Napisane przez: Mariusz | 2018/02/10

7 tygodni, 7 mórz, 7 sztormów

Wyprawa Katharsis II dookoła Antarktydy zbliża się do półmetka. Od wypłynięcia z Kapsztadu mija 7 tygodni, a od miesiąca żeglujemy po wodach Antarktyki.
Zostawiamy za rufą Morze Rossa, do którego żywię wielki sentyment. Miałem olbrzymią ochotę wpłynąć ponownie na wody tego akwenu. Byliśmy tam w 2015 roku, kiedy to szeroka bariera lodowa chroniła dostępu do jego wnętrza jeszcze pod koniec stycznia. Musieliśmy ją wtedy forsować, by dotrzeć do najdalszego żeglownego zakątka Ziemi, jakim jest Zatoka Wielorybia. Obecnie bariera lodowa w tym miejscu jest dużo mniejsza niż 3 lata temu. Ale za to układ wiatrów skutecznie zniechęcił nas przed wpłynięciem do wnętrza Morza Rossa. Dwa kolejne rozległe niże wypełniły wnętrze tego akwenu w czasie, kiedy Katharsis II zbliżała się do jego zachodnich brzegów.
Tak głęboko usadowione układy niżowe nie pozwoliłyby nam pożeglować na południe i wpłynąć na wody Morza Rossa przez co najmniej tydzień. Wytworzyły z kolei korzystne warunki dla żeglugi na jego obrzeżach.
Tak się złożyło, że w tym roku przekraczaliśmy 180 południk, który wyznacza linię zmiany daty, 3 lutego – tego samego dnia, co podczas pamiętnej wyprawy na Morze Rossa. Tego dnia Hanulek obchodzi swoje urodziny. W ten sposób już po raz drugi mogliśmy celebrować jej święto przez dwa dni z rzędu. Po przejściu 180 południka cofnęliśmy zegary pokładowe o 24 godziny.
Korzystne wiatry w pasie przybrzeżnym Antarktydy należą do rzadkości. Przez pierwsze cztery tygodnie od wpłynięcia na wody Antarktyki musieliśmy borykać się ze słabymi wiatrami wiejącymi ze zmiennych kierunków lub ze sztormami, które przynosiły nam silny wiatr od dziobu uniemożliwiający normalną żeglugę w wyznaczonym kierunku. Natomiast od kilku dni dominują wiatry wiejące z północnego kierunku, które pozwalają na płyniecie po wyznaczonej optymalnej trasie. W końcu zaczęliśmy ponownie połykać mile.
Duże dobowe przeloty cieszą, ale okupione są olbrzymim poziomem stresu. Po zejściu w okolice 70. równoleżnika powiało grozą. Widoczność od tygodnia rzadko przekracza kilkaset metrów, często spadając do dwóch długości jachtu. Płyniemy w mlecznej poświacie w towarzystwie zamieci śnieżnych. Gór lodowych jest mniej niż we wschodniej Antarktyce. Są za to starsze, a co za tym idzie, bardziej zniszczone i z większą ilością lodowego gruzu wokół nich. Można sobie oczy wypatrzyć od ciągłego przeczesywania powierzchni morza w poszukiwaniu niebezpiecznych lodowych przeszkód.
Zadanie to ułatwia brak szpryc budy, która dominując nad nadbudówką, znacznie ogranicza widoczność. Została ona rozerwana na strzępy przez dziką falę podczas sztormu, który nastąpił po Hani urodzinach. Musieliśmy ją zdemontować. Ta sama fala wymyła z kokpitu Hanię, która na szczęście była przypięta smyczą do liny bezpieczeństwa rozciągniętej wzdłuż pokładu. Dobrze, że od czasu regat Sydney – Hobart mamy jeszcze drugą małą szpryc budę, która chroni zejściówkę. Dzięki niej nie leje się woda pod pokład.
Katharsis II zaczyna pokrywać się lodem. Lód pojawia się na wantach, maszcie, linach. Oblodzona góra masztu wygląda jak choinkowa bombka. Przestał przez to działać wiatromierz. Wimple (czyli tasiemki przywiązane do want, mające pokazywać kierunek wiatru) też zamarzają. Nie ułatwia to żeglugi. Jest mokro, zimno i ślisko. Na szczęście lód odpada z takielunku, gdy tylko powieje suchsze powietrze.
Po wejściu na Morze Amundsena uderzył w nas drugi w tym tygodniu sztorm. Trwał krótko, ale był bardzo gwałtowny. Przed jego nadejściem przez kilkanaście godzin płynęliśmy ostro pod północny wiatr, by uniknąć wepchnięcia w pak lodowy widoczny na mapach lodowych. Udało nam się go ominąć, ale i tak znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. Wiatr szybko wzmógł się do ponad 50 węzłów. Wybudował strome fale, które miały olbrzymią moc, utrudniającą manewrowanie między lodowymi przeszkodami. Po trzech godzinach żeglugi bez grota, na zredukowanym do minimum przednim sztakslu, wpadliśmy w lodowe gruzowisko. Lodu było zbyt wiele, by móc bezkolizyjnie go ominąć. Bez wahania zrobiliśmy zwrot i popłynęliśmy w cień dużej góry lodowej. Jej bok miał kilkaset metrów długości. Ważąc kilkadziesiąt milionów ton skutecznie łagodziła fale, niczym lodowy port. Tam spędziliśmy 5 godzin, dryfując na południe razem z nią, po czym wznowiliśmy żeglugę na wschód.
Wody okalające Morze Rossa wraz z Morzem Amundsena ugościły nas tym razem sztormami, zamieciami śnieżnymi, mgłami oraz dużą ilością rozproszonego lodu. Żegluga w tym obszarze była trudnym i wymagającym doświadczeniem. Za nami 7 mórz Antarktyki, po 7 tygodniach żeglugi z 7 sztormami. Przed nami jeszcze 7 mórz, a ile tygodni i sztormów nas jeszcze czeka pokaże czas.

