Napisane przez: Hanuś | 2017/11/04

Powrót do Kapsztadu

Żegluga wzdłuż południowo-wschodniego krańca Afryki była bardzo ekscytująca. Prąd Agulhas momentami dodawał nam ponad 4 węzły prędkości. Miło było patrzeć jak na naszym logu, bez większego wysiłku, pojawiała się iście regatowa prędkość – 12 węzłów! Śmigając tak mijaliśmy się z dużymi statkami handlowymi, a raz nawet z innym jachtem – katamaranem Indigo III. Widzieliśmy tę jednostkę na Seszelach i ostatnio na Bazaruto. Gdy byliśmy niespełna milę od siebie ucięliśmy sobie pogawędkę przez radio. Podczas oceanicznej żeglugi nieczęsto przepływa się tak blisko innego jachtu.
Wiatry nam sprzyjały. Na szczęście główne uderzenie wiatru południowego przeczekaliśmy przy Inhaca i nie musieliśmy borykać się z niebezpiecznym zafalowaniem przy zderzeniu prądu z przeciwnym wiatrem. Mogę powiedzieć, że Neptun momentami nieprzyzwoicie nas rozpieszczał. Po opuszczeniu Zatoki Maputo spodziewałam się, iż do końca rejsu nie będę się rozstawać z polarami, sztormiakiem, a nawet ciepłą czapką. Jakież było moje zaskoczenie, gdy 1. listopada wiatr ucichł w ciągu dnia praktycznie do zera, zniknęły z nieba wszystkie chmury i słońce grzało niczym w tropikach. Z pewną dozą niepewności sięgnęliśmy jeszcze raz po letnie stroje. Razem z przepływającymi koło nas wielorybami i lwami morskimi delektowaliśmy się tą wakacyjną aurą. Następnego dnia, podczas mojej porannej wachty, widziałam, że zapowiada się zmiana warunków. Niebo przed wschodem słońca oblała płonąca pożoga tworząc niesamowite obrazy. Niestety intensywności kolorów i czerwieni nie udało mi się w pełni oddać zdjęciami. Niebo aż płonęło. Takie poranne przedstawienia są jednak zapowiedzią nadchodzącego frontu i silnych wiatrów. Jak mawia żeglarskie przysłowie: „Gdy czerwone słońce wschodzi w marynarzu bojaźń się rodzi”. Nie raz już byłam świadkiem pożogi o świcie, a potem uderzenia sztormu. W ciągu dnia warunki były niestabilne, ale jeszcze nie wiało mocno. Dopiero popołudniu na niebie pojawiły się złowieszcze chmury, niczym warkocze utkane z puszystej pianki. Po zmroku uderzyła burza. Niebo ponownie zamieniło się w wielką scenę. Tym razem głównymi bohaterami były flesze i pioruny. Po raz kolejny pogoda nam sprzyjała, gdyż uderzenie wiatru przyszło od rufy. Na szczęście prognozy pogody nie sprawdziły się tym razem i nie przyszedł południowy wiatr.
W nocy 2 listopada 2017 roku około godziny 2330 (UTC+2) minęliśmy Przylądek Igielny (Cape Agulhas), będący najbardziej na południe wysuniętym krańcem Afryki. Jest to miejsce, gdzie spotykają się dwa oceany. Tej nocy wróciliśmy na Atlantyk. Następnego dnia czekała nas kolejna przygoda żeglarska – opłynięcie Przylądka Dobrej Nadziei. Dla Mariusza i Katharsis II miał to być już trzeci raz, dla mnie drugi, a dla Olki pierwszy. Na mojej świtowej wachcie wiatr jeszcze wiał od rufy, niebo było zasnute ciężkimi deszczowymi chmurami, a słaba widoczność nie pozwalała dostrzec lądu, pomimo iż byliśmy raptem kilka mil od brzegu. Bałam się, że Przylądek Dobrej Nadziei schowa się przed nami. Ostatnim razem mijałam go w nocy i widziałam jedynie światło latarni morskiej, a dla Olki miał być to pierwszy raz. Byłyśmy bardzo podekscytowane. Aż trudno w to uwierzyć, ale po raz kolejny w tym rejsie, pogoda zagrała na naszą korzyść. Rano poranną mgłę i chmury rozgonił północno-zachodni wiatr, który przyniósł przejrzyste i rześkie powietrze. Pozwolił nam, także w iście żeglarskim stylu, na żaglach i przy pełnej prędkości, minąć Przylądek Dobrej Nadziei (o 1330 czasu łódkowego UTC+2). Były to wspaniałe chwile, które dały nam dużo radości, szczęścia i swego rodzaju żeglarskiej dumy. Olka ze łzami w oczach patrzyła na majestatyczne skały przylądka i powtarzała, że spełniło się jej kolejne żeglarskie marzenie. Z radością i jednocześnie ulgą zostawiliśmy za rufą ten zdradliwy akwen. Niejednemu żeglarzowi fale i sztormy przerwały rejs w okolicach tego pięknego przylądka. Halsując pod wiatr ostatnie 70 mil do Kapsztadu upajaliśmy się pięknymi widokami i żeglarską pogodą. Na koniec tego wspaniałego dnia księżyc zrobił nam małe przedstawienie, wschodząc w pełni w różowej poświacie znad przylądkowych gór.
Do mariny w Kapsztadzie wpłynęliśmy 3 listopada 2017 roku o 2225 czasu łódkowego (UTC+2). Od opuszczenia Nosy Be na Madagaskarze 11 października pokonaliśmy 2400 mil morskich, odwiedziliśmy Mozambik, pokonaliśmy Kanał Mozambicki, opłynęliśmy Przylądek Igielny i Dobrej Nadziei.
Zacumowaliśmy w V&A Marina, dokładnie w tym samym miejscu postojowym co ponad rok temu. Zakończyliśmy rejs i szczęśliwie doprowadziliśmy Katharsis II do portu, by przygotować jacht do wyprawy dookoła Antarktydy. Dla mnie był to ważny moment w życiu. W pewien sposób wróciłam do miejsca, w którym byłam rok temu. Stanęłam na tej samej kei. Czeka mnie to samo wyzwanie, które stawiałam sobie rok temu, tyle, że jestem bogatsza o ciężkie doświadczenie życiowe. Łatwo przez ostatni rok nie było, ale na pewno dodało mi to siły i determinacji. Może nie siły fizycznej, bo tej wciąż mi jeszcze momentami brakuje, ale na pewno jestem mocniejsza wewnętrznie. Opłynięcie Przylądka Dobrej Nadziei było dla mnie bardzo symbolicznym momentem. Moje drugie imię to Nadzieja. Noszę je po mojej świętej pamięci babci. Spotkałam się na morzu z moim imiennikiem. Poza tym opływając Przylądek Dobrej Nadziei wróciłam po raz kolejny na Atlantyk. A jest to ocean szczególny dla mnie. Kilka lat temu wypadłam właśnie na środku Oceanu Atlantyckiego w ciemną bezksiężycową noc za burtę. 3 grudnia 2009 roku bras spinakera Katharsis II uderzył mnie w plecy i z siłą katapulty wrzucił do wody. Wydawałoby się, że już nie powinnam wrócić na pokład. Przynajmniej tak mówią statystyki w przypadku wypadnięć w nocy za burtę na morzu. Ale wtedy się nie poddałam. Atlantyk mnie nie zabrał. Od tego czasu jesteśmy w szczególny sposób związani.

