Napisane przez: Mariusz | 2015/03/17

Powrót do Auckland zakończeniem wyprawy na Morze Rossa

Mariusz:
Podczas naszego zaledwie dziesięciodniowego pobytu w południowej części Nowej Zelandii przeszły obok nas trzy sztormy, w tym jeden ciężki. My w tym czasie konsumowaliśmy naszą wyprawę do najdalszego zakątka Ziemi, upajając się niesamowitymi widokami, zdobytymi darami morza i płynami własnej produkcji. Zacząłem wątpić w to, czy ukończymy naszą wyprawę w Auckland, czyli zgodnie z planami. Z Milfordsound do Cieśniny Cooka mieliśmy dwa dni płynięcia. Na tyle zazwyczaj pozwalają układy pogodowe wokół Nowej Zelandii. Planowałem popłynąć więc do Nelson w Zatoce Tasmana albo do Picton w Malborough Sound. Uwielbiam wracać do wcześniej poznanych miejsc, ale to oznaczałoby logistyczne problemy dla załogi, która miała wykupione bilety powrotne z Auckland na 15 marca.
Neptun potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. Otworzył nam wyjątkowo duże okno na płynięcie bezpośrednio na północ. Tak korzystny układ okupiony był niebezpieczeństwem spotkania się ze schodzącym z tropików cyklonem Pam. Zassał wystarczająco dużo powietrza, zostawiając nam rzadko spotykane tutaj słabo wietrzne warunki. Postanowiłem zaryzykować i popłynąć na północ Wyspy Północnej, okrążyć Przylądek Reigna i od nietypowej strony, jak na powrót z Antarktydy, wpłynąć do Auckland. Mimo końca lata, układ pogodowy rozpieścił nas. Na słońce wyszły nagie torsy, a naszą kartę potraw wzbogaciło kilka złowionych tuńczyków.
Cyklon Pam przesuwał się powoli na południe, niszcząc po drodze wyspy południowego Vanuatu. Zwolnił na tyle swoje tempo, że pokusiłem się na postój w Russell Town i pokazanie mojej ekipie najstarszą osadę w Nowej Zelandii. Relaks nie mógł być zbyt długi, cała Nowa Zelandia trzęsła się ze strachu przed nadchodzącym cyklonem kategorii 5.
Moja ulubiona marina w centrum miasta gościła jachty biorące udział w Volvo Ocean Race. Start kolejnego etapu został opóźniony ze względu na nadchodzący cyklon. Nie mieliśmy się więc gdzie schować. Zadzwoniłem do stoczni Orams Marine, w której obie Katharsis upiększały się. Znalazło się tam dla nas miejsce. Zostaliśmy powitani tak, jak we własnym domu. Nawet Michele przyleciała z Sydney i spędziliśmy razem dwa miłe dni.
Cyklon Pam, który postawił całą Nową Zelandię na nogi, oddalił się na tyle od Auckland, że poza ulewnym deszczem nie dał się nam we znaki.
Niezwykły rejs zakończył się szczęśliwie dla nas 14 marca 2015. Takich wypraw nie zapomina się nigdy. Każdy etap był wyjątkowy. Przedbiegiem był bardzo sztormowy odcinek z Brisbane do Sydney. Pierwszy etap to podniecająca jazda pod pełnymi żaglami w zmiennych warunkach wyścigu Rolex Sydney – Hobart. Drugi to poznawanie Oceanu Południowego, jego groźnego, morskiego oblicza oraz niezwykle ciepłe przyjęcie na Macquarie Island. Trzeci to przygoda z niemal zamkniętym Morzem Rossa, brawurowe przebicie się przez barierę lodową na wejściu, dotarcie do najdalej na południe położonego żeglownego miejsca w trudnych warunkach sztormowych i bezpieczny odwrót. Czwarty to trudna podwiatrowa jazda w towarzystwie gór lodowych i sztormów w kierunku Nowej Zelandii. Piąty to wypoczynek w jednym z najciekawszych i rzadko odwiedzanych przez żeglarzy zakątków świata, jakim jest Wyspa Stewarta i Fiordland oraz spokojny i komfortowy powrót do cywilizacji.
