Napisane przez: Mariusz | 2015/01/31

Cape Adare – Katharsis II na Morzu Rossa

Mariusz:

Znowu dorwałem się do klawiatury, Hania odsypia wczorajszy dzień.
Sobota zaczęła się dla mnie bardzo wcześnie. O 0310 wyrwał mnie z krótkiego snu nieprzyjemny odgłos pracującego silnika. Usłyszałem powtarzającą się kombinację cała naprzód / cała wstecz, połączoną z wywołującym dreszcze odgłosem ocierającego się o burtę lodu. Wyraźnie wjechaliśmy w drugi język lodu, równoległy do tego z dnia poprzedniego. Okazało się, że na południe od paku, który przechodziliśmy poprzedniego dnia, jest kolejny. Ten poprzecinany był poprzecznymi kanałami, które w żaden sposób nie chciały łączyć się w jeden labirynt. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zacząć przepychać lód. Na szczęście, mimo sporych rozmiarów kry, był on miękki. Tyczki lodowe dobrze się w nim mocowały, a każdy wjazd dziobem jachtu był gładko amortyzowany. Bariery między kanałami były na tyle wąskie, że nie było potrzeby wciągania nikogo na maszt. W ten sposób płynęliśmy przez kolejne trzy godziny. Zaczął zacinać silny, wiejący do 30 węzłów południowo wschodni wiatr, połączony z prószącym, drobnym śniegiem. Lód, który nas otaczał nie pozwalał na wytworzenie zafalowania. Wiatr miał się zacząć wyciszać popołudniu. Było to dobrym prognostykiem przed dojściem do Cape Adare.
Z mapy lodowej, jak zawsze względnie dokładnie odzwierciedlającej stan z przed dwóch dni wynikało, że nie unikniemy lodu przy podejściu do Cape Adare. Nikt z nas nie wiedział, jakiego stanu lodu mogliśmy się tam spodziewać. Wszystko co mogłem zrobić, to zaplanować tak trasę, by uniknąć koncentracji lodu powyżej 60%. Brak wiatru i poruszającej się kry miał ułatwić zadanie przebicia się przez barierę otaczającą Morze Rossa.
O 0900 po raz trzeci weszliśmy w lody. Tym razem pak był rozległy. Hania wjechała pierwszy raz tego dnia na maszt, by stamtąd nawigować. Ilość lodu przypominała tą z piątku, tylko że kry były dużo większe. Ale wyglądały ciągle na plastyczne, co ułatwiało zmaganie się z przeszkodą. Nasz jacht z ekstra paliwem i prowiantem waży około 60 ton. Taka masa napędzana przez 225-konny, wolnoobrotowy silnik wytwarza duży moment napędowy. Bez większego problemu byliśmy w stanie wprowadzać w ruch bryły lodu ważące ponad 200 ton. Było ciasno i musiałem bardzo uważać na chronienie rufy, śruby i steru. Manewrów z pewnością nie ułatwiał wiejący silny boczny wiatr i nie używanie steru strumieniowego, z obawy przed uszkodzeniem jego śruby. Daliśmy radę i po dwóch godzinach byliśmy ponownie na względnie czystej wodzie.
Trudno sobie wyobrazić lepszą aurę, od tej którą zaaranżował nam Neptun przy podejściu do kontynentu. Wczesnym popołudniem wiatr zaczął cichnąć. Wyszło słońce i rozświetliło, poprzez opadającą kurtynę chmur, niesamowity krajobraz Victoria Land. Półwysep Adare, wysoki na ponad 2000 m n.p.m. widoczny był z ponad 40 mil morskich. Tłem dla niego były pokryte lodem góry z dominującym nad innymi masywem Mont Minto 4162 m n.p.m. Popłynęliśmy w kierunku lądu, by dotrzeć do granicy ubitego paku. Dalej na południe liczyłem na luźniejszy pak lodowy, który miał być naszą ostatnią przeszkodą przed wpłynięciem na Morze Rossa.
Kra rzeczywiście wyglądała na taka nie do przebycia. Surowość klimatu i krajobrazu rozweselały pojawiające się na krze płochliwe pingwiny adele. Poruszają się one w niesamowicie zabawny sposób, bez przerwy machając swymi skrzydełkami, czy wykorzystując brzuch jako poduszki, na której mogą się ślizgać. Napotkaliśmy również baraszkujące w wodzie foki oraz pierwsze wieloryby, chyba minke.
Około 1400 w poprzek naszego kursu na południe zaczęły pojawiać się pierwsze mierzeje wypełnione lodem. Początkowo tworzyły labirynt, poprzez który mogliśmy płynąć. Tym razem Wojtek nawigował z masztu. Tylko kilka razy musieliśmy rozpychać lód.
O 1730 sytuacja zaczęła się pogarszać. Wolnych od lodu przestrzeni było coraz mniej mimo, że zbliżaliśmy się do miejsca, które powinno być już wolną od lodu wodą. Do tego lód ciągle delikatnie poruszał się wprawiony w ruch porannym silnym wiatrem i zaczął zamykać czyste kanały za nami. Zarządziłem odwrót. Na maszt wjechał Michał, doprowadził nas do miejsca odległego o zaledwie 200 metrów od sporej wielkości kanału, prowadzącego do bezpiecznej wody. Lód był tym razem świeżo zmrożony i musieliśmy go traktować z dużo większą ostrożnością, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie udało nam się przebić. Misia zastąpiła na maszcie Hania. Cała załoga asekurowała manewry. Nie wyglądało to wszystko zbyt dobrze. Robiło się coraz chłodniej. Kra klinowała się i ciężko było ją przepychać. W takich sytuacjach najgorsza jest panika. Powoli, wierząc w siłę swej jednostki wprowadziliśmy w wirowy ruch kilka kilkuset tonowych kawałów lodu. Otworzyło nam to drogę do pierwszych wąskich kanałów wody. Po pięciu godzinach zmagań byliśmy wolni. Anka, która nie raz była w lodach na stalowych jednostkach, nie mogła się nadziwić, jak dzielnym lodowym jachtem jest nasza Katharsis II.
W ten sposób, w sobotni wieczór 31 stycznia 2015 roku o 2355 (0155 czasu polskiego) wpłynęliśmy na czyste (jak się nam wydawało) wody Morza Rossa. Jesteśmy pierwszym polskim jachtem, który pojawił się na tym jakże trudno dostępnym akwenie. Z doświadczoną załogą złożoną z przyjaciół, do których ma się zaufanie oraz na pokładzie bajecznie dzielnej jednostki, jaką jest Katharsis II można płynąć wszędzie, nawet na koniec świata. Przed nami kolejne wyzwanie, dotarcie do odległej na południowy wschód o około 600 mil najdalej na południe położonego żeglownego miejsca na świecie, jaką jest Bay of Whales w szelfie Morza Rossa. Wizyty na lądzie zostawiamy sobie na drogę powrotną. Dziś i tak byłyby niemożliwe, gdyż całe wybrzeże Victoria Land zawalone jest lodem. Szczerze mówiąc wątpię, czy ten lód na tyle puści byśmy mogli postawić stopę na kontynencie.
Trzymamy kciuki za kolegów z Selma Expedition, którzy próbują pokonać ten odcinek na żaglach, jako pierwsza taka jednostka w historii. Z tego co widzieliśmy do tej pory w kwestii sytuacji lodowej wydaje się, że w tym roku jest to mało prawdopodobne.

