Napisane przez: Hanuś | 2014/08/17

Solomon Islands – Guadalcanal

Dwutygodniowy pobyt na Vanuatu pozwolił nam poczuć smak tego bardzo tajemniczego kraju. Szczególnie pobyt na Tanna i Malakula przybliżył nam egzotykę tego regionu. Chętnie zostalibyśmy dłużej, odwiedzając jeszcze chociażby Ambryn i Pentacost, czy Banks Islands na północ od Spirito. Ale taki to już urok żeglugi po morzach i oceanach, że zawsze musi pozostać pewien niedosyt, by chcieć powrócić w dane miejsce.

Wyspy Salomona, leżące kilkaset mil na północny zachód od Vanuatu były kolejnym celem naszego rejsu. Mariusz nigdy tu wcześniej nie zawitał i bardzo cieszył się z możliwości wpłynięcia na nieznane mu wody. Z drugiej strony obszar ten rzadko odwiedzany jest przez żeglarzy, ze względu na ograniczone poczucie bezpieczeństwa w rejonie Wysp Salomona, a zwłaszcza Papua Nowej Gwinei, co dodawało temu etapowi naszej podróży dodatkowy dreszczyk emocji. Na Wyspy Salomona składa się dziewięć prowincji. Początkowy plan zakładał odwiedzenie wschodnich prowincji, zmianę załogi w Honiara i żeglugę do zachodniej części archipelagu. Konieczność krótkiego naszego wypadu do kraju w drugiej połowie sierpnia wykluczyła Honiarę jako miejsce postoju Katharsis II, ze względu na brak bezpiecznego tam kotwicowiska. Stąd postanowiliśmy ze smutkiem płynąć od razu do odległego od Luganville o 800 mil Gizo, stolicy Western Province.

Prognozy pogody niestety w pełni się spełniły. Początek rejsu z Vanuatu na Wyspy Salomona odbywał się przy niewielkiej ilości wiatru, za to z dużymi, kwadratowymi falami. Pomimo, że nasza załoga była już przyzwyczajona do bujania, to rylanie na wszystkie strony i zabawa w bańkę wstańkę pokonała ich. Na posterunek wróciły wiadra i miski. Musieliśmy z Mariuszem ogarnąć jakoś to całe zamieszanie. Gdy zaczęło się rozwiewać i w końcu można było postawić żagle, sytuacja zaczęła się stabilizować i powoli wracały humory. Niestety nadciągnęła zapowiadana przez prognozy strefa konwergencji i pojawiły się ulewne deszcze, silne szkwały i morze znowu nieprzyjemnie (dla naszej delikatnej załogi) rozbujało się. Drugie uderzenie choroby morskiej, chociaż słabsze w dolegliwościach fizycznych, mocniej oddziaływało na psychikę. Pewnie dlatego, że każdy chciał się już dobrze czuć, a tu dopadała jakaś niemoc. Wszyscy się bardzo mobilizowali, jednak łatwo nie było. Mariusz postanowił zmienić plany i podzielić ten etap rejsu na więcej krótszych odcinków. Powróciła więc koncepcja odprawienia się w Honiarze i zakotwiczenia u brzegów słynnej z walk podczas bitwy o Pacyfik Guadacanal. Pozwoliło to skrócić męki załogi o półtora dnia, co spotkało się z entuzjazmem. Nowy plan zakładał zatrzymanie się na południowo-wschodnim krańcu Guadacanal. Znajduje się tam przepiękna laguna Marau, gdzie mieliśmy odpocząć, pozwolić naszej załodze zebrać siły, a następnie wzdłuż północno-wschodniego brzegu popłynąć do Honiary. Oznaczało to, iż nasz pierwszy postój na Wyspach Salomonach będzie nielegalny, gdyż przed odprawą celną, imigracyjną i kwarantanną. Mariusz nie lubi tak postępować, jednak wydawało się, że w tym dzikim zakątku świata nie będzie to miało wielkiego znaczenia i nikomu to nie będzie przeszkadzało. I rzeczywiście tak było. Musieliśmy jeszcze skontaktować się z Misiem, który był w drodze na łódkę i poinformować go, że odbierzemy go w Honiarze, a nie w Gizo. Wszystko udało się pozmieniać i dzięki temu spędziliśmy wspaniały czas w Marau. Po dopłynięciu wyprawiliśmy zaległe urodziny mojemu tacie, a cały następny dzień upłynął na plażowaniu i moczeniu się w kryształowo czystej wodzie laguny. W Marau doszło także do naszego pierwszego spotkania z mieszkańcami Wysp Salomona. Zasłyszane opinie innych żeglarzy o dużym zdystansowaniu i często wrogości lokalnej ludności rozminęły się z naszymi doświadczeniami. Widocznie mieliśmy szczęście, bo zostaliśmy miło przywitani. Od razu podpłynął do nas na swojej małej łódeczce Joe, który pokazał nam najlepsze miejsce do kotwiczenia i zaprosił do odwiedzenia swojej wioski. Stanęliśmy w pobliżu Wysp Marapa i Twa’Ihi. Na Marapa znajduje się wioska Marau, a na Twa’Ihi niewielki hotel Tavanipupu, będący własnością sympatycznej Amerykanki, którą spotkaliśmy później w Honiarze. Wizyta w wiosce wywarła na nas duże wrażenie. Tradycyjne domy budowane z materiałów pozyskanych z dżungli znacznie różniły się od tych odwiedzanych przez nas na Vanuatu. Technika budowlana wydała się znacznie bardziej wyrafinowana. Proste konstrukcje osadzone niemalże na ziemi z klepiskiem i dwuspadowym dachem na Vanuatu, zastąpione zostały na Salomonach domami na palach, z wydzieloną częścią tarasową. Ściany sprawiają wrażenie solidnych, a dachy składają się z kilku płatów. Nabrzeże również zostało dobrze zagospodarowane i zaopatrzone w solidny pomost. Do niego przycumowano łódki mieszkańców wioski, w tym także pirogi uczniów, którzy codziennie przemierzają lagunę w drodze do szkoły. Podczas, gdy my dopływaliśmy do wioski naszym pontonem wyposażonym w 50 konny silnik, do brzegu zbliżała się trójka adeptów szkolnych. Dwie dziewczynki dziarsko wiosłowały w tylnej części łódki, a młodzieniec na dziobie z werwą wybierał na bieżąco wodę. Jak się później dowiedzieliśmy dzieciaki codziennie dopływają do szkoły na drewnianych dłubankach z pni drzew, chyba że laguna jest mocno wzburzona lub bardzo pada. Przy złej pogodzie uczniowie zmuszeni są do wagarowania. Po wiosce oprowadzeni zostaliśmy przez ojca Joe, który przedstawiał nam sporą gromadkę swoich wnuków i opowiadał o życiu w wiosce. Poza porządnymi jak na takie warunki domami, to uderzała nas bieda tych ludzi. Starają się pozyskać jedzenie z dżungli i wody, ale nie zawsze okazuje się to łatwe. Skarżono się nam, że ostatnio było mało opadów i od razu wpłynęło to na plony bananów. No i ubrania… Większość dzieciaków chodziło na golasa i podejrzewam, że nie wygoda, czy upał na to wpływały… Ciężko było patrzeć na uczennicę, która musiała zdjąć dumnie noszony szkolny mundurek i zamienić go na szmatkę, która z trudnością przypominała spódniczkę. Joe próbując sprzedać nam rzeźby lokalnych artystów oraz muszle prosił nie tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o ubrania. Po wizycie w wiosce, wszyscy przejrzeli swoje ciuchy i przygotowaliśmy sporą kupkę do przekazania do Marapa.

Wiatr zelżał podczas naszego pobytu w lagunie. Żegluga do Honiara odbyła się więc bez żadnych przygód. Stolica tego kraju nie jest osłonięta naturalną zatoką. Port jest niewielki, osłonięty z jednej strony falochronem przed przeważającymi wiatrami wschodnimi i rafą od zachodu. Wewnątrz znajdują się zaledwie dwie keje – jedna dla marynarki wojennej i druga dla niedużych statków. Nam nie pozostało nic innego jak rzucić kotwicę w samym środku portu, czym skutecznie zablokowaliśmy wejście. Doszło do wymiany poglądów między Mariuszem i portem, ale na szczęście dla nas, jedyna bojka dla statków była wolna i przestawiliśmy się bezpieczniejsze miejsce. W Honiarze spędziliśmy zaledwie jeden dzień. Cudem udało nam się w tak krótkim czasie (jak na tutejsze warunki) załatwić wszystkie formalności. Przez cały dzień krążyliśmy pomiędzy urzędami, aż w końcu uzyskaliśmy wszystkie podpisy, kwitki i niezbędne pieczęcie. Udało się nam uzupełnić zapas jajek, których nie mogliśmy dostać na Vanuatu oraz świeżych warzyw. Miasto nie wywarło na nas pozytywnego wrażenia. To miejsce nie sprzyjało dłuższemu pobytowi. Często zachodni żeglarze przesadzają w swych opisach, jednak kiepskie kotwicowisko, brud i bałagan po kwietniowym cyklonie Ita oraz obawa o bezpieczeństwo jachtu wymuszało na nas szybkie wypłynięcie. Na czas dotarł Misio i po kilku przywitalnych piwkach w jacht klubie opuściliśmy z ulgą Honiarę, by pożeglować na zachód.

Napisane przez: Hanuś | 2014/08/09

Espiritu Santo i pożegnianie z Vanuatu

Po kilku dniach pobytu na Malakula i obcowania z mieszkańcami oraz kulturą tego magicznego zakątka Vanuatu popłynęliśmy na Espiritu Santo. Miało to być nasze ostatnie kotwicowisko przed wyruszeniem na Wyspy Solomona. Przelot był niezwykle przyjemny – przy delikatnej bryzie i niewielkim zafalowaniu wszyscy delektowali się płynięciem pod pełnymi żaglami. Pod koniec rejsu, już u wybrzeży Santo, na haczyk złapał się ogromny marlin. Przez ponad pół godziny trwała walka pomiędzy Tomkiem a wielką rybą. Gdy zwierz był już prawie przy pawęży Katharsis wstąpiły w niego nowe siły i z impetem pociągnął żyłkę zrywając ją niczym cienką nitkę. Z jednej strony było nam żal, że marlin uciekł. Jednak wyciąganie ponad dwumetrowego potwora z długim i ostrym niczym nóż nosem mogło być trudnym zadaniem… Niech nasz marlin zdobywa morza i oceany, a my będziemy wspominać jego wielkie cielsko wyskakujące z wody.