W ciągu trzech miesięcy przepłynęliśmy 8470 mil morskich, zmagając się z ośmioma sztormami. Zasadnicza wyprawa to etap z Hobart do Bluff, od 17.01 do 26.02 o długości 5860 mil morskich. Mimo postojów przy Brunny Island, Macquarie Island i Franklin Island wykręciliśmy niesamowitą przeciętną dobową – 147 mil morskich. To sporo mniej niż nasz 260 milowy rekordowy dobowy przelot podczas regat Sydney – Hobart, ale uwzględniając ciężkie warunki, lód i mocno zrefowane żagle to z pewnością dobry wynik.
Cała ekipa wyjątkowo dobrze zniosła trudy rejsu. Zazwyczaj podczas długich i ciężkich wypraw dochodzi do przesileń, napięć czy nawet podziałów wśród załogi. Drobnych incydentów nie dało się uniknąć, ale nie były one na szczęście powodowane wzajemną, narastającą podczas rejsu niechęcią. System trzech wacht z wachtą czuwającą sprawdził się podczas regat. Cały czas dwie trzecie załogi była gotowa do działań przy manewrach. Organizacja czterech wacht z wachtą czuwającą w trakcie wyprawy dały możliwość godziwego wypoczynku. Gdy do tego dołożymy ciepło pod pokładem, wystarczającą ilość wody, by móc wskoczyć codziennie pod gorący prysznic, to ciężkie warunki panujące na pokładzie nie wpływały deprymująco na morale. Do tego wszystkiego Katharsis II dawała poczucie bezpieczeństwa, swoją solidną konstrukcją zarówno podczas sztormów, jak i akcji w lodach. Na dobry humor miał też wpływ kambuz, który tylko raz sięgnął po liofilizowaną żywność. Z powstających podczas rejsu potraw można by napisać całkiem ciekawą książkę kucharską. Hania obiecała Doktore, że w czasie przerwy popełni chociaż jeden kulinarny wpis.
Wszystkie etapy od Brisbane do Auckland zaliczyli: Tomek Grala – pierwszy oficer, mechanik znający Katharsis II na wylot i najbardziej doświadczony żeglarz w całej ekipie, Hania Leniec – drugi oficer, moje największe wsparcie, w tym logistyczne, bosmańskie, blogowe i kulinarne oraz Wojtek Małecki – wachta Tomka, twardziel od ciężkich zadań, a przy tym romantyk. Od Sydney płynęli z nami: Michał Barasiński – trzeci oficer, spowiednik i dobry przyjaciel (musiał opuścić nas w Bluff), Adam Żuchelkowski – wachta Hani na regatach, IV oficer podczas wyprawy, siła spokoju, pogody ducha i doświadczenia żeglarskiego, Mariusz Magoń –wachta Hani, doktor wyprawy, potrafiący rozładować każdą sytuację ciętą ripostą, Robert Kibart – wachta Michała, operator filmowy i filozof. W Hobart dołączyła do nas Ania Gruszka – wachta Adama, królowa z Selmy zawsze ze śrubokrętem w ręku. Na etapie regatowym wzmocnili nas: Maćka Żuchelkowska – wachta Tomka, najlepszy kompan jakiego można sobie wymarzyć podczas rejsu i Irek kamiński – wachta Michała, niesamowicie pozytywnie zakręcony (korba) regatowiec. W takim to towarzystwie przyszło nam spędzić ostatnie 3 miesiące na pokładzie Katharsis II.
Teraz przed nami chwila przerwy potrzebna na doprowadzenie jachtu do doskonałej formy. Opuścimy Nową Zelandię na początku czerwca. Dokąd nas poniosą wiatry? Kto będzie chciał z nami popływać? Tego jeszcze nie wiemy.

