Napisane przez: Hanuś | 2018/04/12

Koniec wielkiej wyprawy

Brzegi Tasmanii ujrzeliśmy w środowe popołudnie. Ich widok oznaczał nieubłagalny koniec wyprawy. Wiatr nie odpuszczał. Pomimo braku grota nasza prędkość rzadko spadała poniżej 10 węzłów. Aż trudno było uwierzyć, że to co nas otacza widzimy po raz ostatni podczas tej wyprawy. Był to ostatni sztorm, ostatnie fale przelewające się przez pokład, ostatni wspólny obiad w rejsie, ostatnia noc na morzu …
Raportowaliśmy przypłynięcie do Hobart na czwartkowy poranek. Jednak sędziowie śledząc naszą pozycję i aktualne warunki atmosferyczne przewidywali nasze zameldowanie się na miejscu o 3 nad ranem. Spodziewałem się słabszych wiatrów w cieniu Tasmanii, ale lokalna prognoza tego nie przewidywała i wyglądało, że przemkniemy przez Zatokę Sztormów i rzekę Derwent prowadzące do Hobart w kilka godzin. Groziło nam wyciąganie z łóżek sędziów i ekipy australijskiej telewizji, która chciała nakręcić przecinanie mety oraz zrobić z nami wywiad w tym ważnym momencie.
Prognoza się jednak nie sprawdziła i wiatr ucichł, gdy byliśmy blisko południowych brzegów Tasmanii. Właściwie to zdechł, zostawiając po sobie tylko rozbujane morze. Żagle trzepotały i nie pozwalały na złapanie rytmu. W efekcie w czwartek o 2 nad ranem znaleźliśmy się dopiero u wejścia do Zatoki Sztormów, zamiast u bram Hobart.
Zatoka Sztormów słynna jest ze zmienności pogody. Podczas regat Sydney – Hobart w 2014 roku odnotowaliśmy zarówno dwukrotnie uderzenia wiatru o prędkości 50 węzłów, jak i całkowity brak wiatru. Teraz silnych wiatrów, mimo sztormowych warunków na południe od Tasmanii, nie było. Chwilami wiatromierz wskazywał 8-10 węzłów – wtedy mogliśmy normalnie żeglować. Kiedy jednak prędkość wiatru spadała do 2 węzłów, albo już w rzece Derwent do zera, to staliśmy w miejscu.
Brak wiatru wykorzystaliśmy na szybkie zorganizowanie urodzinowego śniadania Tomasza. Nie zabrakło tatara z polędwicy i ziemniaczanej sałatki z wyciągniętych z jakiegoś zakamarka kilku bulw. Świeżo upieczone bułeczki i tort dopełniły menu. A wydawało się, że będziemy ostatnie wyprawowe urodziny świętować na lądzie.
Można by długo pisać o ostatnich milach tego rejsu. Czas oczekiwania na wiatr urozmaicony został odwiedzinami ekipy telewizji ABC. Udzieliliśmy wywiadu z pokładu jachtu. Brak wiatrów na rzece Derwent nie raz zatrzymywał regatowe jachty dopływające do mety regat Sydney – Hobart. Dla nas czas miał drugorzędne znaczenie, ale wiele osób na nas czekało i chcieliśmy być już na mecie.
Około 1500 wiatr obudził się i zaczęliśmy w końcu płynąć. Po kilku zwrotach meta zaczęła szybko się przybliżać. Wiatr tym razem nie cichł i mogliśmy z fasonem, płynąc szybko pod przednimi żaglami, minąć linię mety. Dopłynęliśmy do Hobart 5 marca 2018 roku o 1555 czasu lokalnego po 102 dniach, 23 godzinach i 1 minucie od opuszczenia Kapsztadu. Przepłynęliśmy łącznie 15853 mil morskich (29360 km).
Około 2/3 całej trasy wyprawy stanowiło wykonanie przez nas okrążenia Antarktydy po jej wodach, czyli na południe od 60 równoleżnika (dokładnie 10180 mil morskich). Zajęło nam to 72 dni, 5 godzin i 33 minuty. Wykonując możliwie najciaśniejszą pętlę spędziliśmy ponad 25 dni poza południowym kołem polarnym, a na wysokości Morza Rossa dopłynęliśmy do 70 równoleżnika.
Żegluga po wodach Oceanu Południowego była o wiele szybsza od żeglugi po wodach Antarktyki. Średnie dobowe przebiegi w ramach opływania Antarktydy wynosiły 140 mile morskie. Na odcinku z Kapsztadu do początku pętli wokół Antarktydy na 62 równoleżniku płynęliśmy średnio 168 mil dziennie. Po zamknięciu pętli w drodze do Hobart nasze przebiegi wzrosły do 199 mil dziennie, pomimo wolnej ostatniej doby i pękniętego bomu. To obrazuje, jak wielka jest różnica w szybkości żeglowania w zmiennych wiatrach i lodowych warunkach Antarktyki, w porównaniu do pływania w często sztormowych, ale ze sprzyjającego kierunku wiatrach towarzyszących nam na Oceanie Południowym.
Trudno opisać uczucie, które towarzyszyło nam po minięciu mety. Radość mieszała się z nostalgią. Z jednej strony mieliśmy świadomość zakończenia historycznego rejsu i dokonania nietuzinkowego wyczynu. Z drugiej pojawiał się żal, że to już koniec. Spędziliśmy zamknięci w niewielkiej przestrzeni prawie 103 dni, a jakoś nikt nie rwał się na ląd. Niewątpliwie przyzwyczailiśmy się do wspólnego życia zależnego od otaczających nas warunków pogodowych, wyznaczonego przez rytm wacht i wspólnych posiłków. Monotonię żeglugi połączoną z dużym napięciem spowodowanym otaczającym nas niebezpieczeństwem rozładowywaliśmy celebrując święta, urodziny załogi, kamienie milowe. Trochę tych wydarzeń się zebrało w czasie naszej wyprawy.
Nadszedł czas powitań i pożegnań. Zostaliśmy ciepło przyjęci przez Polonię Tasmańską, australijskie media i kierownictwo Royal Yacht Club of Tasmania (współorganizatora regat Sydney – Hobart). Nadszedł czas porządków i usuwania awarii, które można ogarnąć w ciągu dwutygodniowego pobytu w Hobart. Jacht niewątpliwie ucierpiał w trakcie siedemnastu sztormów oraz braku właściwej wentylacji, ale nie dużo brakuje mu do odzyskania typowego dla Katharsis II blasku.