Napisane przez: Hanuś | 2018/02/01

Wyspy Belleny’ego na Morzu Somowa

Mariusz:
Już od prawie sześciu tygodni jesteśmy w rejsie dookoła najzimniejszego kontynentu ziemi, a od czterech żegluje po wodach Antarktyki, czyli na południe od 60o szerokości geograficznej południowej. Ostatni tydzień był pełen wydarzeń, które dodają naszej oceanicznej i polarnej żegludze dodatkowej pikantnerii.
Pierwszym było dopłynięcie do południowego bieguna magnetycznego. Znajduje się on obecnie na Morzu Dumont d’Urvilla, na pozycji 64o28’S i 136o59’E, w odległości ponad 2800 km od bieguna południowego i ciągle się przemieszcza. W pobliżu bieguna magnetycznego trudno poprawnie wyznaczyć kierunek z pomocą kompasu, ponieważ w tym miejscu pole magnetyczne skierowane jest pionowo do góry. Dlatego igła kompasu nie jest w stanie ustabilizować się i wychyla się we wszystkich kierunkach. Przez trzy dni wskazania naszych instrumentów nawigacyjnych były błędne. Zabawnie wyglądała pozycja jachtu na monitorze z mapą elektroniczną: wydawało się, że płyniemy bokiem, innym razem tyłem. Sternik prowadzący na wachcie jacht nie mógł opierać się na wskazaniach kompasu, tylko musiał polegać na nawigacji wzrokowej. Najłatwiej było korygować kierunek płynięcia biorąc wcześniej namiar na góry lodowe, których nie brakowało w okolicy. GPS zbyt wolno reaguje na zmiany kierunku, by móc na nim polegać podczas sterowania.
Kolejnym niesamowitym doznaniem było spotkanie olbrzymiej wyspy lodowej. Tym terminem określa się wyjątkowo dużych rozmiarów góry lodowe. Ta, którą napotkaliśmy , miała ponad 3 mile długości. Jej strzeliste brzegi sugerowały, że jest stosunkowo młodym tworem. Zmniejszało to ryzyko nagłego cielenia się i zachęciło nas do podpłynięcia całkiem blisko niej. Płynięcie przez ponad pół godziny wzdłuż jej krawędzi było ekscytujące. Jej monumentalność onieśmielała nas. Urok wyspy przykuł również uwagę wielorybów, które napotkaliśmy w jednej z jej zatok. Nie obeszło się również bez podniesienia poziomu adrenaliny. Z jednego z uskoków, zaledwie kilkaset metrów przed dziobem Katharsis II, obsypało się na naszych oczach sporo lodu. Mieliśmy ograniczoną manewrowość, mając postawionego pełnego grota i wiatr od rufy, który pozwalał nam na bezpieczne korygowanie kursu tylko w jednym kierunku – do wyspy. Na szczęście byliśmy szybsi od zbliżających się do naszej burty brył lodu i nie musieliśmy wykonywać gwałtownego manewru, czyli zwrotu przez rufę, by uniknąć kolizji. Na jakiś czas ostudziło to moje zapędy, by podpływać w pobliże dużych gór lodowych.
Wyspy Balleny’ego miały być pierwszym lądem, który mogliśmy ujrzeć po prawie sześciu tygodniach od wypłynięcia z Kapsztadu. Leżą one na Morzu Somowa w odległości 150 mil od kontynentu. Dostępu do nich chroni zazwyczaj bariera paku lodowego, o czym mogła przekonać się załoga Selmy Expedition w 2015 roku. W tym roku lodu jest tam mniej, co nie znaczy, że można go lekceważyć. Szerokość pasa lodu wzdłuż całego wybrzeża Morza Somowa wynosi od 100 do 200 mil. Będąc jeszcze 250 mil od Wysp Balleny’ego podpłynęliśmy pod pak lodowy wychodzący z Lodowca Szelfowego Cooka. Chciałem zweryfikować dokładność map lodowych. Lód pokazał się około 20 mil wcześniej niż wynikało to z map. Trzeba to uwzględniać przy planowaniu trasy. Przednia ściana paku lodowego kierowała się na południowy wschód. Opłynęliśmy przeszkodę i kontynuowaliśmy żeglugę w kierunku wschodnim. Oddalaliśmy się od lodu, stwarzając przestrzeń na manewry podczas zbliżającego się sztormu.
Pierwsze uderzenie przyszło w niedzielę 28 stycznia. Wiał wiatr północno-wschodni z prędkością do 40 węzłów. Cztery refy na grocie i zredukowany do minimum sztaksel pozwoliły bezpiecznie pokonywać coraz większe fale. Wiatr wymusił na nas wejście między wyspy Balleny’ego a kontynent. Opłaciło się wcześniejsze oddalanie od lodu, by nie zjechać w czasie sztormu zbyt blisko paku rozpościerającego się wzdłuż kontynentu. Po dwunastu godzinach przyszła chwila wytchnienia.
Na wysokości Young Island przekroczyliśmy po raz trzeci z Katharsis II południowe koło polarne. Nie mieliśmy jednak czasu na świętowanie, gdyż nadchodziła druga odsłona sztormu. Chciałem dopłynąć w cień środkowej z wysp grupy Balleny’ego – Buckle Island. Wyglądała na nieoblodzoną, w odróżnieniu od Young Island, przy której pak lodowy był tej samej wielkości co sama wyspa. Niestety nie zdążyliśmy. Dopadł nas antarktyczny wiatr południowo-wschodni, który tym razem rozdmuchał się do ponad 50 węzłów. Wyglądało na to, że Wyspy Balleny’ego, poza obrazem na radarze, zobaczymy tylko oczyma wyobraźni. Zawieja śnieżna ograniczała widoczność do kilkuset metrów. Nie brakowało kry, ale ta nie była na szczęście gęsto usiana. Pokonanie zaledwie 20 mil, których nam zabrakło do brzegów wyspy, zajęło nam kilkanaście godzin. We wtorkowe południe wiatr zaczął cichnąć, ustąpiła mgła i oczom naszym ukazała się pokryta lodem wyspa. Musieliśmy wysoko zadzierać wzrok, gdyż była wyższa niż nasza odległość od brzegu. Wyglądała majestatycznie, surowo i nieprzyjaźnie. Ujrzeliśmy w ten sposób ląd po 38 dniach żeglugi.
Przed nami Morze Rossa. Jest to jedyny żeglowny akwen wzdłuż wybrzeża Antarktydy, który głęboko wcina się w kontynent. Pozwala na skrócenie trasy wokół Antarktydy pod warunkiem, że nie utkniemy w lodach przy wyjściu jego wschodnim wybrzeżem. A tego lodu ciągle jest tam sporo. Wtedy musielibyśmy cofać się, nadkładając drogę. Jeszcze nie wiem, czy wpłyniemy głęboko w Morze Rossa. Układ wiatrów jest mało klarowny, kilkudniowym prognozom pogody można ufać w ograniczonym zakresie. Najbliższe dwa dni dadzą odpowiedź na to pytanie.

Hanuś:

Ostatnie kilka dni żeglugi było niezwykle emocjonujące. Mnie wciąż bardzo cieszy widok gór lodowych na horyzoncie. Nie mogę się opanować i robię im setki zdjęć. Każda wydaje się warta uwiecznienia. Wyjątkową przygodą było podpłynięcie blisko wyspy lodowej, wnet na wyciągnięcie ręki. Płynęliśmy z wiatrem, więc na pokładzie nie odczuwało się prędkości. Jednak strzeliste klify lodowe szybko przesuwały się wzdłuż naszej prawej burty. Gdy myśleliśmy, że już zbliżamy się do krańca wyspy, zza lodowego cypla wyłoniła się ogromna zatoka i kolejna długa ściana klifu. Niezwykłą niespodzianką była obecność wielorybów przy ścianach wyspy. Cały ten spektakl uświetniło piękne słońce i czyste niebo.
Ciekawym czasem był także okres dwóch sztormów, z którymi spotkaliśmy się na Morzu Somowa. Żeglowanie w zamieci śnieżnej, wśród gór lodowych przy 40 węzłowym wietrze jest dla mnie sportem ekstremalnym. Będąc na wachcie wszystkie zmysły nastawione mam na maksymalną czułość. Potęga oceanu przenika mnie na wskroś. Po wachcie odczuwam wspaniałe zmęczenie – zarówno to fizyczne, jak i nasycenie zmysłów. Wiem, że jeszcze nie jeden taki sztorm w tym rejsie mnie czeka.
Po sztormie dotarliśmy do brzegów Wysp Balleny’ego. Jeden z czytelników naszego bloga, Mariusz, mobilizował nas, żebyśmy dopłynęli do brzegów Sabrina Island, opodal której wyrasta z wody niezwykła skała – The Monolith. Wyłania się ona z wody niczym ogromny kieł zbudowany z wulkanicznej skały. Wciąż jeszcze sztormowe warunki i śnieżyca roztaczały swoją aurę, dlatego widoczność była bardzo ograniczona. Całą Buckle Island, z jej brzegami wyrastającymi na ponad 1000 m.n.p.m. udało nam się zobaczyć tylko przez chwilę, gdy na moment wyszło słońce i chmury się rozrzedziły. Niestety nie zdążyłam nawet zrobić zdjęcia. Niemniej cała ta tajemnicza aura bardzo mi się podobała i oddawała nastrój i klimat tego surowego zakątka ziemi.
Na Sabrina Island zobaczyliśmy pierwsze w tym rejsie pingwiny. Nawet nie myśleliśmy o lądowaniu i zbliżeniu się do pingwinów, gdyż Sabrina Island jest rezerwatem objętym specjalną ochroną (ASPA). Nie mamy pozwolenia na zejście na jej brzegi. Ale obserwowanie Wyspy i jej mieszkańców z pokładu Katharsis II było wystarczającą atrakcją.
Po sztormie przyszłe chwile ciszy… Znowu zmagamy się ze słabymi wiatrami, próbując pokonywać kolejne mile w naszej żegludze.
Humory załogi wciąż bardzo dobre. Wachty kambuzowe wznoszą się na wyżyny kulinarne, by każdy obiad był miłym wydarzeniem w życiu załogi.