Napisane przez: Hanuś | 2015/03/09

Fiordland

Nowa Zelandia, a szczególnie jej Południowa Wyspa i Wyspa Stuart, to dla mnie wspomnienie spokoju emanującego z otoczenia, przy jednoczesnych nagłych zmianach pogody, obcowanie z dziką przyrodą, podziwianie niesamowitych krajobrazów i delektowanie się darami morza własnoręcznie wyłowionymi. Takie wrażenie wywarła na mnie ta kraina podczas naszego zeszłorocznego rejsu wokół Nowej Zelandii. Ciekawa byłam tego miejsca raz jeszcze.
Po ciężkim rejsie, jakim była wyprawa na Morze Rossa, dwa tygodnie włóczęgi po zacisznych zakątkach Zielonych Wysp miały być chwilą wytchnienia i odpoczynku dla całej załogi. Już pierwsze dni na Wyspie Stuart upłynęły w wakacyjnej atmosferze. Po przepłynięciu Cieśniny Foveaux, która ugościła nas warunkami podobnymi do zeszłorocznych, czyli silnymi prądami i trudnym do zdefiniowania zafalowaniem, zakotwiczyliśmy 3 marca późnym popołudniem w Pickersgill Harbour w Dusky Sound. Pogoda ułożyła nam harmonogram i w związku z przechodzącym silnym sztormem zaplanowała nam trzydniowy pobyt w tym miejscu. Podczas, gdy na zewnątrz hulał ponad 60 węzłowy wiatr, my staliśmy bezpiecznie w sprawdzonym miejscu i mogliśmy się oddawać nurkowaniu, łowieniu ryb i poławianiu małż snorklując lub brodząc wśród kelpu. Ja odkryłam zamiłowanie do poszukiwania owoców morza w zeszłym roku i tym razem nie przepuszczałam żadnej okazji na pobawienie się w wyławiacza tych skarbów. Jeszcze pierwszego dnia po przypłynięciu ubraliśmy się z Mariuszem w pianki, uzbroiliśmy w noże i popłynęliśmy pontonem na poszukiwanie wśród kelpu przepysznych paua i nowozelandzkich zielonych małż. Połowy zakończyły się sukcesem, a mianowicie 3 paua i workiem małż. Wojtek w tym czasie wykorzystał mały ponton i popłynął na poszukiwania małż, których przywiózł duże wiadro, a Ania, Tomek i Żuchel nałowili ryb . Tym sposobem, uwzględniając jeszcze przegrzebki z Pegasusa, mieliśmy całkiem niezły wybór owoców morza.
Od spotkanych w zatoce Nowozelandczyków dowiedzieliśmy się, że okolice skałki, nieopodal której kotwiczyliśmy to świetne miejsce na wyławianie langustynek (ang. Creyfish). Wystarczy zanurkować na kilka metrów i pozbierać ze skalnych półek te wyśmienitości. Ja nie zastanawiałam się ani chwili i od razu zabrałam się za szykowanie sprzętu nurkowego. Mariusz już zacierał ręce i obmyślał strategie połowów. Tym razem na podwodne podboje udał się z nami Tomek, który od dawna czaił się na homary, ale wciąż się te skorupiaki przed nim chowały. Po zejściu pod wodę okazało się, że widoczność jest na kilkadziesiąt metrów, a życie niezwykle bogate. Na ściance biegnącej w dół od skałki przy której nurkowaliśmy rosło mnóstwo czarnego korala. Jest to rzadko spotykany gatunek i z niego słynie między innymi nurkowo Fiordland. Widzieliśmy go z Mariuszem w zeszłym roku podczas nurkowań w Doubtfull Sound. Nazwano go czarnym koralem, a tak naprawdę są to rozłożyste drzewa w kolorze białym. Jak zobaczyłam stok pełen tych białych wachlarzy postanowiłam, że następnego nurka zrobię z aparatem fotograficznym, zamiast siatki na langusty. Podczas tego nurkowania siatka przydała się jednak jak najbardziej. Mariusz zaopatrzony był w ostry trójząb, Tomek w zaciskową pętlę, ja w rękawiczki. Tak wyposażeni wyłowiliśmy 6 homarów, z czego 3 były tak ogromnych rozmiarów, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy. To były pierwsze wyłowione w historii Katharsis II langusty, no i od razu taki sukces. Jeszcze tego samego popołudnia Mariusz, Doktore, Wojtek i ja popłynęliśmy snorklować w tym samym miejscu, gdyż chłopacy chcieli zobaczyć homary pod wodą. Był odpływ, więc wystarczyło zanurkować na 2-3 metry, żeby wypatrzeć te smakowite potwory. Polowanie zakończyło się namierzeniem dwóch skorupiaków i wyłowieniem tylko jednej paua. Niemniej pływanie w kelpie i wypatrywanie homarów było świetną zabawą. Wojtek po tej zabawie postanowił zejść z nami pod wodę następnego dnia.