Napisane przez: Mariusz | 2015/01/30

69 równoleżnik

Mariusz:

Kończy się piątek pełen wrażeń (30.01). Za sobą mamy pierwszą noc, kiedy nie ściemniło się. Nie muszę mówić, jaką różnicę stanowi nawigowanie w lodach w dzień i w nocy. Kolejny czynnik, który pomaga w nawigacji to wiatr, a w zasadzie jego brak. Kra unosząca się na rozbujanym morzu jest ostatnią rzeczą, którą chciałbym zobaczyć.
Od dobrej doby wiatru mamy, jak na lekarstwo. Na jutro niestety zapowiada się południowo wschodni wiatr wiejący do 30 węzłów. Jesteśmy wszyscy ciekawi tego, jak będzie wyglądał pak i czy da się do niego wpłynąć.
Po analizie najnowszego zdjęcia satelitarnego obrałem kurs na punkt S70st 24min i E171st 08min. Z tego miejsca chciałem wejść w pak lodowy i obrać kurs na Cape Adare. Na południe od niego woda wydaje się być czysta od lodu, poza pasem przybrzeżnym. Pak lodowy ma w tym miejscu około 90 mil szerokości i jest wypełniony lodem w 40% – 60%. Tyle pokazują mapy lodowe, ale te są tutaj o wiele mniej dokładne niż w Arktyce. Miałem nadzieję dotrzeć do paku przed północą i spenetrować wejście do niego przed nadejściem wiatru. Nasze sielankowe płynięcie zostało jednak wcześniej zastąpione czymś ciekawszym.
Około 0900 na horyzoncie pojawiła się biała kreska. To mógł być tylko lód. Oczywiście nie było go na naszej mapie lodowej. Minęliśmy dopiero co 69 równoleżnik i do paku mieliśmy mieć jeszcze 92 mile. Początkowo myślałem, że to jakaś sporych rozmiarów łacha kry. Popłynęliśmy ze dwie mile wzdłuż jej krawędzi i gdy okazało się, że końca lodu nie widać, nie pozostało nam nic innego jak sprawdzić to miejsce bojem.
Doszedłem do wniosku, że musi to być przedłużenie cypla olbrzymiego paku lodowego znajdującego się na północ od Cape Adare. W takim przypadku musiał on mieć swój koniec. Kwestią niewiadomą była tylko jego szerokość.
Początkowo lód był dosyć luźny. Mogliśmy spokojnie płynąć z prędkością około 4 węzłów. Po godzinie jednak zagęszczenie wzrosło do 50 – 60%, a po kolejnych dwóch do 80 – 90%. Na szczęście obszar paku nie był wypełniony samą dużą krą, przez którą nawet lodołamacze mogłyby mieć problemy z przejściem. Kry wielkości pokoju było około 30 – 40%, wypełnienie stanowiły kawałki lodu wielkości pralki do prania. Taka maź przypominała nam nieco sytuację po sztormie w Disko Bay na Grenlandii w 2012 roku, chociaż tam było więcej wolnej wody i cywilizacja w zasięgu ręki.
Zacząłem się trochę obawiać, jak może wyglądać zasadniczy pak lodowy, skoro to czego nie widać na mapie lodowej to nie przelewki. Podzieliliśmy się obowiązkami: ja przejąłem stery, wspomagał mnie Misio. Na dziób z tyczkami do odpychania lodu poszedł Doktore i Wojtek. Po dwóch godzinach Adam wzmocnił ekipę z tyczkami. Na maszt wjechała Haneczka i stamtąd wypatrywała czystej wody. Po trzech godzinach manewrowania, odpychania lodu tyczkami, przepychania większych growlerów dziobem wszyscy byliśmy nieco zmęczeni. Nasza prędkość rzadko przekraczała 2 węzły. Łódka świetnie dawała sobie radę z przepychaniem się przez lód. Odgłosy lodu obcierającego się o burty czy łamanego pod naporem masy jachtu były trudne do zniesienia przez ekipę pod pokładem. Katharsis II nie wyglądała jednak na zagrożoną.
W końcu Hania dostrzegła na horyzoncie pas czystej wody. Dziwnym było tylko to, że lód na granicy paku wcale nie chciał się rozluźnić. Do końca musieliśmy ciężko pracować. Po sześciu godzinach zmagań pokonaliśmy nasz pierwszy pak o szerokości 12 mil morskich. Po dużym wysiłku niezwykle smakował nam obiad przygotowany przez Tomka, mistrza polskich smaczków. Tym razem zaserwował nam przepyszne gołąbki w sosie pomidorowym.
Do zasadniczego lodu mamy jeszcze 50 mil morskich, mamy nadzieję, względnie czystej wody. Musimy go pokonać w ciągu 36 godzin, by mieć czas na schowanie się przed ciężkim sztormem, którego nadejścia spodziewamy się za kilka dni. Gdyby miało nam się to zadanie nie powieść, będę musiał zarządzić odwrót, by nie narazić nas na katastrofę.

Napisane przez: Hanuś | 2015/01/29

Południowe koło podbiegunowe za rufą Katharsis II

Noc ze środy na czwartek przyniosła wyciszenie wiatru. Morze także zaczęło się uspokajać. Warunki te nie pozwalały już na płynięcie pod żaglami i zmuszeni zostaliśmy do odpalenia silnika. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wychodziło… Brak zafalowania pozwolił na wyciągnięcie szpejów z lokera rufowego i dostanie się do instalacji grzewczej. Przez trzy dni nie mieliśmy grzania pod pokładem, gdyż wytrącająca się z paliwa parafina zapchała filtry. Używamy jeszcze olej napędowy zatankowany w Sydney, a nie paliwo antarktyczne z Tasmanii i tutejsze temperatury mu nie służą. Nawet specjalny uszlachetniacz do paliwa nie pomaga. Tomciu jeszcze na swojej nocnej wachcie przeczyścił system i odpalił ogrzewanie, ku radości całe załogi. Pod pokładem wilgoć zaczęła wnikać we wszystkie zakamarki, a temperatura spadła poniżej 10 stopni, więc ciepły podmuch ucieszył ekipę.
Ale prawdziwym powodem do radości dla naszej załogi w czwartkowe przedpołudnie było minięcie południowego koła polarnego. Katharsis II już po raz drugi przecinała równoleżnik 66st.33,4 S z północy na południe. Pierwszy raz cztery lata temu w rejsie z Ushuaia na Półwysep Antarktyczny. Wówczas był to najbardziej na południe wysunięty cel naszej wyprawy. Tym razem czeka nas jeszcze do pokonania wiele mil, zanim osiągniemy założony cel – Bay of Wales. Przekraczaniu południowego koła polarnego towarzyszyła nam góra lodowa. Zrobiliśmy sobie na jej tle pamiątkowe zdjęcie i wypiliśmy symbolicznego drinka z Neptunem.
Wiatru wciąż jak na lekarstwo, więc wspomagamy się silnikiem. Na wachtach niezwykle trzeba wytężać wzrok, gdyż gór lodowych i growlerów jest coraz więcej. Jutro spodziewamy się dotrzeć do strefy lodu, gdzie przedzierać się będziemy na Morze Rossa. Napięcie rośnie z każdą godziną…
Sporym zaskoczeniem dla nas jest to, że wyprzedziliśmy łódkę Selma Expedition, która wypłynęła trzy dni przed nami. Wydaje się, że obrała zbyt zachodni kurs przy podejściu do Morza Rossa i utknęła przy Baleany Islands. W ten sposób to nam przypadnie torowanie szlaku i będziemy musieli jako pierwsi przeciskać się przez pak lodowy, który w tym roku chroni dostępu do Morza Rossa. Czy nam się to uda zobaczymy za dwa – trzy dni. Mariusz analizuje wszystkie dostępne mu zdjęcia satelitarne i szuka najbezpieczniejszej drogi. Mam nadzieję, że damy radę. Wiatry wydają się być umiarkowanie korzystne przez najbliższe 3 doby.

