Napisane przez: Hanuś | 2016/08/19

Ptasia Wyspa

Po kilku dniach spędzonych wśród granitowych krajobrazów Praslin, Mahe i La Digue popłynęliśmy na północne obrzeża Wysp Wewnętrznych, na Bird Island. Jest to niewielka koralowa wyspa oddalona o 50 mil morskich od Mahe. Poza malowniczymi plażami, które nieprzerwanie otaczają całą Bird Island, znajdują się tu lęgowiska rybitw. Około 700,000 par przylatuje na ten niewielki skrawek lądu (niecały kilometr kwadratowy), by w okresie od maja do października wysiadywać jaja i wykarmiać pisklaki. Mieszka tu także najstarszy okaz żółwia olbrzymiego – samiec o imieniu Esmeralda. Poza chęcią zobaczenia innego krajobrazu i przyrodniczych ciekawostek, Mariusz czuł już potrzebę postawienia żagli i popłynięcia trochę dalej, gdyż przez kilka dni kręciliśmy się „wokół komina”. Siedmiogodzinny rejs w rejon oddalony od cywilizacji i innych łódek dawał też większe szanse na sukcesy połowowe. Paweł z namiętnością zapuszczał wędkę nawet, kiedy przepływaliśmy tylko kilka mil. Do połowów nie mieliśmy jednak szczęścia. Zgodnie z oczekiwaniami pierwszą rybę złapaliśmy dopiero przy Bird Island.
Żegluga z Praslin na północ, przy dominujących w tym okresie wiatrach południowych i południowo-wschodnich zapowiadała spokojną jazdę z wiatrem. W dniu naszej wyprawy na Bird Island wiatr ułożył się idealnie od rufy. Było go na szczęście na tyle dużo (około 12 węzłów), że udało nam się pożeglować na motyla (grot na jednej burcie, genua na przeciwnej). Sielska jazda w miłym słońcu i bez przechyłów sprzyjała nam w grze w karty w kokpicie.
Dopływając na miejsce, Agnieszka początkowo dziwiła się, że tak niewiele ptaków nas wita. Kiedy byliśmy już zupełnie blisko, przekonaliśmy się, że jest ich bardzo, bardzo dużo. Gdy całe stada rybitw w asyście fregat zaczęły zataczać kręgi nad naszym masztem, przypomniały mi się kadry w filmu Hitchcocka.
Rzuciliśmy kotwicę po zachodniej stronie wyspy w sporej odległości od brzegu. Mimo tego strasznie nami kołysało, gdyż fale odbijając się od stromej plaży powodowały niesamowity kipisz. Brak komfortu wynagradzał kolor otaczającej nas wody i perspektywa wyprawy na ląd następnego dnia.
Zaopatrzeni w aparaty i kamery zwiedzaliśmy z zainteresowaniem wyspę. Gdy zbliżyliśmy do pierwszego lęgowiska, na którym tysiące par rybitw wysiadywało jaja, Olcia została z tyłu. Dopiero wtedy przyznała się, że nie przepada za ptakami. Skumulowana ich ilość przyprawia ją o stres. Lubi tylko pisklaki i postulowała, żeby ptaki rozwijały się tylko do tego stadium. Dzielnie przetrwała z nami przeprawę przez wszystkie lęgowiska, a nagrodą była kąpiel w rajskiej wodzie z widokiem na Katharsis II, a następnie spacer białą plażą wokół wyspy.
Podchodząc na wyciągnięcie ręki do gniazd rybitw i podglądając je podczas wysiadywania jaj czy karmienia piskląt, czułam się trochę jak na Antarktydzie na pingwinowisku. Do tej pory tylko pingwiny widziałam z takiego bliska i w tak dużej ilości w wyjątkowym dla nich momencie, jakim jest przyjście na świat potomstwa. Zgiełk i jazgot jaki dobiegał z lęgowisk był przerażający, a i unoszący się zapach nie należał do najprzyjemniejszych. Jednak widok tysięcy ptaków z pisklakami, siedzącymi na zielonych połaciach Bird Island był wyjątkowy.
Na wyspie znajduje się jeden hotel z 24 domkami. Jest to miejsce z pewnością dla miłośników ptaków. No bo nie można powiedzieć, że dla kogoś kto ceni sobie ciszę i spokój, pomimo że jest z dala od cywilizacji. Pokoje nie są wyposażane w telewizory, by nic nie zakłócało obcowania z naturą i mieszkańcami wyspy. Nawet zasięg komórkowy i sieć internetowa celowo dostępne są jedynie w okolicy restauracji i baru, by te wynalazki cywilizacji nie odciągały uwagi od natury.
Między domkami spotkaliśmy spokojnie przechadzającego się żółwia Esmeralda. Zajadał liście trawy, gdy robiliśmy sobie z nim zdjęcia. Mnie trochę przestraszył, gdy nagle ruszył w moją stronę i zaczął wyciągać w moim kierunku swój duży łeb. Na szczęście to była tylko ciekawość, a nie chęć ataku.
Po dniu spędzonym na Bird Island pożeglowaliśmy nocą z powrotem w okolice Mahe. Zaraz po podniesieniu kotwicy, jeszcze przed zachodem słońca, Paweł zarzucił wędki i złowił dwie ryby. Zapowiadała się duża uczta z owoców morza.