Napisane przez: Mariusz | 2017/10/30

Inhaca i dalej w drogę

Mariusz:

Żeglowanie w silnych prądach potrafi być bardzo ekscytujące. Do takich prądów niewątpliwie należy Prąd Mozambicki, przechodzący w Prąd Agulhas. Płynąc wartko wzdłuż wschodniego brzegu Afryki potrafi zwiększyć prędkość jachtu płynącego na południe o 2 – 3 węzły. Taka żegluga to czysta przyjemność, pod warunkiem, że płyniemy z wiatrem. Nawet silny wiatr wiejący z północy nie stanowi większego problemu dla pełnomorskich jednostek. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy wiatr zaczyna wiać z południa, czyli z kierunku przeciwnego do prądu. Słaby wiatr południowy może nieco uprzykrzyć żeglugę po rozbełtanym morzu.  Wiatr wiejący z prędkością powyżej 30 węzłów potrafi w zderzeniu z silnym prądem wytworzyć niebezpieczne warunki dla każdej jednostki. Przekonał się o tym niejeden jacht. Kilka polskich jednostek było zmuszonych do przerwania w ostatnich latach swojej przygody w niedużej odległości od Przylądka Dobrej Nadziei po zderzeniu się z niezwykle wybudowaną falą.
Ja nabrałem szczególnego respektu do żeglugi w tego typu warunkach podczas sztormu, który uderzył w nas w drodze z Brisbane do Sydney przed regatami Sydney – Hobart w grudniu 2014 roku. Wiatr wiejący wtedy z prędkością nieco poniżej 40 węzłów, zderzywszy się z Prądem Wschodnioaustralijskim, wytworzył niezwykle strome fale. Spadaliśmy z nich z olbrzymim impetem, uderzając każdorazowo o wodę, jak o beton. Na nic zdało się zredukowanie prędkości jachtu do 3 węzłów. Jeszcze nigdy wcześniej ani później Katharsis II nie został tak poobijany. Nawet ciężki sztorm, z którym zmagaliśmy się na Morzu Rossa, ze znacznie mocniejszym wiatrem i lodem dookoła nie dał się nam tak we znaki.
Płynąc w zeszłym roku z Hanią z Seszeli do Kapsztadu, zdecydowałem się na płynięcie środkiem Kanału Mozambickiego, gdzie prąd nie jest tak mocny, jak przy brzegach Afryki. Bez większego problemu przejechaliśmy przez dwa sztormy. Trzeci, który dopadł nas 40 mil od lądu, wymusił na nas ucieczkę na płytkie wody. W pasie szelfu, czyli wody o głębokości poniżej 200m, fale nie są już tak groźne. Tam prąd prawie nie występuje. Płynięcie w pobliżu granicy szelfu, z możliwością szybkiego wpłynięcia na bezpieczniejsze wody przybrzeżne, wydaje się być najbezpieczniejszą taktyką przy żegludze na południe.
W tym roku wybrałem inną trasę i Kanał Mozambicki przekroczyliśmy już na wysokości 18 stopnia szerokości geograficznej południowej. Taktyka żeglugi musiała uwzględnić konflikt prądu Mozambickiego z silnymi wiatrami z południa. To wymusiło na nas postój najpierw w cieniu Wysp Bazaruto, a następnie w Zatoce Maputo w pobliżu Wyspy Inhaca. Chciałem tam przeczekać rozległy układ wyżowy, który zaczął wypełniać cały obszar Kanału Mozambickiego. Niósł ze sobą zimne powietrze znad Oceanu Południowego. Wyże utożsamiamy ze słoneczną pogodą. Ten, w zderzeniu z ciepłymi masami powietrza, przyniósł 2 dni deszczu i sztormowych, południowych wiatrów.
Czekając na front skorzystaliśmy z ostatnich ciepłych promieni słońca w tym rejsie. Uzupełniliśmy też naszą spiżarnię o świeże owoce i warzywa, kupione na targu w jedynej wiosce na Wyspie Inhaca. Nadejście frontu spowodowało obniżenie temperatury z ponad 30oC do zaledwie 18oC. Wiatr w osłoniętej zatoce wytworzył niezłą kipiel. Kotwica ciężko pracowała, wydając bolesne dla uszu dźwięki, jednak świetnie trzymała. Katharsis II nerwowo unosił się na krótkich falach, ale byliśmy bezpieczni.
Po kilkudniowym postoju, w niedzielę 28 października o 0600, podnieśliśmy kotwicę. Wiatr zaczął cichnąć. Mogliśmy bezpiecznie przeprowadzić jacht przez płycizny Zatoki Maputo. Środek wyżu przesunął się w okolice Madagaskaru i po kilku godzinach żeglugi wiatr zaczął odkręcać do północnego. Powoli pożeglowaliśmy po bardzo rozbujanym jeszcze morzu. W nocy wiatr wiał już z pełną siła, jego prędkość dochodziła do 40 węzłów. Pozwoliło nam to na bardzo szybkie płynięcie na południe, mimo maksymalnie zredukowanych żagli. Prąd Agulhas był naszym sojusznikiem, dzięki któremu prędkość jachtu rzadko spadała poniżej 11 węzłów.
W okolicach Durbanu wiatr zaczął cichnąć. O dziwo, również prąd postanowił skręcić. Takie zawirowania prądu niestety zdarzają się. Spowodowały one rozbełtanie morza, które miotało jachtem i powodowało łopot żagli. Musieliśmy się maksymalnie zrefować, by nie uszkodzić takielunku.
Prąd Agulhas potrafi pomóc, może też zirytować. Nie można mu odmówić jednego – żegluga w nim należy do bardzo wymagających i ekscytujących.

