Napisane przez: Hanuś | 2016/02/07

Latający Holender na pokładzie Katharsis II

Latający Holender za sterami Katharsis II

Latający Holender za sterami Katharsis II

Dwa dni temu na pokład Katharsis II zawitał wyjątkowy gość. W drodze z Wietnamu do Polski zatrzymał się u nas Latający Holender. Tak, tak, nie kto inny, tylko autor popularnych niegdyś programów marynistycznych i podróżniczych emitowanych w polskiej telewizji przez wiele lat. Pan Bohdan Sienkiewicz jest w trakcie realizowania filmu na temat żaglowca szkolnego „LÊ QUÝ ĐÔN” wybudowanego w Polsce dla Akademii Marynarki Wojennej Wietnamu. Trzymasztowy bark zaprojektowany został, podobnie jak „Dar Młodzieży”, przez Zygmunta Chorenia i wybudowany przez polską stocznię w Gdyni. Latający Holender pomknął do Nha Trang, gdzie wietnamski żaglowiec 26 stycznia dotarł po kilkumiesięcznym dziewiczym rejsie oceanicznym do swojego właściwego portu macierzystego. Pan Bohdan przywitał tam jednostkę z polsko-wietnamską załogą, po czym przez Bangkok przyleciał na Phuket i spotkał się z nami. Głównym powodem wizyty miało być przeprowadzenie wywiadu z Mariuszem w związku z nagrodą „Rejs Roku”. Jednak poza wywiadem mieliśmy mnóstwo czasu na miłe rozmowy, morskie i podróżnicze opowieści oraz wspominki. Latający Holender okazał się wspaniałym gawędziarzem, który podczas wielu swoich podróży spotkał mnóstwo wspaniałych ludzi i przeżył najróżniejsze przygody. Jak sam o sobie mówi „i wciąż szlajam się po świecie”, czemu zaprzeczyć nie można.
Podczas naszych rozmów, opowiadań o wyprawach dalszych i dawniejszych oraz tych ostatnich uświadomiłam sobie, że znowu wiele się wydarzyło, a ja zupełnie nic nie napisałam i nic nie pokazałam co u nas. Niby jesteśmy w jednym miejscu od dwóch miesięcy, bo w Tajlandii, ale wciąż coś się dzieje. Takie wakacyjne (bo tak nazywam ostatni czas) pływanie zwalnia mnie jakoś podświadomie z bieżącego relacjonowania naszych rejsów. Gdy jesteśmy w trakcie jakiejś dużej wyprawy, jak na przykład ta na Morze Rossa, gdy przemierzamy ocean z Nowej Zelandii na Papuę Nową Gwineę, czy odwiedzamy niebezpieczne i nieznane zakątki Papui, to staram się zdać relację z każdego nowego kawałka oceanu, czy nowej wyspy i wioski. A te ostatnie tygodnie w atmosferze świąteczno-wakacyjnej wciągnęły mnie w blogowe lenistwo. Jednak osoba redaktora Latającego Holendra i jego barwne opowieści przypomniały mi o mojej pasji dzielenia się pięknymi chwilami z innymi i już biorę się za siebie!

Napisane przez: Mariusz | 2016/01/05

Wspomnienie regat Rolex Sydney – Hobart

Mariusz:

Znowu przydarzyła się nam spora przerwa w relacjach z naszych wypraw. Utknęliśmy przed Bali i mamy co nieco do nadrobienia. Problemy techniczne (jak chociażby brak biblioteki zdjęć, którą zabrałem ze sobą opuszczając Katharsis II na 2 tygodnie) mamy za sobą.
Dziurę w opowieściach o naszych przygodach postanowiliśmy zasypać filmem, który przygotował Robert zwany Zefirem. Tydzień temu kończyły swe występy pierwsze jachty biorące udział w tegorocznej edycji regat Sydney – Hobart. Trudny to był wyścig, głównie za sprawą słynnej odwrotki wiatru (tzw. „southerly change”). Sporo jachtów zmuszonych było do wycofania się z wyścigu, w tym wielokrotny zwycięzca Wild Oats XI. Wielkim wygranym tego wyścigu był Comanche, który mimo uszkodzeń jachtu wrócił do rywalizacji i jako pierwszy przekroczył linię mety w Hobart.
Tegoroczne zmagania przywołały wspomnienia naszej przygody sprzed roku. Takiego wyzwania nie sposób zapomnieć. Film Zefira oddaje emocje, które nam towarzyszyły podczas zeszłorocznej jubileuszowej edycji regat. Myślę, że warto go obejrzeć.

Napisane przez: Hanuś | 2015/12/10

Lombok widziany z wysp Gilli

W drodze na Bali zatrzymaliśmy się na dwa dni przy Gili Islands, leżących nieopodal Lombok. Jest to grupa trzech niewielkich wysp, słynących z pięknych plaż, przejrzystej wody oraz barów. O wyspach tych w samych superlatywach opowiadał nam Bartek z Anką z Tapasyi. Pewnie za sprawą dodatkowej atrakcji tego miejsca, jakimi są grzybki śmieszki.
Zakotwiczyliśmy przy Trewangan. Po dotarciu na ląd przywitały nas rzędy leżaków i parasoli rozstawionych na złotym piasku tuż nad krystalicznie czystą wodą. Wzdłuż plaż ciągnęły się bary i restauracje, które od wnętrza wyspy odgradzała piaszczysta, utwardzona droga. Byłam zaskoczona atmosferą i spokojem tego miejsca. Z barów nie dudniła męcząca muzyka, raczej snuła się delikatnie do uszu. Nie było słychać warkotu motocykli, gdyż na drodze nie odnotowaliśmy żadnego ruchy spalinowego – jedynie rowery i bryczki. Można było znaleźć zakątek dla siebie i oddać się nic-nierobieniu i leniuchowaniu. Taka chwila spokoju przed dotarciem na gwarne i tętniące życiem Bali to dobry pomysł.