Na postój przy Santo Mariusz wybrał urokliwe miejsce przy hotelu na Aore Island. Do Luganville – głównej miejscowości, gdzie zamierzaliśmy się odprawić, mieliśmy ponad 3 mile, ale za to na wyciągnięcie ręki była piękna plaża z lazurową wodą zamieszkałą przez ławice najróżniejszych ryb. Do dyspozycji mieliśmy także hotelowy basen, z czego skorzystała moja rodzinka, podczas gdy Mariusz i ja popłynęliśmy na nurkowanie na SS President Coolidge. Jest to wrak amerykańskiego transportowca, przerobionego w czasie wojny na potrzeby armii z luksusowego statku pasażerskiego. Coolidge zatonął 26 października 1942 roku po zderzeniu z dwoma minami. Statek osiadał na dnie przez 85 minut, w czasie których udało się uratować prawie całą 5000 załogę. Katastrofa pochłonęła dwie ofiary – jednego z mechaników przebywającego w maszynowni podczas wybuchu oraz dowódcę jednostki wojskowej, nadzorującego ewakuację ze statku. Jest to największy wrak po II wojnie światowej dostępny dla nurków. Ma on 202 metry długości i leży na głębokości od 21 do 67 metrów. Znajduje się blisko brzegu i można się do niego stosunkowo łatwo dostać. Dzięki rewelacyjnej przejrzystości wody, dochodzącej do 40 metrów oraz świetnym stanie statku jest to doskonałe miejsce nurkowe. O wraku tym słyszałam już wiele razu od Mariusza, który eksplorował go podczas swojej ostatniej wizyty na Santo 9 lat temu. Był zachwycony nurkowaniem, jednak odczuwał spory niedosyt, gdyż załamanie pogody uniemożliwiło mu wtedy zejście do najciekawszych części wraku. Tym razem miało nam się to udać. Przypłynęliśmy do Santo w środę, a dopiero na piątek udało nam się umówić wyprawę nurkową. Na Coolidge schodzić mogą jedynie certyfikowani nurkowie z przewodnikiem z lokalnego centrum nurkowego. W czwartek bardzo się rozwiało i baliśmy się, że pogoda taka utrzyma się i odwołają nasze nurkowanie. Na szczęści wiatr nieco ucichł i wszystko przebiegło zgodnie z planem. No może prawie…
Naszym przewodnikiem był Albert, mający ogromne doświadczenie na tutejszych wrakach. Na samym Coolidge zrobił ponad 4000 nurków. Eksploruje go od 1992 roku i zna większość jego zakamarków. Po omówieniu nurkowania i przygotowaniu sprzętu zeszliśmy pod wodę. Nurkowanie na wrakach nie należy do moich ulubionych. Zamknięcie w wąskich, pordzewiałych wnętrzach statków, gdzie zazwyczaj tylko przewodnik zna drogę wyjścia i w pełni trzeba na nim polegać, specjalnie mnie nie podnieca. Nie to co nurkowanie wśród kolorowej rafy z mnóstwem ryb i najlepiej ze stadami rekinów – to jest to! Ale po opowieściach Mariusza Coolidge bardzo mnie intrygował i chciałam go zobaczyć. Pierwsze nasze zejście i od razu to najciekawsze, czyli zwiedzanie maszynowni, która znajduje się na 47 metrach i odwiedzenie „Lady” na 40 metrach. Zazwyczaj na pierwsze nurkowanie przewodnicy wybierają łatwiejsze miejsca, żeby sprawdzić nową grupę. Myślę, że doświadczenie Mariusza zrobiło na Albercie wrażenie i zdecydował się od razu zabrać nas na głęboką wodę. Był z nami jeszcze Dominik – Australijczyk pomieszkujących na Vanuatu, który już kilkaset razy nurkował na Coolidge. No i taka silna ekipa mi się trafiła. Ja wydałam się małym elemencikiem w całej zabawie, który po prostu musiał dać sobie radę i już. Gdy zanurzyliśmy się na 45 metrów do wnętrza wraku, Albert pokazał wąskie przejście, przez które mieliśmy przedzierać się do maszynowni. Mój komputer nurkowy bił na alarm i już na początku nurkowania wpadliśmy w dekompresję. Trochę mnie to przeraziło, bo to były pierwsze minuty nurka, a przed nami jeszcze kawał wraku do przepłynięcia. Ta myśl i wąskie przejście w zupełnych ciemnościach zrobiły swoje… spanikowałam. Wiedziałam, że to najgorsze co mogę robić, bo w takich sytuacjach powietrze znika z butli w zastraszającym tempie. Pokazałam Mariuszowi, że nie czuję się dobrze i chcę wyjść. Ale jego spokój i pewność w oczach pokonały moje strachy. Po chwili byliśmy w dużym i przestronnym pomieszczeniu maszynowni (na głębokości 47,7 metra…), gdzie przyglądając się ogromnym kotłom i zegarom zupełnie się uspokoiłam i mogłam się cieszyć resztą nurka. Dobrze, że się ogarnęłam, bo ominęło by mnie podzianie „Lady” – rzeźby kobiety na białym koniu, która zdobiła salę balową na luksusowym liniowcu, którym płynął na początku XX wieku Charli Chaplin. Chwila paniki kosztowała mnie na tyle dużo powietrza, że na przystanku dekompresyjnym musiałam skorzystać z zapasowej butli, którą miał ze sobą Albert. Drugie nurkowanie, które zrobiliśmy po ponad dwugodzinnej przerwie, przebiegło już całkiem spokojnie. Zaczęliśmy od zejścia na 35 metrów do odciętego od światła pomieszczenia. Nie mieliśmy włączać latarek tak długo, aż nie zrobi tego Albert. Chodziło o wypatrzenie podwodnych świetlików zamieszkujących tą część wraku. Całe stado mieniących się na niebiesko rybek w zupełnej ciemności robiło niesamowite wrażenie. Czułam się pewnie i nawet zaklinowanie mojego manometru w wystające pręty w wąskim przejściu nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Odhaczyłam się i popłynęłam dalej oglądać pociski, gąsienice czołgów, pozostałości po jeepach i inne skarby Coolidge’a. Drugie nurkowanie zakończyliśmy ponad 30 minutowym przystankiem dekompresyjnym, przez co w wodzie w sumie siedzieliśmy ponad 80 minut. Tym razem wystarczyło mi powietrza z mojej butli. Po tak ekscytujących i wyczerpujących nurkach chciałoby się odpocząć i dzielić wrażeniami. Jednak nie było na to czasu. Był piątek, godzina 1400, a my chcieliśmy jeszcze tego popołudnia wypłynąć. Mariusz pognał z Tomkiem do Luganville, żeby nas odprawić, a ja z resztą załogi szykowałam nas do wypłynięcia. 1 sierpnia 2014 o godzinie 1800 oddaliśmy cumę mooringu przy Aore Resort i pożegnaliśmy się z Vanuatu. Do pokonania mieliśmy przeszło 800 mil. Prognoza nie napawała nas optymizmem. Przez pierwsze dwie doby wiatru miało być jak na lekarstwo i to dokładnie od rufy, za to duże i rozhuśtane morze. Jest to zabójcze połączenie dla delikatnych żołądków. Oznacza to płynięcie na silniku i rylanie na wszystkie strony. W kolejnych dniach miała nasunąć się na nas strefa konwergencji, a co za tym idzie burzowe chmury, deszcze i silne szkwały.

Napisane przez: Mariusz | 2014/08/06

Malakula

Mariusz:

Wyspy Vanuatu bardzo różnią się między sobą. Mieszkańcy różnych plemion nie mieszali się ze sobą, wytworzyli odmienne rytuały. Samych dialektów naliczono ponad setkę. Jedną z najbardziej fascynujących wysp jest Malakula. Dreszczyku emocji dodaje świadomość, że oficjalnie ludożerstwo ustało tu dopiero pod koniec lat 60-tych ubiegłego wieku. Najgorszą reputację miało plemię Big Nambas, zamieszkujące północną część wyspy. Ich rytualne tańce i kamienny ołtarz ukryty w dżungli, na którym składano ofiary dane mi było widzieć podczas naszej krótkiej wizyty na Vanuatu 9 lat temu (pod ołtarzem leżało mnóstwo czaszek). Takie miejsca tabu rzadko pokazywane są białym przybyszom. Wtedy udało nam się zaskarbić przychylność wodza wzięciem udziału w uroczystościach dnia dziecka.
Tym razem chciałem odwiedzić przedstawicieli plemienia Small Nambas. Wojownicy Small Nambas podczas rytualnych obrzędów obwijają swojego członka jednym listkiem, podczas gdy Big Nambas do tego celu używają dużych różowych napletników. Kościół chrześcijański i jego misjonarze przyczynili się do zlikwidowania ludożerstwa, ale nie wyplenił całkowicie obyczajów. Stara tradycja wraca, zwłaszcza na Malakula.
Na postój wybrałem Zatokę Banam Bay na południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy. Patrząc na mapę, trudno to miejsce uznać za zatokę. Jednak rafa będąca przedłużeniem cypla spowodowała, że woda w niej była gładka i bez fal przybojowych. Miejsce okazało się świetnym kotwicowiskiem, o wiele lepszym niż Lamen Bay na Epi, z którego uciekliśmy z uwagi na bardzo nieprzyjemne kołysanie. Tutaj, mimo ponad 30 węzłowego wiatru na morzu, poczuliśmy się bezpiecznie.
Zaskoczył mnie brak widoku tradycyjnych łodzi. Czyżby mieszkańcy wiosek, którzy jeszcze do niedawna mieszkali głównie w głębi lądu i dzięki misjonarzom przenieśli się na wybrzeże, nie praktykują rybołówstwa? Zbliżał się zmierzch i przy słabej widoczności nie udało nam się znaleźć przejścia w rafie okalającej plaże, by bezpiecznie wylądować na brzegu.
Następnego ranka w zatoce pojawiła się jedna łódź, tradycyjna dłubanka z pnia z dołączonym dla stabilizacji pływakiem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się którędy płynąć na ląd. Przejście w rafie znajdowało się ponad kilometr na wschód od widocznych na plaży zabudowań wioski. Gdy tylko ruszyliśmy pontonem, zobaczyliśmy na plaży dziatwę, która zaczęła biec w kierunku naszego lądowiska. Przywitała nas grupa ponad dwudziestu dzieci i nastolatków. Dobrze, że mieliśmy plecak pełen lizaków, które zawsze ułatwiają pierwszy kontakt. Zainteresowanie z jakim się spotkaliśmy sugerowało, że biały człowiek rzadko tu gości. Dzieci były początkowo trochę onieśmielone, ale już po chwili każdy chciał pogłaskać blond włosy Antosia. Gdy Basia podniosła z piasku znaleziony koral, cała grupa zaczęła szukać muszli, by sprawić jej przyjemność.
Naprzeciw nas wyszedł wódz mniejszej z dwóch wiosek w zatoce, która znajdowała się niedaleko naszego lądowiska, schowana w gąszczu dżungli. Angielski nie był jego mocną stroną, ale udało nam się co nieco pogawędzić. Dowiedzieliśmy się, że jego wioskę zamieszkuje około sto osób, a w tej widzianej z łódki dwa razy tyle. Najważniejszą rzeczą było to, że przystał na moją propozycję, by przedstawić nam tradycyjne tańce. Umówiliśmy się na następny dzień, gdyż mężczyźni potrzebowali czasu, by się skrzyknąć i przygotować.
Dzień dobrze się zaczął, więc część naszej ekipy postanowiła pójść do drugiej wioski. Dziadkowie z młodzieżą postanowili pozostać. Dzieci miejscowe towarzyszyły nam do granicy swojej wioski. W nowym miejscu zostaliśmy również mile przyjęci. Od razu znalazł się chętny do oprowadzenia nas po okolicy. Dochodząc do pewnej umownej linii wpływów przekazał nas komu innemu, tak jakby nie chcąc wchodzić na nie swój obszar. Taka sytuacja miała miejsce dwa razy. W przeszłości przekraczanie granic groziło skończeniem w kotle. Widać, że i dziś granice istnieją. Z Jake’iem – trzecim z naszych przewodników umówiliśmy się na spacer pod wodospad. Okazało się, że do zachodniego krańca drugiej wioski, który był jego rewirem, również da się dopłynąć pontonem.
Byliśmy ciekawi, jak dalece zbratają się tutejsze dzieci z naszymi. Widok, który zastaliśmy pokazał, że do zaprzyjaźnienia między polskimi i vanuackimi dziećmi nie doszło. Na plaży przebywała ciągle duża grupa dzieci z plemienia Small Nambas, a nasze dziatwy siedziały jak najdalej od nich, czyli na dziobie pontonu. Uciekły tam od niekończących się głaskań. Widocznie potrzebują jeszcze czasu.
Następnego poranka zostaliśmy przywitani przez wodza wioski odzianego zaledwie w cienki pas na biodrach, który podtrzymywał nasadkę na członka zrobioną z liścia. Jego ciało zdobiły tradycyjna dla Small Nambas wzory wykonane z mieszaniny popiołu z glinką. Spotkaliśmy się na polanie w dżungli niedaleko wioski. Nasara jest miejscem rytualnych tańców mężczyzn, do którego nie ma wstępu dla kobiet i dzieci (nie dotyczy to gości z zewnątrz). Po oficjalnych powitaniach mężczyźni wykonali kilka tańców przy akompaniamencie tamtamów. Tańce te wykonywane są przy różnych okazjach. Są nimi narodziny, śluby, pochówki i przede wszystkim obrzędy zdobywania kolejnych stopni wtajemniczenia przez mężczyzn. Pierwszym jest obrzezanie, któremu poddawani są chłopcy w wieku około 10 lat. Im więcej stopni wtajemniczenia, tym większy szacunek dla jego posiadaczy. Każdemu kolejnemu poziomowi towarzyszy uczta, którą należy wyprawić, ubijając coraz większą liczbę świń. Nie wydaje mi się, by w tej ubogiej wiosce w Banam Bay jej wodza było stać na zaszlachtowanie stada świń, chociaż jego postura dowodziła, że był najlepiej odżywionym mieszkańcem wioski.
Tańce wywarły na nas duże wrażenie. Były bardzo proste, można rzec prymitywne, ale emanowała z nich niesamowita energia. Kobiety i dzieci również nam się pokazały, te pierwsze przyodziane zaledwie w sukienki wykonane z liści palmowych. Poruszały się ze swobodą i bez skrępowania, potrząsając sporymi rozmiarów piersiami. Jaki to kontrast w porównaniu z narzucaną przez misjonarski kościół pruderyjnością, gdzie oczekuje się od kobiet chodzenia w zakrywających kolana sukniach. Ich tańce zawsze odbywają się osobno, poza męską nasara. Jest w nich sporo spontaniczności, ale mniej urozmaicenia. Już w ulewie mężczyźni pokazali nam dwie sztuczki magiczne i byli bardzo z siebie zadowoleni z tego, że udało im się nas zadziwić. Magia jest ważną częścią kultury tutejszej społeczności.
Droga na wodospad, na który udaliśmy się w południe nie wymagała takiego wysiłku, jak ta na Taveuni. Prowadziła po płaskim terenie, częściowo ujarzmionej dżungli. Nie zobaczyliśmy ani jednego większego poletka. Drzewa owocowe i uprawy były wkomponowane w dżunglę. Niesamowite, jak ci mieszkańcy potrafią się w tej gęstwinie odnaleźć. Towarzyszyła nam ponownie eskorta złożona z kilku dorosłych i grupki dzieci.
Dzień zakończyliśmy wizytą w domostwie Jake’a i Lucy, znajdującego się na skraju dżungli z widokiem na morze. Miejsce było przeurocze i w cywilizowanych krajach miałoby ogromną wartość. Poczęstowali nas skromnym posiłkiem. Jake miał dużą świadomość otaczającego ich świata. Pomagał w swoim czasie kanadyjskiej ekspedycji kręcącej film o Vanuatu. Otarł się aż o Australię. Jego żona wyróżniała się dostojną urodą. Pochodziła z wyspy Pentacost, która zainspirowała pomysłodawców skoków na bandżi. Na Pentacost mężczyźni skaczą rytualnie z drewnianych wież, będąc z nimi połączeni tylko lianą, którą sami przygotowują. Tego typu spektakle odbywają się jednak tylko w okresie, gdy liany są jeszcze bardzo elastyczne, między kwietniem a czerwcem.
Tym razem nasza młodzież wykazała więcej zainteresowania i cierpliwości. Nawet mały Antoś zaczął dogadywać się ze swymi rówieśnikami. Ciekawe, że Jake wybrał życie w tradycyjnej wiosce, mimo że miał inne możliwości. Ich życie z pewnością nie należy do łatwych, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Dla nich jest ono zgodne z naturą, niewymagające wielkiego wysiłku. W takich warunkach trudno jednak zapewnić dzieciom edukację, poza podstawową i to jest ich największym problemem.
Przy północnym brzegu Malekula leży kilka małych wysepek. Mieszkańcy każdej z nich w czymś innym się specjalizują: od rękodzieła po budowę tradycyjnych łodzi. Są gęsto zaludnione, co wymusza na ich społeczności rygorystyczne przestrzeganie zasad. Vao, którą postanowiliśmy odwiedzić, słynie z największej ilości miejsc tabu. Tam nawet poszczególne ścieżki zarezerwowane są wyłącznie dla mężczyzn. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy poinstruowani, w jakim obszarze możemy się poruszać. Nasze panie nie miały wstępu na cypel, nie mogliśmy fotografować starych, zabytkowych nasara i cmentarzyska wodzów. Szkoda, bo te tajemnicze i mroczne miejsca wywarły na nas duże wrażenie. Nie chcieliśmy łamać zasad i nasze odwiedziny nie zostały udokumentowane. Czuliśmy się trochę zawiedzeni, trochę jak intruzi. Lody przełamaliśmy dopiero dzieląc się z naszą przewodniczką dużym wahoo, którego złowiliśmy tuż przed dopłynięciem. Ryba na naszej rufie wywołała spore zainteresowanie mężczyzn z wyspy. Chcieli ją nawet kupić, co wydawało się nam co najmniej dziwne. Gdybyśmy mogli tylko dłużej pozostać na Vao, być może dane nam byłoby lepiej poznać to miejsce. Czas jednak gonił, musieliśmy płynąć na największą z wysp Vanuatu, by tam móc odprawić się przed rejsem na Wyspy Salomona.