Napisane przez: Hanuś | 2017/10/25

Czas na Mozambik

Kotwicę przy Wyspach Bazaruto rzuciliśmy we wtorek 19 października o 2330. Zatrzymaliśmy się na noc w kanale przy wejściu do laguny. Nie było mowy, by próbować wpływać do środka po ciemku, podczas bezksiężycowej nocy. Był nów. Łysy tylko na chwilę pokazał się jako złota półobręcz prezentując się uroczo, ale zupełnie nie oświetlając horyzontu. Wejście do wnętrza laguny przy Bazaruto Islands nie jest w żaden sposób oznakowane. Kanał prowadzący do osłoniętych kotwicowisk wije się tutaj między mieliznami niczym wąż sunący po piasku i wytropienie go nie jest łatwe. Stopień trudności i poziom adrenaliny podnoszą dodatkowo bardzo silne prądy w kanałach i zafalowanie. Bazowanie wyłącznie na mapie, która często nie do końca zgadza się z rzeczywistością byłoby szaleństwem, gdyż piaskowe podwodne wydmy zmieniają kształt i wysokość. Przy takich manewrach ważne jest obserwowanie wody i wypatrywanie ewentualnych płycizn i korali. Nie jesteśmy zwolennikami polegania wyłącznie na instrumentach nawigacyjnych. Dlatego dopiero rano, przy świetle dziennym, postanowiliśmy przenieść się do wnętrza laguny. Poranek był pochmurny, co nie ułatwiało zadania odnalezienia kanału. Słabe światło zlewało kolory wody nie podkreślając znacząco granic między płytką i głębszą wodą. Miejsce, w którym na mapie zaznaczony był kanał nie wyróżniało się specjalnie. Wszędzie załamywały się fale. Bardziej niż na przejście, wyglądało to na przeszkodę z rafy koralowej. Zanim zdecydowaliśmy się tam zbliżyć, przepłynęliśmy wzdłuż kilka razy analizując, czy mapa się zgadza z rzeczywistością. W końcu Mariusz stwierdził, że fale i wzburzona woda mogą być efektem wytwarzania się prądów i wirów wodnych. Z dużą dozą niepewności, wpatrując się w wodę oraz w przyrządy nawigacyjne podeszliśmy po próby sforsowania kanału. Udało się, chociaż przy pierwszej próbie wycofaliśmy się, gdy głębokość spadła do 2 metrów pod kilem, a prąd dochodził do 4 węzłów. Przeanalizowaliśmy jeszcze raz mapę oraz wodę i wpłynęliśmy do wnętrza. Mariusz odetchnął dopiero, gdy głębokość wzrosła z 3 metrów pod kilem do 15, a sonda patrząca do przodu nie wskazywała żadnych przeszkód. Było to emocjonujące wejście!
Zatrzymaliśmy się przy wiosce, koło której na mapie wskazane było bezpieczne kotwicowisko. Z pokładu jachtu widzieliśmy kilkanaście łódek łowiących ryby w lagunie, a na brzegu kilka grup rybaków zbierających sieci. W miejscach oddalonych od cywilizacji zachowania lokalnej ludności są przeróżne. Czasem od razu do nas podchodzą zaciekawieni, skąd jesteśmy i chętni do handlu wymiennego. Innym razem trzymają się na dystans. Gdy wylądowaliśmy na lądzie nikt początkowo się nami nie zainteresował. Dopiero po jakimś czasie podeszli do nas dwaj strażnicy. Cały archipelag Bazaruto jest Parkiem Narodowym. Na szczęście nie wymagano od nas dokumentów odprawy paszportowej ani celnej w Mozambiku, a jedynie dokonania opłaty za przebywanie w parku. Próbowaliśmy dowiedzieć się, co warto w okolicy zobaczyć, ale bariera językowa nie pozwoliła nam za uzyskanie jakichkolwiek informacji, poza jedną, iż na snorklowanie najlepiej popłynąć na oddaloną o kilka mil Wyspę Santa Carolina. Po próbie pogawędzenia ze strażnikami i spacerze po plaży, Mariusz zabrał nas na przejażdżkę pontonem wzdłuż wyspy. W niedalekiej odległości od wioski czekała na nas przemiła niespodzianka. Na tle przepięknych wydm i namorzynów przechadzało się duże stado flamingów. Wody było w tym miejscu raptem ponad kolana, więc wyskoczyłam z pontonu, by spróbować podejść bliżej tych niezwykłych ptaków. Poza tym na pontonie bujało mną na fali i trudniej było zrobić dobre zdjęcie z teleobiektywu. Flamingi parę razy unosiły się w powietrze, by po chwili znów zatrzymać się na wodzie. Mieliśmy swego rodzaju przedstawienie – „Jezioro Flamingów”. Olka znalazła na wodzie dwa różowe piórka, które zgubiły flamingi. Całkiem miła pamiątka.
Na drugi dzień popłynęliśmy na kotwicowisko przy wyspie Santa Carolina, gdzie rzeczywiście znajduje się przepiękne miejsce do snorklowania. Pływaliśmy wśród żywego korala i całej masy kolorowych ryb. Ani na Seszelach ani na Madagaskarze nie znaleźliśmy tak zdrowo wyglądającego korala. A dopełnieniem naszego rajskiego dnia był piknik na plaży. Na wieczór przenieśliśmy się z powrotem w okolice Bazaruto, gdyż Santa Carolina nie daje dobrego osłonięcia od południowych wiatrów, a takie miały nas niepokoić w nocy. Tym razem zakotwiczyliśmy przy jednym z luksusowych hoteli – Antanara, z uroków którego korzystaliśmy w niedzielę. W ciągu dnia skorzystaliśmy z cienia palmowego parasola, a wieczorem przypłynęliśmy na elegancką kolację.
Po trzech dniach iście wakacyjnych, w poniedziałek podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Wyspy Bazaruto. Wypływaliśmy południowym kanałem. Mariusz miał jeszcze ochotę na wspinaczkę na olbrzymią wydmę, ale zrezygnował, gdy przy próbie rzucania kotwicy pojawił się prąd przekraczający 3 węzły. Byliśmy na opadającej wodzie i na całe szczęście nie zatrzymaliśmy się. Na końcu kanału okazało się, że pod kilem mieliśmy nie, jak wskazywała mapa 6 metrów, tylko zaledwie 10 cm. A pchała nas wychodząca rzeka i nie byliśmy w stanie się zatrzymać. Gdybyśmy wychodzili z niego chwilę później zaliczylibyśmy klasyczny wjazd na mieliznę.
Po wyjściu z laguny, przywitały nas wieloryby, których duże stada towarzyszyły nam przez cały dzień, a wieczorem urządziły nam pokazy skoków. Niestety trzymały dość spory dystans od nas, więc niełatwo było zrobić im dobre zdjęcie z bujającego się na fali jachtu.
Wtorek upłynął nam na spokojnej żegludze wzdłuż wybrzeża Mozambiku. Na wysokości Maputo Mariusz postanowił zatrzymać się przy Wyspie Inhaca. W najbliższych dniach ma przyjść silny front, który przyniesie sztormowe wiatry z południa. Nie chcąc walczyć z 40-50 węzłowym wiatrem w nos, nasz kapitan postanowił przeczekać kilka dni w przepięknych okolicznościach przyrody i dać nam czas, by lepiej poznać Mozambik.