Napisane przez: Hanuś | 2015/12/10

Nurkowania na Komodo

Podczas kilkudniowego pobytu na Komodo, poza wypatrywaniem na plażach waranów i innej dzikiej zwierzyny, kilka razy zeszliśmy pod wodę. W ekipie nurkowej był Mariusz, Kuba, Zbyszek i ja oraz Marek, jako nasze zabezpieczenie z pontonu. Pierwsze nurkowania zaliczyliśmy przy południowych krańcu Wyspy Rinca. Woda miała tam zaledwie 23-24 st. Celsjusza, przez co sięgnęliśmy po grubsze kombinezony. Zbyszek przywiózł ze sobą jedynie cienka wersję, ale po pierwszym przemarznięciu pod wodą odważył się ubrać jeden z naszych grubych kombinezonów. W jego rozmiarze mieliśmy jedynie damski model – w śliczne niebiesko-błękitno-białe kwiaty. Kuba z Markiem nie dawali Zbyszkowi spokoju, śmiejąc się, że chodzi w babskich ciuchach. Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył. Zbyszek nie dał się chłopakom i na pierwszym miejscu postawił komfort pod wodą, pokazując się rybom, ślimakom i innym podwodnym stworzeniom w kwiecistym kombinezonie.
Zimna woda przy południowych brzegach Rinca sprzyja życiu podwodnemu. Bogatość korala twardego, miękkiego, rozgwiazd, ślimaków oraz ryb była oszałamiająca. Przy południowym brzegu Komodo woda także była chlłodna i nurkowisko ciekawe, ale te przy Rinca prezentowały znacznie bogatsze życie.
Zwiedzając Komodo nie mogliśmy odmówić sobie odwiedzenia miejsca, słynącego z występowania całych stad mant – okolic rafy Makassar. Do opisów w przewodniku nurkowym podchodziliśmy z Mariuszem dość sceptycznie, gdyż kilka razy szukaliśmy już pod wodą mant i zazwyczaj kończyło się to fiaskiem. Tym razem było jednak inaczej. Gdy podpłynęliśmy we wskazane miejsce wczesnym rankiem, przy powierzchni wody dostrzegliśmy kilka ogromnych mant. Zbyszek i ja prosto z pokładu wskoczyliśmy do wody w płetwach i maskach. Był silny prąd, ale pracując energicznie nogami można było utrzymać się nad unoszącymi się pod nami majestatycznymi mantami. Reszta ekipy dołączyła do nas po jakimś czasie i również nacieszyła się obecnością tych wspaniałych stworzeń. Przy Makassar Reef zeszliśmy pod wodę w sprzęcie nurkowym i z aparatami. Ja przeżyłam chwilę grozy, gdyż będąc w wodzie Marek podawał mi aparat i rozminęliśmy się i mój ukochany sprzęt zaczął szybko tonąć, zanim zdążyłam się zanurzyć. Na szczęście było zaledwie kilkanaście matrów głębokości i rewelacyjna widoczność, więc widziałam nie traciłam aparatu z oczu. Niestety był bardzo silny prąd i nie byłam w stanie się zanurzyć i od razu podpłynąć do niego. Marek wywiózł mnie pontonem pod prąd, tak bym miała zapas wysokości, zanurzyłam się i wylądowałam nad aparatem. Odzyskałam mój skarb, ale nerwów nie brakowało.
Rewelacyjnego nurka zaliczyliśmy także pod koniec naszego pobytu na Komodo – przy Gill Lawa Laut. Pod wodę zeszliśmy przy miejscu nazywanym Cristal Rock. Początek nie zapowiadał wybitnego nurkowania, gdyż widoczność była słaba i stosunkowo niewiele życia. Ale nie można się zniechęcać. Gdy opłynęliśmy pierwszy załom w skałach sytuacja się zmieniła – życie pod woda jakby wybuchło. Mnogość ryb i stworzeń olśniewała. Do tego wszystkiego udało mi się wypatrzeć po raz drugi w życiu parę koników morskich – Pygmy seahorse. Nie miałam najlepszego obiektywu do fotografowania tych malutkich ryb, bo 60mm. Żałowałam, że nie mam obiektywu 105mm, ale pamiątka jest! Takim miłym akcentem zakończyliśmy naszą podwodną przygodę z Komodo.

Napisane przez: Mariusz | 2015/11/22

W krainie smoków z Komodo

Mariusz:

Będąc w okolicach Flores miałem nadzieję na odwiedzenie jednej z wiosek, w których mieszkańcy pielęgnują stare obyczaje. Kilka z nich leży w południowej części prowincji Ngada, w niedużej odległości od Riung – bramy do Parku Morskiego Siedemnastu Wysp. Pokonać niecałe 100 km nie brzmi przerażająco, jednak fatalna droga z Riung nie dawała gwarancji pokonania tego dystansu w czasie krótszym niż 5-7 godzin. Nie znalazłem wsparcia w ekipie, samemu mając wątpliwości, czy mój obolały kręgosłup da radę tak długo się wytrząsać. Nie pozostało nam więc nic innego, jak popłynąć na Komodo.
Każdy z nas chciał spotkać warana z Komodo. Te największe z żyjących jaszczurów występują, nie wiedząc czemu tylko w tym jednym małym regionie. Ponad dwa tysiące osobników żyje na dwóch wyspach: Komodo i Rinca, niewielka gromada zamieszkuje również zachodnie wybrzeże Flores. Smoki zawdzięczają swą nazwę sporym rozmiarom i prehistorycznemu wyglądowi. Przypominają wyglądem dinozaury i potrafią być autentycznie niebezpieczne. W ich ślinie znajduje się broń biologiczna w formie bakterii, które po ugryzieniu wnikają do organizmu i po kilku dniach potrafią powalić nawet bawoła. Do tego mogą dość szybko biegać, więc żartów z nimi nie ma.