Uczestnicy wyprawy Katharsis II dookoła Antarktydy

Napisane przez: Hanuś | 2018/04/03

Święta i ostatnia prosta do Hobart

Mariusz:
Druga połowa trasy przez Ocean Południowy do Hobart była bardzo emocjonująca. Kontynuowaliśmy bardzo szybką żeglugę, utrzymując iście regatowe tempo. Niestety o poranku w Wielki Piątek w trakcie gwałtownego podrzucenia jachtu na wyjątkowo wypiętrzonej fali nastąpił niekontrolowany zwrot przez rufę.
Żeglowaliśmy pełnym kursem z grotem zredukowanym do trzeciego refu. Niestety jedna dziwna fala uderzająca jacht od tyłu z zupełnie innego kierunku niż pozostałe oraz zbyt późna reakcja sternika, spowodowały niekontrolowany zwrot przez rufę przy pełnej prędkości jachtu i ogromnym obciążeniem żagla, prowadząc do pęknięta kontra szota (liny zabezpieczającej bom przed przeleceniem na przeciwną burtę). W konsekwencji bom z pełną prędkością uderzył w olinowanie baksztagu po przeciwnej stronie jachtu. Na szczęście olinowanie wytrzymało, dlatego maszt pozostał nienaruszony. Lekki bom wykonany z trwałego, ale nie odpornego na uderzenia włókna węglowego pękł. Wielka to strata, gdyż uniemożliwia normalne używanie grota, naszej głównej siły napędowej. W sztormowych warunkach nie byliśmy w stanie go naprawić ani wystarczająco wzmocnić. Po zabezpieczeniu zrzuconego żagla pożeglowaliśmy dalej na żaglach przednich.
Awaria popsuła wszystkim nastroje. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Tego dnia mieliśmy celebrować Piotra urodziny. Nic nam nie wychodziło. Indyk w galarecie wpadł na sernik na zimno i powstała z tego trudna do strawienia mieszanka. Na szczęście Maćka szybko wyczarowała kolejne ciasto mimo niebezpiecznie rozbujanego morza. Dzień został przynajmniej w części uratowany.
W sobotę cała załoga pracowała do późnych godzin nocnych, by przygotować kilka potraw Wielkanocnych. Nie było to łatwe zadanie ze względu na szalejący sztorm. Na Wielkanocne śniadanie nie zabrakło tradycyjnej białej kiełbasy, przywiezionej jeszcze z Polski. Na sałatkę jarzynową użyliśmy ostatnie, schowane na tą okazję, ziemniaki oraz jedno jabłko. Zamrożone w Kapsztadzie jajka wprawdzie nam popękały, ale przyozdobiły kolorami Wielkanocny stół. Rzeżuchę zastąpiły kiełki rzodkiewki. Ugotowaliśmy żur z przygotowanego przez nas zakwasu. Nie brakło również ciast i świeżo upieczonych bułeczek. Potrawy zjeżdżały nam ze stołu, mimo zwolnienia do minimalnej prędkości. Rozbujane morze nie chciało z nami współpracować. Testowało nasz refleks podczas chwytania uciekających ze stołu talerzy i sztućców. Ocean wystawił nas na próbę, nie tylko żeglarską. Sztormowe warunki próbowały nas zniechęcić do wyprawienia Świąt Wielkiej Nocy. Nie poddaliśmy się. Pomimo trudnych warunków i bardzo ograniczonych składników wyczarowaliśmy wspaniałe świąteczne śniadanie i obiad.
Cały tydzień towarzyszyły nam silne, sztormowe wiatry. Przeszły nad nami cztery sztormy. W takiej sytuacji nie odczuwaliśmy nawet zbytnio braku grota. Nasze tempo niewiele spadło. Każdego dnia ubywało nam do mety w Hobart około 200 mil morskich. Brak grota odczujemy poważniej przy słabszych wiatrach, a te mogą pojawić się w cieniu górzystej Tasmanii. Niemal czujemy zapach lądu. Powinniśmy go zobaczyć już jutro. Nasza wyprawa nieubłagalnie zbliża się do końca.

Napisane przez: Hanuś | 2018/03/28

Ocean Południowy w drodze do Hobart

Mariusz

Radość wywołana osiągnięciem celu, jakim było zamknięcie pętli wokół Antarktydy, mieszała się z poczuciem ulgi. Od tego momentu mogliśmy myśleć o opuszczeniu wód pełnych lodowych niebezpieczeństw.
Wiatry na półkuli południowej wieją w niżach zgodnie ze wskazówkami zegara. Pierwszy z układów spadał na nas z północy. Udało się nam wpłynąć w jego zachodnią część i skorzystać z południowo-zachodnich wiatrów, by pożeglować w okolice 58. równoleżnika. W ten sposób nie tylko opuściliśmy wody Antarktyki, ale znaleźliśmy się w optymalnym miejscu do żeglugi w kolejnym układzie niżowym.
Drugi układ był (i ciągle jest) bardzo rozległy. Przywitał nas warkoczem ciągnącym się aż spod zachodniej Australii. Ta olbrzymia struga powietrza przyniosła ciepły wiatr znad Oceanu Indyjskiego. Północnym wiatrom po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy towarzyszył deszcz. Co za różnica poczuć na skórze słodką wodę zamiast kąsającego gradu czy śniegu.
Płynąc w kierunku niższych szerokości wpłynęliśmy w północą część zasadniczego układu niżowego, plasując się w pobliżu centrum. Dało to nam korzystne dla żeglugi zachodnie wiatry, dzięki którym szybko pokonywaliśmy kolejne mile. Wiatry sztormowe wiały w niedużej odległości na północ od nas, ale nas nie nękały. Mogliśmy dzięki temu uzyskiwać dobowe przebiegi powyżej 200 mil morskich i uzyskać dotychczasowy rekord podczas naszej wyprawy – 252 mile.
Układ pogodowy, w którym byliśmy zaczął zwalniać co spowodowało, że dwukrotnie dogoniliśmy centrum niżu. To z kolei wymusiło na nas korektę kursu na północ w celu ponownego wpłynięcia w korzystne wiatry. Nie możemy narzekać na nudę i monotonię podczas ostatniego etapu żeglugi. Zwroty i zmiany żagli urozmaicają nam upływający czas.
Niestety nieprzerwanie musimy uważać na lodowe niebezpieczeństwo. Każdego dnia spotykamy jeszcze góry lodowe. Nie ma ich tyle, co na południu, ale niestety są. Znajdujemy się ciągle w strefie konwergencji antarktycznej, gdzie w zimnych wodach góry lodowe rozpuszczają się powoli. Na cieplejsze wody wpłyniemy w okolicach świąt Wielkanocnych.
Ostatni tydzień bardzo przybliżył nas do portu, w którym planujemy zakończyć wyprawę. Do Hobart pozostało tylko 1500 mil morskich. Minęliśmy na trawersie po raz drugi podczas naszej wyprawy Ocean Indyjski. Przed naszym dziobem coraz bliżej Australia.