Następnego dnia sztorm dawał się już we znaki. Nawet w dobrze osłoniętym fiordzie wytworzyło się zafalowanie. Nie zniechęciło nas to do nurkowania, ale niestety znacznie pogorszyła się widoczność pod wodą – z kilkudziesięciu do zalewie paru metrów. Tak jak postanowiłam poprzedniego dnia, zabrałam aparat fotograficzny, żeby uchwycić czarny koral. Poławiaczami homarów byli tym razem Ania, Wojtek i Mariusz. Nasze zapasy powiększyły się o dwa okazy.
Gdy sztorm ucichł po trzech dniach przenieśliśmy się do kolejnego fiordu – do Doubtfull Sound. Jest to rozległy fiord z kilkoma odnogami. Większość z nich odwiedziliśmy z Mariuszem i Michałem. Pozostało jeszcze nieodkryte przez nas rok temu jedno z ramion – Crooked Arm. Tam Mariusz postanowił nas zabrać tym razem. I był to rewelacyjny wybór. Dla mnie było to najpiękniejsze miejsce w Doubtfull Sound. Wąskie ramie fiordu wiło się niczym pijany wąż między wysokimi szczytami porośniętymi bujną zielenią i ozdobionymi mnóstwem wodospadów. Widoki zapierały dech w piersiach. Dopłynięcie do tego magicznego miejsca uczciliśmy zjedzeniem, po raz pierwszy od dwóch miesięcy, obiadu w kokpicie. Otocznie było oszałamiające, a i danie na talerzu niebanalne – makaron z langustynkami złapanymi przez nas w Dusky Sound poprzedniego dnia.
Po ulewnej nocy w spokojnym Crooked Arm zaraz po wschodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do kolejnego malowniczego fiordu. Obfity deszcz padający nieprzerwanie przez całą noc niezwykle zasilił wodospady usiane na stokach stromych zboczy Doubtfull Sound. Ciężkie chmury wypadały się w ciemnościach i nad ranem nie było już prawie po nich śladu, nie licząc wody w strumieniach górskich. Naszym kolejnym celem miał być słynny Milford Sound. Jednak z Doubtfull płynięcie zajęłoby nam cały dzień i dotarlibyśmy późnym popołudniem. Chcąc wykorzystać popołudnie na zobaczenie nowego miejsca, nasz kapitan postanowił popłynąć do położonego bliżej Charlses Sound, a do Milfordu wyruszyć o północy, by na żeglugę poświęcić noc i na miejsce dotrzeć nad ranem.