Napisane przez: Mariusz | 2016/08/15

Praslin

Plaża Oli na Praslin

Plaża Oli na Praslin


Mariusz

Główna grupa wysp seszelskich pamięta jeszcze czasy, gdy dzisiejsza Afryka połączona była z Indiami. Kawał lądu z granitowym masywem górskim podryfował na wschód od Afryki wolniej niż Indie i z czasem zaczął zapadać się. Nad wodą pozostały tylko szczyty gór, tworząc unikalny i pełen dramatyzmu, a zarazem malowniczości krajobraz granitowych wysp seszelskich.
Jedną z ciekawostek Seszeli są największe palmy na świecie – palmy coco de mer. Rosną one do 45 metrów wysokości, a najstarsze okazy mają ponad 800 lat. Dopiero po 25 latach taka palma jest w stanie wytworzyć pierwszy owoc, który potrzebuje z kolei siedmiu lat do osiągnięcia pełnej dojrzałości. Kokosy palm coco de mer są nie tylko największymi ale i najcięższymi (rekordowy owoc ważył 42 kg), będąc w całości wypełnione twardym miąższem kokosowym. Najbardziej fascynującą ludzi cechą jest kształt owocu, przypominający kobiece pośladki. Nazwa „kokos z morza” pochodzi jeszcze z czasów, kiedy nieznane było miejsce, gdzie te kokosy rosły. Fale morskie tu i ówdzie wyrzucały na brzeg owoce o pobudzających wyobraźnię kształtach. Wyobrażano sobie, że palmy rosną na dnie morza i stamtąd wypluwają owoce o niedwuznacznych kształtach. Miały one wtedy olbrzymią wartość, ale i dziś nie należą do tanich, skoro za jedną sztukę trzeba zapłacić ponad 300 Euro.
Miejscem, w którym palmy coco de mer rosną w ilości kilku tysięcy sztuk, jest Valle de Mai (Majowa Dolina) na wyspie Praslin. Nie mogliśmy tego miejsca pominąć. Trochę opóźniałem dopłynięcie na Praslin ze względu na moje problemy z chodzeniem spowodowane zastrzałem w paluchu lewej stopy, który uprzykrzał mi funkcjonowanie od wypłynięcia z Malediwów.
Po opuszczeniu La Digue popłynęliśmy więc w kierunku niewielkiej wyspy Felicite. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu na Seszelach towarzyszył nam nietypowy, bo lekki południowo-wschodni wiatr. Umożliwiał on nie tylko łatwą i przyjemną żeglugę pod pełnymi żaglami ale i kotwiczenie w miejscach, które w normalnych warunkach, czyli przy silnym monsunowym wietrze, są bardzo zafalowane. Może stąd baza charterowa na Seszelach składa się prawie wyłącznie z katamaranów, które mniej bujają się na kotwicy. Tak naprawdę Seszele nie oferują wielu komfortowych kotwicowisk i trzeba być przygotowanym na jeżdżące po stole szklanki.
Przy Felicite, która jest prywatną wyspą, lądowanie na brzegu jest zabronione. Stanęliśmy w cieniu północno-zachodniego cypla, by pobaraszkować trochę w wodzie. Ale podobnie jak na Malediwach, przejrzystość wody pozostawiała wiele do życzenia. Najlepszym okresem na nurkowanie są miesiące między monsunami, kiedy woda jest spokojna i widoczność lepsza. Tak ma być na przełomie października i listopada. Rafa koralowa na Seszelach, jak i w całym zachodnim basenie Oceanu Indyjskiego, bardzo ucierpiała w wyniku ocieplenia wód spowodowanym El Nino. Na szczęście bogactwo ryb oraz ciekawe krajobrazy tworzone przez labirynt granitowych głazów umilało nam każde zejście pod wodę, czy to z pełnym akwalungiem czy tylko z maską i rurką. Paweł uparł się, by coś złowić z pokładu. Jedna ławica sporej wielkości ryb (w naszej nomenklaturze – patelniaków) drażniła go, co chwila podpływając do burt Katharsis II. Nie były jednak zainteresowane rozmrożonym mięsem krewetek i Paweł po moczeniu wędki przez dwie godzinny poddał się.
Na Praslin stanęliśmy w trzech miejscach. Zupełnie odpuściliśmy popularną wśród żeglarzy Zatokę św. Anny z małą mariną, ze względu na jej zurbanizowane otoczenie. Zamiast cywilizacji wolałem kotwicowisko z możliwością wskoczenia prosto z burty do lazurowej wody. Wiązało się to co prawda z bardziej uprzykrzającym życie mokrym lądowaniem na brzegu w celu pójścia do Valle de Mai, a nie korzystaniem z komfortu pomostu.
Niewątpliwie malowniczym zakątkiem jest zatoka przy plaży Anse Volbert. Kotwiczenie pomiędzy wysepkami Ilet St Pierre i Chouve Souris okazało się jednak mało przyjemne ze względu na boczną falę. Spokój znaleźliśmy za cyplem przy Anse Petitte Cour. Stamtąd ruszyliśmy do Valle de Mai. Po wylądowaniu na plaży udało nam się znaleźć kierowcę, który z chęcią zawiózł nas do wejścia do doliny, będącej rezerwatem przyrody wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skorzystaliśmy z usług miejscowego przewodnika, który uprzyjemnił nam czas opowieściami w trakcie spaceru wewnątrz doliny. Dowiedzieliśmy się, że palmy są rodzaju żeńskiego i męskiego. Na męskich rosną owoce przypominające kształtem i wielkością końskie narządy. Żeńskie palmy mają owoce przypominające kiście bułeczek. Co ciekawe dopiero niedawno odkryto, że pyłki z palmy męskiej na żeńską nie są roznoszone przez wiatr ani przez owady, ale przez gekony. Zabawna jest etymologia nazwy palmy seszelskiej. Jej nazwa łacińska lodoicea maldivica sugeruje pochodzenie malediwskie, gdyż u ich brzegów po raz pierwszy wynurzyły się kokosy tej palmy z zatopionego arabskiego statku. Lodoicea jest łacińską odmianą imienia Ludwik, nadaną na cześć francuskiego władcy Ludwika XV. U nas imię Ludwika spolszczono wprost z łaciny i powstała lodoicja seszelska, chociaż równie dobrze mógłby być to ludwik malediwski.
Dżungla palmowa, bo tak chyba można nazwać to miejsce, zrobiła na nas niesamowite wrażenie. Groźne odgłosy wydawały ocierające się o siebie pod wpływem wiatru liście palm. Cały czas towarzyszył nam mroczny i tajemniczy nastrój. Jedynie nieliczne ptaki dodawały kolorytu temu prehistorycznemu miejscu. Nie dostrzegliśmy na ziemi żadnych kokosów. Te są pod ścisłą kontrolą. 80% jest zbieranych, oczyszczanych i sprzedawanych za bajońskie kwoty. Zawartość wnętrza kokosów wędruje do Chin, jako afrodyzjak (chyba mają kompleksy). Reszta pozostawiana jest do zakiełkowania procesu trwającego miesiącami.

Najwięcej radości podczas kotwiczenia przy Praslin sprawił nam pobyt w zatoce przy Anse Lazio na północy, głównie za sprawą niewielkiej plażyczki, którą pierwsza wypatrzyła Ola. Na plaży Oli mogliśmy być sami, gdyż nie ma do niej dojścia z lądu. Urządziliśmy tam piknik, a przy pobliskich skałkach pływaliśmy z żółwiami, kalmarami, płaszczkami i całymi ławicami kolorowych ryb. Miejsce to tak nas urzekło, że postanowiliśmy tu jeszcze wrócić.

Napisane przez: Hanuś | 2016/08/10

La Digue

Odprawieni przez celników, urzędników imigracyjnych i kapitanat portu, po uiszczeniu opłaty za pozwolenie na żeglugę popłynęliśmy we wtorek 2 sierpnia w rejs. Mahe, która jest największą i najbardziej zurbanizowaną wyspą Seszeli, postanowiliśmy zostawić sobie na później. Popłynęliśmy w kierunku Praslin i La Digue, które leżą około 30 mil na północny wschód od Mahe. Rozpoczęliśmy od odwiedzenia La Digue. Jest to wyspa z niezwykle wakacyjnym klimatem. Ruch samochodowy ograniczony jest to minimum, a na drogach dominują rowery. Można je wypożyczyć praktycznie wszędzie i wybrać się na wycieczkę po wyspie. Główną atrakcją są przepiękne plaże z rozsypanymi na nich ogromnymi granitowymi głazami i turkusową wodą. Tutaj znajduje się wychwalana we wszystkich folderach o Seszelach Anse Source d’Argent. My z Mariuszem musieliśmy zostać na łódce, a reszta ekipy popedałowała wokół wyspy. Zaliczyli wszystkie plaże, do których dało się dojechać rowerem. Po drodze spotkali kilka swobodnie przemieszczających się żółwi, które sprawiały wrażenie przydomowych pupili. Jedni mieszkańcy trzymają na podwórku psiaki, inni koty, a jeszcze inni właśnie żółwie olbrzymie. Osobniki zamieszkujące La Digue sprowadzone zostały najprawdopodobniej z seszelskiej Wyspy Aldabra, będącej domem głównej populacji żółwi olbrzymich liczącej ponad 150 tysięcy osobników. Aldabra oddalona jest od Mahe o 600 mil morskich na południowy-zachód. Cały jej obszar jest rezerwatem wpisanym na listę UNESCO. Bardzo ciekawi mnie to miejsce, ale nie wiem, czy uda nam się tam dotrzeć. Ale wracając do La Digue, to nasi dzielni cykliści na koniec wycieczki pojechali do Anse Source d’Argent. Miejsce, jak mogłam zobaczyć na ich zdjęciach, rzeczywiście przepiękne. Chociaż Olka stwierdziła, że inne plaże na La Digue są równie bajeczne, a przynajmniej mniej zatłoczone. Paweł zorganizował ekipie seszelski piknik na tej wyjątkowej plaży – lokalny rum Takamaka z colą podany w różowych kubeczkach. Dziewczyny mocząc się w turkusowej wodzie przy głazach, jak stwierdziła Olka przypominających babkę wielkanocną, sączyły drinki chłonąc seszelski klimat.
Z przygód technicznych, to urwała nam się w pontonie kierownica i do prowadzenia naszej Hondy potrzebne są teraz dwie osoby. Jedna odpowiedzialna jest za pracę przy manetce, a druga steruje silnikiem. Początkowo było trudno, gdyż nie było żadnego przełożenia. Mariusz ze Zbyszkiem zrobili z łomu przedłużkę, która daje przełożenie. Jest łatwiej, chociaż na dużej fali trzeba się napracować.