Napisane przez: Hanuś | 2018/03/21

Dookoła Antarktydy w 72 dni

Załoga Katharsis II po zamknięciu pętli dookoła Antarktydy

Wczoraj 20 marca 2018 roku o godzinie 1744 (czasu jachtowego UTC+4) zamknęliśmy pętlę wokół Antarktydy. Przecięliśmy ślad pozostawiony przez Katharsis II 7 stycznia o godzinie 1211 na pozycji 62st00’.28S i 064st53’.66E. Na opłynięcie najzimniejszego kontynentu Ziemi potrzebowaliśmy 72 dni 5 godzin 33 minut i 43 sekundy.
Głównym założeniem wyprawy było wykonanie okrążenia Antarktydy płynąć cały czas po jej wodach, czyli na południe od 60. równoleżnika. My zrobiliśmy nawet ciaśniejszą pętlę, płynąc cały ten czas na południe od 62. równoleżnika. Przepłynęliśmy 10180 mil morskich.
Moment przecięcia pętli był bardzo emocjonujący. Od rana odliczaliśmy mile i przeżywaliśmy nadejście tej chwili. Takim wydarzeniom zawsze towarzyszy dużo radości i szczęścia. Przeżywałam razem z załogą to, iż osiągnęliśmy nasz cel – opłynęliśmy Antarktydę po jej wodach. Ale była to także dla mnie chwila refleksji i wspomnień. Na chwilę powróciły myśli o chorobie, którą mam za sobą. Przemknęła myśl, że mogłoby nie być tej Antarktydy dla mnie i może w ogóle nawet mnie, gdyby nie badania przed wyprawą i wcześnie zdiagnozowany nowotwór. Ale to już za mną i kolejne wielkie marzenie spełnione!!!
Uczta z okazji zamknięcia pętli ograniczała się do możliwości naszych zapasów. Już od dawna nasze warzywne smakołyki to jedynie cebula, czosnek i ostatnie ziemniaki. Na szczęście w zamrażalniku jest jeszcze trochę marchewki mrożonej. Jajka to już wspomnienie (nie licząc kilku zamrożonych z myślą o Wielkanocy). Na uroczystą kolację przygotowaliśmy kapitańskie danie, czyli tatar wołowy. Żółtka zastąpiliśmy majonezem i okazał się to rewelacyjny pomysł. Poza tym były zimne nóżki przyrządzone z indyka pasteryzowanego. Idealne zastosowanie dla naszych obiadowych słoików. Była także tradycyjna sałatka jarzynowa, tylko zmodyfikowana ze względu na braki w składnikach, czyli bez jajek i jabłek. Ale po 87 dniach w morzu i kilkunastu bez warzyw i tak robiła furorę. Deser był pomysłowy i wyśmienity – sernik na zimno zrobiony ze śniadaniowych serków śmietankowych bez użycia jajek. Potrzeba jest jednak matką wynalazków.
Przed nami ostatni etap wyprawy – dotarcie do portu w Hobart, do którego mamy jeszcze 3000 mil morskich. Musimy w dalszym ciągu zachowywać ostrożność i pełne skupienie, bo przed nami jeszcze spory kawałek oceanu do pokonania w niełatwych warunkach.

Nasza załoga po ponad 87 dniach non-stop w morzu ma się całkiem dobrze! Nasze zdjęcia sprzed kilku dni:

Napisane przez: Mariusz | 2018/03/19

Sztorm na Morzu Kosmonautów

Mariusz:
Morze Kosmonautów leżące między 30. a 50. południkiem wschodnim należy do najmniejszych mórz okalających Antarktydę. Dla nas było dwunastym z odwiedzanych mórz Antarktyki i ostatnim przed ponownym wpłynięciem na Morze Wspólnoty. Mieliśmy nadzieję, że długo zapowiadany sztorm, którego nie byliśmy w stanie uniknąć, nie wysadzi nas w kosmos.
Zmaganie z pogodą rozpoczęliśmy 14 marca. Sztorm był efektem niżu, który zamiast przesuwać się z zachodu na wschód (tak jak większość układów krążących wokół Antarktydy), skierował się w stronę kontynentu, a dokładnie pomiędzy Półwysep Riiser-Larsena, a Przylądek Kołosowa na Morzu Kosmonautów. Ląd stał się dla niego naturalną przeszkodą. Nastąpiła kumulacja energii całego układu. W miarę zbliżania się do nas, ciśnienie w centrum niżu spadło w ciągu jednej doby, z początkowego 960 hPa do 928 hPa, stając się najgłębszym niżem, z jakim przyszło się nam zmierzyć. Skala naszego pokładowego barometru kończy się na 960hPa i wskaźnik po prostu cofnął się. Elektroniczny instrument odnotował ten dramatyczny spadek ciśnienia dokładnie.
Przez kilka dni przed nadejściem sztormu mozolnie wspinaliśmy się na północ, by uniknąć wejścia w warkocz silnego przeciwnego wiatru, który miał wytworzyć się wzdłuż lądu. Postanowiłem najkrótszą drogą przedostać się do środka niżu, gdzie niczym w oku cyklonu wiatr zanika. By tam dotrzeć, musieliśmy płynąć ostro pod sztormowy wicher, przebijając się przez zachodnią obręcz niżu. Nie byłem pewien, czy Katharsis II sprosta zadaniu. W podobnych warunkach podczas styczniowego sztormu na Morzu Davisa nie byliśmy w stanie przebić się przez wiatr, mając do dyspozycji tylko przedni sztaksel. Tym razem postanowiłem użyć do podwiatrowej walki zredukowanego grota do rozmiaru serwetki, czyli na głębokim czwartym refie. Kombinacja żagli: grot na 4 refie i przedni zrefowany sztaksel sprawdza się w wiatrach wiejących z prędkością do 40 węzłów. Przy silniejszych wiatrach prędkość jachtu jest zbyt duża i zaczyna on niebezpiecznie spadać z fali. Użycie samego sztaksla pozwala nam na sztormowanie w dryfie, bez znaczącego posuwania się do przodu. Używanie grota w podwiatrowych zmaganiach daje nam więcej możliwości.