Mariusz wyczytał, że jedną z atrakcji w Charles Sound jest wycieczka w górę Irene River. Chcąc wykorzystać wysoką wodę, zaraz po dotarciu do fiordu, zrzuciliśmy na wodę ponton i popłynęliśmy eksplorować rzekę. Woda miała brunatny kolor i trudno było wypatrywać przeszkód, a czyhających na nas natopionych konarów drzew było sporo. Płynąć spokojną rzeką podziwialiśmy roślinność, która jest w Fiordlandzie zupełnie inna od tej spotykanej w Europie, jakby prehistoryczna. Idealnie nadawałaby się do kręcenia filmów o dinozaurach. Spokojne brzegi Irene River otaczały drzewa porośnięte mchami i porostami, a za pasem lasu wyrastały strome zbocza gór. I tutaj, tak jak w Daubtfull Sound nie brakowało wodospadów. Jeden z nich znajdował się blisko rzeki i prowadziła do niego wąska odnoga. Udało nam się do niej wpłynąć pontonem i wylądowaliśmy niemalże pod ścianą wody. Wrażenie było obłędne. Podczas, gdy Ania, Mariusz i Wojtek podeszli niemalże pod samą kaskadę, Robert i ja staraliśmy się uchwycić ten krajobraz w obiektywach. Nie było to łatwe zadanie, gdyż groziło nam zalanie aparatu i kamery w bryzie unoszącej się w powietrzu. Nasza trójka wodospadowych odkrywców wróciła do pontonu zupełnie przemoczona. Wszyscy wylewali wodę z butów, a ubrania wyglądały jak wyjęte z miski z wodą. Nie wiedzieliśmy, że na tej wycieczce czeka nas taka dodatkowa atrakcja. W Charles Sound Tomkowi udało się wyłowić zupełnie nowe dla nas ryby, w tym ogromną żabnicę.
Zgodnie z planem o północy, w blasku jasno świecącego księżyca, opuściliśmy Charles Sound i o 0800 rano 8 marca dotarliśmy do Milford Sound. Wpływaliśmy do fiordu w świetle budzącego się dnia. Majestatyczne szczyty wyrastające prosto z wody oświetlały poranne promienie i otulały mgliste obłoki. Atmosfera była tajemnicza. Wraz z budzeniem się dnia słońce grzało coraz mocniej i przyniosło nam najcieplejszy dzień od wypłynięcia z Sydney. Zakotwiczyliśmy na końcu fiordu w Deep Water Basin. Prowadzi tam wąskie i płytkie przejście. Dla nas żeglowne jest ono jedynie w okolicach wysokiej wody. Chcąc opuścić Milford Sound jeszcze tego samego dnia musieliśmy wypływać około 1600. Zatem pozostawało nam zaledwie kilka godzin na eksplorowanie tego miejsca. W zeszłym roku spędziliśmy tutaj dwa dni. Znając miejsce mogliśmy doradzić naszej ekipie dwie atrakcje. Jedną z nich jest wejście na końcówkę słynnego Milford Track. Przejście całej trasy trekkingowej zajmuje trzy dni i wymaga wcześniej (nawet z rocznym wyprzedzeniem) rezerwacji. Na wejście na jedną z najsłynniejszych ścieżek turystycznych Nowej Zelandii zdecydował się Wojtek z Zefirem. Reszta ekipy popłynęła na spotkanie z cywilizacja, czyli do jedynej tutaj knajpki z przepięknym widokiem na Milford Sound. Mi marzyło się zrobienie zdjęcia ze szczytami fiordu odbitymi w wodzie. Jednak znowu tafla wody była zafalowana i efektu lustra nie uchwyciłam.
Wizyta w Milford Sound przyniosła nam nie tylko zetknięcie z cywilizacją i zimne piwo z kufla, ale także miłe spotkanie z rodakami. Podczas kilkugodzinnego pobytu spotkaliśmy – młodą parę z synkiem, kilkuosobową ekipę z Poznania i Roberta, który przeszedł Milford Track i kończył go akurat tego dnia, kiedy i my zjechaliśmy do Milford. Tym sympatycznym akcentem skończyliśmy naszą przygodę z Fiordlandem i obraliśmy kurs na północ.