Napisane przez: Hanuś | 2016/08/05

Victoria – Stolica Seszeli

Po przypłynięciu na Seszele w sobotnie przedpołudnie próbowaliśmy wywoływać kilkakrotnie przez radio kapitanat portu Victoria, by zgłosić swoje wejście i chęć odprawy . Niestety nikt nie odpowiadał. Nie mogliśmy się także dodzwonić na dyżurny numer, który powinien być aktywny przez 24 godziny przez 7 dni w tygodniu. Wywiesiliśmy pod salingiem żółtą flagę, sygnalizującą, że przypływamy z innego kraju i przez kilka godzin czekaliśmy, próbując skontaktować się z kapitanatem. Zgodnie z przepisami do momentu odprawy przez celników i służby odpowiedzialne za kwarantannę, nie powinniśmy schodzić na ląd ani nikt nie może wejść na pokład jachtu. Odnieśliśmy jednak wrażenie, że nikogo za bardzo nasza obecność nie interesuje i świętowanie weekendu jest nadrzędną rzeczą w sobotnie popołudnie. Wyglądało na to, że do poniedziałku nic nie załatwimy, a na drugi dzień rano mieli dołączyć do nas Agnieszka i Paweł. Poza tym siedzenie przez dwa dni na łódce w porcie nie za bardzo nam się widziało. Popłynęliśmy z Mariuszem pontonem na ląd do Seszelskiego Jacht Klubu. Niestety biuro było zamknięte i jedyne co można było zrobić w klubie, to wypić zimne piwo w barze. Tak zrobiliśmy i wróciliśmy na jacht po Olkę i Zbyszka. Na tak zwanym „nielegalu” posiedzieliśmy w barze i poszliśmy na spacer po mieście. Na drugi dzień, nie zważając na przepisy, zamusztrowaliśmy na jachcie Agę i Pawła.
W poniedziałek rano udało nam się skontaktować z kapitanatem. Byli zdziwieni, że nikt nam nie odpowiadał, ale był to raczej element gry teatralnej. Pomimo, że od soboty staliśmy na kotwicy w porcie, kazano nam wypłynąć na redę i czekać na pilota, który miał dowieźć do nas urzędników. Pawła i Agę wysadziliśmy na lądzie i popłynęliśmy we wskazane przez kapitanat miejsce na redzie. Odprawa przebiegła sprawnie i nikt nie robił problemu, że jesteśmy na Seszelach od soboty nieodprawieni. Tak widać, weekend to rzecz święta n Seszelach i nawet najostrzejsze przepisy muszą poczekać do poniedziałku.

Napisane przez: Mariusz | 2016/08/01

Indykiem

Mariusz:

Znaczny wpływ na anomalie pogodowe zarówno w zeszłym, jak i w tym roku miał układ El Nińio. Był wyjątkowo silny, z wyższą od normalnej o ponad 2 stopnie temperaturą wody na wschodnim Pacyfiku. Taka sytuacja zdarzyła się w ostatnich 35 latach tylko dwa razy, ostatnio w 1997 roku. Jednym z wybryków pogodowych był sztorm tropikalny Abela, hulający blisko południowych granic Malediwów w połowie lipca. W „normalnym” roku pierwszy taki sztorm pojawia się nie wcześniej niż w październiku. Wspominała go już Hania. Po jego przejściu nastąpiła dziura. Powietrze jakby zassało i silny w tej porze monsun południowo wschodni osłabł.
Odczuliśmy to zaraz po opuszczeniu Gan. Wiatru mieliśmy, jak na lekarstwo. Za to ocean powitał nas dużym rozkołysaniem. W takich warunkach żagle trzaskały jak oszalałe, że żal było na nie patrzeć. Nie pozostało nic innego jak odpalić silnik i w ten sposób popłynąć w kierunku łaskawszych warunków.
Na szczęście następnego dnia dało się postawić żagle. Nie płynęliśmy zbyt szybko, ale towarzyszył nam dodatni prąd i mile szybko umykały. Na niebie ciągle nie było widać stabilizacji. Chmury burzowe potrafiły pojawiać się nagle, tak jakby znikąd. Trochę obawiałem się o niekontrolowany zwrot przez rufę w trakcie nagłej zmiany kierunku wiatru, która często towarzyszy dużym chmurom burzowym. Ciągle mam w pamięci szkwał, który zaskoczył bardzo doświadczonego Tomka w drodze z Gujany Francuskiej na Trynidad i Tobago.
Przyjęliśmy układ trzech wacht. Od 0000-0400 i 1200-1600 była moja wachta, od 0400-0800 i 1600-2000 Hani oraz od 0800-1200 i 2000-2400 Olki i Zbyszka. Po kolejnej ulewie, podczas której wiatr skręcił o 80 stopni, a wiatromierz pokazywał 35 węzłów, postanowiłem zrzucić grota. Jazda pod pełnymi żaglami była zbyt niebezpieczna, zwłaszcza dla Olki i Zbyszka, którzy nie mają jeszcze takiego wyczucia wiatru. Na szczęście do żadnej groźnej sytuacji nie doszło.
Nasza żegluga po Indyku nie była w żaden sposób monotonna. Dodatkowym urozmaiceniem były Hani imieniny, które celebrowaliśmy przez cały dzień. Zaczęliśmy świętowanie szampanem i omletami, nad których przygotowaniu spędziliśmy z Olcią 2 godziny. Na co dzień to Haneczka najbardziej udziela się w kambuzie, wyczarowując mistrzowskie dania. Chcieliśmy ją odciążyć, ale nie wyszło nam do końca wygonienie jej z kambuza, gdyż nie potrafiliśmy oprzeć się tortowi Pavlova, którym Hańcia potrafi każdego rozłożyć na łopatki. Jest nieziemsko pyszny.
Dni mijały szybko i w drugiej połowie drogi pogoda ustabilizowała się na tyle, że mogliśmy wrócić do żeglugi pod dwoma żaglami. Wiatr zaczął dmuchać z siłą godną monsunowi. Przez moment wydawało się nam, że 1100 milowy odcinek pokonamy w mniej niż pięć dni. Ale silny wiatr zbyt długo nam nie towarzyszył i końcówka żeglugi była wręcz leniwa. Lekki wiaterek, do tego puchowe chmury, żadnych szkwałów – istna sielanka.
30 lipca 2016 roku w sobotni poranek po zaledwie pięciu i pół dniach żeglugi, przy prawie bezwietrznej i słonecznej pogodzie wpłynęliśmy na płyciznę szelfową okalającą Seszele. Docieraliśmy po raz pierwszy na wody afrykańskiego kraju. Zdążyliśmy przed niedzielnym przyjazdem Pawła i Agnieszki. Na nasze wołanie przez radio nie odpowiadał kapitanat, nikt nie podnosił również telefonu. Widać weekend na Seszelach rzecz święta i z odprawą musieliśmy poczekać do poniedziałku, czyli do dziś.