Obrana taktyka walki z żywiołem sprawdziła się w stu procentach. Katharsis II parł niczym taran do przodu, mimo coraz większych fal. Około godziny 1800 wiatromierz coraz częściej zatrzymywał się powyżej 40 węzłów, a nasza prędkość zaczęła przekraczać 8 węzłów. W sztormie to zdecydowanie za dużo na jacht ważący prawie 60 ton. Tak rozpędzona Katharsis II potrafi spaść z fali w otchłań, uderzając w wodę niczym o beton. Zrzucenie sztaksla zmniejszyło prędkość do bezpiecznych 4-5 węzłów. Z nastaniem ciemności wiatr wzmógł się do ponad 55 węzłów. Towarzyszył mu zacinający śnieg, który zredukował widoczność do zera. W takich warunkach spada skuteczność kamery termowizyjnej. Przedłużeniem naszych oczu pozostaje jedynie radar, który pokazał na kursie górę lodową. Uniknęliśmy kolizji z tym lodowym, śmiertelnym niebezpieczeństwem, redukując prędkość jachtu ciągłym ostrzeniem do linii wiatru. To były bardzo ciężkie godziny dla wszystkich, zarówno dla wachty zmagającej się z zawieją i wichurą na pokładzie, jak i dla reszty załogi czuwającej pod pokładem.
Wreszcie wiatr zaczął cichnąć. Byliśmy w centrum niżu. Na rozkołysanym przez sztorm morzu żeglowny zazwyczaj 20 węzłowy wiatr nie był w stanie wypełnić żagli, które wpadały w łopot. Rzucało nami na wszystkie strony. Po kolejnych wyczerpujących dwunastu godzinach zmagań z falami i niedostatkiem wiatru dopłynęliśmy do północnej połówki niżu, gdzie warunki zmieniły się na bardziej korzystne. Silny zachodni wiatr pozwolił nam w końcu na płynięcie w upragnionym przez nas kierunku, czyli na wschód. Dwa kolejne dni wypełnione były szybką, baksztagową żeglugą.
16 marca świętowaliśmy urodziny Michała. Dzień rozpoczęliśmy od uroczystego śniadania, co jest zwyczajem na naszym jachcie. Tradycją urodzinową jest jajecznica lub omlety, jednak w 83. dniu rejsu nie byliśmy w stanie dotrzymać tego rytuału. Nasze zapasy jajek są już na wykończeniu. Mamy ostatnie kilka sztuk, które o dziwo wciąż świetnie się mają. Jajka sadzone na boczku przygotowaliśmy jedynie dla Jubilata. Misia zdziwienie i radość były ogromne. Reszta załogi raczyła się zimnymi nóżkami i sałatką z tuńczyka. Gdybyśmy spodziewali się, że południowoafrykańskie jajka przetrwają trzy miesiące, pewnie zabralibyśmy ich więcej, ale kto mógł się tego spodziewać. Urodzinowym obiadem dla Misia były steki podane z lamką czerwonego wina. Załoga zadbała o urodzinowe menu, a Neptun o pogodę. Tuż po śniadaniu wyszło piękne słońce, wiał żeglowny wiatr od rufy pozwalający zrealizować w kambuzie zaplanowane menu. Wszystko pięknie nam się udało.
Prognozowane łagodne i przychylne żegludze przejście między dwoma kolejnymi układami pogodowymi pogłębiło się i zamieniło w dziurę bez wiatru. Prognoza pogody po raz kolejny nie sprawdziła się. Zaczął padał gęsty śnieg, który pokrył cały pokład puszystą białą warstwą. Sobotni wieczór 17 marca w dniu św. Patryka bardziej przypominał atmosferą noc Wigilijną niż święto zwiastujące wiosnę. Po silnym sztormie przyszła cisza jakiej jeszcze w tym rejsie nie mieliśmy. Groźne morze zamieniło się w spokojne i bezwietrzne wody, które jakby chciały nas zatrzymać na dłużej w tej odległej krainie.
Spokojną wodę wykorzystaliśmy na naprawy na pokładzie. Silny sztorm na Morzu Kosmonautów pogłębił pęknięcie na dźwigu pontonu. Już przy Półwyspie Antarktycznym, podczas awaryjnego postoju przy Melchiorach, obróciliśmy ponton, by zmniejszyć obciążenie pęknięcia na uszkodzonym ramieniu na lewej burcie oraz założyliśmy dodatkowe liny podtrzymujące. Niestety przeciążenia podczas sztormu spowodowały, że grube stalowe ramię zaczęło mocniej pękać. Konieczne było zdjęcie pontonu i przeniesienie go na dziób. Ryzyko oderwania dźwigu z pontonem podczas żeglugi było coraz większe. Nie chcieliśmy testować tego przy kolejnych silnych wiatrach i dużych oceanicznych falach. Oderwanie ramienia groziło uszkodzeniem rufy jachtu i awarią hydrauliki. Takiego scenariusza chcieliśmy stanowczo uniknąć.
Ciemne noce, z którymi mamy do czynienia od połowy lutego, poza tym, że są stresujące, gdyż skrywają lodowe niebezpieczeństwa, mają także swój urok i zalety. Od nowiu, jak tylko jest bezchmurne niebo, możemy nocą podziwiać magiczne spektakle jakie wystawia zorza polarna. Jaskrawozielone smugi malują na niebie najróżniejsze wzory i płyną po kosmosie zmieniając kształty. Trudno oderwać wzrok od tych niezwykłych zjawisk. Hania kilka razy próbowała sfotografować zorzę. Nie poddawała się, pomimo, że wie, iż dobre zdjęcie tego zjawiska można ustrzelić jedynie ze statywu na lądzie. Niemniej na pamiątkę udało jej się uchwyć zarys zorzy namalowanej nad Katharsis II. Pomimo, iż noce są bezksiężycowe, to niebo rozjaśnione zorzą polarną niesamowicie poprawia widoczność i pomaga w nawigowaniu po tych trudnych akwenach.
Do zamknięcia koła wokół Antarktydy zostało około 200 mil morskich. Dokładny dystans zależy od tego, na którym równoleżniku przetniemy pętlę. To tak niewiele, a jednocześnie tak dużo. Antarktyka chyba nas polubiła i nie chce wypuścić ze swych objęć.