Napisane przez: Hanuś | 2015/01/28

Wpływamy na wody Antarktydy

Po opuszczeniu Maqcuarie w sobotnie popołudnie towarzyszył nam stabilny 25 węzłowy wiatr pozwalający na spokojną baksztagową żeglugę na II refie na grocie i pełnej genui. Morze nie było rozbujane, dzięki czemu pod pokładem panował pełen komfort. Sytuacja taka utrzymywała się jeszcze przez całą niedzielę. Cieszyłam się niezwykle z takich warunków, gdyż umożliwiło mi to pracę nad zdjęciami z Maqcuarie i przygotowaniem wpisu. Chciałam zdążyć jeszcze przed poniedziałkowym sztormem. Stabilne warunki wpłynęły także na pomysłowość naszego kapitana w zakresie niedzielnego obiadu. W menu zagościła 4 kilogramowa pieczeń z łopatki wieprzowej (prezent od Bena – kucharza ze stacji) z kopytkami i zasmażaną kapustą. Pieczeń zmacerowaliśmy mieszanką ziół i wrzuciliśmy do piekarnika, kapusta dusiła się praktycznie sama – przemieszana tylko od czasu do czasu. Ale sprawa kopytek, to było już wyzwanie! Wachta kambuzowa przypadła mi i Doktorowi Mariuszowi. Kapitan Mariusz przybył z pomocą, jako główny pomysłodawca przedsięwzięcia. Nikt z nas nie robił wcześniej kopytek. Doktore wspomniał, że jedynie takowe jada – wyśmienite u teściowej. Jednak w wytwarzaniu nigdy nie uczestniczył – przyjeżdża zazwyczaj na gotowe, więc odwołaliśmy się do przepisów z książek kucharskich. Staraliśmy się wszystko przygotować z wielką dokładnością, jednak powstała masa nijak nie chciała się formować w ruloniki nadające się do cięcia w zgrabne kopytka. Z odsieczą przyszedł Misio – dodał jajek, mąki i kluski można było formować. W czteroosobowym składzie uporaliśmy się z ich gotowaniem (nie ma jak praca na 8 rąk – odklejanie, podawanie, wrzucanie na wrzątek i mieszanie). Z efektu byliśmy zadowoleni, chociaż podobno jak na kopytka były za mało puszyste. Ale nie zmienia to faktu, że z pieczenią Mariusza i kapustą zasmażaną komponowały się wyśmienicie. Efekt na stole był rewelacyjny, ale stan kambuza po wszystkim – opłakany… Wszystko było posypane mąką, jak po gęstych opadach śniegu. Ale warto było, bo wspólne przedsięwzięcie w kuchni bardzo nam się podobało. A i kluski, których wydawało się, że jest bardzo dużo (już po obiedzie) zniknęły na nocnych wachtach wraz z kilogramem pieczeni, który został po niedzielnej uczcie.
Poniedziałek przyniósł zapowiadaną w prognozach zmianę pogody. Ja, jako chodzący barometr, od rana czułam, że zaczyna się coś dziać z ciśnieniem. Od południa znacznik na naszym pokładowym barometrze był coraz niżej, a wiatr tężał z każdą godziną. Widoczność spadła do 2 kabli. O 1400 Mariusz podjął decyzję o zmniejszeniu grota do III refu, a o 1800 o całkowitym zrzuceniu. Wiało już do 40 węzłów, a było jeszcze daleko do najsilniejszego wiatru. Wiatr nabierał na sile z każdą godziną. O 1900 wiało już 50 węzłów, a do północy wiatr wciąż się zmagał. Na naszej wachcie między 2100 a 2400 ciśnienie spadło o kolejnych 10 hPa (w sumie 40 w ciągu dnia) osiągając poziom 962 hPa. Płynęliśmy bez grota na samym staysail’u. Jednak gdy powiało 54 węzły wiatru, a na logu pojawiło się 17,4 węzły prędkości, postanowiłam zrefować staysail’a. Prędkość i tak ciągle była rewelacyjna 9-11 węzłów, a w ślizgach na fali nawet 15 węzłów. W nocy z poniedziałku na wtorek odnotowanym rekordem było 63 węzły wiatru i 19,5 węzła prędkości w zjeździe z fali. Sztormowa jazda trwała jeszcze przez cały następny dzień. Warunki w kambuzie nie sprzyjały gotowaniu, więc Mariusz stwierdził, że jest to świetna okazja to wypróbowania naszych zapasów żywności liofilizowanej. Wszyscy podchodzili do tego jak do jeża, ale przekonali się, że jest ono jadalne, a nawet smaczne.
Na naszej wtorkowej wachcie wieczornej wiatr coraz rzadziej pokazywał 5 z przodu, ale poniżej 45 nie schodziło. We wtorek 27 stycznia odnotowaliśmy pierwszy śnieg i pierwszą górę lodową – na razie tylko na radarze. Środa przyniosła słabnący wiatr – do 35 węzłów przed południem i stopniowe wyciszanie do 25 popołudniu. Dzisiaj około 1600 (28.01.) pierwszy raz na horyzoncie pojawiła się góra lodowa. Jesteśmy coraz bliżej lodów… Każdy kolejny dzień jest coraz dłuższy, gdyż spuszczamy się coraz bardziej na południe. Dni są też coraz chłodniejsze – temperatura około 0 stopni Celsjusza, do tego lodowaty wiatr i przejmująca wilgoć, szczególnie jak zejdzie gęsta mgła.
Jedziemy wciąż bez grota na samej genui. Prędkość rewelacyjna, bo 9-10 węzłów. Jest środa 28 stycznia 2015 roku, godzina 1930 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja: 65st.05min. S 170st.07min. E. Wieje zachodnio-południowy do zachodniego wiatr o sile 20 węzłów. Płyniemy kursem 160 z prędkością 9 węzłów. Do Bay of Wales pozostaje nam 920 mil morskich.