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/28

W poszukiwaniu rekina wielorybiego

Przypływając na Malediwy, w zakresie nurkowania, mieliśmy z Mariuszem jeden zasadniczy cel – zobaczyć rekina wielorybiego. Te duże i przepiękne ryby przypływają w rejony Malediwów podczas swojej wędrówki i można je tu spotkać najpewniej od maja do września. Szczególnym dla nich miejscem jest południe atolu Ari, gdzie zamierzaliśmy popłynąć po opuszczeniu Hulhumale na początku lipca. Niestety najpierw plany pokrzyżowała nam awaria hydrauliki, a następnie pogoda – wietrzna i deszczowa, uniemożliwiająca bezpieczne zakotwiczenie na południu Ari. Gdy pod koniec pobytu moich rodziców i cioci Zeni na dwa ostatnie dni poprawiła się pogoda, nie chcieliśmy ich ciągnąc na południe, gdzie z pewnością nie zdecydowaliby się na pływanie z rekinami, a mieliby utrudnioną podróż powrotną do kraju o dodatkowy odcinek małym, lokalnym samolotem z Ari na Hulhumale. Późnym popołudniem 18 lipca odwieźliśmy ekipę z naszej rajskiej plaży przy hotelu Biyadhoo w South Male Atoll do Hulhumale. Samolot mieli tego samego wieczoru. Następnego dnia o 0800 podnieśliśmy kotwicę i od razu obraliśmy kurs na Ari. Pogoda tym razem wyjątkowo nam sprzyjała. Wiał delikatny północno-zachodni wiatr umożliwiający szybką baksztagową żeglugę na południe. Jeszcze o 1530 tego samego dnia rzuciliśmy kotwicę przy Dhigurah. Od razu wskoczyliśmy na ponton i popłynęliśmy na zewnątrz atolu Ari na rekonesans. Obserwowaliśmy lokalne łódki z turystami, by poznać technikę wypatrywania rekinów. Nurkowie wrzucani są do wody i pływając z prądem rozglądają się za rybami. Nie-nurkowie stojąc na dachach łódek obserwują powierzchnię wody i gdy pojawi się rekin wskakują w jego okolicy do oceanu z maskami i rurkami. Łodzie pływają godzinami wzdłuż rafy, czekając na spotkanie z pięknymi centkowanymi rybami. My postanowiliśmy zastosować podobną technikę. Następnego ranka opuściliśmy kotwicowisko wewnątrz atolu i wraz z innymi łódkami pływaliśmy wzdłuż zewnętrznej ściany rafy. Woda była stosunkowo spokojna, więc Mariusz zdecydował się wyrzucić naszą trójkę na nurka z pokładu Katharsis II. Podpłynął blisko rafy, gdzie mogliśmy na około 14 metrach wyskoczyć do wody. Umówieni byliśmy na 45-minutowego nurka. Woda była przejrzysta na ponad 20 metrów, więc bez problemu można by wypatrzeć kilkumetrowego rekina. Niestety nie mieliśmy szczęścia i żaden okaz nie przepłynął koło nas. Nie traciliśmy nadziei i po pierwszym nurku, na kolejne podwodne poszukiwania szykował się Mariusz ze Zbyszkiem i Olką. Ja miałam tym razem asekurować nurków z pokładu Katharsis. Gdy Zbyszek ładował butle na rufie, reszta ekipy wypatrywała rekinów. Mariusz dostrzegł zamieszanie na jednej z turystycznym łódek i domyślił się, że wypatrzono tam rekina. Od razu skierowaliśmy się w tym kierunku. Mariusz z Olką i Zbyszkiem wskoczyli na ponton, by podpłynąć bliżej i skoczyć do wody, a ja w bezpiecznej odległości od całego zamieszania pilnowałam jachtu. Gdy Ola z Mariuszem wskoczyli do wody, a Zbyszek asekurował ponton, ryba była jeszcze w pobliżu i udało im się przepłynął blisko rekina wielorybiego. Okaz nie był zbyt duży, gdyż mierzył około 5 metrów, ale i tak zrobił na Mariuszu i Oli duże wrażenie. Gdy do oceanu miał wskoczyć Zbyszek, zwierzak dał już nura na głęboką wodę. Przez następne godziny kręciliśmy się wypatrując pod powierzchnią wody rekinów oraz obserwując sytuację na innych łodziach. Niestety tego popołudnia już żadnego nie wypatrzeliśmy. Gdy światło nie dawało szans na podglądanie ryb, wróciliśmy Katharsis na kotwicowisko i pontonem podpłynęliśmy na jedną z plaż. Chcieliśmy wykorzystać cudowne popołudniowe światło, by nacieszyć się złotym piaskiem i turkusową wodą. Do poszukiwań rekinów mieliśmy wrócić następnego dnia.
Późnym popołudniem pogoda zaczęła się psuć. Zeszłej nocy była pełnia, a ta zazwyczaj przynosi zmianę pogody. I tym razem miało tak być. Na czyste przez ostatnie trzy dni niebo wróciły ciemne deszczowe chmury i silne podmuchy wiatru. Następnego ranka, pomimo, iż wiało ponad 20 węzłów, wróciliśmy do naszych poszukiwań. Zafalowanie na zewnątrz atolu wzmogło się i podpływanie jachtem blisko rafy, by wyrzucić nurków, nie było bezpiecznym manewrem. Musieliśmy zmienić taktykę i do akcji włączyć ponton, przez co jednocześnie tylko dwie osoby mogły nurkować, a dwie potrzebne były do asekuracji. Do wody wskoczył Mariusz ze Zbyszkiem, ja zostałam na Katharsis, a Olkę mianowaliśmy kierowcą naszej Hondy. I tym razem naszym nurkom nie udało się dostrzec pod wodą rekina wielorybiego. Jeszcze przez dwie godziny pływaliśmy wzdłuż rafy próbując z pokładu jachtu wypatrzeć dużą rybę, jednak zafalowanie i pomarszczona powierzchnia wody bardzo to utrudniały. Złe warunki pogodowe wypłoszyły także lokalne łodzie turystyczne. Z kilkunastu wypłynęły tego dnia raptem dwie. Gdy zaczęło się coraz mocniej rozwiewać i wzrastało zafalowanie, zarzuciliśmy dalsze poszukiwania i opuściliśmy okolice Ari.
Po raz kolejny umknęły przede mną te śliczne ryby… Tak bardzo chciałabym je zobaczyć. Próbowałam już w kilu miejscach spotkać rekiny wielorybie i jak dotąd nie udało się. Ale nie zamierzam się poddawać i kiedyś spotkam w wodzie to piękne cętkowane zwierzę.