Napisane przez: Hanuś | 2014/08/03

Vanuatu – drodze na Malakula

Po ekscytującym pobycie na Tanna ruszyliśmy na północ ku brzegom Erromango. Wyspa ta słynie z lasów kauri. Dotąd drzewa te kojarzyły mi się jedynie z Nową Zelandią. Tam nie udało nam się z Mariuszem ich zobaczyć, dlatego chcieliśmy odwiedzić tutejszy las z drzewami-gigantami, z których budowano łodzie i maszty. Całodniową wyprawę pieszą można zorganizować z jednaj z wiosek na zachodnim wybrzeżu. Niestety wiejący silny zachodni wiatr uniemożliwił nam zakotwiczenie po tej stronie wyspy. Lasy kauri może przyjdzie nam jeszcze gdzieś zobaczyć. Schronienie znaleźliśmy przy wschodnim wybrzeżu Erromango w pobliżu wioski Potnarvin w zatoce o uroczej nazwie – Polonia Bay. Wysokie wzgórza wyrastające niczym z wody przypominały nam Pitonsy na St. Lucia na Karaibach. Całe porośnięte zielenią górowały nad zatoką dając świetną ochronę od zachodnich wiatrów. Kotwicę rzuciliśmy późnym popołudniem. Pobyt w Port Resolution i obcowanie z wulkanem przypłaciliśmy zasypaniem łódki wulkanicznym pyłem. Będąc jeszcze przy Tanna spłukaliśmy tylko część brudu z kokpitu, planując generalne porządki już z dala od dymiących wzgórz Yasur. Nasz pobyt przy Erromango upłynął nam na porządkach. Od rana wszyscy zabraliśmy się do roboty. Nawet Antoś biegał z przydzieloną mu szmatką i bardzo chciał wszystkim pomagać. A było co robić… Szaro-czarny piasek próbował wedrzeć się we wszystkie zakątki na Katharsis. Na szczęście będąc w Port Resolution ogłosiliśmy zakaz otwierania okien, więc pod pokładem nie było aż tak źle, ale i tam nie brakowało śladów po wizycie przy wulkanie.
Po pracowitym dniu nie bardzo mieliśmy siły na eksplorowanie lądu. Chcieliśmy się wybrać do wioski, tym bardziej, że rano podpłynął do nas wódz, żeby się przywitać i zaprosić do siebie. Zapewniał, że jesteśmy bardzo mile widziani w jego zatoce. Jako, że najczęściej wieją tu wschodnie i południowo-wschodnie wiatry, a poza tym na zachodnim wybrzeżu przyciągają żeglarzy lasy kauri, niewiele łódek tu zagląda. Chęci mieliśmy na wyprawę na ląd, ale sił zabrakło. Trzeba się było zrelaksować, gdyż jeszcze tego wieczoru opuścić mieliśmy przytulną Polonia Bay. Wódź podpłynął jeszcze do nas z krótką wizytą popołudniową. Nasz wódz pogawędził z lokalnym przywódcą, przygotowaliśmy trochę podarków dla mieszkańców wioski, a przede wszystkim dla ośmiorga dzieci wodza i tam zakończyła się nasza przygoda z Erromanga.
21 lipca o godzinie 2200 podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do stolicy Vanuatu – Port Villa położonej na Wyspie Efate. Na miejsce dotarliśmy po 13 godzinach żeglugi. Dla Dorotki, Arcia i Zośki był to port końcowy w tym rejsie. Na 23 lipca zaplanowany mieli powrót do kraju.
Do mariny w Port Villa nie zdecydowaliśmy się wpływać – wybraliśmy ulubione przez nas kotwiczenie. Stanie w porcie bywa wygodna ze względu na dostęp do wody i prądu, czy łatwość w przedostawaniu się na ląd, jednak pobyt na kotwicy daje poczucie wolności i niezależności. Po rzuceniu kotwicy wybraliśmy się wszyscy do centrum Port Villa. Ostatnim naszym kontaktem z większym miastem był pobyt w Suva na Fidżi pod koniec czerwca. Suvasuva było raczej senną wioską. Po miesięcznym oderwaniu od zgiełku miejskiego wszyscy byli zadziwieni jak jest głośno i gwarno. Na pierwsze zimne piwko i lody na Vanuatu usiedliśmy w kafejce przy najważniejszej arterii stolicy Vanuatu. Oczywiście główna ulica Port Villa, to nie Marszałkowska w Warszawie, ale i tak ruch samochodów, spaliny, natłok ludzi wydał się wszystkim niezwykle męczący. Trochę się z siebie śmialiśmy, że kilka tygodni na łonie natury, a nam już w małym Port Villa za głośno.
22 lipca wyprawiliśmy na Katharsis uroczystą kolację dla załogi w komplecie, a następnego dnia ze smutkiem żegnaliśmy się z Dorotką, Arciem i Zośką. Każdemu kręciła się łezka w oku, bo dobrze nam było razem. Gdy wyjeżdżająca trójka wsiadła do taksówki, to Antek zaczął płakać, jakby dopiero do niego dotarło, że jego ciocia Dorotka wyjeżdża. Następnego dnia w zmniejszonym składzie popłynęliśmy na zachodnie wybrzeże Efate. Po drodze mijaliśmy Wyspę Eretoka, nazywaną Kapeluszem. Jest to miejsce tabu dla mieszkańców Vanuatu i bez specjalnego pozwolenia nie wolno na nią wchodzić. Legenda głosi, iż w 1265 roku pochowany tam został słynny wódz Roy Mata. Zasłynął on zaprowadzeniem pokoju i zjednoczeniem kilku klanów. Został on otruty przez zazdrosnego brata w jaskini Feles na Wyspie Lelepa. Na znak solidarności i oddania mu czci pochowanych zostało wraz z nim 18 wodzów zjednoczonych klanów wraz z 21 żonami. Część z nich została odurzona mocnym kava i pochowana żywcem. Nawet kobiety, dla których kava była zabroniona, zostały poczęstowane tym narkotycznym trunkiem, by mogły z godnością znieść hołd oddawany kochanemu wodzowi. Ci, na których kava nie podziała odpowiednio mocno zostali przed zakopaniem poszlachtowani. W latach 60-tych ubiegłego wieku francuski archeolog Jose Garanger postanowił sprawdzić autentyczność tych lokalnych przekazów. Na Hat Island odnalazł on 41 szkielety. Jeden z nich ozdobiony był wieloma bransoletami wokół kostek i naszyjnikami z kłów dzikich świń, co wskazywało by na bardzo ważną osobistość. Mogły to być szczątki wodza Roy Mata.

Przed planowanym noclegiem na kotwicy w Havannah Harbour położonym pomiędzy północno-zachodnim brzegiem Efate a Wyspą Moso zatrzymaliśmy się na nurka przy Paul’s Rock. Po przerwie nareszcie zeszłam pod wodę. Miejsce zaskoczyło mnie ilością ryb, zarówno tych maleńkich, takich w sam raz na patelnię, jak i całkiem dużych okazów. Nie brakowało też najróżniejszych rodzajów koralowców i uroczych ukwiałów z błazenkami.
Ostatni dzień w okolicach Efate Mariusz postanowił spędzić przy Wyspie Lelepa. Poza rajską plażą, która była wyłącznie dla nas, dużą atrakcją było zwiedzanie jaskini, w której podobno otruto wodza Roy Mata.
Po dniu spędzonym przy Lelepa Island popołudniu pożeglowaliśmy do Lamen Bay na północno-zachodnim krańcu Wyspy Epi. Zatoka ta jest domem dla dużych żółwi morskich i morświnów. Na miejsce dotarliśmy o świcie. Mariusz zaplanował w Lamen Bay krótki postój na snorkling. Na poszukiwanie żółwi i diugoni wybraliśmy się wczesnym rankiem. Diugoń, to taki duży ssak z rzędu syren, podobny do foki ale niezdolny do życia na lądzie. Nie wiem czy pora była niewłaściwa, ale żadnego diugonia nie spotkaliśmy. Jednak widok pływających dostojnie żółwi i bogate życie w zatoce wystarczająco uatrakcyjniło pływanie z maską i rurką.
Jeszcze tego samego dnia tuż po 1200 podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy ku brzegom Malekula, gdzie planowaliśmy spędzić następne dni. Neptun zafundował nam piękną żeglarską pogodę – 30 węzłowy wiatr od rufy i słońce. Na samej genui pomknęliśmy po falach do Banam Bay.

