów oceanicznych.
Tutaj wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Po piątkowym silnym wietrze od rufy przyszedł czas na trochę zabawy z podwiatrową jazdą. Chwilę spokoju w ciągu dnia w sobotę wykorzystaliśmy na postawienie zrefowanego grota, by przygotować łódkę do ostrej jazdy pod wiatr. Niestety i tym razem prognoza nie doszacowała siły wiatru. Z zapowiadanych 20 węzłów idealnie w nos zrobiło się w nocy z soboty na niedzielę 33 węzły, co bardzo rozbudowało morze. I niestety musiałam oglądać fale, które tak mnie zachwycały poprzedniego poranka, z tego kierunku, z którego nie chciałam na nie patrzeć, czyli zmagać się z nimi w podwiatrowej żegludze. Staraliśmy się utrzymywać bezpieczną prędkość, by Katharsis II nie spadała z impetem ze stromych fal. Jacht nieźle sobie radził z coraz większym morzem, jednak nie chcieliśmy go forsować. Ten kierunek wiatru miał utrzymywać się do poniedziałkowego poranka, a w niedzielę w ciągu dnia jeszcze stężeć. Mariusz postanowił skierować nasz jacht w stronę lądu. Zazwyczaj wolimy zostać na pełnym morzu w czasie sztormu, ale tym razem liczyliśmy na spokojniejsze morze w pasie przybrzeżnym do głębokości 200 m. Linia 200 m wyznacza granicą występowania prądu Agulhas, który podbija i wypiętrza do niebezpiecznych rozmiarów fale. Pas przybrzeżny jest stosunkowo wąski i jego szerokość rzadko przekracza 3 mile. Oznaczałoby to częste manewry zwrotów, ale woleliśmy taką zabawę, niż walkę z coraz groźniej wyglądającym morzem. Po minięciu linii 200 metrów fale zaczęły się uspokajać, a w odległości 1 mili od lądu wiatr niespodziewanie ucichł. Postanowiliśmy wykorzystać ten spokój i podciągnąć na silniku na południe. Na mojej porannej wachcie w niedzielę 16 października o świcie po raz pierwszy ukazały się brzegi Afryki Południowej. Powitanie zgotowały mi stada delfinów i wieloryby kręcące się blisko lądu. Przez cały poranek udało nam się spokojnie płynąć wzdłuż Dzikiego Wybrzeża. Gdy próbowaliśmy oddalać się od lądu, od razu wiatr tężał i ciskał silnymi podmuchami od dziobu, a fala hamowała jacht. Postanowiliśmy nie marnować czasu na halsowanie pod 30 węzłowy wiatr, skoro pod osłoną brzegu mogliśmy sprawnie podążać do celu na naszym dieselgrocie.
Niestety popołudniu wiatr rozhulał się także przy brzegu i wybudował bardzo nieprzyjemną, stromą i krótką falę. Próbując halsować pod wiatr praktycznie nie robilibyśmy postępu do przodu, a na silniku prędkość spadła do 2,5 – 3 węzłów (a paliwo znikało ze zbiornika). Wzdłuż wybrzeża Afryki Południowej nie ma bezpiecznych zatok. Na szczęście udało nam się wypatrzeć jedną przyjaźnie wyglądającą zatoczkę, a raczej zagłębienie w lądzie (Mazeppa Bay), gdzie postanowiliśmy przeczekać kilka godzin największego uderzenia wiatru od południa. Po ośmiogodzinnym odpoczynku dla jachtu i naszej małej załogi, gdy złowrogie świsty zaczęły cichnąć, wznowiliśmy żeglugę. Wiatr osłabł do 15 węzłów i umożliwiał efektywne płynięcie na południe. Kierunek wiatru wymusił na nas długi hals i stopniowe oddalanie się od lądu, czego efektem było wpłynięcie w prąd Agulhas.
Zbiegło się to z kolejną zmianą pogody – powróciliśmy do żeglugi z wiatrem. Korzystając z jego północnego kierunku w poniedziałkowe południe wjechaliśmy w rzekę prądu Agulhas, który przez kilkanaście godzin dodawał nam po 2 -3 węzły prędkości. Przy wietrze z południa prąd Agulhas zderza się z nim wytwarzając niebezpieczne fale, dlatego wcześniej unikaliśmy go. Niestety to co dobre lubi się szybko kończyć i nasz prądowy dopalacz już wygasł. We wtorkowe wypłynęliśmy z nurtu dodatniego prądu i podążamy z wiatrem w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei.