Nasz pobyt na Malediwach powoli się kończył. Był czwartek 21 lipca, a my w następną niedzielę umówieni byliśmy ze znajomymi na Seszelach, czyli ponad 1000 mil morskich dalej. Załatwienie wszelkich formalności związanych z opuszczeniem Malediwów Mariusz planował dokonać w Gan, położonym na najbardziej na południe wysuniętym atolu, już poniżej równika.
Opuszczając Ari w strugach ulewy i przy silnym wietrze obawialiśmy się, że tak nam przyjdzie zapamiętać Malediwy. Przez następną dobę naszego płynięcia na południe towarzyszyły nam chmury i opady deszczu. Olcia miała wciąż niezrealizowane marzenie z Malediwów – zdjęcie na tle bungalowów nad turkusową wodą. Pomimo smętnej aury, Mariusz w drodze do Gan postanowił zatrzymać się na jeden dzień na południu Gaafu Alifu koło dużego resortu z domkami na wodzie. Tuż przed rzuceniem kotwicy złapaliśmy pierwszą w tym rejsie rybę – sporych rozmiarów wahoo. Ola widząc zdobycz od razu wyobrażała sobie na talerzu zupę „mniam-mniam”, jak nazywa tom yum – krewetkową zupę tajską robioną na wywarze z białej ryby.
Zakotwiczyliśmy obok hotelu Ayada. Znając jednak tutejszy brak przychylności dla przybyszy spoza resortu, nawet nie zamierzaliśmy ruszać na ląd na kolację. Poza tym mieliśmy świeżą rybę i już wymyślaliśmy menu na wieczór. Ku naszemu zaskoczeniu podpłynęła do nas hotelowa łódź i zaproszono nas do korzystania z atrakcji hotelu. Tego wieczoru polecano kolację przy wodzie z bufetem z owoców morza. Pomimo, że nie wybieraliśmy się na kolację do hotelu, to tak sympatyczne przyjęcie postanowiliśmy wykorzystać. Resort okazał się przepiękny, a kolacja wyśmienita. Kuchnia przygotowała nawet specjalnie dla Zbyszka piersi z kurczaka – jest to jedynie mięso jakie nasz Wilkor jada.
Po chwilowym załamaniu, pogoda poprawiła się i sobotni poranek przywitał nas słoneczną i prawie bezwietrzną pogodą. Warunki były idealne na puszczenie drona. Korzystając z pogody wyskoczyliśmy jeszcze na ląd. Drinka i lunch kosztowaliśmy mocząc nogi w turkusowej wodzie basenu. Ola podczas spaceru po pomostach między bungalowami zawieszonymi nad oceanem, zrealizowała punkt z listy spraw do zrobienia, czyli zdjęcie z malediwskimi domkami z folderów.
Czas było kończyć rozpustę i płynąć dalej. W drodze do Gan czekało nas jeszcze jedno wydarzenie – minięcie równika! W naszej załodze jedyną osobą, która jeszcze nie przecięła równika na pokładzie jachtu był Zbyszek i czekał go chrzest morski. Bardzo się denerwował, co też dla niego przygotujemy. Na zewnątrz atolu ocean był bardzo rozkołysany, wiatru praktycznie nie było i musieliśmy płynąć na silniku. Na dużej fali bez stabilizacji żagli, rzucało nami na wszystkie strony. Trudno było zaszaleć w kambuzie, dlatego Zbyszek w ramach chrztu został dość łagodnie potraktowany. Nie zabrakło odpowiednio wykwintnego drinka i przekąsek, ale wypieków tym razem nie było. Mariusz, jako nasz kapitan i przedstawiciel Neptuna, nadał Zbyszkowi nowe imię – Indyjski Wilkor Oceaniczny.

Do Gan dopłynęliśmy o 0200. W niedzielę załatwiliśmy wszystkie formalności i 24 lipca 2016 roku o godzinie 1800 rozpoczęliśmy kolejny etap rejsu przez Ocean Indyjski – z Malediwów na Seszele.

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/24

Słoneczne wakacje na Malediwach

Nasza wakacyjna załoga

Nasza wakacyjna załoga


Oli komentarz:

„Większości Malediwy kojarzą się z turkusowym rajem – i tak faktycznie jest. Należy też jednak pamietać, że nawet tu, tuż przy równiku, pory roku są rożne. I my jesteśmy tu w porze deszczowej.
Kilka poprzednich dni nas nie rozpieszczało – ze względu na silny wiatr i opady deszczu zmuszeni byliśmy do słodkiego leniuchowania na pokładzie Katharsis II.
Jednak Neptun okazał się łaskawy dla naszej ekipy, która zaraz miała wracać do kraju i na ich ostatnie chwile na rajskich atolach wyszło słońce. I to jeszcze jakie!
Zatrzymalismy się przy Biyaadhoo – klasycznym resorcie jaki możecie znaleźć na zdjęciach w sieci. Po dopłynięciu późnym popołudniem część została na jachcie by nie przerywać odpoczywania, a ja w towarzystwie Hani i Antosia wybraliśmy się na mały spacer-rekonesans. Przy brzegu zostaliśmy przywitani przez, jak zaczęliśmy mówić, baby-rekinki, czyli kilka małych black tipów. Czy może byc lepiej? W towarzystwie przepięknego światła golden hour zrobiliśmy mały spacer i postanowienie, że musimy zabrać tu resztę.
Takiej ekipy nie trzeba długo namawiać. Nasz Kapitan postanowił ( ale cudownie!), że to dobre miejsce na wygrzanie ekipy chwilę przed wyjazdem.
Resort okazał się obłędny – spędziliśmy dwa dni leżąc na bajecznie koralowej plaży, mocząc się w wodzie tak turkusowej, że wciąż nie wierzę że jej kolor jest prawdziwy, jedząc pyszności na lunch i ciesząc się, że mamy siebie i spędzamy ten czas razem.
I – by nie owijać zbędnie w bawełnę – opiszę to jednym zdaniem.

Jesteśmy w raju, wiesz?”