Napisane przez: Hanuś | 2014/07/28

Tanna – pierwszy posmak i zapach Vanuatu

Po ponad dwumiesięcznym pobycie na Fidżi czas było ruszyć ku kolejnej krainie. Wydawać by się mogło, że kilka tygodni powinno wystarczyć, by dobrze poznać ten zakątek Pacyfiku. Ja jednak odczuwam niedosyt i mogłabym na Fidżi spędzić znacznie więcej czasu. Otwartość i przyjazne nastawienie tutejszej ludności do przybyszy tworzy niesamowitą atmosferę. Z jednej strony wymagane jest uzyskanie zgody na korzystanie z wody, powietrza i plaż, co wydawać by się mogło, że tworzy barierę. Jednak jest to miły rytuał, którego przejście pozwala czuć się niezwykle swobodnie w nowych i obcych dla nas miejscach. Na jakiś czas stajesz się mieszkańcem którejś z wiosek Fidżi. Życiu mieszkańców przybrzeżnych osad mogłam się przyjrzeć, jednak zupełnie nie wiem jak wygląda świat ludzi zamieszkujących wnętrze wysp. Jednak na wyprawy w interior nie było tym razem czasu.
Przed nami kolejny egzotyczny kraj – Vanuatu. Z Lautoki na Fidżi do Tanna – pierwszej wybranej przez Mariusza wyspy Vanuatu, dzielił nas dystans prawie 500 mil morskich, czyli około 3 doby płynięcia. Niż znad Nowej Zelandii, który przygnał zachodni wiatr, zgotował nam, a szczególnie nie zaprawionej w morskich bojach załodze, ciężki los. Pierwsza doba podwiatrowej żeglugi wywołała pomór i życie na łódce jakby zamarło. Blade oblicza opalonych buź wyrazem twarzy prosiły Neptuna o litość i zmianę warunków. Nie wszyscy na szczęście poddali się niemocy – Arciu dawał nam spore wsparcie. Druga doba przyniosła odkrętkę wiatru do południowego i powoli szpital na Katharsis można było zamykać. Kierunek wiatru się poprawił, ale niestety jego siła spadła tak bardzo, że zmuszeni byliśmy wspierać się silnikiem. Pomruki dieselgrota jednak nikomu nie przeszkadzały i trzeciego dnia wszyscy dobrze się czuli. Miło było patrzeć jak wracają humory, a miski i wiadra (z którymi co niektórzy się przez jakiś czas nie rozstawali) znikają gdzieś w schowkach.
Do południowo-wschodniego krańca Tanna dopłynęliśmy w nocy 18 lipca. W ciemnościach rysował się ląd, a nad nim kłęby dymu i żar aktywnego wulkanu Yasur. Próbowałam uchwycić ten widok, jednak na zdjęciu widać jedynie czerwoną łunę. O 0800 zakotwiczyliśmy po zachodniej stronie wyspy – przy miejscowości Lenakel, gdzie mogliśmy dopełnić formalności związanych z odprawą oraz wymienić pieniądze w banku. Sam pobyt w banku był już egzotyczną przygodą. Bankomatu na całej wyspie oczywiście nie ma, w banku (baraku) było strasznie tłoczno z uwagi na dzień targowy. Nie działał komputer, ale sympatyczna pracowniczka banku zdołała dodzwonić się do stolicy i ustalić kurs wymiany.
Wszystko udało nam się zorganizować bardzo sprawnie i bezproblemowo. Celnika przywieźliśmy na łódkę, gdzie w niespełna pół godziny uporaliśmy się z odprawą celną. A urzędnika imigracyjnego odwiedziliśmy na lądzie, gdzie przy okazji załatwiliśmy sprawy związane z kwarantanną. Sprowadziło się to jedynie do uiszczenia stosownej opłaty. W niespełna dwie godziny formalności mieliśmy za sobą.
Mieliśmy szczęście, gdyż do Lenakel dopłynęliśmy w piątek, który jest dniem targowym (drugim takim dniem jest poniedziałek). Cała wioska tętniła życiem. Wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi i słychać było dźwięki rozmów i muzyki. Było to dla mnie niezwykle miłe przywitanie, gdyż bardzo lubię odwiedzać lokalne targowiska, a tu zaraz po dopłynięciu pontonem na ląd odsłonił się przede mną właśnie taki ryneczek! Pomimo, że mieliśmy jeszcze warzywa i owoce z Fidżi nie mogłam się oprzeć pokusie odwiedzenia tego miejsca i wydania tam pierwszych (świeżo wymienionych w banku) Vatu. Mieszkańcy Tanna zachowywali większą rezerwę w stosunku do nas niż Fidżijczycy, którzy zwyczajowo uśmiechają się i pozdrawiają napotkanych przybyszy. Nie czuliśmy się na szczęście obco.
W Lenakel nie zostawaliśmy długo, gdyż nie jest to bezpieczne kotwicowisko. Już w południe podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy na wschodnie wybrzeże do odległej o ponad 20 mil zatoki w Port Resolution.
Z przewodników wiedzieliśmy, że znajduje się tam klub żeglarski założony przez jednego z mieszkańców wioski, gdzie można zorganizować wyprawę na wulkan Yasur. Yasur jest aktywnym wulkanem, do którego dostęp jest stosunkowo prosty. Ponoć jest to najłatwiej dostępny wulkan na świecie. Można samochodem dojechać prawie nad sam krater, by zajrzeć do jego wnętrza. Bardzo chcieliśmy tam pojechać, dlatego zaraz po rzuceniu kotwicy późnym popołudniem pojechaliśmy do wioski na rekonesans.
Pierwsze kroki po lądzie, a ja już byłam onieśmielona pięknem przyrody otaczającej zatokę. Jej bujność i soczystość podkreślona przez popołudniowe światło wprost upajała. Ale nie czas było podziwiać zieleń, tylko ruszać na poszukiwania Stanleya – założyciela Port Resolution Yacht Club. Najpierw natknęliśmy się na spore zabudowania jakby opustoszałe. Jak się później okazało była to szkoła. Podążając w głąb lądu drogą w dżungli dotarliśmy do pierwszych domostw. Ależ to był zaskakujący widok…. Na Fidżi zawsze w wiosce było jedno bure wybudowane w tradycyjny sposób z liści palmowych, ale głównie dominowała blacha falista. A w Yakuveran, wiosce przy Port Resolution, domy ponad 500 mieszkańców powstały z naturalnych surowców pozyskanych z dżungli. Przed wejściem do wioski zwróciliśmy uwagę na dwie rzeźby z pni palmowych – postać mężczyzny i kobiety. Tuż za nimi dostrzegliśmy pierwsze chatki, a przed nimi umorusane dzieciaki z rozkosznymi blond lokami. Przywitaliśmy się i już za chwilę podeszła do nas chuda kobieta z ogromnym, szczerym uśmiechem na twarzy. Była to Miriam – siostra Stanleya. Zaprowadziła nas do jacht klubu, skąd jej brat właśnie wyjeżdżał z turystami na wulkan. Mariusz szybko dogadał się z siedzącym na pace Stanleyem, że następnego dnia zabiorą naszą ekipę.
Miriam poświęciła nam sporo czasu tego popołudnia. Oprowadziła nas najpierw po klubie żeglarskim, gdzie poza miejscem przystosowanym na bar znajduje się kilka domków do wynajęcia. Są to niewielkie bungalowy zbudowane z liści palmowych, ale dające schronienie dla przyjezdnych. Najbardziej podobały mi się te położone na skarpie z widokiem na Port Resolution i góry wśród których dymi Yasur. Mariusz zrobił mi w tym miejscu pamiątkowe zdjęcie z Miriam. Następnie obeszliśmy całą osadę, która niezwykle tętniła życiem. Na dużym placu w centrum wioski cała zgraja chłopców biegała na bosaka za piłką, którym przyglądały się grupki innych dzieciaków. Przed domami przesiadywały kobiety z niemowlakami, którym towarzyszyli mężczyźni. Wszyscy nas mile witali, jednak zachowując pewien dystans. Nawet dzieciaki, które na Fidżi od razu do nas podbiegały, tutaj przyglądały nam się bardziej zza spódnic mam.
Mieszkańcy Yakuveran niezwykle dbają o porządek w swojej wiosce. Każda ścieżka jest dokładnie zagrabiona, a wzdłuż dróg nasadzone są ozdobne rośliny, tworząc kolorowe korytarze. Jedną z takich dróg doszliśmy do plaży po drugiej stronie cypla od strony Pacyfiku. Złote piaski ciągnęły się wzdłuż lazurowej wody, gdzie rozbijały się serferskie fale. Miejsce było tak urokliwe, że postanowiliśmy spędzić tam z całą ekipą dzień przed wyprawą na wulkan. Umówiliśmy się na lunch w restauracji na plaży. Okazało się, że w wiosce są aż trzy lokale prowadzone przez mieszkanki, w których można spożyć posiłek lub herbatkę z ciastem po wcześniejszym umówieniu się. Miriam zabrała nas także do domu swojej siostry Noami, która piekła racuchy chlebowe. Cały worek tych smakołyków kupiliśmy od niej, by zabrać ze sobą na Katharsis na wieczorną przekąskę.
Następnego dnia była pełna mobilizacja wśród załogi, gdyż już o 0900 chcieliśmy być na plaży, by nacieszyć się kąpielami oraz słońcem i zdążyć zjeść umówiony lunch przed wyprawą na wulkan, która ruszała o 1600. Szaleństwa w lazurowych falach wszystkim bardzo się podobały, a dzieciaki ciężko było wyciągnąć z wody. Nasza uczta na plaży pozwoliła nam poznać lokalne specjały. Na stole zagościł maniok, dalo, cassava, słodkie ziemniaki, zielona papaja, tutejsza fasolka polana mlekiem kokosowym oraz ryż i kurczak w sosie – bardzo smacznym, jednak nie jestem w stanie go nazwać. Niezwykle podobał nam się sposób serwowania. Jedliśmy z talerzy wyplecionych z liści palmowych ozdobionych kwiatami. Dziewczynki chciały zabrać ze sobą zastawę. Suzanne nie dość, że dała im gotowe talerze, to jeszcze przyniosła nowy liść palmowy i nauczyła dziewczyny zaplatać rozmaite rzeczy. Po miłym dniu na plaży przygotowaliśmy się na wyprawę na wulkan i o 1600 stawiliśmy się wyposażeni w latarki i ciepłe bluzy w jacht klubie. Na pokładzie Katharsis zostali Tomek z Lucyną i Antkiem. Stanley zapewniał, że wspinaczka na wulkan jest łatwym spacerkiem, jednak mój tatko nie chciał podejmować wyzwania i wolał zostać z trzyletnim wnukiem na jachcie. Mama także zrezygnowała, by dotrzymać chłopakom towarzystwa. Jula, Zosia i Olka podekscytowane były już samą jazdą na wulkan, gdyż wszyscy siedzieliśmy na pace terenowego samochodu i mknęliśmy przez dżunglę. Dla nas wszystkich była to duża frajda. Towarzyszyła nam Miriam, której uśmiech nie znikał z twarzy.
Po dojechaniu na miejsce ukazał nam się iście marsowy krajobraz. Skończyły się zielone widoki i dookoła wszystko było pokryte szarym pyłem. Ze szczytu góry, na którą mieliśmy się wspinać buchały kłęby dymu. Trochę to było przerażające, jednak chęć zajrzenia do krateru wulkanu była silniejsza od strachu i wszyscy zaczęliśmy się wspinać pod górę. Mieliśmy sporego pecha, gdyż pogoda tego dnia była odmienna niż zazwyczaj. Przeważają tu wiatry wschodnie i południowo-wschodnie. Krawędź krateru, na którą można się dostać znajduje się po wschodniej stronie, więc wszystkie pyły wydobywające się z wulkanu zazwyczaj oddalają się od widowni. Tym razem wiał zachodni wiatr i wszystko co Yasur wypluwał tego dnia leciało prosto na nas. Już wspinaczka na krawędź była wyczerpująca. Gazy unoszące się w powietrzu oraz pył wulkaniczny niemiłosiernie paliły w płuca i oczy. Twarze próbowaliśmy przysłaniać chustkami, a oczy okularami przeciwsłonecznymi pomimo, że było już późne popołudnie. 6-minutowy spacerek, o którym wspominał Stanley okazał się wyczerpującą wspinaczką. Jednak po dojściu na krawędź nasz trud od razu wynagrodził oszałamiający widok. We wnętrzu szarej przepaści gotował się diabelski wywar… Czerwona masa bulgotała niczym w ogromnym kotle, wyrzucając co chwilę w powietrze ogniste jęzory. Oczy i płuca paliły potwornie, jednak nie można się było oderwać od tego widowiska. Cały efekt potęgowały odgłosy wydawane przez wulkan – groźne pomruki i dudnienie oraz drżąca pod nami ziemia. Fenomenalne przeżycie!!!!
Wracając w nocy przez dżunglę wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani. Dziewczynki mówiły, że to jedno z najlepszych rzeczy jakie dotąd przeżyły. Myślę, że i dorośli się pod tym podpisują – ja na pewno!
Po powrocie na łódkę okazało się, że cali jesteśmy oblepieni wulkanicznym pyłem. Mycie tego pod prysznicem groziłoby zapchaniem wszystkich rur i zużyciem całego zapasu wody. Zarządziliśmy obowiązkową kąpiel w morzu. Szorowanie przy blasku księżyca i odgłosach buchającego tuż za wzgórzami wulkanu Yasur było uzupełnieniem dnia pełnego emocji i wrażeń. Śmiechom, opowieściom i komentarzom nie było końca…
Na drugi dzień okazało się, że nie tylko my byliśmy umorusani. Katharsis cała pokryta była czarnym pyłem.
Nie mieliśmy innej opcji, jak najszybciej uciekać z tego fascynującego miejsca. Przed wypłynięciem skorzystaliśmy jeszcze z kąpieli w gorących źródłach bijących ze ścian zatoki. Woda wypływająca była bliska wrzenia, bulgotała i mieszając się z falami morskimi tworzyła na przemian wrażenie fajnego jacuzzi i parzącego kotła. Mieliśmy sporo uciechy, a dodatkową frajdą był dla nas czerwony koral, którego podziwialiśmy pływając z maską. W normalnych warunkach występuje na dużych głębokościach, a tu był tuż pod powierzchnią wody. Vanuatu przywitało nas godnie, tak jak Mariusz obiecywał.