Wtorek 18.10.2016, godzina 2300 UTC+2, pozycja 35st.27min.S 021st.59min.E, wiatr E 15 węzłów, prędkość jachtu 7 węzłów.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/16

Sztorm przed podejściem do brzegów Afryki Południowej

Zapowiadane silne uderzenie wiatru z północy nadeszło, zgodnie z prognozami pogody, w piątkowy wieczór. Po 30 węzłowym wietrze w nos i przed kolejnym, tym razem od rufy, Neptun dał nam kilka godzin spokojnej aury. Wykorzystaliśmy ten czas na przygotowania do sztormu – sprawdzaliśmy sztauowanie rzeczy pod pokładem, mocowanie pontonu, klar na pokładzie. Zjedliśmy też obiad w względnie komfortowych warunkach, gdyż morze pamiętało jeszcze wiatr z poprzedniej nocy.
Spodziewaliśmy się silnego 35-węzłowego uderzenia od rufy, dlatego postanowiliśmy zrzucić zupełnie grota i sztormować na samym sztakslu. Do 35 węzłów z wiatrem Mariusz preferuje żeglugę na zrefowanym grocie i przednim żaglu. Jednak przy silniejszych wiatrach i zjazdach z dużych fal bom wyłożony na burtę może zahaczyć o wodę i się złamać. Nie chcieliśmy ryzykować, tym bardziej, że akwen ten słynie ze spektakularnych fal.
W piątek popołudniu wiatr od dziobu zaczął wykręcać idealnie do rufy i tężeć z każdą godziną. Gdy siła wiatru utrzymywała do 39 węzłów płynęliśmy na zrefowanej genui. Dopiero gdy po północy zaczęła pojawiać się „4” z przodu Mariusz zamienił genuę na sztaksla. Prognoza przewidywała wiatr do 35 węzłów, a my już mieliśmy regularne 40. Ale apogeum przyszło dopiero na mojej porannej wachcie, gdzie wiatr wciąż tężał, aż rozkręcił się do stałej 50. Wtedy zrefowałam nawet naszego małego sztaksla. Gdy było jeszcze ciemno, tylko w blasku księżyca widziałam grzywy fal rozbryzgujące się powyżej naszych burt. Prawdziwe przedstawienie zaczęło się po wschodzie słońca, gdy wiała regularna 50. Fale wyrastały za rufą niczym wodne ściany, po czym z impetem wjeżdżały pod łódkę i z nieprawdopodobną mocą przelatywały pod nami. Niektóre gejzery rozbijając się tuż przed dziobem zawracały przetaczając się przez pokład Katharsis II. Jacht wspaniale sobie radził. Aż miło było patrzeć, jak łódeczka tańczy z rozbawionym oceanem. Jedynie nasza szpryc buda nie podołała spotkaniu z silnym wiatrem i rozdarła się. Płótno było już mocno nadwyrężone po wietrznym pobycie na Malediwach i w Kapsztadzie planowaliśmy jego regenerację. A wygląda na to, że będziemy musieli w pośpiechu szykować nową szpryc budę, by dała sobie radę w antarktycznych warunkach.
Wiatr nie dość, że rozpędził morze i kreował ogromne fale, to zaczął już zrywać wodę z powierzchni. W promieniach porannego słońca widać było jak krople słonej wody niesione są nad falami i oblewają ocean jakby białym pyłem. Z zapartym tchem patrzyłam na to widowisko. Cieszyłam się, że jedziemy z wiatrem, bo za nic nie chciałabym w tym momencie płynąć w przeciwnym kierunku i z innej perspektywy oglądać te wodne góry.
Od około 1100 wiatr zaczął siadać i mogliśmy wrócić do żeglugi na genui. Wszystko zgodnie z prognozą, no może poza siłą wiatru. Popołudniu zaczęło cichnąć do kilku węzłów. Jedynie morze przypominało historie poprzedniej nocy. Ale ten spokój, to była jedynie cisza przed burzą. Wieczorem przyszło kolejne uderzenie.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/14