Napisane przez: Hanuś | 2017/10/19

Pierwsze 1000 mil morskich za nami

W zeszłym roku płynęliśmy do Południowej Afryki najkrótszą trasą, na skos przez Kanał Mozambicki. Tym razem Mariusz przyjął inną strategię. Skierowaliśmy się na zachód w kierunku Mozambiku. Wiatr u jego wybrzeży z reguły silniej wieje niż pod Madagaskarem. Do tego można skorzystać z darmowej przejażdżki nurtem prądu Agulhas.
Pogoda w Kanale Mozambickim przez pierwsze dni rejsu całkiem nas rozpieszczała. Od opuszczenia Moramba Bay w niedzielny poranek towarzyszyło nam dużo słońca, a Neptun nie żałował żeglownych warunków. Już w niedzielę popołudniu wiatr zaczął tężeć i zdecydowaliśmy się zrefować grota. W nocy wiało już ponad 25 węzłów, także decyzja okazała się słuszna. Cały poniedziałek i wtorek żeglowaliśmy po dżentelmeńsku, czyli komfortowo z wiatrem. Gdy w środę o świcie zobaczyłam płomienną pożogę, która towarzyszyła wschodowi Wenus i Księżyca, wiedziałam, że przyjdzie zmiana pogody. Prognoza także zapowiadała zmiany. W ciągu dnia wiatr nagle ucichł, jakby ktoś wyłączył odpowiedzialny na niego włącznik. W kilkanaście minut z 25 węzłów wiatru zrobiło się raptem 5. Jest to charakterystyczne zjawisko w tym rejonie. Jeżeli dodatkowo na horyzoncie pojawi się warkocz niewyraźnych chmur nisko zawieszonych nad wodą – oznacza to tylko jedno. Wiatr zmieni kierunek o 180 stopni i uderzy z większą siłą. Podczas zeszłorocznego rejsu w Kanale Mozambickim kilkukrotnie spotkaliśmy się z tym zjawiskiem. Wiedzieliśmy co trzeba robić. Przygotowaliśmy żagle do podwiatrowej jazdy, rozłożyliśmy przy kojach fartuchy i przygotowaliśmy jeszcze na spokojnej wodzie obiad. Zdążyliśmy zjeść w spokoju posiłek i przyszła spodziewana zmiana pogody. Najpierw powiało 20 węzłów z południa, a wieczorem już 30. Całą noc mieliśmy iście regatową jazdę, nasza prędkość nie padała poniżej 11 węzłów. Po kilkunastu godzinach wiatr zaczął cichnąć i odkręcać do północno-wschodniego. Wróciliśmy do żeglugi z wiatrem. Mamy za sobą już pierwsze 1000 mil morskich. Płyniemy wzdłuż wybrzeża Mozambiku, przy którym planujemy krótki postój. W nocy powinniśmy rzucać kotwicę przy Wyspach Bazaruto.
Poza piękną pogodą Neptun obdarował nas też dwiema rybami. Złowiliśmy najpierw małą samicę mahi-mahi, a dzisiaj przed zachodem na haczyk wskoczył dorodny samiec. Mariusz z Olką uporali się z oprawieniem ryby, z której przygotujemy dzisiaj wyśmienitą kolację.

Jest czwartek 19 października 2017 roku godzina 1930 czasu madagaskarskiego (UTC+3). Nasza pozycja 21st.19S 035st.40E, kurs 200, wiatr NE 12 węzłów, prędkość 6 węzłów, grot 2.ref i pełna genua.

Napisane przez: Hanuś | 2017/10/15

Powrót do żeglowania

Powrót na pokład jachtu zawsze bardzo mnie cieszy i wyzwala we mnie ogrom pozytywnej energii. W tym roku wyjątkowo mało czasu spędziłam na Katharsis II, więc tym bardziej raduje mnie każda chwila na morzu. Z początkiem października przylecieliśmy na Madagaskar, by przejąć od Tomka łódkę, którą się zajmował przez ostatnie dwa miesiące. Jacht z nowymi żaglami, wyszorowany, z wypolerowanymi sreberkami – lśniący, gotowy był do rejsu. Dla Katharsis II będzie to po prostu kolejny dłuższy przelot przez ocean. Dla mnie będzie to test przed wyprawą dookoła Antarktydy, na którą ruszamy w grudniu. Ostatnie kilka miesięcy było trudnym czasem dla mojego organizmu. Ciężkie terapie dały mi się mocno we znaki. Kondycję fizyczną odbudowuję od kilkunastu tygodni, jednak dużo jest jeszcze do nadrobienia. Wciąż słabo znoszę upały i szybko się męczę, ale myślę, że z każdym tygodniem musi być lepiej. Upały w sumie szybko się skończoną, więc tym nie muszę się już przejmować. A siły…. Zobaczymy. Muszę sprawdzić na co mnie stać, na co pozwoli mi mój organizm.

Mój ostatni czterotygodniowy pobyt na jachcie w sierpniu był małym testem i przymiarką do większego pływania. Zorganizowaliśmy rodzinny rejs na Seszele. Ze względu na moją słabą kondycję, początkowy plan zakładał kręcenie się jedynie od wyspy do wyspy po Seszelach. Ostatecznie zrobiliśmy jednak trzydobowy przelot na Madagaskar z wiatrem do 30 węzłów. Egzamin zdałam i nawet na Madagaskarze pierwszy raz od długiego czasu zanurkowałam… Ale do tego jeszcze wrócę. W sierpniu byłam za słaba i za bardzo zaaferowana rodzinnym pływaniem, by usiąść do komputera nad relacją. Ale odwiedziliśmy tak przepiękne miejsca i spędziliśmy tak wspaniały czas, że chciałabym jeszcze do tego wrócić.

Teraz czeka mnie rejs z Madagaskaru do Kapsztadu, jakieś 2400 mil morskich, czyli dobre dwa tygodnie czystego płynięcia. Będziemy żeglować we trójkę: Mariusz – kapitan, Olka Magoniówna – nasz wesoły i dobry kompan z poprzednich rejsów oraz ja – doświadczony załogant Katharsis II, tyle że po chemioterapii, radioterapii i operacji wycięcia guza, od której jeszcze nie minął nawet rok. Początkowy, krótki etap, to spokojna żegluga wzdłuż Madagaskaru. Potem będzie trzeba wyjść w głąb Kanału Mozambickiego. A tam warunki potrafią być naprawdę ciężkie, czego doświadczyliśmy z Mariuszem w czasie zeszłorocznego rejsu z Seszeli do RPA. Tym razem mamy większy margines czasowy i nie zakładamy pokonania całej trasy do Przylądka Dobrej Nadziei jednym przeskokiem. Ewentualne sztormy planujemy przeczekać u wybrzeży Afryki, jeśli się uda, a nie brać wszystkie nawałnice bojem jak ostatnim razem.

Spokojny port Hell-valle przy Nosy Be, gdzie Katharsis II kotwiczyła przez ostatnie dwa miesiące, opuściliśmy w środę 11 października 2017 roku. Nie obraliśmy jednak kursu od razu na stały afrykański ląd. Pożeglowaliśmy do oddalonej o kilkanaście mil Russian Bay, nieopodal której mieliśmy upatrzone miejsce na snorklowanie z mnóstwem kolorowych ryb, wśród żywych koralowców. Przed opuszczeniem Madagaskaru chcieliśmy pokazać Olce baobaby, których nie ma na Nosy Be. Mariusz wyczytał w przewodniku żeglarskim, że 100 mil na południe od Russian Bay w Zatoce Moramba można zobaczyć te niezwykłe afrykańskie drzewa. Kotwicę rzucaliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Moramba Bay to głęboka zatoka wzdłuż brzegów której rozsiane są niewielkie wysepki, przypominające kształtem maczugi lub wielkie purchawki. Wyspy, jak i stały ląd (czyli Madagaskar) porośnięte są tu bujną roślinnością, nad którą królują baobaby. Miejsce jest wprost przepiękne. Poza krajobrazami można tutaj znaleźć też złote plaże. Jedną z zatoczek z miękkim piaskiem wykorzystaliśmy na popołudniową kąpiel pod baobabami. Ale na tym kończy się nasza madagaskarska przygoda. Dzisiaj, w niedzielny poranek 15 października 2017, opuściliśmy Moramba Bay i żegnamy brzegi Czerwonej Wyspy. Do wieczora planujemy żeglować wzdłuż zachodniego brzegu na południe, a gdy wygaśnie bryza dzienna oderwiemy się od Madagaskaru i skierujemy w Kanał Mozambicki.
Jest niedziela 15 października 2017 roku godzina 1730 czasu madagaskarskiego (UTC+3). Nasza pozycja 15st.26,9S 046st.28,9E, kurs 234, wiatr NW 9 węzłów, prędkość 8 węzłów, pełen grot i pełna genua.