Napisane przez: Mariusz | 2014/07/21

Pożegnanie z Fidżi na wyspach Yasawa i Mamanuca

Mariusz:

Trasa z Savusavu na Yasawa zapowiadała się na ciekawą z nawigacyjnego punktu widzenia. Pogodę mieliśmy sprzyjającą, wiała umiarkowana bryza od rufy. Pierwszą atrakcją miało być przejście przez Nosomosomo Passage, wąski i długi na 1,5 mili przesmyk w rafie. Słońce zbliżało się do horyzontu, co nie pomaga w wypatrywaniu niebezpieczeństw. Przesmyk znaleźliśmy dokładnie w miejscu, w którym powinien być. Tym razem nie było dużej rozbieżności pomiędzy naniesieniami na mapie a rzeczywistością. Mieliśmy wystarczająco dużo światła, by pokonać go bez problemów, skracając w ten sposób drogę o około 30 mil.
Trasy nie dało się tak zaplanować, by całkowicie uniknąć bliskości rafy. Dwukrotnie musieliśmy jeszcze przejść przez rafę, jednak krótkie przesmyki miały być szerokie na około pół mili. Dla pewności sprawdziłem, czy namiary ze zdjęć satelitarnych z Google Erth zgadzają się z tymi na naszych mapach i czy na całej trasie nie ma jakiejś rafy, czy skały, której nie ma na mapach. Rozjazdów nie było i bez przygód dopłynęliśmy do wysp Yasawa. Na miejscu musieliśmy bardzo zwolnić, by samo wejście do Blue Lagoon zrobić po wschdzie słońca. Nie jest ono zbyt skomplikowane, ale ponownie na naszych Raymarinowskich mapach Navionicsa spotkała nas niespodzianka i Kubo Pass, którym planowaliśmy wejść do laguny, w ogóle nie istniał.
Grupa wysp Yasawa leży kilkadziesiąt mil na północny zachód od największej wyspy Fidżi – Viti Levu. Blue Lagoon jest miejscem położonym między czterema wyspami. Jest doskonale osłonięte od zafalowania, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr. Do tego białe plaże, palmy i lazurowa woda powodują, że jest to pocztówkowe miejsce, dosyć często odwiedzane przez wycieczkowe stateczki. Na nasze szczęście tego dnia żaden statek z turystami nie przypłynął. Cała plaża na wyspie Nanuya Sewa należała do nas. Musieliśmy jeszcze tylko odwiedzić właścicielkę wyspy, złożyć jej hołd wraz z przekazaniem tradycyjnie wiązki korzeni kava i mogliśmy do woli nacieszyć się piaskiem i krystalicznie czystą wodą. Dzionek minął bardzo leniwie.
Na popołudnie umówiliśmy się na herbatę i ciasto w słynnym Va’s Tea House (zdjęcie tej niewykwintnej herbaciarni znajduje się w przewodnikach Lonely Planet). Przy okazji konsumpcji domowych wypieków otrzymaliśmy stertę pomarańczy. O mało nie przypłaciłem tego urazem. Syn właścicielki z dużą zręcznością zrywał kolejne owoce i rzucał mi jeden po drugim. Nigdy nie ćwiczyłem gry w baseball, niemniej jakoś udawało mi się łapać te twarde kule. W pewnym momencie zabrakło mi rąk i kolejną pomarańcz przyjąłem gałką oczną. Skończyło się na bólu, oko nie wypłynęło.
Podczas mojego pobytu na Fidżi Jedyneczką w 2005 roku spędziliśmy trzy tygodnie wśród wysp Yasawa i Mamanuca. Tym razem te wyspy zostawiłem na koniec naszego rejsu i musiałem zrezygnować z odwiedzenia kolejnych zatok i wiosek. Plaże na Yasawa są bajeczne, nurkowanie wśród miękkich korali Mamanuca jedyne w swoim rodzaju, ale myślę, że odwiedzenie wschodnich rejonów Fidżi zrekompensowało odpuszczenie sobie wysp na zachodzie tego kraju. Na miejsce oglądania finałów mistrzostw świata w Brazylii wybrałem Musket Cove Yacht Club. Jest to niewielka marina położona między najlepiej osłoniętymi wyspami z grupy Mamanuca – Malolo i Malolo Lailai. Chcąc zobaczyć oba mecze musieliśmy popłynąć tam bezpośrednio z Blue Lagoon. Wiatr nam nie pomagał – po prostu nie było. Musieliśmy wesprzeć się silnikiem. Zdążyliśmy dopłynąć na godzinę przed zachodem słońca i rzucić kotwicę miedzy trzema wysepkami rafy. Na boję przygotowaną do cumowania przez Musket Yacht Club Katharsis była za duża.
Złapaliśmy tak dobry sygnał telewizyjny, że nie musieliśmy korzystać z hotelowego telewizora, co i tak nie byłoby łatwe z uwagi na wczesną godzinę. Finał odbywał się o 0700 lokalnego czasu w poniedziałek. Niedziela upłynęła nam na beztroskiej zabawie na plaży, wycieczce na łachę piachu, która odsłoniła się podczas odpływu oraz na kilku kursach pontonem po paliwo.
W głowie miałem już płynięcie na Vanuatu. 23 lipca z Port Villa wylatuje do kraju Dorcia z Arciem i Zosią. Nie mogliśmy przedłużać w nieskończoność naszego pobytu na Fidżi. W poniedziałek podpłynęliśmy jeszcze do Port Denerau, gdzie w otoczeniu mariny pobudowano miasteczko ze sklepami i restauracjami. Podczas mego pobytu 9 lat temu nie było tu nic poza szczurami i karaluchami. Uzupełniliśmy zapasy wina i byliśmy w ten sposób gotowi do kolejnego etapu podróży.
We wtorek 15 lipca sprawnie odprawiliśmy się z Hanią w Lautoce. Mogliśmy, a w zasadzie musieliśmy wypływać. Tym razem mogę mówić o pechu. Przez całe dwa miesiące pobytu na Fidżi byliśmy pod wpływem słabszego lub silniejszego pasatu wiejącego od SE do NE. Czasami wiał wiatr południowy. A tu nagle wyż został rozcięty na dwa mniejsze i pomiędzy nie wdarł się niż z nad Nowej Zelandii. Zapowiadała się więc jazda pod silny wiatr (a obiecałem wszystkim, że podwiatrowego pływania już nie będzie). Nie było innego wyjścia, jak sprawdzić przystosowanie się naszych załogantów do niełatwych warunków oceanicznej żeglugi.

Napisane przez: Mariusz | 2014/07/17

Vanua Levu

Mariusz:

Na początku maja nie byłem pewien, jak zniosę dwumiesięczny pobyt w jednym kraju. Fidżi nie jest tak rozległe, jak Polinezja Francuska. Z żeglarskiego punktu widzenia wydaje się małym akwenem. Jest to jednak błędne wyobrażenie. Na odwiedzenie większości zakamarków Fidżi potrzeba więcej niż jednego sezonu żeglarskiego. W tym kontekście dwa miesiące to niewiele. Musieliśmy dokonywać wyboru miejsc, które należy odwiedzić, by poczuć charakter tego ciekawego kraju.
Licząc dni, które pozostały nam do końca planowanego pobytu na Fidżi, zdecydowałem się na skręcenie na zachód. Na północ od Tevueni leży Vanua Levu. Wyspy te oddzielone są od siebie kilkumilowej szerokości cieśniną Somosomo Strait. Spore prądy powodują, że jest to jedno z trudniejszych i najciekawszych miejsc nurkowych na Fidżi. Nie mogłem odpuścić chęci zejścia pod wodę, pomimo niedyspozycji nurkowej Haneczki. Kotwicę rzuciliśmy w Viani Bay. Wejście do niej nie byłoby trudne, gdyby nie brak mapy tego fragmentu wyspy w naszym ploterze (nie pierwszy raz nam przytrafia się taki prezent od Navionicsa). Zawsze mam jednak backup, w tym przypadku mapy Maxsea na laptopie. Tak więc wpłynęliśmy z Hanią nawigującą spod pokładu, Arciem na dziobie wypatrującym podwodnych niebezpieczeństw i sonarem, który pokazuje kształt dna przed dziobem.
Kolejnego dnia ruszyliśmy z Tomkiem na rekonesansowe zejście pod wodę. Hania miała nas asystować z pontonu. Dzień był prawie bezwietrzny, wydawałoby się idealny na nurka za rafą. To co zobaczyliśmy po wypłynięciu w cieśninę zauroczyło nas ale i jednocześnie zmroziło. Gładkie morze wytwarzało szeroką na kilkadziesiąt metrów dolinę przed rafą, która zbliżając się do niej, szybko wypiętrzała się i zamieniając się w wysoką falę, przelewała z hukiem. Można sobie wyobrazić co mogłoby stać się z nami po wynurzeniu w pobliżu rafy. W tym przypadku brakowało nam lokalnej wiedzy o tym miejscu. Nie chciałem narażać nas na ryzyko i zarządziłem odwrót. W przesmyku spotkaliśmy na pontonie Jacka – mieszkańca Viani Bay. Sam nie nurkuje, ale zna doskonale tutejsze nurkowiska. Potwierdził, że w tych warunkach zejście pod wodę byłoby szaleństwem. Umówiliśmy się na następny dzień na wspólnego nurka z Jackiem i australijską załogą Aurora Star.
Rano zabraliśmy Jacka, Sarę i Brenta na nasz pokład. Zakotwiczyliśmy wewnątrz laguny na skraju rafy. Warunki były zgoła odmienne od tych z dnia wczorajszego. Po olbrzymich falach nie było śladu, jakby zostały wymazane czarodziejską różdżką. Niewielkie fale przelewające się przez rafę sprawiały radość dziewczynom i ich dziadkowi. Oddali się oni zabawie skakania z rufy i pokładu w przepływające pagórki. Nurkowie wybrali się za rafę. Po raz kolejny nie wziąłem ze sobą dużego aparatu, nie wiedząc z jakimi prądami przyjdzie nam się zmagać. Zrobiliśmy dwa nurki na Great White Wall i Pink Wall. Nazwy wywodzą się od mojego ulubionego i rzadkiego miękkiego korala. Zejście na ścianę jest poprzez tunel w rafie, którego wyjście znajduje się na 25 metrach. Warunki były wręcz idealne. Brak prądu i podwodnego zafalowania umożliwiły nam spokojne przepłynięcie tunelu. Takie warunki zdarzają się kilka razy w miesiącu. Po wyjściu z „rury” popłynęliśmy wzdłuż pionowej, ośnieżonej koralem ściany. Był to pierwszy tak ekscytujący nurek Tomka i muszę przyznać, że świetnie dał sobie radę. Okazał spokój, co zaowocowało godzinnym drugim nurkiem.
Jack zaprosił nas do siebie na typową fidżijską kolację – lomo, czyli potrawy pieczone w ognisku. Poza nami na plaży pojawiły się załogi kilku innych jachtów kotwiczących w zatoce. Świetna okazja do wymiany wrażeń. Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie z uwagi na liczebność naszej gromadki. Nieczęsto z jednej łódki na ląd wytacza się 12 osób. Dziatwa zawarła szybko znajomości z dziećmi z wioski. Pomogły im w tym zapewne słodycze, które wzięły na plażę. Jedzenie, coś w rodzaju grilla, tylko mięso zamiast w folii aluminiowej zawinięte było w liście bananowca. Na talerzach pojawił się tuńczyk, prosiak i kurczak. Całość z dodatkiem cassavy była całkiem zjadliwa, zwłaszcza po przyjęciu stosownej ilości czerwonego wina.
Po dwóch tygodniach przebywania w zacisznych miejscach popłynęliśmy do cywilizacji. Zaczęły kończyć się nam warzywa i owoce, a do tego chłopacy chcieli obejrzeć półfinały MŚ w Brazylii. Następnego dnia, mimo silnego, momentami 30 węzłowego wiatru, wyruszyliśmy do Savusavu. Cień Tevueni wygłuszał fale, dzięki czemu obeszło się bez choroby morskiej naszej załogi. Po 50 milach dopłynęliśmy do największej osady na tej drugiej co do wielkości wyspie Fidżi. Savusavu leży nad rzeką Nakema. Jest doskonale osłonięte od wszelkich wiatrów. Stąd popularność tego miejsca wśród żeglarzy. Gro z nich spędza tu sezon huraganowy. Z postawionych przez Copra Shed Marina bojek, tylko jedna nadaje się dla naszej łódki. Była oczywiście zajęta. Postanowiłem popłynąć w górę rzeki i rzucić kotwicę. Ściemniało już się i o mało co nie wpakowaliśmy się na rafę. Wąskie na dwadzieścia metrów przejście w kształcie litery S między dwiema rafami było oznaczone bojami i kolorowymi chorągiewkami. Konia z rzędem temu, który domyśliłby się, że skręt należy wykonać wpływając między żółtą i niebieską chorągiewkę. Rafy o zmierzchu nie można było już dostrzec gołym okiem. Tylko sonar podpowiadał, że płyniemy prosto w rafę. Tak duży jacht w wąskim przejściu wzbudził spore zainteresowanie. Zacząłem się powoli wycofywać, ale szybko podpłynął do nas jeden z żeglarzy i wskazał właściwe wrota. Obyło się bez zadrapań. Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, trzy jachty w ciągu ostatnich dwóch tygodni wpadły na tą rafę. Właściciel Savusavu Marina, do której należą bojki za tym niebezpiecznym zakrętem, obiecał zmienić oznakowanie. Sam przyznał się do czterokrotnego wejścia na rafę.
Dwa dni w Savusavu pozwoliły nam na uzupełnienie zapasów aż do następnego prowiantowania w stolicy Vanuatu. Po obejrzeniu drugiego z półfinałów ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku Yasawa. 120 mil, które mieliśmy do pokonania oznaczały, że czekać nas będzie nocne żeglowanie wśród raf leżących między Vanua Levu a Viti Levu …

Dorotka:

Z rajskiej plaży na Namara ruszyliśmy w kierunku północnym na podbój Taveuni z zamiarem zdobycia jej szczytów i zobaczenia przepięknych wodospadów (co w szczególną radość wprawiło Basieńkę, która nie mogła uwierzyć, że zobaczy wodospady „w naturze”). Droga nie była łatwa. Hańcia próbowała opanować szpital na pokładzie podając miskę „z ust do ust”. Polegli niemal wszyscy, a ci co się trzymali jako tako, na drugi dzień lica mieli nieco zielonkawe i wymęczone. Ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Niczym bowiem są trudy podróży w obliczu spodziewanych odkryć. Droga dostarczyła nam też niemało emocji i radości. Udało nam się złowić dwa przepiękne tuńczyki, których degustacja w postaci sashimi odbywała się już na rufie tuż po wstępnym oczyszczeniu naszych zdobyczy. Nawet Zosia po raz pierwszy w życiu spróbował tego rarytasu.
Koniec końców dopłynęliśmy do celu. Niestety wzburzone wody zatoki Vurevure nie pozwoliły nam na bezpieczne „zaparkowanie” i musieliśmy płynąć dalej w poszukiwaniu zacisznej przystani dla prawdziwych „żaglowców” (określenie Basiuni na żeglujących ludzi), którzy nie przepadają za bujaniem fal. I tym sposobem trafiliśmy do przepięknej zatoczki przy wyspie Matagi. Niewielkie, przytulne zakole, otoczone wysokimi ścianami oszałamiającej zieleni wydało nam się niezwykle gościnne. Kryształowa przejrzystość wody pozwalała oglądać cuda rafy (ogromne szaro-żółtawe niby kapelusze grzybów czy białe drzewa koralowe) z pokładu Katharsis. Były tam też dwie plaże, na jednej z których spędziliśmy urocze popołudnie. Zachęcające wody przy Matagi skłoniły, ostrożnego i zazwyczaj wstrzemięźliwego Arcia do podjęcia ryzyka zejścia na dno ( na szczęście tylko, a może aż morskie a nie życiowe). Spokój, cierpliwość i profesjonalizm Mariusza pozwoliły pokonać mu wszystkie strachy i zejście pod wodę było na tyle udane, że w kolejnych dniach Artur wyruszy penetrować podwodny świat Pacyfiku. Ja niestety nie pokonałam słabości organizmu i uszy nie pozwoliły mi nurkować. Pozostał mi zatem tylko snorkling. Rafa w tej okolicy wynagrodziła mi jednak poprzedni zawód. Tego dnia popłynęliśmy poza spokojne wody zatoki. Hańcia, Mariusz i Tomek nurkowali, z bliska podziwiając niezliczoną ilość gatunków korali i tańczących wśród nich ryb we wszystkich kolorach tęczy. Udało im się też podejrzeć królewskich rozmiarów Napoleona dostojnie przepływającego po koralowym ogrodzie. Ja natomiast w tym czasie, nieco wyżej, z powierzchni wody uzbrojona w rurkę i maskę również podziwiałam te cuda. Kolejnego dnia nasze dziewczynki też rozpoczęły swoją przygodę z nurkowaniem. Wystrojone w pianki, obładowane ołowiem syreny zanurzyły się w morską toń. Okazało się jednak, że nie posiadają zdolności oddychania pod wodą jak na syreny przystało i musiały korzystać z tlenu swoich opiekunów, czerpiąc życiodajny gaz z octopusów Mariusza i Hańci.
Po dwóch dniach popłynęliśmy dalej. Kapitan zdecydował się podjąć jeszcze jedną próbę przybicia do brzegów Taveuni. Tym razem Vurevure Bay zapraszała spokojnymi wodami i pięknym krajobrazem. Po rzuceniu kotwicy (w dość płytkich wodach – bądźcie czujni będąc w tej okolicy) wyruszyliśmy na ląd. Była to dla nas pierwsza wyprawa w głąb lądu. Wrażenia niesamowite – aż trudno to opisać. Tak naprawdę dopiero tutaj poczuliśmy klimat prawdziwych tropików. Okazało się, że rajskie plaże to dopiero preludium czegoś naprawdę zapierającego dech w piersiach. Ale po kolei. Tego popołudnia odwiedziliśmy jedną z trzech wiosek leżących przy Vurevure. Gościnność i serdeczność Fidżijczyków jeszcze ciągle nas zaskakiwała. Wszyscy serdeczni, uśmiechnięci i pozdrawiający przyjezdnych z niekłamaną radością. Jak to skwitował Arciu, na Fidżi nawet psy są uśmiechnięte, żaden nie warczy, nie szczeka tylko ciągle merda ogonem. W wiosce wypełniliśmy tradycyjny rytuał sevusevu i otrzymaliśmy pozwolenie na korzystanie z wody, ziemi i powietrza. Przy okazji załatwiliśmy również transport na czekającą nas wycieczkę do Bouma National Park. Następnego dnia rano wyjechaliśmy busikiem w stylu fidzijskim („bezprzeglądowa” toyota w stanie doskonałym na ilość osób zależną od liczebności grupy) zdobywać Wodospady Tavoro. Słowo zdobywać jest tu w pełni zasadne. Choć przeszliśmy tylko część tego przepięknego parku narodowego, udało nam się ( niemałym wysiłkiem) zajść całkiem wysoko i zobaczyć oraz zażyć kąpieli w trzech wodospadach. Trasa momentami była bardzo wymagająca, szczególnie dla palaczy uprawiających głównie „kanaping” czyli dla Artura i dla mnie. Ale i pozostali nieco posapywali. Jednak widoki rekompensowały w dwójnasób każdą kroplę potu, skurcz w łydkach i bezdech. Jeśli kiedykolwiek będziecie w tych okolicach koniecznie musicie odwiedzić Bouma National Park. Na trasie było kilka punktów widokowych i to co można było z nich zobaczyć było wprost bajeczne i odbierało mowę ( chociaż nie Arciowi, który co rusz wykrzykiwał „ zobaczcie zupełnie jak w Avatarze”). Cudowne miejsce. Tylko tyle i aż tyle mogę powiedzieć. Wielką nagrodą po trudach wspinaczki była niezapomniana kąpiel pod wodospadem. Rześka, a wręcz zimna woda, spadająca z hukiem kaskada, gęsta, tajemnicza dżungla i tylko my. Czy może być coś wspanialszego. W takim momencie człowieka przepełnia niczym niezmącone poczucie szczęścia. Dzięki Kapitanie, że mogliśmy tego doświadczyć.
A teraz dalej w drogę…