Pierwsze uderzenie silnego wiatru w tym rejsie

Czwartkowy poranek przyniósł zapowiadany południowo-wschodni wiatr. Mariusz przekazując wachtę o 0400 ostrzegał mnie, iż zmiana pogody będzie bardzo raptowna. I rzeczywiście tak było. Przed 0500 wiatru było jeszcze jak na lekarstwo, czyli 6-8 węzłów od dziobu, ale pojawiło się spore zafalowanie. Zaostrzyło to moją czujność. O godzinie 0510 wiało już 15 węzłów, więc obudziłam Mariusza. Postawiliśmy żagle. O 0530 mieliśmy już u góry grota i genuę na 2. refie oraz wiatr 25 węzłów SE. Śmigaliśmy 11-12 węzłów. Stwierdziliśmy jednak, że jest to tempo bardziej nadające się na regaty niż przelot przez ocean w dwuosobowym składzie. Zamieniliśmy genuę na znacznie mniejszego sztaksla, żeby czuć się bezpieczniej. A i tak płynęliśmy szybko, bo 9-10 węzłów. Morze z każdą chwilą bardziej się nabudowywało naganiając nam od dziobu potężne fale. Zabawa za sterem była przednia, chociaż strome fale, na które Katharsis II musiała się wspinać i hektolitry wody przelewające się co jakiś czas przez cały pokład i nieco studziły nasze entuzjazmy. Wiało do 27 węzłów, czyli mniej niż wynikało z wcześniejszych prognoz. Absolutnie nie ubolewaliśmy nad tym – wiatru było pod dostatkiem a fale wystarczająco dawały nam odczuć potęgę natury.
Wiatr ten miał się utrzymywać przez dobę i było tak praktycznie co do godziny. Dzisiaj około 0500 zaczął słabnąć i odkręcać do ENE. Pomimo, iż nie dotarliśmy jeszcze do silnego ramienia prądu Agulhas, który w żegludze z północy na południe wzdłuż południowego brzegu Afryki może dodawać nawet 3 węzły prędkości, to i tak przy płynięciu pod wiatr wykręciliśmy bardzo dobry przelot dobowy, bo 220 mile morskie.

Kolejna noc ma przynieść nowe uderzenie wiatru, tym razem z północy. Ma on być mocniejszy, gdyż ponad 40 węzłowy. Będziemy już wtedy najprawdopodobniej płynąć w silnym prądzie. Ciekawa jestem jak będzie wyglądać morze przy tej wartkiej rzece prądu i silnym wietrze.

Piątek 14.10.2016 godzina 0800 UTC+3, pozycja 28st.06min.S 033st.53 min.E wiatr NE 12 węzłów, prędkość jachtu 8,5 węzła.