Napisane przez: Hanuś | 2015/01/26

Katharsis II z wizytą na Macquarie Island

Wyspa Macquarie znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Tasmanią a Antarkydą na 54° 30′ S, 158° 57′ E. Geograficzne zaliczana jest ona to terytoriów subantarktycznych, a politycznie podlega pod władze Tasmanii. Jest to niezwykle ciekawe miejsce, zarówno ze względów geologicznych, jak również występującej tu fauny i flory. Maqcuarie powstała między 30 a 11 milionów lat temu w wyniku wypiętrzenia się dna oceanu na skutek stykania się dwóch płyt oceanicznych – australijskiej i pacyficznej. Jest to jedynie miejsce na Pacyfiku, gdzie lądem jest dno oceanu. Dla Europejczyków wyspę odkrył Frederick Hasselborough 11 lipca 1810 roku. Została ona przyłączona do kolonii brytyjskiej – Nowej Południowej Walii i nazwano ją na cześć ówczesnego gubernatora tej prowincji. Od 1890 roku Macquarie należy do Tasmanii. Początkowo wyspa wykorzystywana była do pozyskiwania oleju (1902-1920). Wytwarzano go z tłuszczu pingwinów. W latach 1911-1914 stanowiła bazę dla Australijskiej Ekspedycji Antarktycznej. Doceniając unikalność tego miejsca władze Tasmanii ustanowiły wyspę jako sanktuarium dzikiej przyrody (od 1933), a od 1972 roku Macquarie jest rezerwatem podlegającym pod Tasmańskie Parki Narodowe. W 1997 roku wyspa została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, głównie ze względu na unikalne cechy geologiczne.
Nas pociągało to miejsce przede wszystkim ze względów na jej mieszkańców – słonie morskie, których jest tu ponad 100 tysięcy oraz cztery gatunki pingwinów: białobrewe (ang. Gentoo Penguin), królewskie (ang. King Penguin), skocze scalne (ang. Rockhopper Penguin) oraz występujące wyłącznie na Macquarie pingwiny krótkoczube (ang. Royal Penguin). Wyspa jest domem dla 3,5 miliona ptaków morskich. Niezwykle malowniczy krajobraz Macquarie zawdzięcza bogatej, jak na te szerokości geograficzne, florze. Nie występują tu drzewa, jedynie trawy a roślinność nie wyrasta powyżej 1 metra. Ekosystem wyspy zaburzany był systematycznie od czasu przybycia na nią ludzi w XIXw. Foki, słonie morskie i pingwiny zabijane były dla futer i tłuszczu. Wrogiem dla ptaków stały się przywiezione na statkach szczury i myszy. Z kolei florę wyniszczały króliki, które rozprzestrzeniły się po pozostawieniu ich przez poławiaczy fok około 1870 roku.
W 2007 roku rządy Australii i Tasmanii podjęły decyzję o rozpoczęciu akcji oczyszczania wyspy z intruzów. Przeznaczono na ten cel około 25 milionów dolarów australijskich. Przedsięwzięcie zakładało walkę poprzez rozkładanie pułapek oraz polowania z udziałem psów. Akcję wspierali nowozelandzcy myśliwi. Przez osiem lat zmagano się ze szczurami, myszami i królikami, aż 8 kwietnia 2014 roku ogłoszono wyspę wolną od tych szkodników. Stopniowe pozbywanie się przez te lata królików, pozwoliło odbudować roślinność. Na stacji pokazywano nam zdjęcia poszczególnych miejsc sprzed lat, które mogliśmy porównać ze stanem obecnym. Gołe połacie ziemi na nowo porastają wspaniałe bujne trawy.
Myślę, że z obawy przed przywiezieniem przez żeglarzy na wyspę szkodników, tasmańskie władze nakładają tak duże obostrzenia dla odwiedzających jednostek. Jedynie dwa jachty rocznie mogą uzyskać pozwolenie na odwiedziny na wyspie, przy spełnieniu odpowiednich wymogów. Jednym z nich jest posiadanie certyfikatu czystości wystawione przez specjalne służby sanitarne. Taką kontrolę Katharsis II przeszła w Hobart. Pozwolenie na odwiedziny Macquarie wystawione mieliśmy przez szefa Parków Narodowych Tasmanii na dwa dni – 22-23 stycznia. Ze względu na pogodę nie byliśmy w stanie dotrzeć w tym czasie na wyspę. Na szczęście udało się Mariuszowi przesunąć ten termin na 23-24. Ostatnie odwiedziny jachtu miały miejsce dwa lata temu. Nasz pobyt na Macquarie był pierwszą wizytą Polaków na wyspie.
W czasie pobytu na lądzie jest się pod opieką tutejszych strażników parku. Mariusz z szefem strażników – Chrisem kontaktował się jeszcze przed dopłynięciem na miejsce. Na całej wyspie wyznaczone są dwa miejsca, gdzie turyści mogą zejść na ląd. Jednym są okolice bazy przy Buckles Bay przy północno-wschodnim krańcu wyspy, a drugim – Sandy Bay położona na wschodnim wybrzeżu. Mariusz ustalił z Chrisem, że pierwszego dnia odwiedzimy Sandy Bay, gdzie naszym przewodnikiem będzie Mike – strażnik parku, nowozelandzki myśliwy biorący udział w akcji oczyszczania wyspy ze szkodników. Na drugi dzień zaplanowany mieliśmy spacer z Chrisem po bazie i okolicy. Na Macquarie dopłynęliśmy późnym wieczorem, więc nie mogliśmy przyjrzeć się od razu wyspie. Następny poranek był z kolei bardzo mglisty, co też nie pozwalało na podziwianie krajobrazów. Po ustaleniu z Chrisem harmonogramu naszego pobytu, popłynęliśmy do Sandy Bay, gdzie czekał na nas Mike. Widoczność była bardzo słaba, ze względu na gęstą mgłę. Ale zbliżając się do lądu można było dostrzec pingwiny rozsiane na każdej plaży i usłyszeć ich głośny gwar. Sandy Bay zamieszkują słonie morskie, wydrzyki, kolonia pingwinów królewskich i trzy kolonie pingwinów krótkoczubych. Po wylądowaniu na plaży przywitali nas przedstawiciele wszystkich mieszkańców. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem tego niezwykłego miejsca. Oba gatunki pingwinów widziałam po raz pierwszy. Nie mogłam się napatrzeć na cudnie mieniące się żółto-pomarańczowe piórka i grzywy. Im intensywniejsze ubarwienie, tym starszy osobnik.W przypadku krótkoczubych długość grzywy i jej kolorystyka zdradzają wiek. A u pingwinów królewskich nasycenie barwnika w piórkach podgardla i na łbie świadczy o przeżytych zimach.
Po zachwytach nad stadem słoni wylegujących się na plaży i przywitaniu się z pierwszymi pingwinami, Mike zabrał nas na plażę, gdzie swoje lęgowisko miała kolonia pingwinów królewskich. Widok był nieprawdopodobny. Na całej długości i szerokości plaży usadowione były te cudne nieloty. Mieliśmy niezwykle dużo szczęścia, gdyż trafiliśmy na koniec okresu wysiadywania jaj. Dzięki czemu udało nam się zobaczyć zarówno pingwiny wysiadujące jaja, jak również pierwsze młode wyklute w tym sezonie. Samo zobaczenie tych pingwinów było dla mnie ogromnym przeżyciem. A ten dodatkowy prezent, jakim było zobaczenie jaj i młodych, było pełnią szczęścia i aż wydawało się niemożliwym. Byłam wzruszona tym widokiem. Jak to mówi Tomciu, „wzruszyłam się jak stary siennik” i popłakałam z wrażenia.
Kolejnym miejscem, które pokazał nam Mike, była kolonia pingwinów krótkoczubych usytuowana na wzgórzu. Na wzniesieniach znajdują się trzy duże kolonie tych osobników. Widzieliśmy wąwóz, którym pingwiny schodzą w dół do morza, gdzie wypływają na żer, a następnie drepczą pod górę do kolonii. Zastanawiało mnie, dlaczego pingwiny te zadają sobie tyle trudu, żeby wdrapać się pod górę, a nie zajmą równiny bliżej plaży. Na drugi dzień Chris opowiedział nam, że jedna z teorii wyjaśnia to w ten sposób, że pingwiny na okres rozrodczy wracają w miejsce, gdzie rozmnażali się ich przodkowie. Mają jakby zakodowaną tą pozycję geograficzną w głowie i zawsze wracają w to samo miejsce. Jako, że wyspa wciąż podnosi się – 1mm rocznie, to może obecne miejsca wylęgu, były niegdyś blisko plaży, a teraz znajdują się na równinach wśród wzgórz.
Emocji i wspaniałych przeżyć po wizycie w Sandy Bay nie brakowało nam. Ale to nie był jeszcze koniec miłych niespodzianek na ten dzień. Na wieczór zostaliśmy zaproszeni do bazy na kolację. Jako, że spędziliśmy z Mike’m cudowne popołudnie, to postanowiliśmy zabrać go ze sobą z powrotem do Buckles Bay, gdzie znajdowała się baza. Mike miał podążyć na południe, by skontrolować kolejne miejsca, jednak zdecydowaliśmy się go porwać. Obiecaliśmy odstawić go do Sandy Bay następnego popołudnia. Po konsultacji przez radio ze swoim szefem Chrisem, Mike pozwolił się porwać. Z takiego przebiegu zdarzeń ucieszyła się Kate, dziewczyna Mike, która spodziewała się go zobaczyć dopiero za kilka dni.
Tego lata w bazie przebywało 16 osób, które zgotowały nam niezwykle ciepłe przyjęcie. Szefem stacji jest Ivor Harris, który w młodości latał na polskich szybowcach. Pamiętał ich dziwnie brzmiące nazwy: mucha, jaskółka, bocian. Kucharz – Ben Bogusz, którego ojciec był Polakiem, przygotował wspaniałą ucztę. Przed kolacją zostaliśmy poczęstowani piwem, które w bazie warzy Peter. Wieczór upłynął niezwykle miło. Takiego przyjęcia zupełnie się nie spodziewaliśmy. Okazało się, że jesteśmy pierwszą ekipą, która została zaproszona na kolację. Zazwyczaj turyści częstowani są herbatą i ciastkami po zwiedzaniu bazy. My ugoszczeni zostaliśmy wspaniałą kolacją, na którą poza kilkoma daniami gorącymi, podano także sałatkę ze świeżych warzyw. Było to dla nas ogromne wyróżnienie, zważywszy, że warzywa są tutaj niezwykle cenne. Hodowane są pod specjalnymi lampami w jednym z małych budynków w bazie. Całe zaopatrzenie na wyspę dostarczane jest tylko raz do roku, więc żywność, to głównie suchy prowiant oraz produkty mrożone. Jedzenie świeżych warzyw to w takim miejscu duże święto i my mogliśmy w nim uczestniczyć. My dołożyliśmy się z kilkoma butelkami wina, które przyczyniły się do zaciśnięcia więzi i długich debat.
Na drugi dzień mgła podniosła się i nad Macquarie świeciło ciepłe słońce. Wyspa wyglądała cudownie. Płaskowyż otulony soczystą zielenią z obwódką czarnych bazaltowych plaż odcinających wyspę od niebieskiego oceanu malował wspaniały widok. Zgodnie z prognozami, pogoda miała się wkrótce zmienić, jednak nam udało się to słoneczne przedpołudnie wykorzystać na spacer po bazie i okolicy. Chris najpierw zabrał nas przed biuro meteorologiczne, gdzie byliśmy świadkami wypuszczania balonika ze stacją pomiarową. Codziennie o 1015 i 2215 dokonywane są pomiary. Balonik wypełniony wodorem porywa ministację z czujnikiem temperatury, wilgotności powietrza i ciśnienia w atmosferę, skąd przesyłane są dane do biura i dalej do centrum meteorologicznego na kontynencie.
Chris opowiedział nam o historii wyspy, o jej walorach geologicznych i faunie oraz florze. Weszliśmy razem na punkt widokowy, z którego rozpościerał się wspaniały widok na okolicę. Odwiedziliśmy także kolonię pingwinów białobrewych i słonie morskie wylegujące się w trawach przy plażach Buckles Bay. Po spacerze zatrzymaliśmy się na chwilę w mesie, gdzie wypiliśmy kawę i pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Po krótkiej rewizycie na Katharsis II popłynęliśmy do Sandy Bay, gdzie wysadziliśmy Mike’a. Zanim obraliśmy kurs na Morze Rossa i pożeglowaliśmy na południe, popłynęliśmy wzdłuż wybrzeża do Lusitania Bay, by z pokładu zobaczyć olbrzymią kolonię pingwinów królewskich. Późna pora i rozwiewający się wiatr uniemożliwiły nam spuszczenie pontonu. Tym akcentem zakończyliśmy naszą niezwykłą wizytę na Macquarie Island.
Gnamy dalej na południe. Za godzinę przekroczymy sześćdziesiąty równoleżnik i w ten sposób wpłyniemy na wody Antarktyki. Otacza nas wilgoć i przenikliwy chłód, ale na mróz musimy jeszcze poczekać. Przetacza się przez nas ostatni chyba sztorm przed dojściem do strefy lodu. Jutro powinniśmy zobaczyć pierwsze góry lodowe.
Selma Expedition, która wypłynęła trzy dni przed nami toruje nam drogę, będąc ponad 400 mil przed nami. Jesteśmy w kontakcie z nimi i mamy nadzieję na antarktyczne rendezvous.
Jest poniedziałek 26 stycznia 2015 roku, godzina 1800 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja: 59st.56min. S 163st.29min. E. Wieje północno-zachodni wiatr o sile 45 węzłów. Płyniemy kursem 140 z prędkością 10 węzłów. Do Bay of Wales pozostaje nam 1270 mil morskich.