Pobyt na Południowej Wyspie utwierdził mnie w przekonaniu, iż jest to idealne miejsce do zaszycia się wśród dzikiej przyrody i rozkoszowania się darami morza.

Napisane przez: Mariusz | 2015/03/02

U brzegów Nowej Zelandii

Mariusz:

Ocean Południowy zaskoczył mnie swoją przyjaznością. Jedną z moich obaw było, czy damy radę piłować ostro pod sztormowy wiatr, by utrzymać kierunek na Nową Zelandię. Okazało się, że jacht i załoga radziły sobie nieźle w takich warunkach. Groziło nam, że wylądujemy w Auckland na dwa tygodnie przed planowanym powrotem załogi do kraju. W niedzielę 22 lutego skręciliśmy więc na północny zachód, by nadkładając nieco drogi wylądować na samym południu Nowej Zelandii. Miałem w ten sposób szansę pokazać naszej ekipie chociaż kawałek najciekawszej i najdzikszej części tego kraju, czyli Stewart Island i kilka fiordów Wyspy Południowej.
Przed lądowaniem w Bluff czekał na nas jeszcze jeden sztorm – słynny w Australii „southerly change”, chyli zmiana o 180 stopni kierunku wiatru z północno – wschodniego na południowo – zachodni. Była to dla nas wyjątkowo miła zmiana, gdyż po raz pierwszy od dwóch tygodni powiał nam wiatr baksztagowy. Morze ponownie wybudowało się, ale nie na tyle, by wyrządzić nam jakąkolwiek krzywdę. W tym samym czasie przecinał się nasz kurs z jachtami biorącymi udział w Barcelona World Race. Minęliśmy się z nimi o zaledwie kilkadziesiąt mil, tracąc szansę na ciekawe zdjęcia z tego rzadkiego na Oceanie Południowym spotkania.
Do Bluff dopłynęliśmy w czwartkowe przedpołudnie. Odprawiliśmy się sprawnie w miłej atmosferze. Poza celnikami i pracownikami portu powitała nas również załoga „Spirit of Hungary” – jachtu biorącego udział w Barcelona World Race, który miał tutaj postój, z powodu luźnego kila. Nasza lista awarii, po tak trudnej wyprawie jest wyjątkowo krótka: zmasakrowane szoty sztaksla, jeden szot genui oraz uszkodzona echosonda. Na podsumowanie rejsu poczekamy zapewne do Auckland, gdyż mamy jeszcze przed sobą sporo żeglugi, wcale nie leniwej. Wody otaczające Nową Zelandię pokazały nam swój pazur w zeszłym roku podczas opływania tego kraju dookoła. Pogoda często wymusza postoje i czekanie na właściwe okno wiatrowe.
Tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozkoszowanie się pobytem na lądzie. Bluff nie jest atrakcyjnym miejscem, w którym chciałoby się spędzić kilka dni. Jest małym miasteczkiem portowym na końcu świata. Jeszcze tego samego popołudnia uzupełniliśmy zapasy warzyw i owoców. Przyjęliśmy po kilka kufli piwa w lokalnej spelunie i zjedliśmy powitalny obiad w jedynym hotelu.
Rano udało nam się doprowadzić wygląd jachtu do jako takiego stanu i popłynęliśmy do Oban, jedynego miasteczka na Stewart Island. Lubię wracać w znane mi miejsca. Tu rok temu pogoda trzymała nas w objęciach przez kilka dni. Tym razem wiatr miał sprzyjać naszemu płynięciu na południe wyspy, ale aura przywitała nas przeszywającym na wskroś kapuśniaczkiem. Na uliczkach nie było żywego ducha. Za to pub hotelowy tętnił życiem. Szpilki nie można było tam wsadzić. Trochę lepiej było późnym wieczorem, gdy wróciliśmy z wyśmienitej kolacji. Udało nam się wmieszać w barwny tłum lokalnych mieszkańców, dla których pub jest miejscem spotkań. Namawiano nas byśmy zostali w Oban kilka dni, gdyż 1 marca rozpoczyna się sezon poławiania ostryg w cieśninie Foveaux, słynnych bluff oysters. Czasu mamy niewiele i rankiem podnieśliśmy kotwicę, by udać się ku brzegom Ulva Island w Peterson Inlet.