Napisane przez: Hanuś | 2018/03/13

Morze Łazariewa i Risser-Larsena

Po ponad tygodniowym ekscytującym trawersowaniu Morza Weddella przyszła kolej na dziesiąte już odwiedzane z mórz antarktycznych – Morze Łazariewa. Dwa kolejne niże pozwoliły nam szybko zejść ponownie poza południowe koło podbiegunowe. Będąc daleko na południu mogliśmy zacząć szybciej odliczać pokonywane przez Katharsis II południki. Im dalej na południe, tym odległość między południkami staje się mniejsza. Na równiku wynosi ona 60 mil morskich. Na granicy Antarktyki, czyli na 60. równoleżniku spada o połowę – do 30 mil morskich. Na szerokości koła podbiegunowego wynosi zaledwie 24 mile.
Wpływając na Morze Łazariewa przecięliśmy południk 0 i wróciliśmy na półkulę wschodnią. Takie nawigacyjne wydarzenia są zawsze okazją do celebrowania z załogą. Okazję tą uczciliśmy kapitańską kolacją. Na stole zagościł tatar wołowy ze świeżo upieczonymi bułeczkami. Na lądzie takie danie może wydawać się dość powszechnym, jednak dla nas jest to uczta. Nie mamy dostępu do świeżych warzyw, by móc delektować się sałatkami, a obiady bazują na potrawach przygotowywanych z pasteryzowanych wcześniej mięs i warzyw. Dlatego każde danie sporządzone ze smakołyków z zamrażalnika, to święto. Raz są to kacze piersi, innym razem schabowe, które mogą wydawać się powszednim obiadem w menu, ale dla nas, to także rarytas. Niestety kończą się także ziemniaki, które są ulubionym dodatkiem obiadowym wśród naszej załogi. Od jakiegoś czasu mocno je reglamentujemy i tym samym stały się dobrem luksusowym. Ostatnimi świeżymi warzywami są teraz cebula i czosnek. W warunkach deficytu nawet one urastają do miana wyśmienitości. Udaje się wciąż uprawiać kiełki, które urozmaicają naszą dietę, ale to tylko marna namiastka ogrodowych smakołyków, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni na lądzie.
Morze Łazariewa zawdzięcza swą nazwę rosyjskiemu kapitanowi biorącemu udział w latach 1819-1821 w wyprawie pod dowództwem kapitana Bellingshausena mającej dowieść istnienia Antarktydy. Ten sam cel przyświecał drugiej wyprawie Jamesa Cooka. On jako pierwszy opłynął w latach 1772-1775 Antarktydę na statku Resolution. Całą pętlę wykonał w trzech etapach, dwukrotnie robiąc postój w Nowej Zelandii. Jako pierwszy zszedł poza południowe koło polarne, ale nie udało mu się potwierdzić istnienia kontynentu. Bellingshausen i Łazariew opłynęli kontynent na statkach Mirnyi i Vostok w dwóch etapach, z wymuszonym przez ciężki sztorm na Morzu Somowa postojem w Sydney w Australii. Pod koniec wyprawy, na wysokości odkrytej przez nich Wyspy Piotra Pierwszego, Bellinghausen dostrzegł szczyty gór Wyspy Aleksandra i tym samym uznawany jest za odkrywcę Antarktydy. Późniejsi wielcy odkrywcy Antarktydy koncentrowali swe wysiłki na poznaniu wycinków lądu, bądź na wyścigu do bieguna południowego.
Dla nas zarówno Bellingshausen jak i Łazariew będzie kojarzył się przede wszystkim z Morzami o ich imieniu, na których przyszło nam spędzić czas na męczącej podwiatrowej żegludze. Morze Łazariewa przywitało nas nietypowym, bo wolno przemieszczającym się niżem. Niż ten miał przynieść sztormowe wiatry z przeciwnego kierunku do naszej żeglugi. Większość układów porusza się z dużą szybkością wokół kontynentu. Ten przesuwał się z prędkością niewiele większą od naszej, przez co przez trzy kolejne dni mogliśmy płynąć w lekkich podmuchach na jego obrzeżach. Dał nam tym samym czas na znalezienie się na północ od jego najsilniejszych wiatrów. Niemniej przez cztery kolejne doby wymusił na nas uciążliwą podwiatrową żeglugę.
W ten sposób wpłynęliśmy na Morze Riiser-Larsena, jedenaste z odwiedzanych mórz Antarktyki. Próbujemy na nim płynąć w takim kierunku, by zminimalizować efekt ciężkiego sztormu, z którym przyjdzie nam się zmierzyć już jutro 14. marca. Od ponad tygodnia widzimy w prognozach pogody układ, który spadając z północnego zachodu niczym pocisk artyleryjski uderzy w nas z olbrzymią siłą. Ciśnienie atmosferyczne ma spaść do 928 hP. Nie ma sposobu, by się przed nim schować. Próbujemy oddalić się od kontynentu wydłużając przy tym nieco trasę, by uniknąć zmagania się z bardzo trudnymi podwiatrowymi, sztormowymi warunkami. Wiatry nie pozwalają nam jednak płynąć na północ i będziemy zmuszeni po raz kolejny walczyć. Czy zdążymy wyjść cało z tej trudnej sytuacji pokażą najbliższe dni.
10 marca minęliśmy południk Kapsztadu, a więc zamknęliśmy naszą pierwszą południkową pętlę wokół globu. Nie świętowaliśmy tego faktu ze względu na trudne warunki panujące pod pokładem oraz ogólne fizyczne i psychiczne zmęczenie załogi. Z pewnością będziemy świętować przecięcie pętli wokół Antarktydy i wyjście na sztormowe, ale wolne od lodu wody Oceanu Południowego. Do zamknięcia pętli pozostało mniej niż 1000 mil i mamy nadzieję, że nie będą one dla nas katorgą.

Napisane przez: Hanuś | 2018/03/05

Morze Weddella

Mariusz:

Morze Weddella jest dziewiątym akwenem antarktycznym, z którym przyszło się nam zmierzyć w trakcie wykonywania pętli wokół Antarktydy. Jest drugim obok Morza Rossa, które głęboko wcina się w kontynent. Złą sławę zawdzięcza wyprawie Ernesta Shackletona, która sto lat temu, utknęła tu na wiele miesięcy w lodach. Zimą Morze Weddella jest całkowicie zamarznięte, a zwarta połać lodu dociera aż do 55. równoleżnika. Podczas lata na południowej półkuli lód ustępuje powoli, a północna granica występowania często obejmuje Morze Scotia, wykraczając poza wody Antarktyki. Dopiero w lutym pojawia się szansa na przepłynięcie tego obszaru po w miarę czystej od lodu wodzie bez konieczności opuszczenia wód Antarktyki.

Wybór Kapsztadu jako miejsca startu wyprawy pozwolił nam znaleźć się na Morzu Weddella na przełomie lutego i marca, gdy jest tu najmniej lodu. W tym roku obszar między Półwyspem Antarktycznym a Orkadami Południowymi oczyścił się z kry pod koniec stycznia. Zostawiając za rufą Półwysep Antarktyczny mogliśmy obrać kurs na wschód wzdłuż 62. równoleżnika, utrzymując bezpieczną odległość od zwartego paku lodowego, znajdującego się na południe od naszej pozycji.

25 lutego w słoneczne, mroźne popołudnie na horyzoncie ukazała się biała kreska. Wyglądała na jęzor paku lodowego, który z łatwością opłyniemy. Mieliśmy w zapasie kilka godzin dziennego światła. Dość szybko zdecydowaliśmy się na całkowite zrzucenie grota, gdyż brył pływającego lodu na obrzeżu paku było sporo. Musieliśmy zredukować prędkość jachtu. Płynąc na samym sztakslu zwolniliśmy do 5-6 węzłów, co pozwalało na manewry i jednocześnie dawało nadzieję na wyjście na czyste wody przed zapadnięciem nocy. Niestety lód nie chciał się skończyć. Był znacznie przesunięty w stosunku do tego, co pokazywała aktualna mapa zalodzenia. Układy wiatrów i prądów morskich potrafią przesuwać pływający lód na Morzu Weddella do 30 mil dziennie. Po zapadnięciu zmroku zwolniliśmy jeszcze bardziej, do 2-3 węzłów, płynąc na zrefowanym sztakslu pod wiatr. Kilkakrotnie otarliśmy burtą bryły lodu, wywołując nieprzyjemne wibracje i złowrogie odgłosy pod pokładem. Były to niewątpliwie bardzo stresujące chwile, niemniej mieliśmy pełną kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Nad ranem byliśmy wolni i mogliśmy rozwinąć pełne żagle.

Najkrótsza droga do zamknięcia pętli wokół Antarktydy wiedzie nas ponownie na południe, czyli poza polarne koło podbiegunowe. Jednak tym razem pobyt tak daleko na południu nie wynagradza nas jasnymi nocami. Tych pod koniec lata po prostu już nie ma. Jest za to mroźniej i mroczniej niż w styczniu i pierwszej połowie lutego.

Przez ponad tydzień układy pogodowe sprzyjały nam. Silne wiatry baksztagowe pozwalały serfować na falach. Przez dwie doby wiały z południowego zachodu przynosząc mroźne powietrze znad zalodzonego Morza Weddella. Suche powietrze nie powodowało obladzania takielunku, ale zamieniało miękkie, mokre liny w twarde niczym stalowe pręty. Nie ułatwiało to pracy przy żaglach. Jednocześnie rozpryskujące się o pokład fale zamarzały, tworząc śliskie i niebezpieczne warunki do poruszania się.

Mimo zwalniania w nocy zaliczyliśmy kilka razy w tym tygodniu przeloty dobowe powyżej 180 mil. Katharsis II bez większego wysiłku pływa z prędkością 10 węzłów, gdy tylko silny wiatr wieje z korzystnego kierunku. Redukujemy naszą prędkość dopiero, gdy sztormowe wiatry budują niebezpieczne dla żeglugi fale. Płyniemy wolniej również wtedy, kiedy wiatry są słabsze lub wieją z przeciwnego kierunku.