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/19

Wakacje na Malediwach

Zmiana załogi na Katharsis II nastąpiła 30 czerwca. Na Malediwy przylecieliśmy z Mariuszem, a wraz z nami Mariusza chrzestna – Zenia i moi rodzice – Lucyna z Tomkiem oraz Antoni – syn mojej siostry. Pierwsze dni upłynęły nam na aklimatyzowaniu się do tropikalnych upałów oraz zakupach. Podczas wieczornego wypadu na ląd po napoje spotkaliśmy w Hulhumale Polaków – Marcina i Kasię oraz Darka. Sytuacja była o tyle komiczna, że miałyśmy z Kaśką identyczne spodnie. Niebieskie jeansy nie byłyby niczym szczególnym, ale fioletowe spodnie materiałowe w kolorowe kwiaty nie tak często się widuje. Kiedy Kaśka zauważyła mnie na ulicy, postanowiła do mnie podejść, no i okazało się, że trafiła na rodaczkę! I tak Kasia z Marcinem trafili do nas następnego dnia na kolację. Lubię takie spotkania Polaków na końcu świata.
Po trzech dniach organizowania się, w niedzielę 3 lipca o 1200 podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w rejs. W planach było niespieszne żeglowanie po południowych atolach, z plażowaniem na rajskich plażach i kąpielach w niezwykle turkusowej wodzie. Zakładaliśmy popłynięcie na samo południe Malediwów, do Gan poniżej równika. Plany nie zawsze dają się jednak zrealizować.
Pierwsze postoje zaliczyliśmy w Południowym Atolu Male. Turystom na Malediwach nie jest dane swobodnie poruszać się po lądzie. Jeszcze do niedawna bez specjalnej zgody nie wolno było odwiedzać wiosek. Przepisy te nieco złagodniały, ale na plaże nie można wchodzić, chyba że jest to wytyczona plaża publiczna. Wówczas zabronione jest występowanie w bikini. Jeżeli z kolei plaża jest prywatna i należy do któregoś z hoteli, to trzeba otrzymać zgodę resortu na wstęp na plażę. Kotwicząc koło Wyspy Guraidhoo zadzwoniliśmy do hotelu, żeby zarezerwować stolik w knajpeczce i zapytać o możliwość skorzystania z plaży (odpłatnie oczywiście). Niestety nie pozwolono nam. Pozostała nam kąpiel na rafie lub przy łódce. Następnego dnia Mariusz postanowił zatrzymać się przy niewielkiej łasze piachu w Atolu South Male, oddalonej o kilka mil od wiosek i hoteli. Tutaj nie pytaliśmy nikogo o zgodę (chociaż pewnie któryś z resortów zarządza tym kawałkiem piachu) i bez problemu popłynęliśmy pontonem na ten mikro ląd, by nasza plażowa ekipa mogła dotknąć złotego piasku. Kolor wody jest na Malediwach wyjątkowo piękny i intensywnie turkusowy. Nawet jak przychodzą ciemne chmury i zachodzi słońce lub jest późne popołudnie, to woda ma wciąż obłędny kolor. Nie mogę się temu nadziwić.
Kolejne kotwicowisko w Atolu Vavae miało być miejscem na krótki postój przed kilkugodzinnym przelotem do Atolu Ari, dokąd mieli do nas dolecieć Olka (w piątek) i Zbyszek (w niedzielę). Po zakotwiczeniu usłyszałam, że hydraulika wydaje przedziwne dźwięki podczas opuszczania pontonu. Dla mnie nowe, inne dźwięki i zapachy na łódce, to zawsze sygnał alarmowy. Pobiegłam na pokład do Mariusza, który akurat spuszczał ponton do wody, by powiedzieć co słyszę. I w tym momencie hydraulika przestała działać. Na szczęście ponton był już na wodzie i tylko pasy zwisały i nie dawały się podciągnąć do góry. Przypięliśmy je szeklami i zaczęliśmy sprawdzać co też mogło się stać. Awaria hydrauliki na Katharsis II to poważna sprawa. Bez niej nie można podnosić i opuszczać 350-kilogramowego pontonu, rozwijać i zwijać żagli, podnosić i zrzucać w łatwy sposób kotwicy. Spadło ciśnienie w systemie hydraulicznym, a to oznaczało wyciek. By zlokalizować dziurę w przewodzie potrzebny był zapas oleju, a tego niestety nie mieliśmy na pokładzie. Bez dużego zapasu oleju hydraulicznego i specjalnych węży ze złączkami do wysokiego ciśnienia nie byliśmy w stanie usunąć awarii. Znajdowaliśmy się z dala od cywilizacji i musieliśmy do niej wrócić. Na podniesienie kotwicy opracowaliśmy z Mariuszem patent z wykorzystaniem dwóch dużych kabestanów elektrycznych na pokładzie (podniesienie ręcznie korbą 70 metrów łańcucha i kotwicy, co waży ponad 350 kilogramów jest niewykonalne dla nas). Mieliśmy dwie opcje – płynąć do Atolu Ari i próbować w tamtejszej wiosce znaleźć potrzebne rzeczy do naprawy, co najprawdopodobniej zakończyło się lotem do stolicy. Druga opcja wydawała się logiczniejsza – wrócić do Male, znaleźć tam fachowca, kupić wszystkie części, usunąć awarię i przy okazji odebrać Olkę i Zbyszka z lotniska. Mariusz nie lubi zawracać, ale w tym przypadku takie rozwiązanie wydawało się najlepszym. Była środa, ostatni dzień ramazanu (Eid al-Fitr), czyli wielkie święto na Malediwach. Czwartek z kolei był pierwszym dniem po czterotygodniowym poście, czyli wielka feta i wolny dzień. A piątek na Malediwach to tak jak u nas niedziela, więc przez te dni nie byliśmy w stanie nic załatwić. W związku z tym nie było sensu ruszać się z naszego bezpiecznego kotwicowiska, gdzie mieliśmy rewelacyjną plażę z rafą pełną ryb, które można było z łatwością oglądać podczas snorklowania. Do Hulhumale wróciliśmy w piątek. Na pokład zamusztrowała się Ola. Jeszcze w piątek wieczorem próbowaliśmy dodzwonić się do mechanika, ale bezskutecznie. W sobotę od rana ruszyliśmy do Male. My z Mariuszem biegaliśmy po warsztatach i sklepach specjalistycznych, a nasza załoga zwiedzała miejsca z pamiątkami i lokalne kawiarnie. Polecony przez naszego agenta mechanik nie odbierał telefonów, a dostawca olejów hydrauliczny przedłużył pracownikom wolne o sobotę. Przez cały dzień nie udało nam się o krok zbliżyć do rozwiązania naszego problemu. Dopiero w niedzielę sprawy się ruszyły. Rano przyleciał Zbyszek i od razu został wciągnięty w wir prac. Pojechaliśmy po olej hydrauliczny. Mariusz i Zbyszek w asyście moich rodziców, cioci Zeni i Antosia uzupełniali olej i szukali przecieku, a my z Olką ruszyłyśmy na zakupy do Male. Po raz kolejny podjęłam próbę znalezienia fachowca. W sklepie żeglarskim (w którym byliśmy z Mariuszem już w sobotę) po raz kolejny pytałam o mechanika. Przedstawiłam całą sytuację chyba na tyle dramatycznie, że panowie zza lady zdecydowali mi się pomóc. Na ten sam dzień na 1930 mieliśmy umówionego fachowca. Przeciek został zlokalizowany, olej był na pokładzie a my wyczekiwaliśmy na naszego zbawiciela. Jak po 20 jeszcze go nie było, to zaczęliśmy się denerwować… Pojawił się przed 22. Mój tata z ciocią Zenią nie mogli się nadziwić na taki system pracy. Nasz fachowiec wpadł, rozeznał sytuację i zapowiedział, że za jakiś czas wróci. Nie byliśmy pewni, jak to będzie, ale po 23 przypłynął i z werwą zabrał się do pracy. Około 2 nad ranem stwierdził, że na ten moment nie jest w stanie nic więcej zrobić i że wróci jutro wieczorem z odpowiednim wężem i złączkami, żeby dokończyć robotę. I tak też się stało. Muszę przyznać, że godziny pracy Ismila są nietypowe, ale fachowiec z niego świetny. Jeśli będziecie kiedykolwiek potrzebować mechanika na Malediwach, to gorąco polecam (Ismil 9773635).
Gdy już awaria była usunięta mogliśmy wznowić nasz rejs. Niestety jak łódka była sprawna, to pogoda zaczęła płatać nam figle. Prognozy zapowiadały silne wiatry i deszcze. Mariusz nie chciał moich rodziców i cioci Zeni narażać na trudy podwiatrowej żeglugi przez kilkanaście godzin, więc zrezygnowaliśmy z płynięcia do Atolu Ari. Poza tym Ari nie zapewniało bezpiecznego kotwicowiska przy pogodzie jaka miała nadejść. Postanowiliśmy ruszyć sprawdzoną trasą, by na uderzenie najsilniejszego wiatru schronić się w przetestowanym miejscu w Atolu Vavae. Po wypłynięciu z Hulhumale dopłynęliśmy na późne popołudnie na południowy kraniec Atolu South Male. Wyskoczyliśmy na ląd na szybką kąpiel, a na drugi dzień rano, w strugach ulewnego deszczu podnosiliśmy kotwicę, by przenieść się do Vavae i tam znaleźć bezpieczne schronienie. Zanim przyszło zupełne pogorszenie pogody zdążyliśmy nacieszyć się Naszą Plażą na Vashiri, jak zaczęliśmy ją nazywać. Kolejne dwa dni byliśmy praktycznie uwięzieni na łódce. Wiatr wiał z siłą ponad 30 węzłów i co chwilę przechodził ulewny deszcz. Spodziewaliśmy się zmiennej pogody w tym okresie na Malediwach, jednak te kilka dni wykraczały poza wszelkie przewidywania. Jak się okazało, załapaliśmy się na liźnięcie pierwszego sztormu tropikalnego w tym sezonie. Meteorolodzy nadali mu imię Abela. Tak wczesne sztormy tropikalne wystąpiły poprzednio w 1971 i 1997 roku. To trzeba mieć szczęście… Dobrze, że wszystkim dopisywały humory i te deszczowe dni spożytkowaliśmy na odpoczynek. Nie zawsze musi świecić słońce na niebie, żebyśmy byli uśmiechnięci.