Napisane przez: Mariusz | 2017/05/20

Ostatnia prosta w kierunku Seszeli

Mariusz:

Pojawianie i znikanie wiatru towarzyszyło nam przez cały czas żeglugi w Kanale Mozambickim. Dopiero w niedzielę 14.05 po południu wiatr ustabilizował się na stałe. Wąski skrawek północnego Madagaskaru nie stanowił już bariery dla monsunu południowo-wschodniego. Przed nami na horyzoncie zaczęły pojawiać się chmury. Do Seszeli mieliśmy jeszcze nieco ponad 600 mil i pojawiła się szansa, by dopłynąć tam w ciągu 3 dni.
Pierwsza noc po wyjściu z cienia Madagaskaru zapowiadała czujną jazdę. Prognozy potwierdziły się. Półwiatr z prawej burty o prędkości 26-30 węzłów przechylał bez wysiłku nasz ciężki jacht, mocząc w wodzie reling. Tak można płynąć w regatach i najlepiej po płaskiej wodzie. Po wyjściu z cienia Madagaskaru zaczęły pojawiać się coraz większe fale nabudowane monsunem wiejącym przez tysiące mil Oceanu Indyjskiego. Genua, nawet zrefowana jest zbyt dużym żaglem na takie warunki. Postawiliśmy sztaksla, który w kombinacji z grotem na drugim refie dawał wystarczającą moc do żeglugi z prędkością około 10 węzłów. Nie pomagał nam tylko prąd. Sporej szerokości nurt płynący ze wschodu z prędkością około dwóch węzłów nie tylko spowalniał nas, ale i powodował spory dryf w lewo. Odchylenie od kursu sięgało 20-30 stopni. W takich warunkach nie miało sensu korygowanie kursu w prawo, gdyż spowodowało by to jeszcze wolniejsze płynięcie pod wiatr i strome fale. Nad ranem prąd zaczął słabnąć i mogliśmy obrać kierunek na Seszele.
Wiatr zaczął opadać do nieco ponad 20 węzłów. Coraz cięższym chmurom zaczęły towarzyszyć szkwały. Nie były jakoś dramatycznie silne, dodawały około 10 węzłów do wiejącego wiatru, nie zmieniając znacząco kierunku. W zupełności wystarczało redukowanie sztaksla, bez konieczności dodatkowego refowania grota. Pokład co chwila płukany był z soli ostrym deszczem.
Kiedy wydawało się, że bez problemu dopłyniemy do Mahe w środowe popołudnie, wiatr niespodziewanie przysiadł pod wieczór w poniedziałek. Postawiliśmy pełną genuę, ale nie byliśmy w stanie zrzucić refów z grota. Zbyt duże zafalowanie wprowadzały żagle w niepożądany łopot, któremu nie był w stanie zapobiec zbyt słaby wiatr. Męczyliśmy się tak przez całą noc. Mogliśmy przyspieszać nieco w szkwałach. Dopiero po 24 godzinach słabej jazdy wiatr ponownie ustabilizował się. We wtorek o 2000 mieliśmy do północnego krańca Mahe jeszcze ponad 200 mil. Nie mieliśmy szans na dopłynięcie za dnia, skoro słońce zachodzi tuż po 1800.
Ostatnia doba charakteryzowała się niemalże regatowym tempem. Prędkość Katharsis II rzadko spadała poniżej 10 węzłów. Do tego skończył się również przeszkadzający nam prąd. Im byliśmy bliżej celu, tym szybciej połykaliśmy kolejne mile. Uwielbiam taką żeglugę. Świeża bryza, niewybudowane morze i tnący fale niczym brzytwa dziób Katharsis II to widok, który wywołuje zawsze uśmiech na mojej twarzy. Do północnych brzegów Mahe dopłynęliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Taka mała nagroda za ten długi rejs. Kotwicę rzucaliśmy już jednak w całkowitych ciemnościach na zewnątrz poru Victoria w środę o 2030.
Pokonanie trasy ponad 3000 mil zajęło nam 18 dni i 5 godzin, czyli 29 godzin więcej niż podczas rejsu z Hanią w przeciwnym kierunku w październiku zeszłego roku. Na logu odnotowaliśmy 300 mil więcej niż 6 miesięcy wcześniej. Jest to bardzo ciekawa żeglarsko i nie monotonna trasa. Tym razem obyło się bez wielkich sztormów, ale przyjdzie na nie czas w drodze powrotnej do Kapsztadu za kilka miesięcy.
Jacht i jego załoga dzielnie sprawowali się w tych zmiennych warunkach. Skorygowaliśmy naciągi sztagów i niektórych want. Nie zanotowaliśmy uszkodzeń, poza zerwaną śrubą mocującą stójkę na lewej burcie przez kontraszot grota. Romka obawiała się tego rejsu, znając złą sławę wód wokół Południowej Afryki. Spokojna żegluga pozwoliła jej na kulinarne wykazywanie się w kambuzie. Dla Filipa był to pierwszy poważny rejs oceaniczny i całkowicie zdał egzamin. Kuba okrzepł, nabierając doświadczenia podczas swojego najdłuższego rejsu. Katharsis II powróci do Kapsztadu za 4 miesiące, tym razem ze zdrową Hanią na pokładzie. Mamy jeszcze nadzieję na spędzenie w międzyczasie kilku wakacyjnych chwil na Seszelskich wodach.

Napisane przez: Mariusz | 2017/05/12

Spokojna żegluga Kanałem Mozambickim

Mariusz:

Drugi tydzień żeglugi upłynął pod znakiem spokojnych wiatrów. W Kanale Mozambickim potrafi wytworzyć się niezły przeciąg. My tego jednak nie odczuliśmy. Madagaskar zasłonił silne wschodnie wiatry wiejące na Ocenie Indyjskim. Przez kilka dni doświadczaliśmy podobnego schematu wiatrowego i to niezależnie od prognoz pogody. Wiatr powiewał z prawego baksztagu począwszy od popołudnia, tężał przed świtem, by całkowicie ucichnąć przed południem następnego dnia. Jego brak zmuszał nas wtedy do odpalania silnika, co wykorzystywaliśmy do ładowania akumulatorów i produkcji wody z naszej odsalarki.
Mile ubywały powoli. Nasza prędkość często spadała do 5 węzłów, a dodatkowo przez większość dystansu przeszkadzał nam przeciwny prąd. Frustrująca jest taka żegluga. Filip miał nadzieję na doświadczenie ostrej jazdy, a tu poza odejściem od brzegów Afryki, kolejna okazja nadarzy się najprawdopodobniej dopiero po wyjściu z cienia Madagaskaru, czyli około poniedziałku. Za to moja siostra jest w siódmym niebie. Niewielki rozkołys pozwala jej na realizowanie się w kambuzie. Bardzo obawiała się tego rejsu, który zapowiadał się sztormowo. A tu sielanka, żar z nieba, przygoda bardziej kulinarna niż żeglarska.
Kuba wziął sobie za punkt honoru złowić pokaźnych rozmiarów rybę. Kilkakrotnie w ciągu dnia potrafił zmieniać przynęty. Jego wysiłek został w końcu nagrodzony wyciągnięciem sporych rozmiarów żaglicy. Walczyła dzielnie, ale nie udało jej się przeciąć swym ostrym szpikulcem naszej żyłki. Po godzinie walki 26 kg okaz, mierzący 178 cm wylądował na pokładzie. A działo się to w momencie stawiania spinakera. Nie mielibyśmy szans na uratowanie zdobyczy, gdyby zdążył wypełnić się wiatrem.
Następnym razem zwinęliśmy wędki, kiedy pojawiły się sprzyjające warunki do rozwinięcia asymetrycznego spinakera. Byłem ciekaw, jak zachowuje się nasz nowy nabytek. To już czwarty spinaker na pokładzie, najcięższy z dotychczasowych, który mam nadzieję wykorzystać w wyprawie dookoła Antarktydy. Został zaprojektowany z myślą o silnych wiatrach. Na razie udało się nam popłynąć z nim w lekkiej bryzie – na poważną próbę musi jeszcze poczekać.
Dzisiejszej nocy mieliśmy sytuację, która często skutkuje poważnymi konsekwencjami. Kuba z Filipem zaliczyli niekontrolowany zwrot przez rufę. Wyskoczyłem z koi czując charakterystyczne przechylanie się jachtu na niewłaściwą burtę. Wiał słaby wiatr, który nagle zmienił kierunek. Nawet nie odczułem, kiedy grot wypełnił się z drugiej strony. Dobrze napięty kontraszot tali grota zapobiegł przeleceniu bomu na przeciwną burtę. Po krótkiej chwili jacht wrócił do poprzedniego halsu, z impetem naprężając talię. Obyło się bez uszkodzenia takielunku, zrefowany grot osłabił uderzenie.

Napisane przez: Mariusz | 2017/05/06

W kierunku Kanału Mozambickiego

Mariusz:

Dzisiaj mija tydzień od oddania cum w Kapsztadzie. Mamy całkiem inne warunki pogodowe niż te, podczas rejsu sprzed pół roku z Seszeli do Kapsztadu. Wtedy (po australnej zimie) niże z Oceanu Południowego ciągle jeszcze wciskały się w Kanał Mozambicki, przynosząc sztormowe warunki, które nieźle dały mi i Hani w kość. Teraz (po lecie australnym) niże nie mają jeszcze takiej siły, by rozbić dominujący nad tym obszarem wyż. Osłabiły go jednak na tyle, że w pasie przybrzeżnym pojawiły się słabe wiatry ze zmiennych kierunków. Dzięki nim mogliśmy posuwać się naprzód, bez koniczności wpływania na głębokie wody i zmagania się z silnym prądem Agulhas. Przez znaczną część trasy wspomagaliśmy się silnikiem. Z tego rozwiązania najbardziej zadowolona była moja siostra, której nie uśmiechało się leżenie w sztormie pod pokładem. Płynąc blisko brzegów mogliśmy cieszyć wzrok zmieniającymi się widokami. Brakowało tylko słońca, które tak umilało nam pobyt w Kapsztadzie. Jego miejsce zajęła schodząca od czasu do czasu mgła. Kiedy tylko pojawiał się korzystny wiatr stawialiśmy żagle. Nowe żagle dzięki materiałowi z dodatkiem włókien węglowych lepiej trzymają kształt. Podczas płynięcia pod wiatr (bajdewind) potrafiliśmy płynąć na płaskiej wodzie z prędkością 7 węzłów przy zaledwie 7 węzłach rzeczywistego wiatru. Całkiem nieźle.
Jednej nocy podczas swojej wachty Kuba z Filipem dostosowując kierunek płynięcia do zmieniającego się wiatru oddalili się od brzegu, wyszli z płytkiej wody i wpłynęli w prąd Agulhas. Doświadczyli wtedy, co znaczy ponad 4 węzłowy prąd przeciwny. Przy niedużej własnej prędkości kurs jachtu zaczął wykręcać ku południu. Tak nie da się pokonać rwącej rzeki płynącej wzdłuż wschodniego brzegu Afryki Południowej. Dopiero po minięciu Durbanu północny wiatr dmuchnął z wystarczająco dużą siłą bym mógł zdecydować się na przejście przez rwący prąd. Tuż po północy z czwartku na piątek zredukowaliśmy grot do trzeciego refu, spodziewając się silnego, ponad 30 węzłowego wiatru. Mimo zredukowanego do minimum sztaksla płynęliśmy z prędkością powyżej ośmiu węzłów. Prąd Agulhas szybko pokazał swój ząb. Nie tylko spowolnił nas do 4-5 węzłów, ale rzucał jachtem niczym bączkiem. Zaliczyłem dzięki temu pierwszą nieprzespaną nockę podczas tego rejsu. Nie pomagał mi wyjątkowo obfity obiad: najpierw carpaccio ze złowionego poprzedniego dnia tuńczyka, poprawione ciężkim schabowym z tłuczonymi ziemniakami w sosie grzybowym, a zakończone słynnymi tomkowymi rogalikami. Do rana udało mi się jednak wszystko strawić bez konieczności przymusowego opróżniania żołądka. Przed południem wiatr zelżał do dwudziestu węzłów, pozwalając nam na spokojne przecinanie wód południowego Indyka w kierunku Madagaskaru.
Układ wiatrów sugeruje wybór krótszej drogi przez Kanał Mozambicki, mimo nieprzychylnych nam prądów. Jest sobota 6.05.2017, godzina 1320. Pozycja 28o21’S, 035o53’E. Wiatr siadł do 6-7 węzłów z kierunku północnego. Prędkość 5-5,5 węzła.

Napisane przez: Mariusz | 2017/04/30

Początek sezonu żeglarskiego Kapsztad – Seszele

Mariusz:

Za nami najdłuższy, nieplanowany postój Katharsis II w jednym miejscu. Z pospiesznego przeglądu przed wyprawą dookoła Antarktydy przerodził się on w kilkumiesięczny postój i przy okazji spokojny serwis większości instalacji na jachcie. Poza przeglądem takielunku i wymianą kilku jego elementów doszła wymiana wszystkich przewodów hydraulicznych, steru strumieniowego, olinowania i żagli, nie licząc kosmetyki na pokładzie i pod pokładem. Łódka wygląda teraz jak nowa.
Niemało roboty i nerwów mieliśmy z żaglami. Nowe żagle zamówiłem przed rejsem na Antarktydę. Czasu nie było wtedy dużo, ale naciskałem, by chociaż nowa genua dotarła do Kapsztadu przed wyruszeniem na planowaną wyprawę. Z końcem listopada pojawiła się na pokładzie, ale kiedy w lutym zapytałem o termin dostawy reszty żagli okazało się, że produkcja jeszcze nie ruszyła. Zrobiło się nerwowo, zwłaszcza że nowy grot miał być uzupełniony o dodatkowy czwarty ref, który nie jest standardowym rozwiązaniem. Żagle dotarły do Kapsztadu z opóźnieniem, a po ich założeniu okazało się, że grot jest za duży i dwie listwy grota haczą o achtersztag. Groziłoby to ich złamaniem przy zwrocie przez rufę i trzeba było grota poprawiać. Cała ekipa żaglomistrzy została zaangażowana, by przygotować naszego grota do rejsu. Próbne stawianie żagli w marinie napawało optymizmem – ważny będzie jednak test w boju, czyli sprawdzenie żagli w próbnym rejsie z RPA na Seszele.
Gdy pakowaliśmy w Polsce torby na przyjazd do RPA i obserwowaliśmy rejs Lisy Blair – pierwszej kobiety, która chciała samotnie opłynąć Antarktydę i której bardzo kibicowaliśmy, dotarły do nas złe wiadomości…. straciła maszt… Wypadek miał miejsce nie gdzie indziej, tylko na południe od Przylądka Dobrej Nadziei. Lisa świetnie poradziła sobie z tak poważną awarią, postawiła awaryjny takielunek i po kilku dniach dotarła do Kapsztadu, by naprawić uszkodzoną jendostkę. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem jej kunsztu i wytrwałości.
Nasza Katharsis II potrzebuje dobrego testu po wszystkich modyfikacjach, które przeszła przez ostatnie miesiące. Do Kapsztadu zbliża się mokra zima, więc postanowiłem pożeglować na Seszele, by zabrać jacht na spokojne, ciepłe wody i przy okazji sprawdzić ją w trudnym rejsie, jakim jest trasa z Kapsztadu wokół przylądka Dobrej Nadziei i Kanał Mozambicki na Seszele.
Od ponad siedmiu lat żeglujemy razem z Haneczką po morzach i oceanach. Jest ona dla mnie wielkim wsparciem, a po raz pierwszy nie może ze mną popłynąć. Wierzę, że będzie to jedyny etap w naszej przygodzie, w którym nie będzie brała udziału. W przerwie między chemioterapią Hanuś przyjechała ze mną na Katharsis II. Wyprawiliśmy na pokładzie Wielkanoc i trzeba było się żegnać. Ciężko było nam się rozstawać. Ja wpadłem z załogą, czyli Tomkiem, moją siostrą Romką, jej mężem Kubą i jego bratankiem Filipem w wir przygotowań. Każdego dnia sprawdzaliśmy wszystkie możliwe instalacje na jachcie i dbaliśmy o zaprowiantowanie łódki. Gdy wszystko było już gotowe i sprawdzone, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu portu.
Wypłynęliśmy z Kapsztadu w sobotę 29 kwietnia. Pogodę kształtował rozległy wyż z centrum 800 mil na południowy wschód od Kapsztadu. Ustawiał nam nieprzyjemną, podwiatrową jazdę. Postanowiliśmy zmagać się z nim przy pomocy silnika. Kolejny dzień, 30 kwietnia, przyniósł dominujący północno wschodni wiatr neutralizowany przez kolejny jesienny niż z Oceanu Południowego, który próbuje wbić się w ten wyżowy układ. Zazwyczaj niże nie są mile widziane przez żeglarzy, ale w tym przypadku pozwalają nam posuwać się w planowanym kierunku. Za nami Przylądek Dobrej Nadziei i Przylądek Agulhas, a przed nami 200 mil do Port Elizabeth. Ciekawe kiedy uda nam się przetestować nowy ciężki wyprawowy spinaker.

Romka:

6 kwietnia rozpoczął się nietypowy jak na Katharsis II etap, albowiem stacjonarny. Nie było to bynajmniej spowodowane żadną awarią, lecz zaplanowany pobyt w celu przygotowania łódki do wypłynięcia na Seszele, a przy okazji spędzenie wspólnie Świąt Wielkanocnych. Wiadomo było, że Hancia tym razem z nami nie popłynie, a ponieważ pani doktor zgodziła się na tygodniową przerwę w chemioterapii, wykorzystaliśmy ten fakt na przyjemne z pożytecznym. Z Kubusiem i Natalią przybyliśmy jako pierwsi. Następnego dnia dotarł sam kapitan z Haneczką i dołączyli państwo Trzaśnięci, czyli Madzia z Mareczkiem. Jako ostatni przyleciał Filip. Już na dzień dobry mój kochany małżonek załatwił mnie na cacy. Przy wyjściu z łódki stąpnął na cumę tak niefortunnie, że wybiła go w górę i razem runęliśmy na keję. W pierwszej chwili myślałam, że złamałam nogę w kostce, na szczęście skończyło się silnym otłuczeniem, ale ta tyle silnym, że nie mogłam chodzić. Nie zmieniło to jednak w niczym naszych planów. Kubuś po prostu nosił mnie na rękach. A Madzia swoim lekarskim okiem stwierdziła, że do rana nie uschnie.
Marek przygotował się do zajęć perfekcyjnie. Tym razem głównym celem jego zainteresowań stały się okoliczne winnice i wykwintne restauracje. Na liście znalazły się również punkty widokowe i od nich zaczęliśmy zwiedzanie Kapsztadu i okolic. Po uroczej przejażdżce po mieście wjechaliśmy na Signal Hill, skąd rozciąga się przepiękny widok. Jedną z atrakcji tego miejsca jest przelot paralotnią, na który zapisali się Hania, Mariuszek, Kuba i Filip. Ja ze swoją koślawą nogą mogłam tylko pomarzyć o szybowaniu nad miastem. Niestety loty następnego dnia zostały odwołane ze względu na zbyt silny wiatr, później z powodu braku wiatru, aż w końcu na jego zły kierunek. To tylko pokazuje, jak nieprzewidywalna i zmienna jest tutaj pogoda. W ciągu całego pobytu mieliśmy dni upalne, wietrzne i rześkie oraz umiarkowane. Noce zwykle chłodne i lekko wilgotne. Byliśmy też światkami burzy niczym z filmów grozy, wtedy pomyślałam sobie: jak dobrze, że nie jesteśmy na środku oceanu. Obowiązkowym punktem programu był oczywiście Przylądek Dobrej Nadziei, wcześniej nazywany Przylądkiem Burz, przez dawnych żeglarzy uważany za otwarcie wrót do Indii. I choć obecna nazwa kojarzy się pozytywnie, wiele jednostek zatonęło w tym miejscu.
Wycieczkę szlakiem winnic zaczęliśmy od Stellenbosch, gdzie zatrzymaliśmy się na lunch. Miasteczko czyste, schludne w stylu kolonialnym niczym zatrzymane w czasie. Na zachód słońca dotarliśmy do Franschhoek, gdzie Marek już wcześniej zarezerwował pokoje w urokliwym dworku w niedużej winnicy. Kolejne dwa dni upłynęły nam na testowaniu lokalnych win i ucztach dla podniebienia. Aby utrwalić wspomnienie z tak owocnego pobytu, nabyliśmy kilka kartonów napoju Bachusa z najbardziej renomowanych winnic.
Sobota wielkanocna upłynęła nam na przygotowaniach do Świąt. Zgodnie z polską tradycją malowaliśmy pisanki i szyliśmy symboliczne ozdoby. Na świątecznym stole nie zabrakło niczego. Przemyconej z Polski białej kiełbasy, szynki, wędzonego boczku, śledzi, jajek na kilka sposobów, ćwikły, sałatki, rzeżuchy, żurku i Tomciowego sernika. W lany poniedziałek zalewaliśmy się łzami, żegnając Trzaśniętych, a później Hanię.
We wtorek za namową Natalki wybraliśmy się na Robben Island, gdzie prezydent Mandela w ekstremalnych warunkach spędził w więzieniu 15 lat swojego życia (w sumie 28). To taka chwila refleksji i lekcja historii, dla tych wszystkich, którym wydaje się, że mają monopol na mądrość. W tych okolicznościach, słowo internowanie, może jedynie lekko unieść kącik ust.
Planowaliśmy wypłynąć zaraz po założeniu nowych żagli, na które niecierpliwie czekaliśmy. Z powodów technicznych, dzień upływał za dniem. 27 kwietnia wypadały podwójne urodziny, moje i Filipa. Teoretycznie mieliśmy być w tym czasie na morzu i tam celebrować tę chwilę. Myśl, że spędzimy ten dzień na lądzie znacznie poprawiła mój nadszarpnięty nastrój. Od pewnego czasu nosiłam się z myślą przeczekać nadchodzący rejs gdziekolwiek, gdzie się da. Początkowo myślałam zostać w Kapsztadzie i dolecieć na Seszele. Plan B wydawał mi się jeszcze bardziej ciekawy. Polecieć na Madagaskar, tam pozostać dwa tygodnie, zaprzyjaźnić się z lemurami i myk na Seszele. I właśnie 27 kwietnia dotarły na jacht poprawione żagle. Dobrze, że dałam się namówić na śniadanie, którego generalnie nie jadam. Była jajecznica z pieczarkami i cebulką, a na popitkę szampan. Wieczorem miała być kolacja, ale jakoś nie doszła do skutku. Chłopcy cały dzień spędzili na maszcie, a ja żebym nie wyszła na ostatniego lenia, ze szmatą przy podłodze. Tak, te urodzinki będę wspominać.
Zaprowiantowanie zostało rozbite na etapy, ale i tak wymagało logistyki. Mariuszek z Filipem wzięli na siebie to niewdzięczne zadanie. My pomagaliśmy już tylko ostatniego dnia. Czy wystarczy na 20 dni żeglugi, zobaczymy?