W ciągu trzech dni pobytu na Stewart Island udało nam się rzucić kotwicę w 6 różnych miejscach, odbyć 4 wycieczki lądowe oraz zejść pod wodę. Istna japońska wycieczka. Zdążyliśmy złowić kilka błękitnych dorszy, kopę przegrzebków (ang. Scalops), trzy ośmiornice i 12 paua – (ang. abalone). W zeszłym roku wyłowiliśmy tylko jedną abalone (maoryska nazwa – paua), nie wiedząc gdzie ich szukać. Tym razem Hania dała popis swych łowieckich umiejętności, znajdując sześć podczas jednej sesji pływania tylko z maską i rurką. Nurkując w poszukiwaniu przegrzebków mieliśmy bliskie spotkanie z samicą lwa morskiego (uchatki). Wyraźnie nie podobało jej się to, że jesteśmy na jej terytorium. Podpływała do nas z prędkością torpedy, by stanąć twarzą w twarz pokazując swoje dorodne uzębienie. Nie wyglądało to na chęć zabawy i po szturchnięciu nosem głowy Ani i Żuchla oraz capnięciu mojego kaptura woleliśmy zakończyć nurkowanie.
Nasz rejs wzdłuż wybrzeży wysp nowozelandzkich musi odbywać się w ekspresowym tempie. Nocą z niedzieli na poniedziałek przechodził nad nami sztormowy front z wiatrem wiejącym z północnego zachodu o prędkości 55 węzłów. Zaraz po jego przejściu pojawiło się krótkie okno na popłynięcie do pierwszego z fiordów na Południowej Wyspie– Dusky.
Jest wtorek 3 marca, godzina 0700 czasu n owozelandzkiego (UTC+13). Przekraczamy wzburzoną Foveaux Strait. Do Dusky Sound powinniśmy dotrzeć w ciągu kilku godzin.

Napisane przez: Hanuś | 2015/02/21

Wody Antarktyki za nami

Tydzień temu opuściliśmy Morze Rossa. Trochę było mi żal, że lądy Antarktydy okazały się w tym roku tak nieprzystępne. Dane nam było jedynie posmakować ten zakątek świata. Lody otaczające kontynent stworzyły szczelną barierę, nie pozwalając na dotarcie do brzegów. Gdy dotarliśmy w okolice Cape Adare, gdzie dwa tygodnie wcześniej przedzieraliśmy się przez lody, krajobraz był nieco inny. Wciąż pozostawało tu dużo lodu, to się nie zmieniło. Ale atmosfera była jakaś odmienna, bardziej tajemnicza i złowroga. Lody, które nas witały pod koniec stycznia były oblane wesołymi promieniami słońca. Kry wydawały się bielsze i jakby bardziej miękkie – chcące się kruszyć, zapraszając na Morze Rossa. Mnóstwo też było pingwinów Adeli. Dwa tygodnie później jakby życie tu zamierało. Spotkaliśmy zaledwie 3 pojedyncze pary pingwinów i cztery wieloryby. Lód, jaki zastaliśmy w połowie lutego był twardy, ostry, jakby szykujący nową barierę. Do tego występował w akompaniamencie ciężkich chmur i pierwszych szarych wieczorów.
Lodowe zakątki świata mają w sobie coś bajecznego i niesamowitego. Jak raz się je pozna, to działają jak narkotyk, każą do siebie wracać. Opuszczając je, z jednej strony pojawia się nieokreślona ulga, chęć powrotu do domu, do bezpiecznych stron, a z drugiej już mości się w sercu ziarenko tęsknoty, które będzie powoli kiełkować i przypominać o magii białych krain Arktyki i Antarktydy.