W okolicach Komodo jest sporo niezłych miejsc nurkowych. Zapowiadało się więc na dłuższy pobyt w Parku Narodowym Komodo. Ostatniego dnia października wpływaliśmy o poranku na wody National Rark Komodo. Po raz pierwszy od wpłynięcia do Indonezji powietrze było przejrzyste. Mijane wyspy były jeszcze bardziej suche od Flores. Na pierwsze kotwicowisko wybraliśmy zatokę Loh Buaya przy wyspie Rinca. Nasze mapy po raz kolejny były rozminięte z rzeczywistością i to o kilkaset metrów. Przy dobrym świetle nie mieliśmy problemów ze znalezieniem bezpiecznego miejsca. Po zejściu na ląd udaliśmy się na poszukiwanie strażników parku. Wypadało uregulować opłaty za wejście. Trochę z duszą na ramieniu udaliśmy się na poszukiwanie budki. Po drodze spotkaliśmy młodego warana. Ten spłoszył się na nasz widok. Nic dziwnego, skoro młode smoki muszą ukrywać się na drzewach przed dorosłymi osobnikami. Warany nie są wybredne i zjadają swoje potomstwo. Dopiero po osiągnięciu metra schodzą z drzew.
Gotówki starczyło nam na opłacenie trzech dni pobytu w parku. Kolejne opłaty mieliśmy uiścić na Komodo, o ile tam się pojawimy. Od razu wybraliśmy się też na spacer po wyspie w towarzystwie dwóch przewodników. Mieli nas chronić kijami przed potencjalnym atakiem waranów. Podczas ponad godzinnego spaceru spotkaliśmy jednak tylko jedną samicę pilnującą swojego gniazda. Kilka osobników wylegiwało się za to w okolicach kuchni, licząc na tani posiłek. Jeden nawet ruszył swoje cztery litery do pobliskiej kałuży. W ruch poszły migawki aparatów, by uwiecznić naszego pierwszego chodzącego warana.
Trochę byliśmy rozczarowani tym pierwszym, tak mało naturalnym spotkaniem z waranami. Popłynęliśmy na południe Rinca, gdzie woda z głębin Oceanu Indyjskiego wynosząc się na powierzchnię ma o kilka stopni niższą temperaturę, niż na północy Komodo. Sprzyja ona życiu podwodnemu, które zamierzaliśmy podglądać. Zakotwiczyliśmy w Lehok Uwada Dasami nieopodal niedużej plaży. Rankiem ujrzeliśmy na plaży małpę. Myśleliśmy, że oznacza to brak smoków w najbliższej okolicy. Już planowaliśmy lądowanie na plaży, kiedy z krzaków wyczołgał się waran. Są one szczególnie aktywne do około 1000, kiedy jeszcze nie jest tak gorąco. Postanowiliśmy nie drażnić osobnika i zrobić mu kilka zdjęć z pontonu.
Po pierwszym nurku popłynęliśmy na plażę za cyplem, przy którym kotwiczyliśmy. Oczom naszym ukazał się obraz kilku waranów wylegujących się w cieniu drzew. Mimo południowej pory rześko poderwały się na nasz widok. Nie było nawet mowy o lądowaniu na plaży. Próbę podejścia smoków ponawialiśmy kilka razy. Ich zachowanie było zawsze podobne. Im byliśmy bliżej, tym bardziej dziarsko i one zaczynały podchodzić do nas. Z ust ciekła im zakażona bakteriami ślina, a wyciągnięty gadzi język nie wzbudzał zaufania. Raz trzy warany odważyły się wejść do wody i kiedy zaczęły płynąć w naszym kierunku, poczuliśmy miękkość w nogach. Z podniesionym silnikiem mieliśmy słabą manewrowość pontonem, a nie chciałem ryzykować zgaszenia silnika przez uderzenie śrubą w koral. Zbyszek dzielnie trzymał wiosło w ręku, by nas chronić, ale moja siostra miała dość takich emocji i wróciliśmy na łódkę.
Rinca było jedynym miejscem, w którym spotkaliśmy warany. Zatrzymaliśmy się w kilku miejscach przy Komodo, ale poza jeleniami, dzikimi świniami i małpami nie natrafiliśmy na warana. Dzięki temu odważyliśmy się zejść na ląd, by pomiędzy kolejnymi nurkowaniami móc się rozkoszować plażowaniem. Ciekawe są na Komodo plaże z różowym piaskiem. Pierwszą zobaczyliśmy jeszcze na samym południu. Z turkusowej wody wyłaniały się pasy różowawego piasku. Z przewodników wiedzieliśmy o słynnej plaży nazwanej od koloru piasku Pink Beach. Postanowiliśmy się przekonać, czy rzeczywiście jest taka piękna, czy może po prostu słynna ze względu na ilość przyjeżdżających tu turystów. Plaża okazała się bardzo urokliwa i warta była odwiedzenia, chociaż różowych plaż jest na Komodo wiele. Pływając prywatnym jachtem ma się ten komfort, iż można popłynąć w wiele różnych miejsc, często niewskazanych w żadnych przewodnikach, a na zorganizowanej wycieczce trzeba się trzymać marszruty wyznaczonej przez operatora.
Przy Komodo, w pobliżu Pantai Merah po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) raz w Indonezji spotkaliśmy wieśniaków zajmujących się handlem obwoźnym. Dziewczyny mogły w końcu obkupić się w sznury pereł hodowanych u wybrzeży Flores.
Dwa dni spędziliśmy przy rafie Makassar. Miejsce to jest regularnie odwiedzane przez manty. Dopływając widzieliśmy na raz dziewięć baraszkujących ryb. Będąc w wodzie z maską i fajką, czy nurkując z butlą już nie natrafiliśmy na tak okazałe stado. Ale każdy miał przyjemność zobaczyć chociaż jedną mantę z bliska.
Z Komodo żegnaliśmy się przy Gill Lawa Laut, gdzie wspięliśmy się na jedno ze wzniesień i zaliczyliśmy najbardziej rybnego nurka. Wypływając w kierunku Bali nie wiedzieliśmy jeszcze, że na Lombok wybuchł wulkan, który na kilka dni sparaliżował życie na lotniskach na Lomboku i Bali.