Noce są teraz bardzo wyczerpujące. Ciągłe wypatrywanie lodu w ciemnościach absorbuje wszystkie zmysły. Szczególnego skupienia potrzebuje nie tylko wachta będąca na pokładzie, wyposażona w podręczną kamerę termowizyjną, ale również ta pod pokładem, monitorująca obraz z kamery termowizyjnej umieszczonej na maszcie. Jakość obrazu zależy bardzo od pogody. Najlepszy jest podczas suchych nocy. Wilgoć w powietrzu znacznie pogarsza obraz, a mgła w praktyce uniemożliwia korzystanie z kamer. Poczucie bezpieczeństwa bardzo poprawia księżyc, który będąc w tym tygodniu po pełni, rozjaśnia ciemności.

Za nami już 2/3 całej trasy i ponad 80% pętli wokół Antarktydy. Widzimy już światełko w tunelu, ale jeszcze się tym nie ekscytujemy. Najbliższe 2 tygodnie będą bardzo trudne i wymagające. Musimy być bardzo, bardzo skupieni. Mamy niezłe przeloty za dnia, ale zwalniamy w nocy, a to bardzo rzutuje na przeloty dobowe, nawet gdy nieźle wieje. Ale bezpieczeństwo przede wszystkim.

Do zamknięcia pętli wokół Antarktydy zostało nam jeszcze około 60 południków. To niewiele w stosunku do przebytej już trasy, ale jakże dużo w tych coraz trudniejszych warunkach. Prognozy na najbliższy tydzień przewidują słabe wiatry, które nie sprzyjają szybkiej żegludze. Po nich spodziewamy się dwóch układów sztormowych z silnymi przeciwnymi wiatrami, których raczej nie uda nam się uniknąć. Znowu będzie się działo…

Napisane przez: Hanuś | 2018/02/25

Przylądek Horn i Półwysep Antarktyczny

Mkniemy ku Hornowi przez Morze Bellinghausena


We wtorek 20 lutego o 0828 czasu jachtowego (UTC-5) minęliśmy południk Przylądka Horn. Dla żeglarzy jest to jeden z symboli i ważnych miejsc na mapach świata. Ma on złą sławę, gdyż w dawnych czasach rozbijało się u jego brzegów wiele żaglowców. A i dzisiaj potrafi on przysporzyć sporo kłopotów. W żeglarskich opowieściach słynie on ze sztormów, dużych fal i wymagających warunków. Często opłynięcie Hornu jest celem samym w sobie. Dla nas był to kolejny z etapów wyprawy. Czujnie wypatrywaliśmy momentu, kiedy przetniemy legendarny południk 67o17,21 W. Chwila ta zastała nas głęboko na południe od samego Przylądka i nie mogliśmy podziwiać jego strzelistych brzegów. Po 10 dniach ostrej podwiatrowej żeglugi po Morzu Bellingshausena minęliśmy lewą burtą Horn i pożeglowaliśmy ku Półwyspowi Antarktycznemu. Legenda Hornu miała nas dopaść na południe od jego brzegów. Nadchodził silny sztorm, który w cieśninach między wyspami nieopodal Półwyspu nie miał być aż tak mocny jak na otwartym morzu.
Mariusz postanowił obrać kurs w kierunku lądu. Dało to możliwość nacieszenia się widokami strzelistych, ośnieżonych szczytów wychodzących prosto z wody. Samo płynięcie wzdłuż tych majestatycznych krajobrazów jest ucztą dla oczu. Byliśmy w tym rejonie 7 lat temu, ale dla większej części załogi to magiczne miejsce odkrywało się po raz pierwszy.
Pokryte lodem góry Półwyspu Antarktycznego zobaczyliśmy z odległości 60 mil wkrótce po minięciu południka Hornu. Środowe poranne podziwianie krajobrazów nie trwałe zbyt długo. Przy pogorszających się z minuty na minutę warunkach wpłynęliśmy w wąski Kanał Neumayera. Sztorm zszedł jednak aż w Cieśniny i szybko pogorszyła się widoczność. Podczas refowania głównego żagla w Cieśninie Gerlacha doszło do uszkodzenia listwy grota. Awaria uniemożliwiała zarówno całkowite zrzucenie żagla, jak i jego postawienie. Rozpędzający się do 45 węzłów wiatr nie pozwalał na usunięcie usterki na otwartej wodzie, dlatego musieliśmy znaleźć schronienie między wyspami, by w ich zaciszu dokonać napraw. Osłonę przed zafalowaniem dały nam Melchior Islands, przy których w przeciągu kilkunastu godzin usunęliśmy usterkę i pożeglowaliśmy dalej. Nie mieliśmy gotowej części zamiennej na wymianę. Tomek wyciął z innej listwy odpowiedni kawałek i zamontował w miejsce uszkodzonej. Korzystając ze spokojnej wody usunęliśmy także usterkę przy mocowaniu pontonu. Silne przeciążenia spowodowały pęknięcie stalowego, wydawało się solidnego uchwytu pontonu, co groziło utratą jednostki desantowej. Mocowanie pontonu opiera się na solidnych stalowych ramionach. Ich głębokie pęknięcie wzbudziło nasz niepokój. Na szczęście udało się zmniejszyć obciążenie na mocowaniu, ale zobaczymy jak nasz patent wytrzyma w kolejnych tygodniach rejsu. Póki co mamy usunięte wszystkie usterki, sztorm ustał i płyniemy dalej.
Szkoda, że charakter naszej wyprawy, czyli płynięcie non-stop, nie pozwala nam na zejście na ląd. Kusiło nas bardzo podpłynięcie do polskiej bazy antarktycznej im. H. Arctowskiego na Wyspie Jerzego, by spotkać rodaków i wymienić się doświadczeniami. Jednak nie w tym rejsie… Trzeba będzie tu jeszcze wrócić!