Napisane przez: Mariusz | 2018/01/25

Zmienne wiatry wzdłuż brzegów wschodniej Antarktydy

Mariusz:
Za nami pierwszy miesiąc żeglugi i prawie 5000 mil morskich od opuszczenia Kapsztadu. Każdy z etapów wyprawy wokół Antarktydy potrafi wyróżnić się czymś szczególnym. Wody okalające wschodnią Antarktydę zajmą szczególne miejsce w naszej pamięci za sprawą olbrzymiej ilości spotkanych gór lodowych. Poza tym dały dam się we znaki słabe i zmienne wiatry.
Planując opłynięcie Antarktydy przeanalizowałem układy wiatrowe wzdłuż naszej potencjalnej trasy z kilku ostatnich lat w okresie od stycznia do połowy marca. Jedyną powtarzającą się prawidłowością była duża zmienność wiatrów, dotycząca zarówno ich prędkości jak i kierunków. Poszczególne lata różniły się między sobą znacząco co do ilości dni ze słabymi wiatrami (poniżej 10 węzłów) i silnymi (powyżej 25 węzłów). Ze słabymi wiatrami trzeba było borykać się średnio przez 15-30% czasu spędzonego w Antarktyce. Na zmaganie z silnymi wiatrami można było liczyć przez 15-25% żeglugi.
Od wpłynięcia na wody Antarktyki odnotowaliśmy zaledwie 20% dni z przebiegami powyżej 170 mil dziennie. Z kolei dni, kiedy musieliśmy męczyć się ze słabymi wiatrami, wypełniły nam aż 35% czasu. Po uwzględnieniu braku postępu spowodowanego zmaganiem się z ciężkim sztormem u bram Morza Davisa okazało się, że prawie co drugi dzień zaliczaliśmy małe dobowe przebiegi. Czyżbyśmy mieli do czynienia z wyjątkowo niekorzystnym rokiem dla żeglugi w Antarktyce? Za wcześnie na takie wnioski. Prognozy na najbliższe dni są optymistyczne. Mam nadzieję na poprawienie statystyk w zakresie dobowych przelotów.
Pływanie w słabych wiatrach jest bardzo wymagające. Często należy korygować żagle, by utrzymać prędkość, a tym samym manewrowość. A ta potrzebna jest do omijania przeszkód lodowych, których nie brak dookoła. Za rufą Katharsis II zostawiliśmy już antarktyczne Morze Wspólnoty, Morze Davisa i Morze Mawsona. Aktualnie jesteśmy na Morzu Dumont d’Urvilla. Obszar między 80 a 140 południkiem wschodnim zapamiętamy jako rejon występowania mnóstwa gór lodowych. Najwięcej spotkaliśmy przy omijaniu paku lodowego wychodzącego z Lodowca Szelfowego Shackletona. Miejsce to nazwaliśmy „Lodowym Miastem”. W zasięgu wzroku naliczyliśmy ponad setkę unoszących się na wodzie gór lodowych. Na pozostałym obszarze ich ilość oscylowała w granicach czterdziestu. Pływanie między nimi przypomina żeglugę po akwenie, gęsto utkanym wysepkami. Zasadnicza różnica polega na tym, że wysp lodowych nie ma na żadnej z map. Spotykamy na swej drodze góry w różnym stadium rozpadu. Często mijamy sporych rozmiarów młode stołowe wyspy lodowe, które zapewne w tym sezonie oderwały się z lodowca szelfowego. Majestatycznie unoszą się one na falach, wzbudzając respekt, dzięki swej wielkości i strzelistym klifom. Widoczne na powierzchni gór jamy są wynikiem działania fal roztrzaskujących się o ich ściany. Często takiej wyspie towarzyszy smuga drobnego lodu i sporych rozmiarów growlerów, które dopiero co odpadły od niej. Proces odłamywania się lodu od góry nazywane jest cieleniem. Zmiana środka ciężkości, będąca wynikiem cielenia się gór doprowadza czasami do ich obrócenia. To co wystaje wtedy ponad powierzchnię wody ma niesamowite kształty.
Obecnie żeglujemy w kierunku wschodnim wzdłuż 64. równoleżnika południowego. Zaledwie kilka mil na południe od nas rozciąga się zwarty pak lodowy. Przed nami Morze Somowa, na którym będziemy mogli popłynąć głębiej na południe. Leżą na nim Wyspy Balleny’ego. Mamy nadzieję zobaczyć ląd po raz pierwszy od opuszczenia Kapsztadu. Czy nam się to uda zależeć będzie od sztormu, który zamierza przywitać nas w tamtych okolicach.

Hania:
Po silnym sztormie przyszły dwa dni z żeglownym wiatrem, który pozwolił nam w pięknym stylu przemierzać Morze Davisa. Pod pełnymi żaglami mijaliśmy majestatyczne góry lodowe, które ciągnęły się po horyzont. Była to istna uczta dla oczu, jak i dla naszych żeglarskich apetytów. Żagle idealnie wypełnione wiatrem pchały Katharsis II z dużą prędkością w pożądanym kierunku, czyli na wschód. Jednak po dniach wiatrowej rozpusty nastał czas zmiennych i słabych wiatrów. Nasza cierpliwość wystawiona była na sporą próbę. I chyba nasze żeglarskie umiejętności także. Gdy wiatr wieje idealnie, to wystarczy postawić żagle, stanąć za sterem i jacht praktycznie sam płynie. Ale gdy jest go mało i wciąż myszkuje, czyli zmienia kierunek, to trzeba być niezwykle czujnym i dostosowywać ustawienie żagli do nowych warunków. Trymując z Irkiem żagle na wachcie czułam się momentami jak na regatach, a nie w trakcie oceanicznej żeglugi. Optymalne ustawienie żagli i reagowanie na każdą zmianę wiatru pozwalało nam na zmierzanie do celu nawet przy najmniejszych podmuchach wiatru. Momentami wiało raptem 6 węzłów wiatru, a nam udawało się wyciskać z Katharsis II 3 do 4 węzłów prędkości. Musieliśmy myśleć o zachowaniu manewrowości, czyli choć minimalnej prędkości, by móc wymijać góry lodowe i inne drobne lodowe przeszkody. Po kilku dniach wyczerpującej żeglugi ze zmiennymi wiatrami na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury. Przyniosły one silne opady śniegu, ale także uderzenie 20 węzłowego wiatru. Śnieg na pokładzie był okazją do zabaw w śnieżki, ale też wyszorowania pokładu. Podczas żeglugi dookoła Antarktydy mamy bardzo ograniczone zasoby wody i nie możemy sobie pozwolić na szorowanie pokładu słodką wodą. A opady świeżego śniegu to nic innego jak dostawa słodkiej wody. Wystarczy szczotka i trochę energii i już pył oceaniczny (jak nazywamy kurz na pokładzie w czasie rejsu) znika. Jest to także niezła gimnastyka, gdyż w przechyle trzeba nieźle balansować na śliskim pokładzie.
A tak z życia załogi, to mamy za sobą ważną okazję, a mianowicie urodziny kapitana. Uczciliśmy je wspólnym śniadaniem, uroczystym obiadem oraz ciastem. Tomek sprezentował Mariuszowi tort. Pomimo przechyłu upiekł idealny biszkopt, zrobił krem waniliowy i przyozdobił tort galaretką. Nasz pierwszy oficer jest jachtowym mistrzem cukierniczym.
Ze smutnych wydarzeń w życiu załogi, to skończyły się pomidory. Z tej okazji zrobiliśmy pożegnalną sałatkę grecką. Zostało nam jeszcze trochę świeżej marchewki, papryki i kapusty oraz całe worki ziemniaków, cebuli i czosnku – szkorbut nam nie grozi. Poza tym uruchomiłam już nasz pokładowy ogródek, czyli uprawę kiełków. Pierwsze plony bujnie obrodziły. Chyba sprzyja im wilgoć oraz umiarkowana temperatura pod pokładem, czyli około 12-15 stopni.