Napisane przez: Hanuś | 2015/11/09

Przez Timor na Flores

Po niecałych trzech dniach żeglugi dotarliśmy na czas do Kupang, gdzie pożegnaliśmy Michała i przyjęliśmy na pokład Magdę z Markiem. Nie osłonięte kotwicowisko nie zachęcało do dłuższego postoju. Szkoda, bo górzyste wnętrze Timoru kryje w sobie kilka społeczności, ciągle żyjących w zgodzie ze starymi tradycjami. Podczas kilkugodzinnego postoju uzupełniliśmy zapasy napojów oraz świeżynki i przed zachodem słońca zostawiliśmy za rufą Timor.
Naszym kolejnym celem była Wyspa Flores. Planowaliśmy dopłynąć na północny brzeg w okolice Maurere, by stamtąd zorganizować wyprawę w głąb wyspy na wulkan Kelimutu. Pływając po wodach Indonezji wciąż zaskakują nas silne prądy, które nie do końca związane są z pływami podczas odpływów czy przypływów, ale pojawiają się w niektórych miejscach, często trudne do przewidzenia. Jest to jedno ze zjawisk, które wymaga zgłębienia wiedzy lokalnej, której nie da się wyczytać z przewodników. Płynąć z południa na północ musieliśmy pokonać wąski przesmyk między Wyspami Flores i Adunara. Mariusz wiedział, że występują tam silne prądy i z rana spodziewał się dodatniego. I rzeczywiście prądy dodawały nam prędkości, jednak z tak silnym, bo ponad 7-węzłówym prądem spotkaliśmy się do tej pory tylko raz, podczas rejsu po Kolumbii Brytyjskiej. Gdyby prąd był przeciwny, to zamiast sunąć do przodu, stalibyśmy w miejscu. Woda aż kipiała, a na naszym logu pojawiło się ponad 14 węzłów.
Po bezwietrznej nocy i porannych atrakcjach w przesmyku w dzień pojawiła się sprzyjająca bryza i udało nam się pożeglować na pełnych żaglach wzdłuż północnego brzegu Flores. Kotwicę rzucaliśmy już po zmroku w zatoce przed Maurere przy hotelu z ośrodkiem nurkowym. Następnego dnia z rana planowaliśmy poprzez hotel zorganizować wycieczkę na wulkan. Niestety nie zastaliśmy właściciela, a obsługa pozostająca w recepcji nie była w stanie nam pomóc. Postanowiliśmy przenieść się do głównej miejscowości – Maurere i tam szukać samochodów do wynajęcia. Po drodze zatrzymaliśmy się przy niewielkiej wysepce na kąpiele w lazurowej wodzie i do Maurere zapłynęliśmy na wieczór. Mieliśmy dużo szczęścia, gdyż wpływając do Maurere wywołał nas przez radio Alladyn – tamtejszy agent wspierający przypływające jachty. Jeszcze tego samego wieczora pojawił się na pokładzie Katharsis i zapytał w czym może nam pomóc. Niesamowicie ciepły w kontakcie z nami muzułmanin zaproponował, że zorganizuje dla nas dwa samochody z kierowcami, które zawiozą nas na wulkan, a sam w ciągu dnia pojedzie na targ i kupi co potrzebujemy. Przygotowałam dla niego listę zakupów, a na drugi dzień rano wsiedliśmy w podstawione samochody i ruszyliśmy na całodniową wyprawę na wulkan Kelimutu.
Sama droga była ciekawa, gdyż pozwalała zobaczyć wnętrze wyspy. Zawsze jest to zupełnie inna perspektywa, niż ta wyłącznie od strony wody. Ja byłam oczarowana zielenią pól ryżowych. Flores jest wyjątkowo suchą wyspą, lecz jej górzyste wnętrze jest bardziej zielone. Wioski mijane po drodze wkomponowane były w krajobraz tworząc wraz z nim harmonijny charakter wyspy. Tu i ówdzie mijaliśmy niewielkie kościółki, jako że wnętrze Flores jest katolickie. Spora część mieszkańców praktykuje ciągle animistyczne rytuały przodków.
Po ponad trzech godzinach jazdy dotarliśmy do parku narodowego przy wulkanie Kelimutu. Nie jest on już aktywny, a atrakcją są malownicze jeziora. Nie mieliśmy dostępu do Internetu, więc nie sprawdzaliśmy dokładnie jak to będzie wyglądało, a przewodnik zawierał jedynie jedno, niezbyt udane zdjęcie. Mariusz wyczytał, iż jest to piękne miejsce, ale nikt z nas do końca nie wiedział czego się spodziewać. Gdy po krótkim spacerze na wulkan doszliśmy do krawędzi krateru ujrzeliśmy pierwsze jezioro. Wśród masywnych skał skrywała się tafla szmaragdowej wody. Był to śliczny widok. Następnie wspięliśmy się wyżej, skąd rozpościerał się widok na kolejne jezioro, które miało kolor cudownie turkusowy. Barwy tego krajobrazu były nierealne. Aż trudno było mi uwierzyć, iż takie kolory stworzyła natura, a nie utalentowany chemik! Po sesji zdjęciowej na tle obu jezior weszliśmy na najwyższy taras widokowy, skąd było wiać trzecie z jezior. Miało ono już bardziej naturalny kolor, bo zielony. Wszystkie jeziora tworzyły wspaniałą ucztę dla oczu i wspólnie stwierdziliśmy, iż są to jedne z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek oglądaliśmy.
Po powrocie z wycieczki, pojechaliśmy do poleconej przez Alladyna restauracji ze świeżymi owocami morza. Miejsce było trochę zaskakujące. Najpierw wchodziło się do sklepu wędkarskiego, następnie przechodziło na jego zaplecze, gdzie znajdowały się wanny ze świeżymi rybami i homarami oraz kuchnia, zawalona garnkami i brudnymi naczyniami. Pomiędzy tym wszystkim stał kojec z bawiącym się synkiem właścicielki. Po wybraniu ryb i homarów poszliśmy na górę, gdzie znajdowało się kilka stolików. Ilość brudnych naczyń ze świeżymi odpadkami świadczyła o dużej ilości klientów, a to zapowiadało dobre jedzenie. I tak rzeczywiście było. Po wspaniałej wycieczce zjedliśmy pyszną kolację. Oprawa nie była może specjalnie elegancka czy wykwintna, ale jedzenie było świeże i bardzo dobre, a tego nam było trzeba po wyczerpującym dniu. Po powrocie na nabrzeże, czekał na nas Alladyn, który przekazał nam zakupione rano na targu tuńczyki, które przechował w chłodni w swoim domu, a na pokładzie stały torby z zakupami. Świetnie to wszystko dla nas zorganizował. Po zasztauowaniu zakupów podnieśliśmy kotwicę, by przez noc przenieść się w nowe miejsce – do Parku Morskiego Siedemnastu Wysp, gdzie pośród lazurowej wody i sielskich krajobrazów spędziliśmy dzień relaksując się w morzu i wygrzewając na złotym piasku.