Napisane przez: Hanuś | 2018/02/19

Półmetek wyprawy

Mariusz:
14 lutego 2018 roku, po 53 dniach i 10 godzinach oraz przebyciu 7975 mil morskich od wypłynięcia z Kapsztadu w RPA, Katharsis II minął południkowy półmetek wyprawy dookoła Antarktydy z metą w Hobart w Australii. Był nim południk 97st.07’E. 4 dni wcześniej Katharsis II przepłynął połowę z 360 południków potrzebnych do domknięcia pętli wokół Antarktydy poniżej 60o szerokości geograficznej południowej. Od wejścia na wody Antarktyki na przecięciu równoleżnika 60oS przepłynięcie połowy Antarktycznej pętli zajęło 35 dni i 20 godzin.
Średni dobowy przelot w pierwszej połowie wyprawy wyniósł 149,3 mil morskich, przy czym na etapie z Kapsztadu do 60.st. szerokości geograficznej południowej był znacznie większy i wynosił 171,7 mil morskich, a w pasie Antarktyki między 60.st. a 70.st. szerokości geograficznej południowej wyniósł 141,8 mil morskich. Widać wyraźnie, że żegluga w kierunku wschodnim po wodach Antarktyki jest wolniejsza od tej samej po wodach Oceanu Południowego.
Takie są dotychczasowe statystyki z pierwszej połowy wyprawy. W drugiej wzrośnie nieco udział płynięcia po czystych od lodu wodach Oceanu Południowego. W pasie Antarktyki nie będą nam za to sprzyjały jasne noce, gdyż kończy się już lato na półkuli południowej. W miejscach występowania gór lodowych, podczas ciemnych godzin i ograniczonej widoczności, będziemy musieli bardzo zwalniać, czy wręcz stawać w dryfie, by uniknąć kolizji z lodowym niebezpieczeństwem. Liczę z kolei na nieco korzystniejsze układy pogodowe niż do tej pory. Końcówka lata powinna przynieść silniejsze wiatry, a co za tym idzie szybszą żeglugę.
Czy uda nam się poprawić statystyki pokażą najbliższe tygodnie. Zależy mi na jak najlepszym tempie żeglugi, ale nie za cenę bezpieczeństwa. Kiedy decydowałem się podjąć wyzwanie, jakim jest opłynięcie Antarktydy po jej wodach, stawiałem sobie za główny cel trasę, czyli zrobienie pętli po wodach Antarktyki non-stop. Takiej trasy żaden żeglarz wcześniej nie pokonał. Jest to wyzwanie samo w sobie. Dwie znane mi próby opłynięcia Antarktydy na wodach położonych na południe od 60 równoleżnika, podejmowane przez doświadczonych żeglarzy, kończyły się przerwaniem rejsu. Pierwsza miała miejsce w 2005 roku, kiedy to rosyjski jacht Apostol Anrdey stracił płetwę sterową na wysokości Morza Rossa i po prowizorycznych naprawach załoga zmuszona była popłynąć do Wellington w Nowej Zelandii. Druga próba w wykonaniu rosyjsko – ukraińskiej załogi w 2012 roku na jachcie Scorpius została przerwana na Morzu Dumont d’Urvilla. Po uszkodzeniach spowodowanych ciężkim sztormem jacht skierował się na naprawy do Hobart.
Opłynięcie Antarktydy non-stop, zapisane w historii żeglarstwa, miało miejsce jak dotąd, na północ od 60o szerokości geograficznej południowej, czyli poza wodami Antarktyki. Wyczyn Fedora Konyukova na jachcie żaglowym Alye Parusa z 2008 roku został odnotowany przez Światową Radę Rekordów Żeglarskich (WSSRC). Czas rejsu z Albany do Albany w Australii z opłynięciem Antarktydy w pasie między 45.st. a 60.st. szerokości geograficznej południowej wyniósł 102 dni, 00 godzin, 56 minut i 50 sekund. Czas ten uznawany jest przez Światową Radę Rekordów Guinnessa za rekordowe opłynięcie Antarktydy. W ubiegłym roku wynik ten próbowała pobić Lisa Blair, ale po złamaniu masztu musiała przerwać rejs, by dokonać napraw w Kapsztadzie.
Nasza żegluga dookoła Antarktydy rozpoczęła 9 tydzień. Po sztormowych dniach na morzach Rossa i Amundsena przyszła kolej na podwiatrową żeglugę po Morzu Bellingshausena. Jego wschodnią granicą jest Półwysep Antarktyczny. Płynięcia pod wiatr można by uniknąć wspinając się daleko na północ. Często jednak korzystne dla naszej żeglugi wiatry zachodnie wieją dopiero poza granicami Antarktyki, a my na północ od 60.st. nie chcemy wypływać.
Analizując sytuację pogodową zdecydowałem się na kontynuowanie żeglugi wzdłuż brzegów kontynentu. Począwszy od 10 lutego cały czas płyniemy pod wiatr, wybierając korzystniejszy dla kierunku żeglugi hals. W ten sposób wiatry wypchnęły nas na kilka godzin poza południowe koło podbiegunowe. Nie pozwoliły nam również dopłynąć w pobliże Wyspy Piotra I. Będąc 65 mil od jej brzegów skręciliśmy na północny-wschód i zaczęliśmy się jeszcze bardziej od niej oddalać.
15 lutego pojawiły się pierwsze ciemne godziny w trakcie nocy. Z każdym dniem otaczająca nas ciemność będzie coraz dłuższa. Morze Bellingshausena jest najmniej zalodzonym morzem z ośmiu dotychczas odwiedzonych przez nas antarktycznych mórz. Nie oznacza to jednak, że nie ma na nim lodu. Co kilkanaście mil pojawia się na horyzoncie osamotniona góra lodowa.
Zbliżamy się do południka Przylądka Horn. Będzie to już trzeci z Wielkich Przylądków mijany podczas tej wyprawy, po Przylądku Igielnym i Przylądku Leeuwin, wielki żeglarski klasyk. Mam nadzieję, że wiatry nie odrzucą nas na północ w stronę Cieśniny Drake’a i dalej od Półwyspu Antarktycznego i pozwolą nacieszyć oczy widokiem lądu, zanim wpłyniemy na Morze Wedella. Zapowiada się ekscytujący tydzień.

Hanuś:

Ostatni tydzień naszej żeglugi obfitował w okazje do świętowania. Przede wszystkim mijaliśmy półmetek naszej trasy, a dokładnie dwa półmetki: najpierw przekroczenie 180. południka z naszej pętli dookoła Antarktydy po jej wodach oraz umowną połowę trasy rejsu z Kapsztadu do Hobart. Poza tym wypadały akurat Ostatki oraz Walentynki. Jak warunki pod pokładem pozwalają, staramy się wszystkie okazje celebrować wyjątkowym posiłkiem. Chociaż muszę przyznać, że praktycznie każdy obiad jest specjalnym wydarzeniem. Codziennie inna wachta przygotowuje główny posiłek dla całej załogi i wszyscy niezwykle się starają, żeby było to coś bardzo smacznego i ładnie podanego. Każdy prześciga się w pomysłach. A trzeba wziąć pod uwagę, że zasoby mamy ograniczone i nie można po nic wyskoczyć do sklepu, żeby dokupić, jak zabraknie. Trzeba czarować z tego co jest na pokładzie.
Z okazji połowinek południkowych mieliśmy na obiad steki ze strusia na groszkowym puree, a połowę trasy świętowaliśmy piersiami kaczymi w jabłkach (ostatnie świeże jabłka w tym rejsie) i żurawinie na obiad oraz na kolację tatarem w dwóch wariacjach. Na Ostatki nie zabrakło śledzików na naszym stole – były w trzech odsłonach: pod pierzynką, w sosie musztardowym oraz rolmopsy. Walentynkowy obiad był w kolorach czerwono-różowych, a mianowicie pasta z różowym sosem według przepisu Romki z krewetkami i homarami, a na deser ciasto „Czekoladowa chmura”.
Poza tym w ramach obiadów poza okazjami mieliśmy w tym tygodniu na przykład pierogi. I tutaj było urozmaicenie, gdyż część była z nadzieniem mięsnym, a część a la ruskie (zamiast twarogu Tomek dodał do farszu ser feta – rewelacyjny pomysł!). Pierogów nakleiliśmy ponad 150 sztuk. Biorąc pod uwagę, że płynęliśmy pod wiatr i przechył nie pomagał w tych kambuzowych zajęciach, to było to niezłe osiągnięcie. Innego dnia Wojtka naszło na zrobienie kopytek. Nakleił ich z ponad trzech kilogramów ziemniaków. Myślał, że będą na dwa dni… Rozeszły się na jeden obiad. I tak to sobie dogadzamy, jak tylko Neptun pozwoli. Akurat w zeszłym tygodniu dominowały słabe wiatry, więc zajęcia w kambuzie mogły być bardziej złożone. W sztormowych warunkach ograniczamy się do prostych i nieskomplikowanych dań.
Wspólny obiad, do którego zasiadamy prawie w komplecie (jedna osoba zostaje zawsze na wachcie na zewnątrz i pilnuje Katharsis II) jest ważnym momentem w naszym codziennym jachtowym życiu. Jest to zazwyczaj jedyny moment w ciągu doby, kiedy wszyscy są jednocześnie na nogach. Jest to czas zjedzenia posiłku, ale przede wszystkim spędzenia razem czasu. Jest to swoisty rytuał zwieńczony słodkim akcentem, który przynosi kapitan ze swoich specjalnych zapasów.
Po ciężkich, wyczerpujących wachtach dobry posiłek poprawia nastrój.