Napisane przez: Hanuś | 2015/01/23

Pierwszy smak Oceanu Południowego w tym rejsie

Brunny Island i Tasmanię opuściliśmy w niedzielę 18 stycznia 2015 po urodzinowym śniadaniu naszego kapitana. Noc spędzona na kotwicy pozwoliła nam na przeczekanie największego uderzenia sztormu i ruszenie dopiero w jego ogon. Morze Tasmana żegnało nas 40 węzłowym wiatrem i piękną tęczą nad Brunny Island oraz stadem figlujących przy burtach delfinów. Pierwsze godziny rejsu upływały przy rewelacyjnej jeździe baksztagowej z falami rozbryzgującymi się o burty i przy pięknym słońcu ozłacającym groźne morze. Po kilku godzinach żeglugi wiatr zaczął tężeć, a fale rozbudowywały się z każdą chwilą. Musieliśmy kurs dostosować do wiatru, a nie zadanego kierunku, gdyż ważniejsze było zminimalizowanie obciążeń i ilość fal przelewających się przez pokład i atakujących nasze dodatkowe zbiorniki z paliwem, niż uparte płynięcie po kursie do celu. Gdy wiatr osiągał siłę ponad 50 węzłów staraliśmy się przede wszystkim płynąć nie ostrzej do wiatru niż 120 stopni. Warunki były sztormowe, ale Katharsis II dzielnie sobie radziła. W jednym ze zbiorników przelewająca się przez pokład woda urwała 2 z 6 mocujących uch, a poza tym nie było żadnych strat. Zbiornik dowiązaliśmy do pokładu dodatkowymi linami, by kolejne fale nie zabrały nam go do morza. Nieco gorzej było z załogą. Mnie po raz pierwszy dopadła choroba morska. W gronie żeglarzy mówi się, że każdy ma swoją długość fali i kiedyś dopada choroba morska. Przez lata żeglowanie udawało mi się uniknąć tej niemiłej dolegliwości, aż tuż nagle na Morzu Tasmana dorwała mnie „moja fala”. Byłam niezwykle zaskoczona i całej załodze opowiadałam o moim nowym doświadczeniu. Na szczęście chorowanie nie przeszkodziło mi w wykonywaniu moich obowiązków. Dołączyłam do Wojtka, który zawsze miewa ciężkie początki. Niedyspozycja ma na szczęście jedną pozytywną cechę – w końcu mija.
Następny dzień przyniósł poprawę pogody. Wiatr nieco zelżał, morze stopniowo zaczęło wypłaszczać się, a my mknęliśmy baksztagiem z prędkością ponad 9 węzłów do celu nie przeciążając jachtu. Jak to dobrze, że wyszliśmy z Tasmanii w niedzielę, a nie zaraz po odprawie w sobotę 17-go.
Pod wieczór znaleźliśmy się w strefie między dwoma niżami. Wiatr stopniowo siadał, aż do zupełnej ciszy, kiedy to przez kilka godzin wspomagaliśmy się silnikiem. Nadejście kolejnego niżu przyniosło ciepły wiatr wiejący z północy umożliwiający płynięcie pod żaglami. Początkowo nieśliśmy grota na drugim refie i genuę, ale ostatniego dnia musieliśmy zredukować żagle. Trzeciego dnia żeglugi gorące słońce pozwalało nam się wygrzewać w kokpicie, obserwując jak Katharsis II zmierza do Wyspy Macquarie z prędkością ponad 10 węzłów. Takiej niespodzianki pogodowej nikt z nas się nie spodziewał. Rozkoszowaliśmy się tymi ciepłymi promieniami, starając się wyłapać z nich jak najwięcej energii, gdyż najbliższe tygodnie będą dla nas ubogie w ciepło i słońce. Wraz z płynięciem na południe na horyzoncie zaczęły pojawiać się albatrosy. Uwielbiam patrzeć jak te ptaki z łatwością szybują nad oceanem. W ich locie jest coś majestatycznego.
Aż do czwartku udawało nam się uciekać przed mokrym frontem. Dopadł nas po południu, a do Maquarie Island dopłynęliśmy na zredukowanym maksymalnie grocie i naszym staysail’u. Ląd ujrzeliśmy w czwartek wieczorem 22 stycznia. Jak Tasmania żegnała nas przepiękną aurą, tak i Wyspa Macquarie powitała nas z fasonem. O 2225, gdy prawym trawersem mijaliśmy północny kraniec wyspy (North Head), na niebie roziskrzyła się zorza polarna. Niebo rozświetliły jaskrawozielone smugi. Widok był obłędny.
Michał szybko dopadł aparat i pstryknął zdjęcie. Ja stałam wpatrzona w niebo i ze zdumieniem powtarzałam, jaki to cudny widok. Z poruszającej i bujającej się na wszystkie strony łódki ciężko złapać nocne ujęcie. Tego typu zdjęcia robi się ze statywu z odpowiednimi ustawieniami. Zdjęcie nie oddaje uroku tego zjawiska i intensywności kolorów na nocnym niebie, jednak pamiątkę z naszej pierwszej zorzy polarnej mamy.

Kotwicę rzuciliśmy w Buckles Bay przy Maqcuarie Island 22 stycznia 2015 roku o godzinie 2330. Po wypiciu drinka „za szczęśliwe ocalenie”, czyli dopłynięcie do naszego pierwszego celu zabraliśmy się do przygotowań na następny dzień. Podczas, gdy reszta ekipy szykowała nasze dwa pontony, ja wybierałam zdjęcia z płynięcia. Dopiero przed 0300 kładliśmy się spać, a już od 0600 jesteśmy na nogach. Zaraz na pokład przyjadą strażnicy z parku (cała Wyspa Maqcuarie objęta jest ochroną) i przeszkolą nas z zakresu zachowania się w rezerwacie i zasad obcowania z przyrodą. Na Antarktydzie tego typu pogadanki będę musiała przeprowadzać z załogą przed każdym wyjściem na ląd, jako że zostałam wyznaczona na lidera wyprawy i odbyłam w tym zakresie szkolenie w PAN’ie w Instytucie Antarktycznym przeprowadzone przez panią doktor Annę Kidawę.
Już nie mogę się doczekać spotkania z pingwinami i lwami morskimi… Od samego rana wypatruję na lądzie zwierzaki i szykuję aparat fotograficzny.

Ze spraw organizacyjnych, bo o tym nie wspomniał ostatnio Mariusz, płyniemy w systemie czterech wacht trzygodzinnym z czuwaniem – godzina przed wachtą i dwie po, co daje 6 godzin. Podział jest następujący:
0000-0300 i 1200-1500 Tomek i Wojtek
0300-0600 i 1500-1800 Michał i Robert
0600-0900 i 1800-2100 Adam i Ania
0900-1200 i 2100-2400 Hania i Mariusz M.