Napisane przez: Hanuś | 2015/11/03

Samochód dla Artura – Fundacja Niesiemy Nadzieję

Co jakiś czas, nie za często, ale jednak odzywam się do czytelników mojego bloga o pomoc. Wspieram regularnie Fundację Niesiemy Nadzieję.

Każdy z nas ma słabość do jakiejś pokusy – może to być tabliczka pysznej czekolady, pucharek ulubionych lodów, butelka wina, kufelek zimnego piwa… można wymieniać by w nieskończoność. Ja czasem odmawiam sobie małej pokusy i zamiast tego wysyłam coś do fundacji. Może ktoś z Was, w ramach jesiennego porządkowania listy swoich zachcianek, odstąpi od czegoś i poświęci te kilka złotych, żeby wspomóc Artura. Poznałam chłopaka osobiście. Jego walka o normalne funkjonowanie i chęć życia warta jest by pomóc. Chodzi o uzbieranie pieniędzy na samochód dla Artura i jego mamy, bez którego Artur nie może normalnie funkcjonować. Potrzebne jest jeszcze 3000 złotych. Jak każdy dorzuci kilka złotych, to może uzbieramy. Zerknijcie proszę:

https://zrzutka.pl/samochod-dla-artura

Napisane przez: Hanuś | 2015/11/02

Z Ambon na Wyspy Korzenne

Nasz pobyt w Ambon wiązał się z wymianą załogi i koniecznością dotarcia do miejsca dobrze skomunikowanego z głównymi lotniskami indonezyjskimi. Początkowo Mariusz planował z Raja Ampat popłynąć prosto na Wyspy Korzenne, skąd miała wyjechać jedna ekipa i dotrzeć kolejna. Jednak było to trudne do zrealizowania, gdyż na Banda (Wyspy Korzenne) latają w tygodniu raptem trzy małe samoloty (12-osobowe) i nierzadko loty są odwoływane. Mariusz nie chciał, by któraś z załóg utknęła w Dżakarcie lub nie mogła wydostać się z Wysp Korzennych, dlatego popłynęliśmy do Ambon, gdzie znajduje się duże lotnisko i skąd jest stosunkowo blisko na Banda.
Po doświadczeniach w Sorong, gdzie nie było jak wylądować na brzegu i na kotwicowisku otaczały nas statki rozsiewające zapach ropy oraz benzyny, postanowiliśmy nie płynąć do miasta. Zakotwiczyliśmy na południe od Ambon przy Amahusu Beach. Jest to niewielka miejscowość położona przy głównej drodze biegnącej wzdłuż wybrzeża, oddalona o kilka kilometrów od centrum Ambon.
Okazało się to rewelacyjnym rozwiązaniem, gdyż z łódki mieliśmy przepiękny widok na plażę otoczoną bujną zielenią, a do miasta kilkanaście minut jazdy taksówką. Ambon było pod wpływami Portugalczyków i Holendrów, stąd do dziś większość mieszkańców tego sporego miasta jest chrześcijanami. W mieście jest mnóstwo kościołów i widać wyraźnie rywalizację między chrześcijanami a muzułmanami. Doszło tu do poważnych zamieszek 15 lat temu. Po wyjściu na ląd poznaliśmy Yana – Chińskiego chrześcijanina. Jego rodzina dwukrotnie odbudowywała spalony w trakcie rozruchów dom. Yan pomógł nam zorganizować transport na lotnisko i polecił jedną z najlepszych restauracji w mieście, gdzie wybraliśmy się na pożegnalną kolację z wyjeżdżającą ekipą. Towarzyszył nam także w wyprawie na targ, co było bardzo pomocne. Nie udało nam się jeszcze opanować podstawowych zwrotów w języku indonezyjskim umożliwiających robienie zakupów. Poradzilibyśmy sobie sami, ale zawsze łatwiej poruszać się w takich miejscach z kimś z stąd. Yan załatwił dla nas jeszcze jedną bardzo ważną sprawę, a mianowicie kupno i transport oleju napędowego. W Indonezji nalewanie na stacjach benzynowych paliwa do kanistrów jest zabronione. Dla takich czynności wymagane jest specjalne pozwolenie. Związane jest to z dotowaniem paliwa przez państwo. Znacznie niższe ceny dostępne są dla obywateli niż dla obcokrajowców. Yan uzyskał dokumenty umożliwiające zamówienie cysterny i tankowanie kanistrów na nabrzeżu, skąd przewoziliśmy je pontonem na łódkę. Pomimo, iż musieliśmy zapłacić cenę dla obcokrajowców, to i tak była ona dla nas korzystna, gdyż za litr oleju napędowego zapłaciliśmy niecałe 3,5 PLN.
Na pożegnalną kolację wybraliśmy się do Sari Gurih. Jest to restauracja serwująca głównie owoce morza. Przy wejściu znajdują się grille oraz pojemniki ze świeżymi rybami, spośród których można wybrać okaz dla siebie. Wnętrze jest dość specyficzne. I nie chodzi mi o plastikowe krzesła, czy stoły nakryte niby-koronkowymi obrusami przykrytymi folią, a raczej o przerażająco jasne światło, przypominające bardziej to na sali operacyjnej niż w restauracji. Niemniej jedzenie było bardzo dobre, a całemu wieczorowi uroku dodawała muzyka na żywo, grana przez trzyosobowy zespół lub któregoś z gości, chcącego spróbować swoich sił na scenie. Doświadczyliśmy niezłej mieszanki muzyki zachodniej z lat osiemdziesiątych i muzyki wschodniej brzmiącej chyba niezmiennie od zawsze. Było to poznawcze. Gdy wychodziliśmy z restauracji Yan zwrócił nam uwagę na wiszące na ścianach zdjęcia właścicielki z ważnymi osobistościami z Ambon, mającymi świadczyć, iż bywa w tym lokalu poważna klientela.
Po udanym sobotnim wieczorze w niedzielę 18 października pożegnaliśmy Kaśkę, Weronikę, Anię i Tomka, którzy przez Dżakartę, Dubaj dotarli do Europy. W poniedziałek dołączyli do nas Magda, Roma i Kuba, a w środę Zbyszek. Gdy byliśmy w komplecie pożeglowaliśmy ku Wyspom Korzennym. Do momentu podniesienia kotwicy nie byliśmy pewni, czy uda nam się popłynąć na Banda. Było to jedno z miejsc w Indonezji, na zobaczeniu którego najbardziej nam zależało. Jednak znowu byliśmy w pośpiechu, a do tego Mariuszowi zaczęły dokuczać plecy, których ból mógłby być nie do zniesienia, gdyby czekała nas ostra jazda podwiatrowa. Na szczęście w środę uspokoiło się i mogliśmy dystans 120 mil z Ambon na Banda pokonać przy niewielkiej bryzie w dziób wspomagając się silnikiem, a nie zmagać się z 20-węzłowym południowo-wschodnim wiatrem monsunowym. Czas naglił nas w związku z kolejnymi zmianami w załodze. Na poniedziałek 26 października musieliśmy dotrzeć do Kupang na Timorze, oddalonym od Banda o 530 mil morskich, skąd do Polski wracał Michał, a na pokład zaokrętowywali się Magda z Markiem. Mariusza plan zakładał krótki, bo niespełna dwudniowy pobyt na Wyspach Korzennych. W piątek popołudniu musieliśmy płynąć już do Kupang, by dotrzeć na miejsce w poniedziałek przed południem, by Michał zdążył na popołudniowy samolot.