Napisane przez: Hanuś | 2018/01/18

Morze Davisa – kraina gór lodowych

Kilka dni spędzonych na Morzu Davisa zapadną mi na długo w pamięci. Z jednej strony za sprawą sztormu, który dopadł nas na 85 południku. Jednak nie sam sztorm był niezwykły i przejmujący, a otoczenie w jakim przyszło nam zmierzyć się z tym żywiołem. Ogromne oceaniczne fale oraz silne, przeciwne wiatry zawsze wzbudzają we mnie respekt. Tym razem to monumentalne góry lodowe, które niczym wyspy unosiły się na wzburzonym morzu, przykuwały uwagę i hipnotyzowały. Podczas gdy my zmagaliśmy się na jachcie z falami i wiatrem, one po prostu tam były i wydawały się niewzruszone. Sztormując musieliśmy je omijać oraz uważać na odłamki lodu, które za sobą zostawiały.
Niesamowite było także sztormowanie za pakiem lodowym. Wiedziałam z teorii, że jest to jedna z metod na przeczekanie nawałnicy, gdyż pak lodowy wytłumia fale, jednak do tej pory nigdy tego nie praktykowaliśmy. Najtrudniejszym momentem było dopłynięcie za pak, manewrując między kawałkami lodu ukrywającymi się za falami.
Początki znajomości z Morzem Davisa nie były łatwe. Ale po przejściu sztormu pokazało mi ono kolejne, magiczne oblicze Antarktydy. Po sztormie na niebie pojawiło się słońce oraz idealny wiatr do żeglugi. Mogliśmy przez kilka dni spokojnie płynąć z wiatrem dosłownie wśród gór lodowych. Obraz radaru, na którym gęsto było od punktów sygnalizujących przeszkody na wodzie, mógł przerażać. Jednak widok w rzeczywistości był olśniewający. Dookoła nas widać było przepiękne masy lodu. Podziwiając najróżniejsze kształty gór czułam się jak w jakiejś bajkowej galerii sztuki, gdzie setki artystów wystawia swoje prace z białego i błękitnego marmuru.
Widok gór lodowych zawsze mnie zachwyca. Pierwsza góra na horyzoncie wywołuje u mnie dziką radość. Podskakuję i cieszę się jak dziecko, robiąc mnóstwo zdjęć. Przy drugiej jestem dalej cała rozradowana, ale powoli pojawia się zaduma i refleksja nad potęgą przyrody. Z każdą kolejną nie mogę się nadziwić pięknu tego świata. A jak tu odebrać te setki gór lodowych, które zobaczyłam na Morzu Davisa? Było to niezwykłe doświadczenie. Piękno i rozmach tego miejsca są trudne do opisania. Było magicznie, obłędnie, niesamowicie, po prostu kosmicznie.

Napisane przez: Mariusz | 2018/01/15

Ciężki sztorm na 85. południku

Mariusz:

Granice Morza Davisa wyznaczają dwa lodowce szelfowe: Zachodni Lodowiec Szelfowy na zachodzie i Lodowiec Szelfowy Shackeltona na wschodzie. Z obu wychodził pak lodowy, sięgający 63. równoleżnika. Zbliżaliśmy się powoli do pierwszego z nich w zanikającym wietrze. Zbliżaliśmy się do 64. równoleżnika i noce były już białe. Dookoła pojawiało się coraz więcej gór lodowych. Nie wywoływały w nas niepokoju, gdyż z łatwością je omijaliśmy.
Muszę przyznać, że miałem dużą obawę przed zbliżającym się głębokim niżem. Większość niżów krążących wokół Antarktydy nie dociera do jej brzegów, odbijając się od wyżu zalegającego nad kontynentem. Ten, który wzbudził moje obawy, spadał z dużą prędkością z nad Wyspy Kerguelena, a w jego środku panowało ciśnienie zaledwie 930 hPa. Tak niskie ciśnienie to nie żarty. Prognoza przewidywała wiatry wiejące z prędkością 55 węzłów, wywołujące fale do 15 metrów. Z doświadczenia wiem, że wiatr z reguły bywa większy od prognozowanego, a w porywach potrafi wiać z prędkością większą nawet o 40%. My mieliśmy znaleźć się w dolnej połówce niżu, z wiatrem słabszym, ale ciągle powyżej 40 węzłów, wiejącym z dokładnie przeciwnego kierunku do naszego kursu. Mniej wiatru, a co za tym idzie, mniejsze zafalowanie miało być w pobliżu samego kontynentu.
Ostatni taki ciężki sztorm z wiatrem z przeciwnego kierunku przeżyliśmy u wejścia do Zatoki Wielorybiej na Morzu Rossa w 2015. Wtedy główne uderzenie ustąpiło po 12 godzinach. Teraz musieliśmy liczyć się z 48 godzinami walki. Nie najlepsza to perspektywa spędzenia dwóch dni w okolicach rozległego paku lodowego. Na zdjęciach satelitarnych widać było szerokie na kilka mil przejście w paku w kierunku Morza Davisa. Skusiłem się, by tam popłynąć, przedostać się na Morze Davisa i mieć kilkanaście godzin na oddalenie się od lodu i przygotowanie do sztormowania.
Pak z Zachodniego Szelfu Lodowego pokazał się przed dziobem Katharsis II tuż po północy w czwartek 11 stycznia. Obserwując jego wnętrze widzieliśmy nawarstwioną krę i zaparkowane w nim góry lodowe. Wydawał się być nie do przebycia. Nie mogliśmy dostrzec w nim śladu wolnej od lodu wody.
Mapy lodowe pokazują zawsze historię z poprzedniego dnia. Trzeba przeanalizować serię z kilku kolejnych dni, by samemu przewidzieć to, co możemy zastać. Widziałem na nich zwężający się przesmyk i jednocześnie rozmywający się pak ku północy. Miałem nadzieję, że jeszcze znajdziemy przejście nieco wyżej. Na szczęście słaby wiatr pozwolił nam bez większych problemów płynąć wzdłuż krawędzi lodu. Jedną z cech lodu jest to, że trzyma się razem. Dopiero silne prądy lub wiatry potrafią rozbić tą lodową konstrukcję. W naszym przypadku brak silnych wiatrów scalił pak w jedną długą mierzeję. Po kilku godzinach znaleźliśmy wolną od kry wodę. Wpłynęliśmy tam, ale po czterech godzinach zorientowaliśmy się, że znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Musieliśmy wycofać się. Dalsze poszukiwania przesmyku nie miały już sensu i popłynęliśmy na północ szukając krańca paku lodowego. Jego czub oddalony był aż o 30 mil od tego, co pokazywały zdjęcia satelitarne.
Do krańca paku lodowego dopłynęliśmy tuż przed północą. Wiatr stężał już na tyle, że postanowiłem zredukować powierzchnię grota do czwartego refu i ruszyć w bój. Refując grota zauważyliśmy spory wyciek płynu hydraulicznego z obciągacza bomu. Warunki nie pozwalały już na znalezienie przyczyny wycieku. Zrzuciliśmy więc całkowicie grota i na samym sztakslu wyruszyliśmy w morze.
Sztaksel całkiem nieźle radził sobie z coraz silniejszym wiatrem i szybko narastającymi falami. Płynęliśmy na północ bardzo ostro pod wiatr. Coraz większe fale nie pozwalały rozpędzić się nam powyżej 4 węzłów. By utrzymać kurs na watr musieliśmy mieć ster wychylony całkowicie na prawą burtę. Wyraźnie brakowało nam grota. Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić płynięcie w takich warunkach z prędkością powyżej 5 węzłów. Groziłoby to spadaniem w otchłań z rosnących z każdą godziną fal.
Wiatr zacinał śniegiem. Smagał twarze, pomimo gogli i kominiarek zawsze znajdywał drogę, by kąsać skórę. Cierpły od chłodu dłonie. W takich warunkach tylko gumowe rękawice nie przepuszczają wilgoci. Sztormiaki zostały zastąpione przez jednoczęściowe kombinezony (nasze żółtaczki Musto), które skutecznie chronią przed falami przelewającymi się przez pokład.
Dookoła nas nie brakowało gór lodowych i okruchów lodu, który trzeba było wypatrywać i omijać. Sztormowy wiatr spychał jacht w bok, utrudniając manewry i dodając do naszego kursu ponad 30o dryf. Po dwunastu godzinach wyczerpującej i nieprzynoszącej pożądanego celu żeglugi, zrobiliśmy zwrot. Tak duży boczny dryf spowodował, że po zwrocie zaczęliśmy się cofać.
Po kolejnych dwunastu godzinach znaleźliśmy się w okolicach rozpoczęcia sztormowania, tylko że przesunięci o kilkanaście mil na zachód. O tyle też przesunął się pak lodowy. Znaleźliśmy się w jego cieniu, otoczeni dużą ilością lodowego gruzu. Tak olbrzymia ilość lodu spowodowała wygładzenie się morza. Okazało się, że jest to najlepsze miejsce na przeczekanie drugiej doby sztormu. Dryfowaliśmy w cieniu paku, bez większego problemu korygując nasze położenie względem niego. Czuliśmy się bardzo bezpieczni, mimo że kilkakrotnie otarliśmy się o przepływające growlery.
W bezpiecznych warunkach można było znaleźć czas na sen i regenerację sił. Po kolejnych 18 godzinach wiatr zelżał do 30 węzłów. Awaria hydrauliki obciągacza bomu została usunięta. W sobotnie popołudnie (13 stycznia) podnieśliśmy grot na trzecim refie i wróciliśmy do żeglugi w pożądanym kierunku. Po prawie trzech dobach od dopłynięcia do Zachodniego Lodowca Szelfowego po raz kolejny przekroczyliśmy 85. południk. Tym razem mogliśmy go na dobre zostawić za rufą i wpłynąć na Morze Davisa.