Napisane przez: Mariusz | 2015/01/18

Ruszamy w rejs na Morze Rossa

Mariusz:

Morze Rossa jest jak magnes, przyciąga i odpycha jednocześnie. Jest najdalej na południe położonym morzem na naszej kuli ziemskiej. Stąd w wyścigu do bieguna południowego startowali Scott, Amundsen i Shackleton. Poza historycznymi pozostałościami po tych wielkich odkrywcach obszar ten urzeka swym lodowym krajobrazem. Jest królestwem pingwinów adelie i cesarskich. Tych drugich nie dane nam jeszcze było nigdy zobaczyć w ich naturalnym środowisku. Jednocześnie Morze Rossa jest jednym z najtrudniejszych akwenów. Od najbliższego lądu stałego oddzielone jest szerokim pasem Oceanu Południowego, którego przepłynięcie z północy na południe jest dużym wyczynem. Cały obszar Morza Rossa przez większą część roku jest skuty lodem. Lód puszcza latem i z reguły pod koniec stycznia pojawia się pas czystej od lodu wody, którym można dopłynąć do granicy szelfu lodowego. Ale bywają lata, podczas których morze się nie otwiera. Ten rok jest niestety rekordowy, jeśli idzie o powierzchnię Antarktydy skutą lodem w czasie zimy. Do dzisiaj otwarcia nie ma i nie wiadomo, czy pojawi się. Grozi nam odbicie się od ściany lodu. Ale o tym przekonamy się za 2 tygodnie.
W połowie drogi między Tasmanią a Antarktydą leży Macquarie Island należąca do Australii. Wyspa ta została wpisana na światową listę dziedzictwa UNESCO dzięki unikalnej geologii. Zamieszkiwana jest miedzy innymi przez 3,5 mln morskich ptaków, 80 000 ssaków (fok, słoni morskich) i kilka gatunków pingwinów, z olbrzymią kolonią pingwinów królewskich. Tylko dwa jachty rocznie mogą uzyskać pozwolenie na odwiedziny tego unikalnego miejsca. Tuż po Nowym Roku zaczęliśmy ubiegać się o takie pozwolenie. Dyrektor Tasmańskich Parków Narodowych, od którego zależy decyzja, narzucił spory zestaw wymagań. Udało nam się je wypełnić i w piątek dostaliśmy pozwolenie.
W czwartek z Hobart w kierunku Morza Rossa wypłynęła Selma Expedition. Nas zatrzymało jeszcze pozwolenie na Macquarie oraz paliwo antarktyczne. Ku memu zdziwieniu, tylko BP je posiada i nie mogliśmy tak po prostu się zatankować. Dostaliśmy je dopiero w popołudniowy piątek dzięki staraniom menadżera naszej mariny. W międzyczasie obszar wód na południe od Tasmanii zdominował głęboki niż. Nie jest to niczym niezwykłym w tym rejonie, ale po raz pierwszy od naszego przypłynięcia w regatach rozdmuchało się w Hobart. W Prince of Wales Bay Marina prędkość wiatru przekraczała w porywach 40 węzłów, a musieliśmy przestawić się do tankowania. Na szczęście udało nam się wykorzystać krótki bezdech i manewry portowe odbyły się bez przykrych niespodzianek.
W sobotę rano 17 stycznia 2015 roku odprawiliśmy się na wyjście w porcie w Hobart. Ostatnie pożegnania z Anią i Marcinem, próba morska naszych skafandrów Musto i mogliśmy oddać cumy.
Nasz jacht po zaprowiantowaniu i zatankowaniu dodatkowych 2500 litrów paliwa w zewnętrznych zbiornikach przytył o prawie dziewięć ton od startu w regatach. Nie poprawia to stateczności jachtu. Na nockę z soboty na niedzielę, z przechodzącego pod Tasmanią rozległego niżu zapowiadany był wiatr do 50 węzłów. Od Piotrka i Krzyśka z Selmy wiemy, że zmagali się z podobnym wiatrem już w sobotę mimo, że zgodnie z prognozą szczyt ich jeszcze nie liznął (i może uda im się uciec na południe). Postanowiłem więc odpuścić i nie wpływać w środek sztormu. Nie jeden nas jeszcze zapewne przetrzepie, ale zaczynać płynięcie w ten sposób kłuci się z rozsądkiem. Stanęliśmy więc na noc kotwicy przy Brunny Island.
Dzięki temu mogliśmy dzisiaj rano zjeść spokojnie urodzinowe śniadanie i wypić lampkę szampana. Za chwilę podniesiemy kotwicę, by wpłynąć w ogon sztormu. Przed nami 800 mil do Macquarie Island. Potem jeszcze około 1300 mil do wejścia na Morza Rossa i 400 mil do Bay of Whales – nieistniejącej już zatoki w szelfie Morza Rossa, najdalej na południe położonej otwartej wody.
Płyniemy w dziewięcioosobowym składzie. Do kraju po regatach wrócili Maćka i Irek – wielka szkoda, będzie nam ich brakować. Adam postanowił wziąć udział w naszej wielkiej przygodzie i poważnie wzmocnił ekipę. Domusztrowała też do nas Anka, którą poznaliśmy 4 lat temu w Ushuaia na Selmie. Nasze drogi ponownie skrzyżowały się na Grenlandii i teraz w Brisbane, gdzie bardzo pomogła Tomkowi w przygotowaniach jachtu do regat. Zapowiada się kolejna wielka przygoda.

Napisane przez: Hanuś | 2015/01/15

Między dwoma wielkimi wydarzeniami

Od osiągnięcia mety regat Sydney Hobart upłynęło już kilkanaście dni. Można powiedzieć, że to mnóstwo czasu, szczególnie patrząc na szybkość przepływu informacji. Jest trochę tak, że gdy na bieżąco nie przekazujesz co się u Ciebie dzieje, to jakby ciebie nie było. Często spotykam się z głosami, że relacje wysłane z opóźnieniem nie mają tak dużej wartości jak te słane „na gorąco”. Nie jest to już ciekawa informacja, bo dzisiaj tylko ta przekazywana na bieżąco się liczy. Wiem, że tak jest, ale nie zawsze znajduję czas i refleksję, żeby usiąść i napisać tekst oraz dobrać zdjęcia. W takich chwilach zazdroszczę wielkim odkrywcom sprzed wieków, którzy podróżowali, poznawali, starali się zrozumieć, analizowali, spisywali swoje relacje i potem się nimi dzielili.
Dla mnie czas od zakończenia regat do teraz był nieprawdopodobnie szybką smugą w czasoprzestrzeni, niczym kometa spadająca podczas gwieździstej nocy. Mam wrażenie, że dopiero co mijamy metę i spotykamy się ze wspaniałym przywitaniem. Już na wodzie z pontonu witają nas Michały z jachtu Cristal, a z nabrzeża dobiegają nas okrzyki sióstr Anny i Małgorzaty oraz Agnieszki z Konradem – „biało-czerwoni” … oraz powiewający w światłach latarni orzeł. Nikt z nas nie spodziewał się takiego powitania. A najbardziej wzruszające było to, że gdy po rzuceniu cum zaczęliśmy dziękować za powitanie, usłyszeliśmy: „to my dziękujemy Wam”. Startując z Sydney czuliśmy, że jesteśmy na końcu świata i robimy coś nieprawdopodobnego. A tu nagle w Hobart, w jeszcze dalszym zakątku świata, spotkało nas tyle ciepła ze strony Polaków. Ale to było tylko preludium, gdyż w następnych dniach dochodziło do kolejnych spotkań, których nie zapomnimy. Podczas pobytu w Hobart poznaliśmy cudownych ludzi. Pierwszy kontakt z pewnością zawdzięczamy siostrom Małgorzacie i Annie, które nie tylko nas przywitały na mecie, ale także zorganizowały noworocznego grilla na Mt.Wellington, angażując w to Polonię. Renata z Jackiem podjęli się przygotowania lokalnych smakołyków dla dwóch polskich załóg, a siostry z Elą i Mirkiem poświęcili nam czas pokazując okolicę.
Dzięki Jackowi, który odwiedził nas w porcie, dowiedzieliśmy się o istnieniu polskiego sklepu na Tasmanii i poznaliśmy jego właściciela Ziggiego. Ania z Marcinem, którzy wpadli do nas pierwszego dnia po dopłynięciu, stali się naszymi przewodnikami i towarzyszyli niemalże codziennie. Ania poświęciła nam czas pomagając w przygotowaniach do kolejnego rejsu. Uczestniczyła w przyrządzaniu mięsnych zapraw, pomimo, że od wielu lat jest wegetarianką!
Te kilkanaście dni pobytu w Hobart to czas spędzony z ludźmi. Wiem, że Tasmania jest niezwykle ciekawym miejscem i jest tu wiele do zobaczenia, ale może następnym razem… Z wizyty na tym krańcu świata zachowam wspomnienie spotkań ze wspaniałymi ludźmi. Intersujące okazały się nowe relacje, ale niezwykle istotne były momenty refleksji i wspominania wspaniałych chwil, które przeżyliśmy w naszym gronie podczas wyścigu z Sydney. Po tak wielkim wydarzeniu, nie dało się od razu przejść do porządku dziennego. Dla mnie udział w regatach Sydney Hobart był naprawdę czymś wspaniałym. Spełniło się moje kolejne wielkie żeglarskie marzenie!!! Każdy z ekipy Katharsis mocno przeżywał to co razem osiągnęliśmy. Mariuszowi po raz kolejny udało się stworzyć zgraną załogą i poprowadzić nas przez niesamowitą przygodę.