W czwartek nad ranem byliśmy na miejscu. Zakotwiczyliśmy przy Palau Neira, gdzie znajduje się główny port Banda Islands – Bandaneira. Wyspy Korzenne to jedno z miejsc na ziemi, o zobaczeniu których marzyłam, chociaż do końca nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. To jedno z tych zakątków świata, o których się wie, że istnieją i że są w jakiś sposób magiczne i chce się do nich dotrzeć. Na myśl o Wyspach Korzennych stają mi przed oczami najróżniejsze obrazy z książek, filmów i wyobrażenia o dawnych czasach kolonialnych, a wraz z nimi czuję zapachy przypraw – cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej. I tak 22 października 2015 roku postawiłam stopę na Wyspach Korzennych. Miejsce to zasłynęło na świecie dzięki swoim skarbom – przyprawom. To właśnie stąd pochodzi gałka muszkatołowa, której plantacje uprawiane są od wieków. Z Wysp Korzennych wysyłane w świat są także goździki oraz cynamon. Mieszkańcy Banda żyli spokojnie i dostatnio przez wieki. Uprawa przypraw wymagała wiedzy, ale nie za wiele pracy, dzięki czemu przy niewielkim wysiłku można było cenne plony wymieniać na jedzenie, ubrania i inne potrzebne do życia rzeczy. Handlarzami zainteresowanymi kupnem przypraw korzennych byli głównie Arabowie, Chińczycy i mieszkańcy Jawy. Beztroskie czasy skończyły się wraz z przybyciem w te rejony Europejczyków. Pierwsi na Wyspach Korzennych byli Portugalczycy, którzy pojawili się w 1512 roku, a następnie Holendrzy w 1599. Nowi przybysze nie mieli na wymianę przedmiotów wartościowych dla mieszkańców Banda. Zamiast żywności i płócien, przywozili noże, stal, wełnę i świecidełka, którymi nie byli zainteresowani właściciele przypraw korzennych i nie chcieli z Europejczykami handlować. Holendrzy postanowili siłą zmusić mieszkańców Banda do współpracy i nalegali, by mieć wyłączność na kupno przypraw korzennych. Starszyzna przystała na taki układ, nie podchodząc do niego poważnie. Chciano uciszyć i uspokoić Holendrów, by nie zaogniać sytuacji. Gdy Holendrzy odpłynęli, natychmiast zapomniano o umowie z nimi i podjęto współpracę między innymi z Anglikami. Po kilku latach Holendrzy wrócili i podjęli walkę z Anglikami o rynek, by stać się monopolistą w handlu przyprawami korzennymi. By wyeliminować rywala odkupili od Anglików jedną z Wysp Korzennych – niewielką Run. Wymienili ją na Manhattan. Holendrzy zajęli wszystkie plantacje na Wyspach Korzennych i nie mogąc podporządkować sobie mieszkańców postanowili ich wymordować. Decyzję o zagładzie ludności z Wysp Banda wydał w 1621 roku nowy gubernator Holenderskiej Kompani Indii Wschodnich Jan Pieterszoon Coen. Jedynie kilkuset Bandańczyków zbiegło na Wyspę Kei, gdzie udało im się znaleźć schronienie. W miejsce rdzennych mieszkańców nowy gubernator ściągnął niewolników z Jawy i Sumatry, którzy byli mu posłuszni. Plantacje przypraw korzennych pozostawały w rękach Holendrów do odzyskania przez Indonezję niepodległości w 1949 roku. Wówczas 30% plantacji stało się własnością państwa, a 70% przekazano mieszkańcom. Analizując historię i wyobrażając sobie jakie piekło zgotowali Holendrzy mieszkańcom Wysp Banda czar i urok czasów kolonialnych przygasa…
Na ląd wybraliśmy się w czteroosobowym składzie – Magda, Michał, Zbyszek i ja. Mariuszowi plecy tak doskwierały, że nie był w stanie pojechać się z nami, a Roma i Kuba walczyli ze zmianą czasu. Wylądowaliśmy naszym małym pontonem przy nabrzeżu i zaczęliśmy zwiedzanie od spaceru po uliczkach Bandaneira, przyglądając się dzisiejszym mieszkańcom tej wyspy. Obecnie 97% ludności stanowią muzułmanie, 2% to chrześcijanie i 1% wyznawcy innych wiar lub ateiści.
W czasach kolonialnych większość holenderskich właścicieli plantacji przypraw miała swoje posiadłości w Bandaneira. Dzięki takiemu rozwiązaniu wille nie były rozsiane po wyspach, tylko skupione w jednym miejscu i tworzyły małe europejskie miasteczko. Wybuchy wulkanu sąsiadującego z Wyspą Neira zniszczyło wiele posiadłości, jednak część z nich zachowała się, a niektóre odrestaurowano i można je zwiedzać. Jedną z willi odwiedziliśmy. Bardzo podobały nam się przepiękne posadzki oraz wspaniałe przewiewne tarasy. Na jednej z szyb znajduje się wygrawerowany diamentem list miłosny. Napisany został po holendersku, więc od chłopaka, który nas do willi wpuścił wiemy, że to pozostałość po kochankach z 1834 roku. Ogrody, pomimo, iż zaniedbane i zarośnięte mają swój urok i czar, przypominając o czasach świetności tego miejsca.
Poza miasteczkiem bardzo chcieliśmy zwiedzić jedną z plantacji. Z przewodników wiedzieliśmy, że poprzez hotel można zorganizować krótką wycieczkę. Było już po godzinie 1400 i wątpiliśmy, czy uda nam się coś załatwić. Właścicielka hotelu Cilu Bintang Estate początkowo proponowała następny dzień, jednak my mocno się upieraliśmy, gdyż następnego dnia mieliśmy już opuszczać Bandaneira. Na szczęście jeden z przewodników znalazł czas i jeszcze o 1500 w czwartkowe popołudnie popłynęliśmy wynajętą łódką na sąsiednią wyspę Banda Besar do wioski Lonthoir, gdzie zobaczyliśmy jak rośnie gałka muszkatołowa, goździki, cynamon. Gdy weszliśmy na plantację nie od razu zorientowałam się, że już jesteśmy na miejscu. Spodziewałam się czegoś w postaci sadu lub gaju oliwnego, a ta plantacja wyglądała jak las liściasty ze starymi pięknymi drzewami w cieniu których można byłoby odpocząć. Te wielkie rozłożyste drzewa to kanareczniki (kenari tree), które mają chronić owoce gałki przed nadmiernym nasłonecznieniem. Z nasion kanareczników pozyskuje się pyszne orzechy pili (migdały holenderskie), jednak głównym zadaniem tych drzew jest ochronna największych skarbów – gałki muszkatołowej, goździków i cynamonu. Nasz przewodnik oprowadził nas po plantacji, gdzie zbieraliśmy sami owoce gałki, pąki kwiatowe drzewa goździkowego i wycinaliśmy korę cynamonowca. Drzewa goździkowe już przekwitły, więc kolorowych kwiatów nie zobaczyliśmy, ale przynajmniej wiem jak wygląda drzewo i pąki kwiatowe. Było to niezwykle ciekawe doświadczenie. Drzewa gałki muszkatołowej widziałam już wcześniej na Grenadzie, jednak tamte przypominały nasze jabłonie wolno rosnące na polach. Dojrzały owoc gałki muszkatołowej jest bardzo ładny i kolorowy. We wnętrzu żółtej śliwki znajduje się nasionko w brązowej łupinie otulone czerwoną osnówką, zwaną „kwiatem gałki”. Z miąższu owocu wytwarza się na Wyspach Banda dżem, syrop, cukierki, jak również karmi się byki. Najcenniejsze są osnówka i nasiona. Najwyższej jakości są nasiona, które pochodzą z owocu, który dojrzeje na drzewie i sam się otworzy. Jednak nie często czeka się do tego momentu, gdyż trzeba by zbierać je pojedynczo. W praktyce zrywane są dojrzałe żółte owoce, z których wydobywa się nasiona i suszy na słońcu. Po segregacji na I i II gatunek nasiona ruszają w świat. Nam udało się kupić nasiona i owoc gałki prawie prosto z drzewa i to te najwyższej jakości. Z plantacji wracaliśmy o zachodzie słońca, a na łódkę już po zmroku.
Następnego dnia po krótkim wypadzie na targ po świeżą rybę podnieśliśmy kotwicę i w drodze do Kupang zatrzymaliśmy się na kąpiel w oceanie przy bezludnej Wyspie Neilaka nieopodal Run, którą Holendrzy kupili od Anglików za Manhattan.
Podczas naszego krótkiego pobytu na Banda zauroczeni byliśmy mieszkańcami tych wysp. Wszyscy byli niezwykle uprzejmi, sympatyczni i pozytywnie do nas nastawieni. Cieszę się z tej wizyty. Cudownie móc zweryfikować swoje wyobrażenia z dzieciństwa z rzeczywistością.