Napisane przez: Mariusz | 2018/01/09

Na wodach Antarktyki

Mariusz:

W piątek 5 stycznia 2018 roku o godzinie 2112 czasu jachtowego (UTC+4) Katharsis II wpłynęła na wody Antarktyki przecinając równoleżnik 60. południowej szerokości geograficznej na wysokości 58. południka długości geograficznej wschodniej. Etap ten zajął nam niecałe dwa tygodnie. Zanotowaliśmy zadawalające tempo, biorąc pod uwagę panujące warunki pogodowe.
Przecinając 60. równoleżnik rozpoczęliśmy zasadniczy etap okrążania Antarktydy. Przed nami ponad dwa miesiące żeglugi po bardzo wymagającym akwenie. Realizacja celu zależeć będzie od wielu czynników. Nie możemy pozwolić sobie na uszkodzenie jachtu, w szczególności poprzez kontakt z lodem. Chciałbym zrobić pętlę tak blisko kontynentu, jak tylko lody na to pozwolą. Ale najkrótsza droga wcale nie musi oznaczać najszybszej. Przy samym lądzie występują bowiem przeciwne prądy oraz mniej korzystne wiatry.
W lodowej układance szczególnie ciekawe będą dwa miejsca: Morze Rossa i Morze Wedella. U wejścia pierwszego powinniśmy znaleźć się pod koniec stycznia. Jeśli sytuacja lodowa będzie podobna do tej, którą zastaliśmy w 2015 roku, oznaczać to będzie dla nas konieczność opływania bariery lodowej bez możliwości skrócenia drogi. Dzisiaj musielibyśmy płynąć w tym rejonie po 65. równoleżniku. Z kolei lody z Morza Wedella wypływają poza 60. równoleżnik. Będąc tam w połowie lutego mam nadzieję spotkać taką jego ilość, która nie wypchnie nas poza wody Antarktyki. Przyszłość pokaże z czym będziemy musieli się zmierzyć. Taktykę płynięcia będziemy dostosowywać do panujących warunków.
Za nami pierwsze dni na wodach Antarktyki. Wpłynęliśmy na Morze Wspólnoty z zamiarem dotarcia do 63. równoleżnika. Początek nie należał do wietrznych, co odbiło się na dobowych przelotach. Za to skończyły się ciemne noce i nie musieliśmy zwalniać w celu zminimalizowania konsekwencji zetknięcia się z lodem. Góry lodowe łatwo jest ominąć, ale mniejsze kawałki lodu już nie. Można je zauważyć dopiero z odległości kilkuset metrów. Przez najbliższe kilka tygodni powinniśmy mieć jednak komfort dobrej widoczności. Do tej pory dwukrotnie wpłynęliśmy w smugę growlerów ciągnących się za wyjątkowo dużymi górami lodowymi. Manewrowanie między nimi przy pełnej prędkości jachtu może doprowadzić do zawału serca. Każdorazowo redukowaliśmy jednak prędkość, zwijając przednie żagle. Łatwiej w ten sposób unikać przeszkód.
Życie pod pokładem wyznacza rytm wacht. Coraz dotkliwszy chłód powoduje, że potrzebujemy więcej czasu na wypoczynek. Przynajmniej raz dziennie wszyscy mobilizują się, by zasiąść do stołu i razem zjeść obiad. Każda kolejna wachta przygotowująca posiłek dwoi się i troi, by jej kulinarny kunszt był doceniony i ciepło przyjęty. W wolnych chwilach oddajemy się lekturze książek lub włączamy kino domowe.
Żeglujemy w trybie czterech wacht po 3 godziny na zewnątrz i trzy godziny czuwania pod pokładem w gotowości do pomocy na zewnątrz. Tym sposobem każdy ma możliwość przespania prawie 6 godzin. Tomek z Wojtkiem są na wachcie na pokładzie w godzinach 0000-0300 i 1200-1500 oraz na czuwaniu od 0300-0600 i 1500-1800. Po nich na wachtę wychodzi Michał z Piotrem (wachta na pokładzie 0300-0600 i 1500-1800 oraz czuwająca: 0600-0900 i 1800-2100), następnie Maćka z Robertem (0600-0900 i 1800-2100 oraz czuwanie 0900-1200 i 2100-0000), a po nich Hania z Irkiem. System stałych godzin wacht bardzo sprawdza się nam w rejsach. Pozwala on na przystosowanie się do godzin i wprowadzenie organizmu w stały rytm.
Płynąc na wschód zmieniamy regularnie czas jachtowy dostosowując go do rzeczywistej strefy czasowej. Obecnie jesteśmy w strefie UTC+5, czyli mamy 4 godziny później niż w Polsce.
Przed nami pierwsze poważne wyzwanie w tym etapie wyprawy. Zbliżamy się do 85. południka, w okolicach którego widać sporo kry. Jednocześnie zbliża się do nas bardzo głęboki niż (centrum 930 hPa), z niemalże huraganowym wiatrem i falami przekraczającymi 15 metrów. Będzie się działo od czwartku do soboty. Spróbujemy zminimalizować efekt niżu, schodząc w pobliże kontynentu i blisko lodów, gdzie ma być spokojniej. Mam nadzieję, że zdjęcia satelitarne odzwierciedlają w miarę dokładnie sytuację lodową na Morzu Davisa i nie będziemy musieli się wycofywać z okuć lodów.

Napisane przez: Mariusz | 2018/01/04

Pierwsze dni Nowego Roku na Katharsis II

Mariusz:

Dni upływają nam bardzo szybko. Mogłoby się wydawać, że życie na morzu jest monotonne i czas stoi w miejscu. Nic bardziej mylnego. Cokolwiek byśmy nie robili, trwa to dłużej niż na lądzie. Jacht kołysząc się na falach wytwarza siły, którym trzeba się przeciwstawić, napiąć mięśnie, złapać równowagę. Przygotowanie chociażby obiadu dla 9 osobowej załogi zajmuje od dwóch do trzech godzin, mimo że korzystamy często z wcześniej przygotowanych składników. Kiedy tężeje wiatr i pogarszają się warunki więcej czasu potrzebujemy na regenerację sił. Najprostsza naprawa również musi uwzględniać pogodę i potrafi wypełnić cały dzień.
Wiatry sprzyjają nam ostatnio podczas żeglugi na południe. Są słabsze niż się spodziewałem. Daje to nam wprawdzie mniejsze dobowe przebiegi, ale oszczędza jacht i załogę. Na przebycie pierwszych 2000 mil morskich potrzebowaliśmy 12 dni. Bardzo dobrych dni, z przebiegami powyżej 190 mil, mieliśmy pięć. Trzy dni były normalne, kiedy przepłynęliśmy 170 – 190 mil morskich. Cztery dni mieliśmy wolniejsze, kiedy nie byliśmy w stanie przepłynąć 170 mil morskich, w tym pamiętny bez wiatrowy pierwszy dzień rejsu.
Pogoda dopisała nam również podczas Sylwestra. Przed zachodem nad horyzontem pojawiło się piękne słońce. Mogliśmy rok 2017 żegnać otuleni kolorytem nieba. Jachtem nie rzucało, tak jak zazwyczaj na wszystkie strony, co pozwoliło nam na przygotowanie kolacji pełnej smaków. Naczyniom nie groziło zsunięcie się ze stołu. Nie zabrakło tańców, jednak zabawa nie trwała do białego rana. Zapewne refleksja nad kończącym się rokiem oraz świadomość trudów trwającej wyprawy spowodowały, że rozeszliśmy się do kabin krótko po złożeniu sobie życzeń Noworocznych.
Sztorm uderzył w nas w nocy z 1-go na 2-go stycznia. Rozległy układ niżowy rozciągał się od brzegów Antarktydy po Afrykę. Dodatkowo wciskał się w stacjonarny wyż usadowiony na południowy wschód od Afryki Południowej. To z niego przyszło pierwsze uderzenie północnego wiatru.
Zanim ocean się wybudował, udało się nam przygotować i przetestować pierwszą z boi badawczych. Będą one działać w ramach międzynarodowego programu naukowego Argo. Wytypowaliśmy kilka sektorów o powierzchni zbliżonej do Polski, gdzie takich urządzeń jeszcze nie ma lub funkcjonuje co najwyżej jedno. Warunki do wykonania tej operacji nie były łatwe, ze względu na silny wiatr i dużą falę. Ustawiliśmy jacht do linii wiatru, by zmniejszyć jego prędkość. Gdy spadła ona do 2 węzłów bez najmniejszych problemów zwodowaliśmy boję. Ta początkowo zanurzyła się całkowicie, by po chwili pojawić się na powierzchni i wesoło kiwając się, pożegnać nas.
Druga odsłona sztormu dała nam się nieco we znaki. Podczas refowania grota straciliśmy jeden z wózków mocujących żagiel do masztu. Musieliśmy żagiel całkowicie zrzucić, by uniknąć rozdarcia na wysokości drugiej listwy. Sztormowaliśmy w ten sposób tylko na żaglach przednich. Zanotowaliśmy wiatr wiejący w porywach do 55 węzłów. Wysokie fale miotały jachtem, nie powodując jednak żadnych dalszych uszkodzeń. Grot wrócił do pracy po wymianie wózka, gdy ocean nieco ustąpił.
3 stycznia na horyzoncie pojawiła się pierwsza góra lodowa. Kilka dni wcześniej widzieliśmy olbrzymie echo na radarze w odległości kilkunastu mil. Domyślaliśmy się, że to może być wielka góra, ale nie byliśmy w stanie tego potwierdzić, z uwagi na mgłę. Góry lodowe potrafią wędrować daleko poza wody Antarktyki. Teraz nie mieliśmy wątpliwości – widzieliśmy unoszący się na falach blok lodu. Musimy być wyczuleni na każdy cień na radarze. Góry lodowe będą nam towarzyszyły przez kolejne tygodnie żeglugi. Życzymy sobie, jak najmniej mgły i ciemnych nocy, które nie pomagają w wypatrywaniu przeszkód. Mam świadomość, że mgły będą niestety występować nawet co drugi, trzeci dzień. Noce za dwa dni powinny ustąpić letniemu światłu. Ciemne godziny powrócą w lutym.
Im jesteśmy bliżej Antarktyki, tym woda jest zimniejsza i gęstsza. Wydaje się, że szybciej uspokaja się po sztormie. Ocean Południowy potrafi wytwarzać bardzo niebezpieczne fale. Czując respekt przed mocą fal decydowałem się na konserwatywną taktykę żeglugi. Nie przeszkodziło to nam jednak w przetestowaniu różnych kombinacji żagli. Zaczęliśmy używać ciężkiego spinakera, zamówionego specjalnie na tą wyprawę czy kombinacji wszystkich posiadanych żagli w ustawieniu na motyla. Będzie nam to potrzebne na głębokim południu, gdzie wiatry są wyjątkowo zmienne.

Napisane przez: Hanuś | 2017/12/29

Pierwsze 1000 mil za nami

Mariusz:

Wiatr zaczął tężeć, powodując budowanie się coraz większych fal z każdą godziną w dniu Wigilii świąt Bożego Narodzenia. Obciążona Katharsis II zaczęła majestatyczny taniec: góra, dół, góra, dół. Przeciążenia były coraz większe, co groziło wywołaniem u części załogi choroby morskiej. W mniejszym lub większym stopniu dotyka ona każdego na morzu. Stosuje się najprzeróżniejsze metody, by jej uniknąć, ale żadna nie jest uniwersalną. Przebywanie pod pokładem tylko pogłębia stan osłabienia.
Podzieliliśmy się opłatkiem w kokpicie na zewnątrz, by móc później w komplecie zasiąść do kolacji. Był to wzruszający moment. Targani byliśmy mieszanymi uczuciami: entuzjazm z powodu rozpoczęcia wyprawy mieszał się z tęsknotą za najbliższymi i obawami związanymi z trudami czekającej nas wyprawy. Na pokładzie Katharsis II stajemy się po raz kolejny jedną rodziną, gotową wspierać się nawzajem w trudnych chwilach, ciężko pracować, ale i radować się, gdy tylko nadarzy się okazja.
Wigilia odbyła się zgodnie z tradycją. Był opłatek, kolędy, dwanaście potraw i nawet Święty Mikołaj pamiętał o nas. Świętowanie nie trwało jednak zbyt długo. Nadchodzący sztorm wymusił na nas szybkie tempo spożywania kolacji i powrót do trybu roboczego
Płyniemy w systemie czterech dwuosobowych wacht 3-godzinnych, z wachtą schodzącą będącą w trybie czuwania tak, by w każdej chwili móc wyskoczyć na pokład i wspomóc działania ekipy pracującej na zewnątrz. Noc z niedzieli na poniedziałek dała nam popalić. Zredukowaliśmy się do 3-go refu na grocie, a z przodu powiewał mały zredukowany sztaksel. Mimo tego i tak przepłynęliśmy 200 mil morskich w ciągu 24 godzin. Płynęliśmy w półwietrze i fale co jakiś czas wlewały się z impetem na pokład. Jedna z nich miała taką siłę, że wyrwała nam szpryc budę (owiewkę). Na szczęście przelatujący metalowy stelaż nikogo nie staranował. Woda wypełniając kokpit po jego brzegi, wlała się przez otwór wentylacyjny do kabiny na lewej burcie. Szczególnie ucierpiała koja Zefira. Przed zalaniem mesy (salonu) uchroniła nas druga (mała) szpryc buda, którą zainstalowaliśmy przed regatami Sydney – Hobart.
Od czasu wyprawy na Morze Rossa usiłujemy znaleźć przyczynę przecieków w kapitańskiej kajucie. Jest to jedyne pomieszczenie na jachcie, które nie jest szczelne. Kilka sztormowych godzin ponownie potwierdziło, że wszystkie prace polegające na uszczelnieniu wszystkiego co się da, niewiele dały. Woda lała się ciurkiem po tylnej ścianie zalewając koję. Perspektywa mokrego na wskroś materaca przez kilka najbliższych miesięcy jest mało zachęcająca. Ewakuowaliśmy się z materacami do salonu i po raz kolejny rozebraliśmy kabinę szukając źródła przecieku. Udało nam się znaleźć mikro otwór, z którego tryska woda pod dużym ciśnieniem. Wydaje się, że w końcu mamy tą uciążliwą sytuację pod kontrolą.
Po południu szpryc buda wróciła na swoje miejsce. Bez ochrony przed mroźnym wiatrem trudno było by funkcjonować. Zabezpieczyliśmy również ciężko pracujący dodatkowy elastyczny zbiornik awaryjny na dziobie przed groźbą uszkodzenia przez przelewające się fale. Czekamy na kolejny sztorm, by sprawdzić skuteczność naszych patentów.
Pierwsze dni dały się we znaki Irkowi, Magdzie, Piotrkowi i Wojtkowi. Mimo zmęczenia chorobą morską dzielnie uczestniczyli we wszystkich wachtach i obowiązkach. Najtrudniej przychodziło im przyjmowanie posiłków. Choroba morska na szczęście nie trwa wiecznie i gdy we wtorek na stole pojawiła się krwista pieczeń wołowa, wszystkim nagle wrócił apetyt. Reszta załogi też swoje odcierpiała. Jeszcze w Kapsztadzie rozchorował się Tomek i Robert. Ja osłabienie poczułem w poniedziałek, Hania we wtorek a Michał w środę. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak nafaszerować się antybiotykami. Dzisiaj w piątkowy wieczór 29 grudnia mogę powiedzieć, że najgorsze już za nami.
Mile upływają szybko. Poza nieszczęsnym pierwszym bezwietrznym dniem przepływamy w granicach 200 mil dziennie. Mniejszy dystans zaliczyliśmy jeszcze we wtorek, kiedy wiatr zelżał po sztormowym poniedziałku, a my dodatkowo zmagaliśmy się z silnym przeciwnym 3 węzłowym prądem. W ten sposób żegnał nas słynny Agulhas, wytwarzając zawirowania kilkaset mil od lądu.
Staram się nie cisnąć jachtu do granic jego możliwości. Ta wyprawa to nie to samo, co krótkodystansowe regaty. Jesteśmy mocno obciążeni i przed nami jeszcze szmat drogi do przebycia po bardzo zdradliwych wodach. Jest coraz chłodniej. Trudno wytrzymać na zewnątrz bez czterech warstw pod sztormiakiem. Na szczęście pod pokładem można się ogrzać, przyjąć gorące płyny i pyszny obiad wyczarowany codziennie przez kolejną wachtę. Nastroje wśród załogi są fantastyczne. Oby tak do końca.
Jest piątek 29 grudnia 2017 roku godzina 2200 czasu łódkowego (UTC+2). Nasza pozycja 48st.25S, 032st.21E, kurs 140, wiatr W 30 węzłów, prędkość 8 węzłów, grot 3.ref i sztaksel.