Zakończyliśmy sukcesem jedno wielkie wyzwanie i dokonaliśmy dla nas czegoś wyjątkowego, a już czas szykować się do kolejnej wielkiej przygody…

Ostanie tygodnie, to poza miłymi spotkaniami, także czas ciężkiej pracy i przygotowań do następnego wyzwania, jakie przed nami i jachtem stawia kapitan. Czeka na nas groźne, mroźne i pokryte wciąż jeszcze lodem Morze Rossa. Możliwe, że będzie to najtrudniejsza z naszych dotychczasowych wypraw. Jednak doświadczenie zdobyte podczas przygotowań do przepłynięcia Oceanu Spokojnego i zdobycia Hornu „z Pacyfiku na Atlantyk” oraz pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego pomagają nam niezmiernie w tych pracach. Przystosowanie jachtu oraz zaprowiantowanie dla kilkuosobowej załogi na ponad dwa miesiące jest zadaniem, które wykonujemy według ułożonego planu z dużą wprawą.
Prace dobiegają końca. Czekamy jeszcze tylko na dostawę specjalnego arktycznego paliwa, którego pozyskanie w środku astralnego lata (mówimy o 4 tonach tej cennej cieczy) okazało się bardziej skomplikowane, niż przypuszczaliśmy. Ale i to nasz kapitan zorganizował i jutro ostatni element przygotowań, czyli tankowanie. Będzie można oddać cumy i pożeglować ku groźnym wodom Oceanu Południowego.