Napisane przez: Hanuś | 2016/07/11

Majowy rejs po północnych Malediwach

Po dopłynięciu w maju na Malediwy mieliśmy z Mariuszem jeszcze kilka dni do wylotu do kraju. Uligan na północy, gdzie dopłynęliśmy, by się odprawić po rejsie z Tajlandii, od kotwicowiska niedaleko stolicy Male, gdzie Katharsis II miała zostać na kilka tygodni, dzieli ponad 150 mil morskich i kilka atoli, które chcieliśmy zobaczyć. Przez pierwsze kilka dni pogoda nam sprzyjała – słońce grzało i spokojna woda pozwalała na nurkowanie w czystej i niewzburzonej wodzie. Sezon turystyczny na Malediwach trwa od grudnia do początków maja. Wówczas Oceanem Indyjskim rządzi monsun północno-wschodni. Strumień wiatru rozcinany jest na dwa przez górzystą Sri Lankę. Malediwy znajdują się w cieniu tej dużej wyspy, dzięki czemu panuje tu bezwietrzna pogoda, a niebo błękitne, niczym na zdjęciach z najlepszego folderu turystycznego. Maj jest już miesiącem przejściowym, mogącym dawać piękną pogodę lub zwiastuny nadchodzącego monsunu południowo-zachodniego. Ten niesie z kolei w tym obszarze wietrzną, często pochmurną aurę z silnymi burzami. Wiatr to sprzymierzeniec żeglarzy, jednak gdy chce się zakotwiczyć, to potrzebne jest osłonięte i bezpieczne miejsce. Takich niestety na Malediwach nie ma, gdyż jedyną osłoną jest rafa koralowa ciągnąca się pasmami pod powierzchnią wody. Nie ma tutaj wysp ze wzniesieniami i głębokimi zatokami, mogącymi dawać schronienie przed silnymi, monsunowymi wiatrami. My już po kilku dniach pobytu na Malediwach mogliśmy się przekonać o zmienności i nieprzewidywalności pogody w tym okresie.

Po odprawie w Uligan popłynęliśmy do Dhonakulhi, na której znajduje się hotel Hideaway. Mariusz był w tym miejscu Jedyneczką w 2009 roku, gdy domykał kółko dookoła świata. Jest to przepięknie położony hotel, a co ciekawe, znajduje się tu jedyna marina na całych Malediwach. Gdy dopłynęliśmy, byliśmy tu jedynym jachtem. Nie zdziwiło nas to, gdyż maj to już okres po najlepszej pogodzie, a po za tym niewielu żeglarzy tutaj zagląda.
W Hideaway mieliśmy spędzić jeden dzień i popłynąć dalej, jednak zabawiliśmy nieco dłużej. Z tutejszym centrum nurkowym spędziliśmy przemiłe przedpołudnie. Podczas pierwszego zejścia pod wodę zobaczyliśmy ustonogi (Mantis shrimp). Są to przeurocze, wielokolorowe stworzenia, które wyróżniają oczy oraz specyficzne odnóża. Oczy ustonogów uznawane są za najbardziej złożone w królestwie zwierząt. Dla porównania człowiek jest w stanie rozróżnić 3 barwy podstawowe (niebieski, zielony i czerwony), a te kolorowe stawonogi aż 16, dzięki czemu widzą miliony kolorów. Druga niezwykła cecha tych stworzeń, to odnóża. Podczas ataku wyrzucają je z niezwykłą prędkością uderzając w ofiarę. Mogą w ten sposób zabić rybę większą od siebie. Nie są popularne jako zwierzaki akwariowe, gdyż swoim ciosem są w stanie rozbić grube szkło. Mnie urzekały kolory tych stworzeń i dziwaczne oczy zerkające do obiektywu.
Na kolejnym nurkowaniu mieliśmy okazję pływać z mantami. Majestatycznie otaczały nas i pozwalały się podglądać.
Po ciekawych nurkowaniach chcieliśmy z Mariuszem pospacerować po jednej z niebiańskich plaż Wyspy Dhonakulhi. Gdy wpływaliśmy do mariny wypatrzyłam na jednej z palm zawieszony leżak w kształcie gniazda ptasiego i marzyłam w nim usiąść. Mariusz postanowił mnie tam zabrać. Przygotowaliśmy ponton do wyprawy, zamierzamy odpalać silnik, a tu tylko chrząknięcie i ani dźwięku więcej… Sprawdziliśmy napięcie w akumulatorze, stacyjkę i wszystko wydawało się w porządku. Jako, że w Tajlandii Tomek robił generalny przegląd silnika, to Mariusz postanowił nie zaglądać do środka. Zawołaliśmy Tomcia, który akurat cieszył się urokami jednego z basenów hotelu Hideaway. Na szczęście wystarczyło przeczyścić jedną z klem i po dokręceniu jej wszystko zadziałało. Zadowoleni wrzuciliśmy płetwy, maski do pontonu i ruszyliśmy na podbój plaży z hamakiem w kształcie gniazda. Gdy dotarliśmy na miejsce, pogoda zaczęła się diametralnie zmieniać. Błękitne dotąd niebo zaczęły zasnuwać ciemne, złowrogie chmury, które w kilka minut przyniosły silne podmuchy wiatru. Postanowiliśmy schować się w hamakowym gnieździe. Jednak gdy pioruny zaczęły uderzać w wodę blisko nas, opuściliśmy nasze schronienie, gdyż pojedyncza palma na plaży nie wydawała się najlepszą kryjówką w czasie burzy. Poza tym wiatr, który przyniosła burza wzburzył morze i nasz zakotwiczony ponton zaczęły znosić fale. Rzuciliśmy się do wody, by go złapać i nie dać znieść go falom na rafę. Niebo całe było zasnute ciężkimi chmurami. Najrozsądniejszym wydawało nam się wrócić na łódkę. Mariusz spróbował odpalić silnik, a ten ani nie drgnął… Gdy opuszczaliśmy pontonem marinę, Mariusz rzucił w powietrze, że pewnie lepiej byłoby mieć ze sobą komplet narzędzi… no i wykrakaliśmy. Ponton znowu nie chciał z nami współpracować. Nie mieliśmy nawet śrubokręta, by odpalić silnik na krótko. Na szczęście zabrałam ze sobą telefon i zadzwoniliśmy po Tomka. Jednak za nim przybyli z Anią z odsieczą, my pilnowaliśmy pontonu, siedząc na nim przemoczeni, otoczeni piorunami i grzmotami. Uwielbiam burzę, ale tym razem nieźle mnie przestraszyła. Gdy byliśmy oboje z Mariuszem w wodzie i poprawialiśmy kotwicę pontonu, tuż obok nas uderzył piorun. Miałam wrażenie, że zadrżała woda wokół nas. Wyskoczyłam na ponton ze sprawnością foki. Ta burza nieźle mnie wystraszyła. Gdy przeszło już największe uderzenie, z pomocą zjawili się Ania z Tomkiem z niezbędnym zestawem narzędzi. Co najśmieszniejsze, ponton odpalił na jednym dotknięciem przez Tomka stacyjki. Nieźle się wszyscy ubawiliśmy. A najdziwniejsze było, że po tych wyładowaniach wszystkim włosy sterczały dęba. Nawet gdy płynęliśmy pontonem i pęd wiatru smagał nam twarze, z głów wystawały nam niczym małe anteny. Ania z Tomkiem opowiadali, że podczas burzy łódką rzucało, jakby coś w nią rzeczywiście uderzało. Takich rozładować atmosferycznych, z tak bliskiej odległości jeszcze nie odczuwałam. I tak nas powitały Malediwy w pierwszych dniach naszego pobytu.