Napisane przez: Hanuś | 2017/02/21

Kolejne tygodnie

Od mojego ostatniego wpisu minęły już ponad dwa miesiące. Wiele się w tym czasie wydarzyło. Najważniejsze, że jestem już po operacji wycięcia guza. Doktor Krzysztof Katana z Warszawskiego Centrum Onkologii im. Marii Skłodowskiej-Curie perfekcyjnie usunął paskuda z mojej piersi. Po niespełna dwóch tygodniach od operacji lekarze pozwolili mi nawet na krótki wypad do RPA. Bardzo mi zależało, aby chociaż na chwilę poczuć pod stopami pokład Katharsis II.
Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia polecieliśmy z Mariuszem na kilka dni do Kapsztadu. Katharsis II czekała w marinie. Ten wyjazd był dla mnie niezwykle ważny. Po pierwsze chciałam zobaczyć ekipę i pokazać im, że się nie poddaję. A także chciałam odwiedzić Katharsis II, zanim na kilka dobrych miesięcy utknę w Polsce. Wyniki badań, determinują dalsze etapy leczenia. Scenariusze mogą być różne: kolejne operacje lub od razu chemioterapia. Jedno jest pewne – na jakiś czas koniec z dłuższymi wyjazdami!

Parę dni na Katharsis II pozwoliło mi doładować akumulatory i zebrać siły. Po powrocie do Polski otrzymałam od lekarzy dobre wiadomości –wokół wyciętego guza – nie ma komórek rakowych ani przerzutów do węzłów chłonnych. Hura!!!! Rok 2017 zaczynał się pozytywnie. 
Na południowym krańcu Afryki

Wycięcie guza to dopiero początek długiej drogi, jaka mnie czeka. Lekarze zdecydowali, że na kolejnym etapie leczenia zostanie zastosowana chemioterapia i to ta najcięższego kalibru. Jak mi powiedziano, głównym powodem takiej decyzji jest mój młody wiek. Do końca nie wiadomo, na ile taka terapia zwiększy prawdopodobieństwa całkowitego wyleczenia. Szczerze – boję się, ale nie samego leczenia, tylko skutków ubocznych. Tak, mam mdłości, zdarzają się długie chwile fatalnego samopoczucia i wypadają mi garściami włosy. To niestety codzienność walki z rakiem. Ale boję się tego co niewidoczne – trwałego uszkodzenia innych organów.
Do niedawna miałam cichą nadzieję, że zastosowanie łagodniejszej w skutkach ubocznych hormonoterapii wystarczy do wyleczenia. Jednak dodatkowe konsultacje z lekarzami przekonały mnie, iż bezpieczniej będzie zastosować cały dostępny arsenał środków leczenia.  Nie chcę dawać paskudowi żadnych szans. Dlatego zdecydowałam się poddać chemioterapii.
Staram się udawać, nawet przed sobą, że nic się nie zmieniło. Ale gdzieś w środku są chwile, kiedy bardzo się boję. W takich sytuacjach niesamowicie ważne jest spotkanie lekarza, który potrafi wysłuchać, zrozumieć, wytłumaczyć i po prostu – zaopiekować się swoim pacjentem. Przed operacją miałam szczęście, bo natrafiłam właśnie na takiego chirurga. I tym razem los się do mnie uśmiechnął. Doktor Katarzyna Pogoda wyjaśniła mi jak będzie wyglądał cały proces chemioterapii, dlaczego ważne jest by w moim przypadku właśnie taką terapię zastosować i co możemy dodatkowo zrobić, by jak najbardziej ochronić mój organizm. Pomimo moich lęków i obaw, które były i nadal są, wciąż odnajduję w sobie nowe pokłady optymizmu i pozytywnie patrzę na życie, tak jak przed chorobą. Jest to rzecz, którą Pani Doktor od razu zauważyła i powiedziała mi, że właśnie taka postawa jest najlepszym wsparciem terapii, a duża dawka radosnej witaminy „Ż” do najlepszy suplement diety. Pozytywna energia i pogodne nastawienie do świata to teraz moje podstawowe, obok chemioterapii, metody walki z rakiem. Oczywiście ogromnie ważne jest także wsparcie najbliższych mi osób. Ja je mam i to dodatkowa wartość – teraz bezcenna.

W związku z wyprawą dookoła Antarktydy, której start był planowany na grudzień zeszłego roku, powstała strona poświęcona temu wydarzeniu: http://antarcticcircle60s.pl . Ze względu na moją chorobę i przełożenie rozpoczęcia rejsu na grudzień 2017, strona będzie przez najbliższe miesiące platformą, na której będę chciała prowadzić akcję zachęcającą kobiety do badania piersi. Nasz rejs „Dookoła Antarktydy na południe od 60 stopnia szerokości geograficznej południowej“ będziemy chcieli zadedykować profilaktyce i walce z rakiem piersi.

Older Posts »

Kategorie