Napisane przez: Hanuś | 2014/07/04

Kadavu razy dwa

Trochę się ostatnio u nas działo. A im więcej zamieszania dookoła, tym mniej czasu na siedzenie przed monitorem i brak wieści od nas. Czyli cisza mogła by oznaczać, że nic nowego i ciekawego się na Katharsis nie wydarzyło, a często jest wręcz przeciwnie.

Podczas ostatnich dwóch tygodni przepłynęliśmy z Fulaga na Kadavu, następnie do Suva, i znowu na Kadavu. Teraz jesteśmy już na północy 180 mil na północny-wschód – kotwiczymy przy Taveuni. Ale najpierw chciałabym wrócić do naszych dwóch pobytów na Kadavu.

Kadavu leży 40 – 50 mil na południe od Viti Levu i jest trzecią co do wielkości wyspą Fidżi. Słynie z upraw kava oraz z doskonałych miejsc nurkowych. Kadavu i sąsiadujące z nią mniejsze wyspy otoczone są rafą Astrolab Reef. Z Fulagi mieliśmy do pokonania 180 mil. Silna bryza pozwoliła nam pokonać trasę w niecałą dobę. Wpłynęliśmy do środka laguny przez Naigoro Passage i stanęliśmy w najbliższej zatoce przy wiosce Vatulutu. Miejsce nie było tak urokliwe, jak na Lau, ale świat podwodny miał nam to zrekompensować.
Nie mieliśmy jednak wiele czasu na zwiedzanie tej części Fidżi, gdyż spieszyliśmy się na główny ląd, czyli do Suva, skąd wylatywała cała ekipa. Pomimo ograniczonego czasu i mało sprzyjającej pogody udało nam się zaliczyć śliczne snorklowanie przy czwartej co do wielkości rafie koralowej na świecie. Było wietrznie, momentami deszczowo, a wzburzone morze zalewało nam rurki, jednak nie poddaliśmy się i weszliśmy do wody. Natalka z zapałem fotografowała podwodny świat, czego efekty zamieściłam na naszym blogu.
Kadavu nie ugościło nas słońcem, ale za to zrekomensowało nam niepowodzenia wędkarskie z wcześniejszych dwóch tygodni. Od wypłynięcia z Suva i podczas żeglowania po Lau nie udało nam się złowić żadnej ryby, chociaż wykorzystywaliśmy każdą okazję na zarzucenie wędek. Natalka wciąż pytała kiedy będzie carpacio z tuńczyka, pieczone mahi, sushi lub inne rybne smakołyki, a na haczyku nie widać było żadnej sztuki… Aż tu nagle przy Kadavu ryba za rybą łapała się na przynętę! Walka była nierówna, gdyż niektóre okazy uciekały z haczyka lub zrywały przynętę, ale ogromne wahoo i dwa mahi-mahi pozwoliły zaspokoić apetyty na świeżą rybkę. Można powiedzieć, że wynik był w pełni zadowalający. Mariusz wyczarował swoje popisowe carpacio (raz z mahi, innym razem z wahoo), a Tomek nakręcił wyśmienite sushi.
Podczas kilkugodzinnego płynięcia z Kadavu do Suva doszło do pewnego historycznego dla nas wydarzenia. Mianowicie Mariusz po raz pierwszy odpalił drona w czasie żeglugi. Emocji było sporo, gdyż podmuchy wiatru znosiły naszą osę i baliśmy się, czy uda się ją ściągnąć z powrotem na pokład. Cała akcja zakończyła się sukcesem i mamy kilka świetnych ujęć z tej zabawy.
Powrót do Suva uczciliśmy butelką szampana i kolacją w uroczej knajpce na wodzie. Starą jednostkę przemieniono na pływającą restaurację Tikos tworząc klimat jak na starych statkach pasażerskich. Było to przemiłe dopełnienie rejsu. W ciągu dwóch tygodni udało się nam zrobić małą pętlę po wodach Fidżi, przepłynąć 600 mil i odwiedzić kilka miejsc nie tkniętych turystyką.
18 czerwca prawie wszyscy się rozjechali. Natalka, Adam, Tomek i Jarek pofrunęli ku swoim domom, a Mariusz na kilka dni wyskoczył do Kanady. Ja z Tomkiem zostałam na Katharsis, by przygotować się na przyjazd kolejnej ekipy. Tym razem zjechać się miała moja wesoła rodzinka – rodzice oraz siostry z mężami i dziećmi. Tomek kilka następnych tygodni spędzi w Polsce ze swoją rodziną, a Mariusz poprowadzi moją bandę barbarzyńców (tak ich pieszczotliwie nazywam, gdyż 10 osobowa ekipa z czwórką dzieci, to naprawdę wesoła grupa) przez Fidżi, Vanuatu aż ku Wyspom Salomona.
Przed kolejnym rejsem czekało nas uzupełnienie zapasów. A wiadomo, że zaprowiantowanie dla 12 osób na miesiąc nie jest łatwym zadaniem. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie. Pewnie dlatego, że moja rodzinka mogła to już przećwiczyć w Meksyku półtorej roku temu. Wracającego na Katharsis kapitana przywitaliśmy chlebem i solą. Mój szwagier Artur zdążył się zaopatrzyć w Suva w tradycyjny strój fidżijski, czyli malo (koszulę) oraz sulu (spódnicę za kolana). Także Mariusza witało pachole w stroju ludowym. Po powitalnych rytuałach mogliśmy ruszyć w morze.
Naszym pierwszym celem było odwiedzenie Kadavu. Mariusz odczuwał pewien niedosyt i chciał tam jeszcze wrócić. Tym razem pogoda była jak dzwon. Nie dość, że towarzyszyła nam jedynie delikatna bryza, która pozwoliła spokojnie na żaglach dotrzeć do Astrolabe Reef, to jeszcze przez kilka kolejnych dni słońca nie zasłaniała żadna chmurka. Po dopłynięciu do Dravuni na Kadavu udaliśmy się ze świeżo zakupionymi w Suva korzeniami kava na ląd na sevusevu. Przyjęci zostaliśmy wraz z załogami trzech innych jachtów w bure przy plaży. Pomimo, że wódz nie dał rady dotrzeć na spotkanie z nami, sevusevu się odbyło. Przekazaliśmy kava, poczęstowani zostaliśmy w zamian grogiem i udzielono nam pozwolenia na korzystanie z uroków Dravuni, kilku innych małych wysp oraz otaczających ich wód.
Jeden dzień spędziliśmy na plaży przy wiosce na Dravuni, a na kilka kolejnych przenieśliśmy się w okolice bezludnej Namara Island. Znaleźliśmy tam zaciszne miejsce z niesamowicie przejrzystą wodą oraz żywą i kolorową rafą przy samej plaży. Godzinami można było nie wychodzić z wody. Dla dzieciaków wiadomo było, że będzie to podwodny raj. Jak spławiki siedzieli przez cały dzień w wodzie obserwując podwodne życie i mocząc się w ciepłej wodzie. A i moi rodzice pierwszy raz dali się namówić na pływanie w masce z rurką. Myślałam, że nie wyciągniemy mojego taty z wody… tak mu się spodobało.
Warunki były na tyle sprzyjające, że robiliśmy pontonem wypady na oddaloną od naszego kotwicowiska o dwie mile Astrolabe Reef. Snorklowanie było tam tak przepiękne, że nawet nie odczuwaliśmy z Mariuszem potrzeby zejścia pod wodę ze sprzętem do nurkowania. Mariusz testował swoje nowe płetwy do freedivingu i na bezdechu schodził na kilka metrów, by podziwiać uroki rafy. Moje siostrzenice próbowały naśladować Mariusza i nawet całkiem nieźle im szło. Byłam z nich dumna.

Pusta plaża na bezludnej Namara okazała się także idealnym miejscem na zorganizowanie pikniku. Chłopacy rozpalili z suchych liści palmowych i bambusów ognisko, na którym upiekliśmy rybę oraz szaszłyki. Ucztowaliśmy siedząc na palmowych liściach w cieniu tropikalnych drzew. Było po prostu rajsko. A do tego pogoda nas wprost rozpieszczała.