Z Hideaway popłynęliśmy zobaczyć opuszczony hotel na wyspie Dholhiyadhoo w Południowym Atolu Milandhunmadulu. Mariusz wyczytał, że inwestycję przerwano, gdy hotel był już praktycznie wybudowany, ale nie wykończony. Od kilku lat nic się tam nie dzieje. Na miejsce dopłynęliśmy późnym popołudniem. Zastany widok był przygnębiający. Niszczejące, puste domki na lazurowej wodzie wyglądały jak widma. Planowaliśmy zostać tu cały następny dzień, jednak miejsce to zionęło smutkiem, pomimo przepięknej turkusowej wody i białych plaż.
Dużo przyjemniejszym miejscem było kotwicowisko przy rafie we wnętrzu atolu Baa. Opłynęliśmy pontonem wnętrze rafowego pierścienia. Odwiedziliśmy kilka niewielkich wysepek, które ledwie wystają ponad poziom wody. Nie zdecydowaliśmy się w atolu Baa na nurkowanie, ale pływanie z maską i rurką w niezwykle niebieskiej, przejrzystej wodzie wzdłuż zewnętrznej ściany rafy atolu było wystarczająco ekscytujące i satysfakcjonujące. Przezroczystość wody i jej obłędnie niebieski kolor były wprost hipnotyzujące. A i kilka ciekawych podwodnych sworzeń spotkaliśmy – rekiny, żółwie, mnóstwo błazenków baraszkujących z ukwiałami i wiele ławic kolorowych ryb.
Po opuszczeniu Baa popłynęliśmy do Północnego Atolu Male. Pogoda zaczęła się psuć i ciemne chmury na dobre zasłoniły błękitne niebo. Przed popłynięciem na kotwicowisko w Hulhumale zanurkowaliśmy jeszcze dwa razy przy HP Reef na wschodniej ścianie atolu. Pogoda była bardziej barowa i do posiedzenia z książką pod kocem, niż do aktywności na świeżym powietrzu, ale udało mi się wyciągnąć Mariusza i Tomka pod wodę. Przy deszczowej, pochmurnej aurze nurkowanie jest rewelacyjnym sposobem na spędzanie czasu, chyba jednym z moich ulubionych. Na powierzchni może lać, wiać, a pod wodą otacza człowieka cisza, spokój i niesamowicie bogate życie. Oczywiście moment przygotowań do nurkowania w deszczu i słocie nie należy do najprzyjemniejszych, ale w momencie zanurzenia pod wodę, trudy od razu zostają wynagrodzone. Cieszyłam się, że przed powrotem do kraju i rozstaniem się na kilka tygodni z wodami oceanu udało nam się zanurkować.
Na postój Katharsis Mariusz wybrał jedyne dobrze osłonięte od fal miejsce na Malediwach, czyli kotwicowisko przy Hulhumale. Jest to niewielka wyspa położona koło stolicy – Male, na której znajduje się międzynarodowe lotnisko. Nie jest to szczególnie urokliwe miejsce i z pewnością odbiega od wyobrażeń o rajskich Malediwach, ale wybudowany tutaj falochron pozwala w miarę bezpiecznie kotwiczyć podczas monsunu północno-zachodniego.

Napisane przez: Mariusz | 2016/05/15

Z Tajlandii na Malediwy

Mariusz

Mój poprzedni pobyt w Tajlandii Jedynką miał być kilkumiesięcznym postojem, połączonym z remontem, ale ciągle coś nowego się psuło i łódka spędziła na Phukecie prawie dwa lata.
Wizyta Katharsis II w Tajlandii także zbiegła się z planowanym corocznym remontem jachtu. Mieliśmy do naprawy śrubę i płetwę sterową uszkodzone na Bali. Przy okazji wyciągania jachtu zawsze malujemy dno farbą antyporostową. Zależało mi też na zlikwidowaniu przecieku, który uprzykrzał nam życie na Oceanie Południowym. Za renowację oklein na ścianach nie chciałem się jednak zabierać, gdyż groziło to ponownym zassaniem przez Tajlandię.
Z odsieczą przyszła (a w zasadzie przyleciała) Anka, która w takich sytuacjach nie odpuszcza. Wspomogła organizacyjnie Tomcia, będąc siejącym zgrozę wśród Tajów menadżerem remontu. Do długiej listy drobnych napraw dorzuciła również nieszczęsne odbarwione drewno w kambuzie, salonie oraz w kapitańskiej kajucie. Nawet podłogi udało się posłać do renowacji. Wypolerowane zostały burty i nadbudówka. Remont wydłużył się z planowanego miesiąca do dwóch, ale efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.
Katharsis II stał na stoczni w Boat Lagoon, do której mogliśmy wpłynąć i wypłynąć tylko dwa razy w miesiącu, na wysokiej wodzie w okolicach pełni i nowiu. Łódka została zwodowana 9 kwietnia. Jeszcze tydzień przed wodowaniem, Tomek twierdził, że tego terminu nie da się dotrzymać, a pod pokładem mamy przysłowiowy Sajgon. Dlatego przylatując do Tajlandii zarezerwowałem hotel. Mobilizacja na stoczni spowodowała, że łódka znalazła się w wodzie, na czas ale my z Hanią i tak wylądowaliśmy w sympatycznym hotelu, przez co czuliśmy się trochę jak na wakacjach.
Po dwóch tygodniach od zwodowania Katharsis II był gotów do wyruszenia w morze. Planujemy kolejną wielką i trudną wyprawę – rejs wokół Antarktydy. Chciałbym pierścień wykonać całkowicie po wodach Antarktycznych, czyli powyżej 60 równoleżnika. Na start wyprawy rozważałem dwa miejsca. Pierwsze to Hobart, które znamy i gdzie łatwo byłoby nam się przygotować do trudnego i wymagającego rejsu. Drugie to Afryka Południowa, której nie znamy, ale jest lepiej (czyli dalej) położona w stosunku do Morza Wedella, które zawsze zawalone jest lodem. Późniejsze do niego dopłynięcie (niż w przypadku startu z Hobart) daje pewną nadzieję na mniejszą ilość lodu i przemierzenie Morza Wedella bez konieczności opuszczenia wód Antarktycznych. To zdecydowało o wyborze Afryki Południowej jako celu pośredniego tegorocznej żeglugi.
Z uwagi na zobowiązania rodzinne planowaliśmy okres od połowy maja do końca czerwca spędzić z Hanią poza łódką. Nie pozostawiało to nam zbyt wielu opcji na pierwszy etap żeglugi po opuszczeniu Tajlandii. Najgorszym wariantem było pozostanie w Tajlandii, gdyż ona mogła by zassać na dłużej niż byśmy chcieli. Wybór padł na Malediwy. Niewielu żeglarzy przemierza wody tego ciekawego miejsca. W przeszłości Malediwy były popularnym, krótkim przystankiem w drodze na Morze Czerwone. Liczba jachtów płynących w tamtym kierunku spadła kilkakrotnie ze względu na zagrożenie piractwem w okolicach Afryki. Same Malediwy oferują słabe, jeśli nie żadne schronienie przed wiatrami i falami. Rafy atoli rzadko wystają ponad powierzchnię wody, osłabiając tylko zafalowanie. Z kolei na Seszele moglibyśmy przy słabych wiatrach nie dotrzeć na czas i stąd wybór padł na Malediwy.
Tajlandię opuściliśmy z Anią i Tomkiem 27 kwietnia 2016 roku. Skończyły się już sprzyjające przy płynięciu na zachód wiatry monsunu północno-wschodniego. Na szczęście nie zaczął jeszcze wiać monsun południowo-zachodni, który przynosi silniejsze i ze złego kierunku wiatry w rejonie północnego Oceanu Indyjskiego. Groziła nam jazda na silniku. Wzięliśmy dodatkowy zapas paliwa, niczym na kilkumiesięczną wyprawę. I rzeczywiście na całym 1600-milowym odcinku z Phuket do Uligan tylko kilkakrotnie (w sumie około 30 godzin) udało nam się płynąć na samych żaglach. Wiatr kręcił bączki i rzadko wiał z prędkością powyżej 6 węzłów. Zanotowaliśmy przejście jednego frontu z wiatrem około 20 węzłów, który wykorzystaliśmy do fajnej jazdy. Dziewięć dni upłynęło nam na leniwym płynięciu w skwarze słońca, które dawało nam się nieźle we znaki. Nawet ryby nie chciały brać. Jedyną atrakcją były baraszkujące od czasu do czasu przy naszej burcie delfiny i przypadkowo napotkany wieloryb.
6 maja rzuciliśmy kotwicę na dalekiej północy Malediwów przy Uligan. Asadulla, którego wybrałem na naszego agenta, sprawnie przygotował odprawę i stosowne pozwolenia na żeglugę po wodach Malediwów. Katharsis II spędzi tu nieco ponad dwa miesiące.

Older Posts »

Kategorie