Napisane przez: Hanuś | 2016/10/12

Półmetek za nami

Dzisiaj mija nam 10. dzień żeglugi. W tym czasie przepłynęliśmy 1640 mil morskich, a do Kapsztadu pozostaje 1370. Wciąż towarzyszy nam słoneczna aura ze słabymi wiatrami. Analiza pogody przed wypłynięciem z Seszeli wskazywała, że po trzech- czterech dniach kilkunastowęzłowych wiatrów, przyjdzie czas na silniejsze wianie, które miało nam towarzyszyć praktycznie do końca rejsu. Tym czasem wiatry jakby się przed nami rozstępowały. Od kilku dni dosłownie je gonimy. Gdy bieżąca mapa pogodowa pokazuje, że już za chwilę wpłyniemy na akwen objęty silniejszymi wiatrami, w rzeczywistości zastajemy delikatną bryzę. Nowo ściągnięta prognoza pogody zmienia dane swojej poprzedniczki i okazuje się, że przed nami otwiera się nowa strefa słabych wiatrów. Ale jutro powinniśmy wjechać w pierwszy front z południowo-wschodnimi wiatrami około 30 węzłów. Tak przynajmniej raportuje najnowsza prognoza. A jak będzie, to zobaczymy jutro, gdyż warunki są tu niezwykle zmienne. Powoli zbliżamy się do brzegów Afryki. Nie pomaga na prąd, który w poniedziałkową noc spowalniał nas aż o 3 węzły. Prąd ten to boczna odnoga Prądu Agulhas, który płynie z północy na południe wzdłuż brzegów południowo-wschodniej Afryki. Mariusz opóźnia wejście w jego wartki nurt, gdyż w połączeniu z przeciwnym, silnym południowym wiatrem powoduje niesamowicie niebezpieczne fale. Podobne fale dały nam w kość w czasie płynięcia z Brisbane do Sydney przed regatami dwa lata temu. Teraz jesteśmy tylko we dwójkę, więc musimy szczególnie uważać.
Słabe wiatry w połączeniu z resztkowym zafalowaniem często powodują łopot żagli. Czasami wystarcza zredukować grota i nieprzyjemne uderzanie płótnem ustaje. W okolicach Cape St. Andre, który mijaliśmy w nocy przez kilka godzin silnie wiało, po czym wiatr ni z tego ni z owego ucichł. Mieliśmy grota na drugim refie. Żagiel co kilka minut wydawał z siebie nieprzyjemny odgłos. Nie zrzuciliśmy żagla od razu, mając nadzieję na powrót wiatru, co skończyło się wyrwaniem listwy grota z wózka nad trzecim refem. Wykręciła się nakrętka szpilki mocującej pochwę listwy z wózkiem. W efekcie wypadła szpilka wprowadzając fragment żagla w niebezpieczne łopotanie, na szczęście szybko zauważone i bez dalszych konsekwencji. Już za dnia wymieniliśmy szpilkę. Swoją drogą szpilki z nakrętkami od dołu a nie z przetyczkami, to chyba nie najlepszy patent.
Pod pokładem komfortowa atmosfera wciąż sprzyja porządkom i pracy przy komputerach, co intensywnie z Mariuszem wykorzystujemy.
Trochę nerwów napsuły nam w ostatnich dniach informacje z marin RPA. Okazało się, że największa marina w Kapsztadzie – Royal Cape Yacht Club , w której mieliśmy zacumować, odmówiła przyjęcia nas. W kategoriach długości jednostki tylko o dwa metry byliśmy za dłudzy, co nie stanowi większego problemu. Ale dwa dni temu Mariusz dostał wiadomość z zapytaniem o ciężar łódki i okazało się, że nasze 50 ton przewyższa o 30 wytrzymałość tamtejszych kei. Druga z marin posiadająca miejsca dla jednostek powyżej 20 metrów (aż dwie keje!) wciąż nie odpowiadała na mejle, a i do biura ciężko było się dodzwonić. Już zaczęliśmy się zastanawiać, jakie mamy alternatywy, bo sytuacja wyglądała nieciekawie…
Wzdłuż południowego wybrzeża Afryki nie ma bezpiecznych zatok dający możliwość schronienia się na kotwicy. Brak możliwości płynięcia do Kapsztadu zmuszałby nas do wpłynięcia najprawdopodobniej do Richards Bay na północno-wschodnim krańcu RPA i proszenie o przyjęcie przy portowej kei. Tamtejsza marina, jak i ta w Durbanie, nie przyjmują jachtów o gabarytach Katharsis II. A gdyby i tu nas nie przyjęto, to czekałoby nas płynięcie na Mauritius. A to oznaczałoby dodatkowe 2000 mil podwiatrowej jazdy, często z ponad 20 węzłowym wiatrem, co nie zapowiadałoby przyjemnego rejsu… Nie mówiąc o skomplikowaniu naszych planów związanych z wyprawą na Antarktydę, do której będziemy się teraz przygotowywać. Gdybyśmy od razu z Seszeli popłynęli na Mauritius, to zajęło by nam to około 6 dni podwiatrowejj żeglugi. Na szczęście w marinie królewskiej w Kapsztadzie, do której nas nie przyjęto, podano nam mejla bezpośrednio do menedżera technicznego V&A Marina (druga marina w Kapsztadzie), z którym udało się Mariuszowi skontaktować. Poprosił o dane jednostki oraz terminy ewentualnego postoju i zapowiedział, że się odezwie. Były to dość nerwowe dwie godziny, zanim dostaliśmy mejla potwierdzającego rezerwację! Udało się! Mamy gdzie się zatrzymać w Kapsztadzie.

Środa 12.10.2016 godzina 1600 UTC+3, pozycja 24st.23min.S 038st.31 min.E wiatr NE 10 węzłów, prędkość jachtu 6,5 węzła.

Older Posts »

Kategorie