Napisane przez: Mariusz | 2015/10/25

Raja Ampat

Mariusz:

Czterodniowa odprawa w Sorong nieco pomieszała nam w planach. Do wylotu ekipy z Ambon pozostało nam w ten sposób zaledwie 9 dni i prawie 500 mil do przepłyięcia. Planowałem odwiedzić Raja Ampat i Halmaherę, ale musieliśmy ograniczyć się do tego pierwszego obszaru i to jeszcze w sposób bardzo wybiórczy. Wybór kotwicowisk i miejsc do nurkowania dyktowała pogoda, ciągle zależna od przechodzących na północ od Papui tajfunów.
Raja Ampat jest całkiem sporym obszarem składającym się z około 1600 wysp, z których większość jest niezamieszkana. Eksplorowany jest turystycznie od niedawna, głównie dzięki niesamowitemu światu podwodnemu, uznawanemu za najbardziej zróżnicowany na świecie. Sezon nurkowy zaczyna się tu w listopadzie i grudniu, musieliśmy więc liczyć na przychylność Neptuna, by zejść pod wodę. Prawie wszystkie lokalne łodzie nurkowe pozostały jeszcze w Sorong, kiedy my zostawialiśmy je za rufą w piątkowe popołudnie 9 października.
Na pierwsze kotwicowisko wybrałem wyspę Kri. Leży ona 40 mil na północ od Sorong i dopłynięcie do niej za widoku nie było już możliwe. Jej wschodni przylądek słynie z rekordowej (374) odnotowanej liczby gatunków ryb podczaj jednego zejścia pod wodę. Ta mnogość wynika z przenikaniu się w tym miejscu głębokiej wody Pacyfiku z płytkim Morzem Halmahera. Mimo ciemności i rozjechanej w stosunku do rzeczywistości mapy udało nam się rzucić kotwicę na ponad 40 metrach w Dampier Strait tuż przy rafie osłaniającej wyspę od północy. Środkowe i Północne Raja Ampat słynie z trudnych kotwicowisk lub w zasadzie z ich braku. Trudno znaleźć wypłycenia przy stromych ścianach raf koralowych.
Pogoda nam dopisała i po kilku wietrznych dniach w Sorong nastąpiła dwudniowa cisza. Tylko powietrze osnute było mgiełką, która nie pozwalała na zrobienie zdjęcia otaczającego nas krajobrazu w soczystych kolorach. Stan roślinności na brzegu wskazywał na długie przerwy w opadach, mimo trwającego jeszcze okresu wilgotnego monsunu południowo – wschodniego. Kolejny dowód na kapryśność klimatu w czasie roku El Ninjo.
Dwa razy zeszliśmy pod wodę przy południowej ścianie Cape Kri i oba nurki zaliczyć muszę do tych, których nigdy się nie zapomina. Ilość różnych ławic ryb była trudna do wyobrażenia. Rekomendacja tego miejsca nie była przesadzona. Ryby rafowe, w tym napoleon i agresywne rogatnice wprowadzały kolorowy zawrót głowy. Do tego żarłacze i barakudy dodawały pikanterii. Silny prąd podczas porannego nurka i rozproszone światło podczas południowego utrudniło zrobienie ciekawych zdjęć. Ale frajda z nurków była ogromna. Między nurkami wyskoczyliśmy na rajską plażę, która powstała podczas odpływu nieopodal Kri. Łachę złotego koralowego piasku otaczała turkusowa woda. Było to jedno z tak zwanych pocztówkowych miejsc.
Następnego dnia wybraliśmy się na poszukiwanie mant na ich stację czyszczącą. Kaśka, która uwielbia pływać z maską i rurką nie mogła się doczekać spotkania z tymi wspaniałymi stworzeniami. Zakotwiczyliśmy w silnym prądzie w kanale w rafie. Woda dosłownie gotowała się wokół jachtu, a łańcuch kotwiczny wydawał melodyjne dźwięki pod naporem płynącej z prędkością kilku węzłów wody. Mimo kilku godzin spędzonych w wodzie i dokładnie zlokalizowanej miejscówki manty nie pojawiły się. Niemniej snorklowanie było udane ze względu na różnorodność ryb i korala. Kaśka wypatrzyła nawet jednego rekina refowego (black tip shark).
Na noc stanęliśmy przy wyspie Gam chcąc następnego dnia wybrać się na poszukiwanie rajskich ptaków. Po kolacji nastąpiła jednak zmiana planów, co jak twierdzi Misiu świadczy o ciągłości dowodzenia. Podnieśliśmy kotwicę i pod osłoną nocy pognaliśmy w kierunku Pulau Wayag. Jest to najbardziej na północ wysunięta grupa wysp w Raja Ampat. Oddalało nas to od Ambon i Misool, gdzie też chcieliśmy zaliczyć kilka zejść pod wodę. Ale nikt tego nie żałował. Miejsce to jest jednym z najbardziej zapierającymi krajobrazami dech w piersiach. Liczne skalne wysepki (podobne do tych z Palau) wyniesione zostały z dna morza około 2 mln lat temu. Kilka większych tworzy dla nich naturalną osłonę i razem tworzą coś w rodzaju labiryntu wypełnionego granatową i turkusową wodą.
Przyjazny wiatr pozwolił nam dotrzeć na miejsce już po wschodzie słońca i przy braku konkurencji jakichkolwiek jachtów, znaleźć w miarę spokojne kotwicowisko. Stanęliśmy nieopodal plaży, z której zamierzaliśmy zaatakować Mount Pindito. Góra wznosi się nieco ponad 200 metrów nad poziom morza i jej niemal pionowe ściany sprawiały wrażenie nie do zdobycia. Wybraliśmy się w czwórkę z Hanią, Weroniką i Michałem. Wspinaczka nie była jednak aż tak trudna, dzięki gęstym korzeniom drzew wrośniętych w skałę, które można było chwytać i bezpiecznie podążać ku szczytowi. Widok, mimo kiepskiej przejrzystości powietrza, oraz piwo skonsumowane w nagrodę, warte były wysiłku. Być w Raja Ampat i nie dotrzeć do Wayag byłoby niewybaczalnym błędem.
Po wycieczce pontonem w labiryncie wysepek oraz chwili relaksu w turkusowej wodzie z zimnym piwkiem czas było na rozpoczęcie wędrówki na południe. Wiatr niestety wzmógł się za sprawą kolejnego tajfunu i wiał z najmniej pożądanego przez nas kierunku, czyli w dziób. Palau Penemu w środkowej części Raja Ampat miało miało być miejscem na jednodniowy postój w drodze do Misool. Mieliśmy być tam o świcie, lecz halsowanie pod wiatr sprawiło, że kotwicę rzucaliśmy w jednej z zatok, niewidocznych z resztą na naszych mapach, dopiero po 1400. Było to niezwykle wolne płynięcie, jak na Katharsis II. Po raz kolejny musieliśmy zweryfikować plany, tym razem rezygnując z Misool. Szkoda, bo świat podwodny pełen jest tam małych stworzeń, które tak uwielbia Haneczka. Ale w tych warunkach żegluga zajęłaby zbyt wiele czasu, a i zanurkować byłoby niezwykle trudno.
Spenetrowaliśmy za to okolice Penemu. Zatoka, w której staliśmy na 50 metrach dawała nam doskonale schronienie przed wiatrem. Okoliczne rafy pełne były ciekawych stworzeń. Poza maleństwami takimi, jak pipefish trafiły się olbrzymie manty. Weronika zaliczyła swojego pierwszego nocnego nurka. Z Hanią i Anią dwukrotnie penetrowaliśmy przesmyk miedzy wysepkami Keruo. Spore fale zalewały ponton i tym razem zmusiły Weronikę do spauzowania. Duże zafalowanie ustępowało miejsce spokojowi, jaki można zaznać w toni. Głębokie nurki, jak ten mają zawsze w sobie coś tajemniczego.
Tydzień na Raja Ampat pozwolił nam poczuć klimat tego miejsca. Brakło może interakcji z mieszkańcami tego regionu. Muzułmanie, a oni dominują tutaj, są przyjaźnie nastawieni, ale utrzymują dystans. Nikt do nas nie podpłynął (poza strażnikami parku narodowego) podczas całego naszego pobytu w Raja Ampat. Zobaczymy, jak będzie dalej. Chociaż bez znajomości nawet podstaw języka i przez ciągły pośpiech będzie trudno zawierać tu znajomości z lokalną ludnością.
Żegluga do Ambon zajęła nam półtorej doby. Niecałe 300 mil szybko nam minęły, gdyż ten sam wiatr, który nie dawał szans na płynięcie do Misool był znakomitą siłą napędową w kierunku do Ambon, stolicy prowincji Maluku.