Napisane przez: Mariusz | 2017/12/24

Ruszamy w wielki rejs

Mariusz:

Ostatnie kilka dni przed wypłynięciem należały do bardzo pracowitych. Wypełniliśmy prowiantem każdy schowek na jachcie. Ostatnim urządzeniem, które dotarło na pokład Katharsis II była kamera termowizyjna. Jej podłączanie skończyliśmy dopiero późnym piątkowym popołudniem. Byliśmy gotowi do żeglugi.
Czekaliśmy na ten moment cały rok. Wróciliśmy do Kapsztadu by wypłynąć w rejs dookoła Antarktydy, który musieliśmy przerwać tak nieprzewidzianie rok temu. Na szczęście wczesna diagnoza obecności nowotworu piersi u Hani pozwoliła jej pozbyć się skutecznie tego drania. Znów jest pełna energii, coraz silniejsza i na pewno nie będzie pasażerką podczas tej wyprawy. Podziwiam siłę jej charakteru i pozytywną energię, którą przekazywała otoczeniu w jakże trudnych dla niej chwilach.
Wyprawa dookoła Antarktydy jest zapewne największym naszym żeglarskim wyzwaniem. Oznacza ono walkę z czasem w ekstremalnie trudnych warunkach. Rejs zgłosiliśmy do WSSRC (Word Sailing Record Speed Council) – organizacji odnotowującej wyczyny i rekordy żeglarskie. Zależało mi, by po tak ciekawym rejsie pozostał ślad, stąd próba zarejestrowania wyczynu. Tej trasy jeszcze nikt wcześniej nie pokonał, więc jest warta odnotowania. Nie o czas tutaj przy tym chodzi, chociaż to on będzie swojego rodzaju miernikiem wyczynu. Najważniejszym jest to, by przepłynąć całą trasę z Kapsztadu do Hobart zakładaną drogą, czyli przez wody Oceanu Południowego na wody mórz okalających Antarktydę, po czym zrobić pętlę wokół kontynentu Antarktydy jak najbliżej jej lądu i po jej zamknięciu dopłynąć bezpiecznie na Tasmanię. Pętla wokół Antarktydy wykonana całkowicie na południe od 60 stopnia szerokości geograficznej południowej to właśnie to czego nie dokonał jeszcze żaden żeglarz. Dwie znane mi próby zakończyły sią przerwaniem rejsów, pętle zakończone sukcesem zrobione były na północ od 60 równoleżnika.
Zakładam, że spędzimy na wodach Antarktyki ponad dwa miesiące. Musimy być tam całkowicie samowystarczalni i zdani tylko na siebie. Dlatego dołożyliśmy wszelkich starań, by jacht nas nie zawiódł w czasie tej polarnej wyprawy. Czas nie jest najważniejszy, ale gra dla nas kluczową rolę. Startujemy tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a więc na początku lata na półkuli południowej. Chcemy być w najbardziej zalodzonym akwenie na naszej trasie, jakim jest Morze Wedella dopiero w połowie lutego, kiedy lodu powinno być tam najmniej. Ale to oznacza walkę z czasem przed zamarzającymi w marcu pozostałymi do zamknięcia pętli wodami Antarktyki.
Pogoda w trakcie przygotowań była wyjątkowo wietrzna. Rozległy wyż usadowił się na południowy zachód od Kapsztadu. Przesuwający się na wschód układ napotykał opór lądu, powodując ściskanie mas powietrza w pobliżu brzegów. To było przyczyną występowania silnych, sztormowych wiatrów wiejących wzdłuż wybrzeża Przylądka Dobrej Nadziei. Zapowiadał się dla nas mało przyjemny początek żeglugi pod ostry wiatr i to przez kilka kolejnych dni. Piątek przyniósł chwilową poprawę pogody i całkowitą zmianę warunków. Oznaczało to innego rodzaju zmaganie się z aurą – zmiennymi słabymi wiatrami.
Cumy oddaliśmy w sobotę 23 grudnia 2017 roku tuż po godzinie ósmej rano. Całą załogę rozsadzała wielka radość i ulga – w końcu po ponad roku jesteśmy w drodze. Żegnała nas grupa przyjaciół. Wiatru nie było nawet na lekarstwo. Obawiałem się, że będziemy musieli dmuchać w żagle, by minąć oficjalną linię startu. Tuż przed dziewiątą lekka bryza pozwoliła jednak wypełnić wiatrem żagle i przecięliśmy bez problemu główki portu w Kapsztadzie o 0856 czasu lokalnego. Już po przepłynięciu niecałej mili wiatr siadł i zaczęła się istna mordęga. Udawało się nam płynąć z prędkością między 2 a 4 węzły przy wietrze wiejącym między 3 a 6 węzłami. Do tego północny wiatr wymusił na nas kilka zwrotów. Tak więc zafundowaliśmy sobie mało regatowy początek wyprawy.
Męczyliśmy się w ten sposób przez całą pierwszą dobę. Dodatkowo słaby wiatr zmieniał często kierunek. Morze natomiast było mocno rozkołysane. Taka kombinacja powoduje, że żagle nie są w stanie się wypełnić, co chwila dostają wiatr wsteczny. Był moment, kiedy mijając już po zmroku Przylądek Dobrej Nadziei wiatr nieco stężał. Pozwoliło nam to na 2-3 godziny w miarę normalnej żeglugi. Odnotowaliśmy swoisty rekord – Katharsis II zaliczyła najkrótszy w swojej historii 24 dobowy przelot – zaledwie 70 mil morskich. Około 1000 w Wigilię Bożego Narodzenia wiatr zaczął w końcu tężeć. Myślę, że dystans pokonany podczas kolejnej doby będzie już taki, do którego Katharsis II nas przyzwyczaił, czyli około 200 mil morskich. Już teraz płyniemy z prędkością około 10 węzłów. Już wkrótce będziemy musieli zacząć redukować żagle. Przed nami pierwsze większe wianie podczas tej wyprawy.
Względnie spokojną żeglugę wykorzystaliśmy na przygotowywania do uroczystości Wigilijnych. Już wczoraj Tomasz upiekł makowiec i piernik, Maćka z Wojtkiem przygotowali pierogi z kapustą i grzybami oraz uszka. Haneczka zrobiła rybę po grecku. Nozdrza podrażnia mi zapach gotowanej zupy grzybowej i czerwonego barszczu. Zapowiada się prawdziwa wigilijna uczta. Oby tylko morze za bardzo się nie wybudowało i żołądki wytrzymały. Początek rejsu bywa trudny nawet dla wilków morskich.
Jest niedziela 24 grudnia 2017 roku godzina 1400 czasu łódkowego (UTC+2). Nasza pozycja 35st.19S, 019st.14E, kurs 145, wiatr W 20 węzłów, prędkość 10 węzłów, grot 2.ref i pełna genua.