Napisane przez: Mariusz | 2018/02/10

7 tygodni, 7 mórz, 7 sztormów

Wyprawa Katharsis II dookoła Antarktydy zbliża się do półmetka. Od wypłynięcia z Kapsztadu mija 7 tygodni, a od miesiąca żeglujemy po wodach Antarktyki.
Zostawiamy za rufą Morze Rossa, do którego żywię wielki sentyment. Miałem olbrzymią ochotę wpłynąć ponownie na wody tego akwenu. Byliśmy tam w 2015 roku, kiedy to szeroka bariera lodowa chroniła dostępu do jego wnętrza jeszcze pod koniec stycznia. Musieliśmy ją wtedy forsować, by dotrzeć do najdalszego żeglownego zakątka Ziemi, jakim jest Zatoka Wielorybia. Obecnie bariera lodowa w tym miejscu jest dużo mniejsza niż 3 lata temu. Ale za to układ wiatrów skutecznie zniechęcił nas przed wpłynięciem do wnętrza Morza Rossa. Dwa kolejne rozległe niże wypełniły wnętrze tego akwenu w czasie, kiedy Katharsis II zbliżała się do jego zachodnich brzegów.
Tak głęboko usadowione układy niżowe nie pozwoliłyby nam pożeglować na południe i wpłynąć na wody Morza Rossa przez co najmniej tydzień. Wytworzyły z kolei korzystne warunki dla żeglugi na jego obrzeżach.
Tak się złożyło, że w tym roku przekraczaliśmy 180 południk, który wyznacza linię zmiany daty, 3 lutego – tego samego dnia, co podczas pamiętnej wyprawy na Morze Rossa. Tego dnia Hanulek obchodzi swoje urodziny. W ten sposób już po raz drugi mogliśmy celebrować jej święto przez dwa dni z rzędu. Po przejściu 180 południka cofnęliśmy zegary pokładowe o 24 godziny.
Korzystne wiatry w pasie przybrzeżnym Antarktydy należą do rzadkości. Przez pierwsze cztery tygodnie od wpłynięcia na wody Antarktyki musieliśmy borykać się ze słabymi wiatrami wiejącymi ze zmiennych kierunków lub ze sztormami, które przynosiły nam silny wiatr od dziobu uniemożliwiający normalną żeglugę w wyznaczonym kierunku. Natomiast od kilku dni dominują wiatry wiejące z północnego kierunku, które pozwalają na płyniecie po wyznaczonej optymalnej trasie. W końcu zaczęliśmy ponownie połykać mile.
Duże dobowe przeloty cieszą, ale okupione są olbrzymim poziomem stresu. Po zejściu w okolice 70. równoleżnika powiało grozą. Widoczność od tygodnia rzadko przekracza kilkaset metrów, często spadając do dwóch długości jachtu. Płyniemy w mlecznej poświacie w towarzystwie zamieci śnieżnych. Gór lodowych jest mniej niż we wschodniej Antarktyce. Są za to starsze, a co za tym idzie, bardziej zniszczone i z większą ilością lodowego gruzu wokół nich. Można sobie oczy wypatrzyć od ciągłego przeczesywania powierzchni morza w poszukiwaniu niebezpiecznych lodowych przeszkód.
Zadanie to ułatwia brak szpryc budy, która dominując nad nadbudówką, znacznie ogranicza widoczność. Została ona rozerwana na strzępy przez dziką falę podczas sztormu, który nastąpił po Hani urodzinach. Musieliśmy ją zdemontować. Ta sama fala wymyła z kokpitu Hanię, która na szczęście była przypięta smyczą do liny bezpieczeństwa rozciągniętej wzdłuż pokładu. Dobrze, że od czasu regat Sydney – Hobart mamy jeszcze drugą małą szpryc budę, która chroni zejściówkę. Dzięki niej nie leje się woda pod pokład.
Katharsis II zaczyna pokrywać się lodem. Lód pojawia się na wantach, maszcie, linach. Oblodzona góra masztu wygląda jak choinkowa bombka. Przestał przez to działać wiatromierz. Wimple (czyli tasiemki przywiązane do want, mające pokazywać kierunek wiatru) też zamarzają. Nie ułatwia to żeglugi. Jest mokro, zimno i ślisko. Na szczęście lód odpada z takielunku, gdy tylko powieje suchsze powietrze.
Po wejściu na Morze Amundsena uderzył w nas drugi w tym tygodniu sztorm. Trwał krótko, ale był bardzo gwałtowny. Przed jego nadejściem przez kilkanaście godzin płynęliśmy ostro pod północny wiatr, by uniknąć wepchnięcia w pak lodowy widoczny na mapach lodowych. Udało nam się go ominąć, ale i tak znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. Wiatr szybko wzmógł się do ponad 50 węzłów. Wybudował strome fale, które miały olbrzymią moc, utrudniającą manewrowanie między lodowymi przeszkodami. Po trzech godzinach żeglugi bez grota, na zredukowanym do minimum przednim sztakslu, wpadliśmy w lodowe gruzowisko. Lodu było zbyt wiele, by móc bezkolizyjnie go ominąć. Bez wahania zrobiliśmy zwrot i popłynęliśmy w cień dużej góry lodowej. Jej bok miał kilkaset metrów długości. Ważąc kilkadziesiąt milionów ton skutecznie łagodziła fale, niczym lodowy port. Tam spędziliśmy 5 godzin, dryfując na południe razem z nią, po czym wznowiliśmy żeglugę na wschód.
Wody okalające Morze Rossa wraz z Morzem Amundsena ugościły nas tym razem sztormami, zamieciami śnieżnymi, mgłami oraz dużą ilością rozproszonego lodu. Żegluga w tym obszarze była trudnym i wymagającym doświadczeniem. Za nami 7 mórz Antarktyki, po 7 tygodniach żeglugi z 7 sztormami. Przed nami jeszcze 7 mórz, a ile tygodni i sztormów nas jeszcze czeka pokaże czas.

Older Posts »

Kategorie