Napisane przez: Hanuś | 2015/10/10

Z Palau do Sorong w Indonezji przez Helen Reef

Po opuszczeniu Koror w czwartkowe popołudnie 1 października na spokojnych wodach przy Palau chłopacy złowili pierwszą rybę z tym rejsie – niewielkiego tuńczyka. Oby to był dobry znak i więcej ryb wskakiwało na nasz haczyk. Zdobycz została zaserwowana w formie carpaccio naszego przepisu. Cienkie plastry ryby ułożone zostały na talerzach polanych oliwą cytrynową, następnie polane mieszanką oliwy z oliwek, soku z limonek, posiekanej drobno papryczki chilli i świeżego imbiru, dobrawione solą i pieprzem. Całość została posypana płatkami parmezanu oraz kaparami i na koniec zjedzona ze smakiem.
Nasz kolejny cel to Indonezja. Jest to kraj dość mocno zmilitaryzowany i owładnięty biurokracją. My móc żeglować po tych wodach trzeba się uprzednio ubiegać o specjalne pozwolenie (CAIT), którego uzyskanie, po uprzednim przedstawieniu wszelakich dokumentów i dokładnej trasy oraz listy załogi, zajmuje minimum 4 tygodnie. Na szczęście można to zorganizować przez Internet, co Mariusz załatwił z jednym z agentów z Jakarty obsługujących jednostki niekomercyjne. Pozwolenie dotarło na kilka dni przez naszym opuszczeniem Koror. Jeszcze w Polsce wszyscy złożyliśmy wnioski wizowe w ambasadzie Indonezji, żeby usprawnić formalności na miejscu. Przygotowani na konfrontację z oficjelami ruszyliśmy na południe.
Po drodze do Sorong w Indonezji zatrzymaliśmy się na jeden dzień przy Helen Reef należącym do Palau. Jest to atol oddalony na południe od Koror o 300 mil morskich. Po bezwietrznych dwóch dniach i jeździe na silniku, na miejsce dotarliśmy w sobotni poranek. Na powitanie nas wypłynęło trzech rangers’ów, którzy pilotowali nas ze swojej motorówki, byśmy bezpiecznie wjechali do wnętrza rafy. Mariusz początkowo planował zatrzymać się jedynie na kilka godzin w przesmyku przy wejściu do wnętrza rafy i jeszcze przed zmrokiem pożeglować dalej ku Indonezji. Jednak trudno było odmówić gospodarzom i nie odwiedzić ich na wyspie. Strażnicy pilnują utworzonego tu rezerwatu oraz jaj składanych na ich niewielkiej wysepce przez żółwie zielone. Szczyt sezonu na składanie jaj przez żółwie przypada na lipiec, kiedy to wyspę odwiedzają setki tych uroczych zwierzaków. Wtedy strażnicy mają mnóstwo pracy. Ale w praktyce, to cały rok coś się u nich dzieje. Prawie co noc pojawia się jakiś żółw, którego wizytę trzeba odnotować. Jednak najwięcej zmartwień strażnicy mają z rybakami z Filipin, Indonezji i Wietnamu, którzy zapuszczają się w te rejony, by nielegalnie odławiać ryby. Znaczna część Helen Reef i wód wokół rafy objęta jest ochroną rezerwatu i wszelkie połowy są tu zakazane.
Dzień na Helen Reef upłynął na leniuchowaniu, kąpielach w lazurowej wodzie, a mi na uzupełnianiu wpisów blogowych z Palau. Na wieczór zaproszeni zostaliśmy na grilla do rangers’ów. Mieliśmy szczęście, gdyż przed nami na wyspie był statek z zaopatrzeniem, który przypływa co trzy miesiące. Ze świeżych zapasów rangers’i przygotowali udka z kurczaka i żeberka. My przywieźliśmy polski akcent kulinarny, czyli gołąbki, przygotowane przez Tomka. Nie zabrakło też rumu własnej roboty…. Wieczór musiał być udany.
Na drugi dzień rano mieliśmy dostać od naszych gospodarzy świeżo upolowane ryby. Umawialiśmy się, iż popłyniemy na połowy razem między 7a 8 rano, jednak nikt tak wcześnie się nie pojawił. Dopiero, gdy przed 12 podnosiliśmy kotwicę pojawili się zaspani rangers’i i zapowiedzieli, że płyną z kuszami po ryby dla nas. Chyba wieczór z nami ich nieco zmęczył. Gdy my przebijaliśmy się do wyjścia, oni popłynęli na rafę i wyłowili dla nas kilkanaście ryb i jednego homara, które dowieźli nam do burty, gdy opuszczaliśmy Helen Reef. Było to miłe spotkanie i pozwoliło nam przenieść się na kilka chwil do zupełnie innej krainy – rajskiej rafy koralowej wyrastającej na środku oceanu z małą wyspą ze złotymi plażami.
Po sielankowym pobycie na Helen Reef czekało nas jeszcze 230 mil do Sorong. Dystans niby nieduży, jednak warunki jakie nas czekały sprawiły, że był to wyczerpujący rejs. Przyszedł czas na ostrą jazdę podwiatrową. Wiało 20 do 25 węzłów z kierunku południowo-zachodniego. Przy kursie na południe pozwalało nam to ta żeglugę w ostrym bajdewindzie, co bardzo pogorszało komfort pod pokładem. Gdy Kaśka chciała przemieścić się na łódce, musieliśmy zupełnie zwijać przedni żagiel, by zwolnić i zniwelować przechył. Po dobie piłowania pod wiatr zbliżyliśmy się do równika. Czekało nas kolejne przecinanie równoleżnika 0, a co za tym idzie chrzest dla Neofitów. Tym razem w siedmioosobowej załodze mieliśmy trzy Nowicjuszki: Anię, Kasię i Weronikę. Ze względu na ciężkie warunki morskie, nasi łaskawi przedstawiciele Neptuna przygotowali skromną strawę i delikatny trunek, który z uśmiechami na twarzach przyjęły nasze Niewiasty. Zostały one przyjęte do świty Neptuna otrzymując nowe imiona: Anka została Remorą Palauańską, Kaśka Mandarynem Wielkopolskim, a Weronika Żarłaczem Kujawskim.
Do Sorong dopłynęliśmy we wtorkowy poranek 6 października 2015 roku. Mariusz miał kontakt do lokalnego agenta, przy pomocy którego mieliśmy nadzieję szybko załatwić wszelkie formalności. Jednak indonezyjska rzeczywistość nas prawie pokonała. Pomimo, iż mieliśmy wcześniej załatwione pozwolenie na żeglugę po Indonezji oraz wizy uzyskane w ambasadzie w Warszawie, sprawa okazała się bardzo skomplikowana…. Urzędnik imigracyjny nie chciał przybić odpowiedniej pieczątki w naszych paszportach, gdyż uważał, że musi na miejscu wystawić nowe wizy i pobrać za to specjalną opłatę w wysokości 1.000.000 rupi od osoby (około 70 USD). Celnicy z kolei zapowiadali, że uzyskanie odpowiednich dokumentów, które pozwolą nam pływać po wodach Indonezji, zajmie kilkanaście dni. Jak się z czasem okazało, to kilkanaście godzin wysiedzianych w różnych urzędach przez parę dni i przygotowanie odpowiednich kwot pozwoliło nam skrócić czas oczekiwania z dwóch tygodni do czterech dni. Wszystkie formalności pomagał nam załatwić Alex, który ze swoim kierowcą woził nas po odpowiednich urzędach i starał się usprawnić proces decyzyjny urzędników. Bez niego nawet nie wiedzielibyśmy, że konieczna jest jakaś dodatkowa opłata, dedykowana dla konkretnego urzędnika, która jest niezbędna w procesie przyspieszonej (czyli kilkudniowej, a nie dwutygodniowej +) odprawy. Szczęśliwie w piątek o godzinie 1300 uzyskaliśmy niezbędne do wypłynięcia dokumentu. Podnieśmy kotwicę i opuściliśmy Sorong obierając kurs na Raja Ampat.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 193 obserwujących.