Napisane przez: Mariusz | 2014/12/30

Katharsis II w Rolex Sydney Hobart Yacht Race 2014

Mariusz

Trudno sobie wyobrazić bardziej emocjonujący moment żeglarski od startu w regatach Rolex Sydney Hobart Yacht Race. Jachty zostały podzielone na trzy grupy startujące z liniach odległych od siebie o około 400 metrów. Katharsis II oraz Selma Expedition zostały przydzielone do środkowej linii. Moim założeniem było nie pchać się za wszelką cenę do przodu, by uniknąć kolizji. Szybkość manewrów w wykonaniu naszego jachtu w porównaniu z regatowymi ścigaczami jest dużo mniejsza, o czym zdają sobie zapominać sternicy zwrotnych łódek.
Jeszcze w trakcie prezentacji żagli sztormowych wiatr zaczął tężeć. Zanosiło się na około 20 węzłów południowo-wschodniego wiatru. Zapowiadał się start baksztagowy, który dawał szansę na uniknięcie zwrotów w Sydney Harbour. Wybieranie szotów genui byłoby okupione katorżniczym wysiłkiem Wojtka, Irka i Adama. Napięcie zaczęło gwałtownie rosnąć na 10 minut przed startem, kiedy to odstawiliśmy silnik. Manewrowaliśmy na samym grocie, by zminimalizować prędkość. Minuty wlekły się w nieskończoność. Przed naszym dziobem doszło do kolizji. Na szczęście jachty tylko się o siebie otarły. Woda była wzburzona od manewrów przed startowych oraz od motorówek z widzami i łopat śmigieł helikopterów nisko latających nad nami. Napięcie zeszło, gdy padł sygnał startu i wszystkie jachty ruszyły w tym samym kierunku.
Selma zajęła świetną pozycję przy nawietrznej prawej bojce. My byliśmy o dwie długości łodzi za nimi. Selma miała nieco kłopotu z postawieniem genui, która zaczęła dotykać wody. Trymowanie naszej genuy było łatwiejsze i szybsze w jeździe z wiatrem i szybko nabraliśmy prędkości. Pozwoliło nam to zrównać się z Selmą w czwartej minucie i po chwili wyprzedzić. Och taka mała rywalizacja.
W dziesiątej minucie zaczęliśmy wyprzedzać Pasion 4 C, wchodząc między nich a Imagination, którą mieliśmy po prawej burcie. Było ciasno. Krzyknąłem, by dać luz na szocie genui i zwolnić. W tym momencie Imagination zajechała nam drogę i delikatnie ją dotknęliśmy. Nie mogłem uciekać w lewo, bo kolizja z Pasion 4 C, z którą zrównaliśmy się groziła szczepieniem takielunków. Nasze zwolnienie wykorzystał Spitit of Mateship, który chciał z kolei wcisnąć się między nas a Imagination. Ten wymusił na nas odbicie w lewo. Mimo że Pasion 4 C była już bezpieczna, manewr ten delikatnie zirytował sternika jej jachtu.
Po kolejnych trzech minutach byliśmy na pierwszej zwrotnej boi. Skręcaliśmy w prawo o 90 stopni, co oznaczało ostre wyostrzenie. Wybieranie genui tym razem trwało nieco dłużej. Większość jachtów była po naszej nawietrznej, zanim mogliśmy sami mocniej wyostrzyć. Start mieliśmy za sobą i mogliśmy odetchnąć. Teraz już tylko normalna praktyka żeglarska. Szliśmy w morze z pełnym grotem i zrefowaną genuą. Płynęliśmy szybko, robiąc cały czas 10 węzłów. Pozwalało na to płaskie jeszcze morze. Pożegnaniu z Sydney towarzyszył nam helikopter jednej ze stacji telewizyjnych. Zrobiliśmy się całkiem popularni, po akcji przygotowanej przez organizatorów regat ze Świętym Mikołajem, który przyniósł poprzedniego poranka prezenty na nasz jacht. W ten sposób byliśmy pokazani w głównych wiadomościach trzech stacji, których reporterów gościliśmy na pokładzie.
Wiatr południowo-wschodni miał utrzymywać się do sobotniego poranka. Taki początek wyścigu okazał się dla nas bardzo niekorzystny. Regatowe jachty po minięciu drugiej bojki nabrały nieco wysokości i obrały bezpieczny, bo z małym zafalowaniem kurs południowo zachodni wzdłuż brzegu Australii. Nasz jacht niestety nie jest w stanie pływać tak ostro na wiatr, jak jachty regatowe. My mieliśmy do wyboru, albo płynąć ostrym kursem, ale powoli, albo pełniejszym z normalną prędkością. Wybraliśmy to drugie i w ten sposób mieliśmy wprawdzie satysfakcję z wyprzedzania mniejszych jachtów regatowych, ale konieczność dwukrotnego odłożenia się w morze zniwelowała nasz wysiłek. Po każdym takim manewrze traciliśmy kilkanaście pozycji. Pod wieczór wiatr wzmógł się do prawie 30 węzłów. Założyliśmy drugi ref na grocie, by oszczędzić żagiel, jacht i załogę. Prędkość prawie nam nie spadła, ale mogłem czuć się bezpiecznie. Jachty regatowe płyną na ponad 100 % swoich możliwości. Kilka z nich musiało się niestety wycofać z powodu awarii, w tym dwa maxi: 80 stopowa Brindabella (rekord trasy do 2012 roku) i 100 stopowy Perpetual Loyal (największy rywal Wild Oats XI).
Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Katharsis II świetnie daje sobie radę z pływaniem pod wiatr. Gdyby jazda podwiatrowa miała miejsce w drugiej części wyścigu, moglibyśmy tak zaplanować trasę pełnowiatrową, by nie wykonywać pustych przebiegów halsowych. Ale nie ma co gdybać ani narzekać.
Sobotni poranek wygasił wiatr. Dla nas to jak gwóźdź do trumny. Początkowo, gdy wiatr osłabł do 6 węzłów, byliśmy w stanie jeszcze poruszać się powoli z prędkością 4 – 5 węzłów. Około 0700 wiatr zdechł. Przez sześć godzin nasze żagle ze smutkiem łomotały na martwej fali. Przemieściliśmy się zaledwie o kilkanaście mil i to głównie dzięki prądowi, który pojawił się na granicy szelfu.
Drugiego dnia dopiero o 1300 mogliśmy postawić naszego lekkiego genakera. Zaczęliśmy powoli rozpędzać się. Przed zmrokiem zmieniliśmy go na naszego ulubionego ciężkiego spinakera. Mile zaczęły w końcu znikać. Jeszcze przed północą weszliśmy w słynną Bass Strait. Wiatr zaczął tężeć z godziny na godzinę… Katharsis II, mimo swoich ponad 50 ton płynęła nieprzerwanie z prędkością 10 – 12 węzłów. Do porannego zwrotu przepłynęliśmy 140 mil w 13 godzin. Po zwrocie przez rufę prawy hals okazał się jeszcze szybszy, przez 6,5 godziny pokonaliśmy 80 mil morskich. Nasza największa prędkość to 16,5 węzła.
Dziesięć osób na łódce to pozornie spory tłumik. W przypadku wyścigu tego kalibru z pewnością przydałoby się jeszcze kilka osób. Cała załoga świetnie dawała sobie jednak radę. Płynęliśmy w systemie trzech wacht czterogodzinnych. Każda zmiana dawała wsparcie wachtom na dwie godziny przed i dwie po swojej wachcie. Oznaczało to w praktyce konieczność czuwania przez osiem godzin i tylko cztery godziny wypoczynku, a na nie te 4 godziny snu nie zawsze znalazł się czas. Ja dawałem ekipie wsparcie za sterem w trudniejszych momentach i pracę na radiu. Radio to osobna historia. Nie zaraportowanie pozycji trzy razy dziennie groziło karą czasową, a w przypadku nie zgłoszenia się przed wejściem w Bass Strait nawet dyskwalifikacją.
W niedzielę kontynuowaliśmy świetną jazdę. Z każdą godziną przesuwaliśmy się do góry w klasyfikacji. Wiatr zaczął tężeć. Zacząłem żałować, że nie mamy jeszcze jednego mniejszego ciężkiego spinakera. Nasze „baby” było już bowiem mocno wysłużone. W poniedziałek spodziewaliśmy się przejścia frontu i chcieliśmy dopłynąć przed nim w cień Tasmanii.
Jechaliśmy bez trzymanki. Mieliśmy postawionego całego grota oraz spinakera, mimo wiatru wiejącego do (a czasami ponad) 30 węzłów. Każdemu zwrotowi towarzyszyło obcinanie metra linki brasu spinakera, która strasznie pracowała na bomie spinakera. Wiedziałem, że prędzej czy później coś nam strzeli. Na szczęście dla nas, morze nie było w stanie się wybudować. Fale napierające na jacht potrafią wykręcić go do wiatru. Przeżaglowana łódka jest w stanie położyć się na wodzie. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, pomimo bardzo silnych porywów. Tak odważna jazda pozwoliła nam się przesunąć do przodu o 25 pozycji w ciągu 34 godzin.
Przed północą w niedzielę nasz ukochany spinaker niestety strzelił. Nie wytrzymał tak intensywnej i ciężkiej pracy. Udało nam się, pomimo silnego wiatru, podebrać go z wody. Fał spinakera (jeden z dwóch) też przepalił się. Miałem do wyboru: stawiać naszego genakera albo iść na białych żaglach na motyla. Prognoza przewidywała coraz silniejsze wiatry. Kusił mnie spinaker, ale zdrowy rozsądek zwyciężył. Oznaczało to, że możemy od tej chwili co najwyżej bronić naszej pozycji. Płynęliśmy wzdłuż brzegu Tasmanii oddaleni od lądu o jakieś 70 mil. Przez sześć godzin płynęliśmy spokojnie z prędkością około 9 – 10 węzłów. Bez szału, ale bezpiecznie.
Nad ranem wykonaliśmy zwrot ku Tasman Island, małej wysepce u wejścia do Stormy Bay (Zatoki Sztormów) prowadzącej do Hobart. Świt przyniósł świeży powiew wiatru. Już nie żałowałem, że nie postawiliśmy genakera. Zaczęło powiewać do 40 węzłów, a my i tak płynęliśmy pod pełnym grotem, genuą wystawioną na bomie spinakera na nawietrzną i na sztakslu. Łódka nie była łatwa w opanowaniu, ale załoga dała radę. Zanotowaliśmy rekord prędkości 18,7 węzła. Tak szybka jazda wystarczyła, by nikt nas nie objechał, ale nie była dostatecznie skuteczna, by przesunąć się do przodu. Morze zaczęło się wybudowywać i coraz trudniej było sterować. Przechyły mieliśmy tak duże, że dwukrotnie dotknęliśmy bomem wody. Nasz bom jest bardzo solidny i wytrzymał przeciążenie, ale Not a Dimond, który płynął naszym kursem przed nami i dzielnie przez cały czas powiewał spinakera złamał bom tuż przed Tasman Island. Wtedy postanowiłem zrefować grota.
Przy wejściu do Stormy Bay mieliśmy na celowniku osiem jachtów na przestrzeni pięciu mil. Do mety mieliśmy jeszcze 42 mile. Ciśnienie na barometrze spadło o 30 milibarów. Ciężkie chmury nad Tasmanią zapowiadały przejście zimnego frontu. Był to niesamowity malarsko krajobraz, groźnego nieba i strzelistych klifów wyspy. Nie mieliśmy czasu na kontemplację, musieliśmy jak najszybciej zwinąć motyla. Wraz z frontem wiatr zmienił kierunek. Fale zaczęły zalewać nam kokpit. To co działo się przez następne 7 godzin mogło by być osobną opowieścią. Tasmania powitała nas godnie. Wiatr wyprawiał cuda. Potrafił zgasnąć do zera, powodując bujanie się przez 45 minut. Wiał też leciutko, wymuszając stawianie spinakera. Dmuchał również w powiewach do 50 węzłów, dwukrotnie zmieniając kierunek.
Ten 42 milowy odcinek wykończył nas fizycznie. Byliśmy do tego świadkami niesamowitej tragedii. Przy Cathedrial Pilars powitał nas nisko lecący samolot z fotografem na pokładzie. Tych zdjęć już nigdy nie zobaczymy. Dwie godziny później kolejny silny szkwał przechylił go, spowodował zahaczenie skrzydłem o wodę i niechybną katastrofę. Tragedia ta rozegrała się na oczach jachtu Mistral płynącego za nami. Dwie osoby niestety zginęły.
Smutny to akcent na koniec tego ciężkiego wyścigu. Jazda w górę rzeki była również wypełniona silnymi szkwałami. Odcinek 11 milowy pokonaliśmy zaledwie czterema halsami. W ten sposób dopłynęliśmy do mety Rolex Sydney Hobart Yacht Race jako 65 jednostka. Wielką niespodziankę sprawił nam ponton z Michałami z jachtu Cristal, którzy eskortowali nas do linii mety oraz siostry Małgorzata i Anna oraz młoda para Agnieszka z Konradem, którzy witali nas śpiewami z falochronu.
Daliśmy z siebie wszystko. Przez większą część wyścigu angażując siebie i jacht na 110%. Czujemy niesamowitą satysfakcję z tego, że wzięliśmy udział w tych niezwykłych regatach. Przy korzystniejszych dla nas układach pogodowych moglibyśmy osiągnąć pewnie i lepszy wynik, ale na pewno nie daliśmy plamy. Pewną satysfakcją jest to, że po przeliczniku wypadliśmy lepiej od najszybszych jednostek: Wild Oats XI i Comanche.

Nasza załoga w Rolex Sydney Hobart Yacht Race:

Napisane przez: Hanuś | 2014/12/26

Przed startem Rolex Sydney Hobart Race 2014

Do startu Rolex Sydney Hobart Race pozostało 41 minut.
Prognoza pogody sprawdza się. Delikatna poranna bryza zamieniła się w równy wiatr SSE ponad 20 węzłowy. Ma wiać powyżej 30. Wszystkie jachty są już na wodzie. Zameldowaliśmy się przed komisja regatową pod sztormowymi żaglami i teraz czekamy na start.
Trzymajcie kciuki!!!!

Wracam na pokład.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 142 obserwujących.