Napisane przez: Hanuś | 2017/12/16

Przygotowania do wyprawy

Załoga wyprawy w komplecie na pokładzie Katharsis II

Przygotowania do wyprawy dookoła Antarktydy są już na ostatniej prostej. Jacht szykowany był sukcesywnie od ponad roku. Niemniej w ostatniej chwili zawsze jest jeszcze dużo do zrobienia. W czasie ostatniego rejsu z Madagaskaru do Kapsztadu zaczął nam szwankować radar. Mariusz nie chciał ryzykować płynięcia w tak trudny rejs bez sprawnego w 100% i niezawodnego sprzętu nawigacyjnego, dlatego zdecydował się na jego wymianę. Zainstalowanie radaru nowej generacji pociągnęło za sobą konieczność wymiany czart plotera w kokpicie, który swoją drogą też wykazywał silne ślady zużycia. W ten sposób mamy dwa niezależne systemy nawigacyjne: dotychczasowy Raymarine i nowy Furuno. Zainstalowaliśmy też drugi system satelitarny do transmisji danych – Iridium Open Port, nowy AIS klasy A i nowy komputer stacjonarny, który współpracuje z systemem Furuno. W trosce o nasze bezpieczeństwo Mariusz zdecydował się także na zamontowanie kamery termowizyjnej. Dzięki niej łatwiej nam będzie dostrzec lodowe growlery. Zorganizowanie tak zaawansowanego sprzętu w kilka tygodniu nie było łatwym zadaniem. Musieliśmy wystąpić o specjalne zezwolenie na posiadanie kamery, gdyż zalicza się ona do wyposażenia militarnego, więc jej zainstalowanie obwarowane jest dodatkowymi przepisami. Jacht został rozgrzebany, by móc zainstalować nowy sprzęt i przeciągnąć kable. Bardzo w tym wszystkim pomógł nam Filip, który przyleciał do Kapsztadu, by nas podmienić, gdy polecieliśmy na chwilę do kraju. Jego miesięczny pobyt należał do bardzo pracowitych.
Od 10 dni jesteśmy na pokładzie z całą wyprawową załogą. Dzielimy się pracą. Nawet pozornie proste czynności pochłaniają mnóstwo czasu. Tak było chociażby z przeciągnięciem czterech kabli do nowej kamery. Tomek przez kilka godzin wisiał pod salingiem, gdzie kamera ma być zamontowana, a Irek z Robertem przy stopie masztu z wyczuciem przeciągali pilotkę, za pomocą której przeciągnięto kable. Wszystko jest już gotowe, tylko wciąż czekamy na kamerę, która obecnie utknęła u celników. Powinna dotrzeć tuż przed planowanym wypłynięciem.
W drodze do Kapsztadu uszkodzeniu uległ też jeden z bloków zwrotnych genuy. Wypadły z łożyska wałki, niczym powybijane zęby. Mariusz postanowił wymienić wszystkie duże bloki w układzie grota i genuy. Ostatni blok przyszedł dopiero w piątek – sześć tygodni zajęło Lewmarowi ich wyprodukowanie. Tu Tomkowi pomaga bardzo Wojtek z Irkiem. Poza dodatkową techniczną robotą Tomek wykonuje teraz także wszystkie standardowe okresowe przeglądy całego sprzętu. Dobrze, że jesteśmy już w komplecie i jest kilka dodatkowych par rąk do pomocy.
Piotr wziął na siebie obowiązek wyczyszczenia kadłuba i wymiany pod wodą anod. Wziął ze sobą suchy skafander, gdyż woda ma tu zaledwie kilka stopni. Niskie temperatury nie zniechęciły stworzeń morskich, które licznie postanowiły osiedlić się na naszym kilu, płetwie sterowej i zanurzonej pod wodą części kadłuba. Piotr spędził kilkanaście godzin pod wodą dzielnie czyszcząc kawałek po kawałku.
Ogromnym wyzwaniem jest także zaprowiantowanie jachtu na czas całej wyprawy. Zakładamy opłynięcie Antarktydy w około 100 dni. Ile czasu będziemy potrzebowali w rzeczywistości, to pokażą najbliższe miesiące. Dla bezpieczeństwa gromadzimy zapasy na 120 dni, co oznacza, przy 9 osobowej załodze, ponad 1000 obiadów, 1000 śniadań, 1000 kolacji. Poza tym zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a w marcu czeka nas na morzu Wielkanoc, w trakcie rejsu urodziny niektórych członków załogi, więc i ciasta będziemy piekli. Nagromadzenie tak ogromnej ilości jedzenia wymaga wiele planowania i pracy. Nasz zamrażalnik może pomieścić około 80 kilogramów jedzenia, co stanowi tylko niewielką część naszego zapotrzebowania. Dlatego większość obiadów przygotowujemy sprawdzoną już metodą, czyli pasteryzując jedzenie w szkle. Mięso i warzywa po wstępnej obróbce termicznej wędrują do wyparzonych słoików, które następnie są pasteryzowane przez trzy kolejne dni w piekarniku. Każdy słoik jest ewidencjonowany w spisie zapasów, opisywany i zabezpieczany pod podłogą. W tych szerokościach geograficznych jest to chłodne miejsce, ze względu na niską temperaturę wody. Część zapraw wykonaliśmy z Mariuszem i Tomkiem jeszcze przed przybyciem ekipy. Przez ostatni tydzień kucharzy przenieśliśmy do wynajętego mieszkania, w którym rządziła Maćka z Michałem i Piotrkiem. W ten sposób zabezpieczyliśmy ponad 900 porcji obiadowych w kilkunastu odsłonach, nie licząc dodatków w postaci buraczków i marchewki czy smaczków kolacyjnych takich jak bigos, leczo, fasolka po bretońsku. Zanosi się na bardzo mięsną dietę, która nie jest moją ulubioną, ale trudno o inną w tak chłodnych warunkach w jakich nam przyjdzie spędzić kilkanaście najbliższych tygodni.
Osobnym tematem jest zabezpieczenie masła. Kilka kilogramów przechowujemy w zamrażalniku, a reszta wędruje do słoików. Na ostatnią wyprawę upychaliśmy masło ciasno w słoiki, następnie odkażaliśmy nakrętki spirytusem i chowaliśmy w chłodne miejsce. Niestety odnotowaliśmy spore straty, dlatego teraz zdecydowaliśmy się na inną metodę przechowywania masła. Zostało ono roztopione (nie sklarowane), następnie gorąco przelane do słoików i szczelnie zamknięte. Podczas stygnięcia słoiki były regularnie wstrząsane, by wymieszać je dokładnie i zassać dokładnie denka. Tak przygotowane masło będziemy przechowywać w chłodnym miejscu, czyli pod podłogami. Mamy nadzieję, wytrzyma ono kilka miesięcy.
Przed nami jeszcze zakupy jajek i świeżych warzyw. Będziemy je kupować tuż przed wypłynięciem, czyli już wkrótce.
Przez ponad dwa tygodnie funkcjonowaliśmy w Kapsztadzie równolegle z załogami jachtów Volvo, które zakończyły tu drugi etap regat dookoła świata i szykowały się do trzeciego wyścigu na trasie Kapsztad – Melbourne. Podczas gdy my zwoziliśmy setki kilogramów jedzenia, montowaliśmy miękkie zbiorniki na paliwo, instalowaliśmy dodatkowy sprzęt nawigacyjny, nasi sąsiedzi polerowali dna kadłubów swoich wyścigowych maszyn i przeglądali regatowe żagle. Jakże są to odmienne przygotowania. Niby oni i my mówimy o żeglarstwie, jednak jakże jest to inny jego rodzaj. To tak jakby chcieć porównać wyścigi Formuły 1 do Camel Trophy.
Przygotowania do rejsu pochłaniają nas tak bardzo, że zupełnie nie mamy czasu na zwiedzanie Kapsztadu i jego okolic. Wyrwaliśmy się zaledwie na parę godzin, by oglądać krótkie regaty zorganizowane przez jachty Volvo podczas postoju w Kapsztadzie. Muszę przyznać, że dostarczyły nam niemało emocji. Wypłynęliśmy pontonem podczas wietrznej aury, przez co całkowicie zmokliśmy. A temperatura wody oscyluje tu w okolicach 10 stopni. Warto było zmarznąć, by zobaczyć te szybkie maszyny w akcji.
Przygotowania do rejsu idą pełną parą, a czasu coraz mniej…

Older Posts »

Kategorie