Opuszczając Morze Rossa nie byliśmy pewni gdzie popłyniemy – czy będzie to Nowa Zelandia, czy może ciepłe wyspy Polinezji Francuskiej. Z tego południowego krańca świata można wybrać najróżniejsze drogi powrotu do cywilizacji. Dystans do pokonania do Nowej Zelandii jest niewątpliwie najmniejszy, ale okupiony podwiatrową jazdą po najwietrzniejszym z oceanów. Kusiło nas Tahiti, leżące niecałe 1000 mil dalej niż Auckland, ale pozwalające płynąć pod lepszym kątem do większości hulających tu wiatrów. Tahiti wciąż jest jeszcze w strefie huraganowej i bezpiecznie będzie tam dopiero w maju. Kolejną opcją, najlepszą jeśli chodzi o wiatry mógłby być Cape Horn i Patagonia. Z Pacyfiku nie chcieliśmy jeszcze uciekać, dlatego wybraliśmy męczącą trasę na północ, ku brzegom Nowej Zelandii.
Po opuszczeniu pasa paku lodowego chroniącego bram Morza Rossa jeszcze przez pięć dni góry lodowe przypominały nam, że jesteśmy na wodach Antarktydy. Przez całe dni wypatrywaliśmy na wodzie białych przeszkód i je wymijaliśmy. Najtrudniejszym czasem była noc, która jest coraz dłuższa i towarzyszy nam od opuszczenia Cape Adare. Góry lodowe można wypatrzeć na radarze. Jednak te mniejsze kawałki, które mogłyby wyrządzić nam niewyobrażalne szkody przy dużej prędkości, są dla wynalazków techniki niewidzialne. Dlatego każdej nocy redukowaliśmy żagle do minimum i płynęliśmy ostro pod wiatr, by zmniejszyć prędkość do 2 – 3 węzłów. Staraliśmy się wypatrywać lód, jednak gdy było zupełnie ciemno, liczyliśmy na to, że minimalna prędkość przy ewentualnym spotkaniu z lodem uchroni nas przed uszkodzeniem. Zawsze to lepiej wjechać w przeszkodę dziobem, niż stojąc w dryfie być rzucony burtą na lodowy growler. Liczyliśmy przy tym na to, że jeśli w promieniu sześciu mil nie widać na radarze żadnej przeszkody, to i drobiazgu lodowego być nie powinno. Najwięcej growlerów widzieliśmy w ciągu naszych pierwszych dwóch dni, kiedy góry towarzyszyły nam przez cały czas płynięcia. Kiedy wydawało nam się, że wyszliśmy z zasięgu lodu, po prawie całym dniu czystej jazdy, piątego dnia na horyzoncie ujrzeliśmy olbrzymią, postrzępioną górę lodową. Powitaliśmy ją stekiem przekleństw, po czym mieliśmy kolejną nadwyrężającą nerwy noc.
Pierwszy sztorm, jaki przetoczył się nad nami dał nam się we znaki. Przede wszystkim ze względu na strach przed lodem czyhającym wśród wysokich fal. Z napięciem wysiadywaliśmy na wachtach wyostrzając wzrok do granic możliwości. Podczas jednej z nocy Doktore zaczął opowiadać mi o testach łódek, które czasem przegląda w sieci. Nowe modele poddawane są różnym wypadkom, na przykład zderzeniom z innym obiektem… Takie historie nie uspakajały. Przez te dni czuło się w powietrzu napięcie, pomimo, że wszystkim nam dopisywały humory. Przejmujące zimno jakie niósł silny wiatr potęgowały chlusty lodowatej wody, przelewającej się przez pokład przy podwiatrowej żegludze. Fale wpadały do kokpitu zamieniając go na kilka chwil w wannę wypełnioną wodą. Jedna z fal przetoczyła się z taką siłą, że odpaliła Doktorowi stojącemu za sterem kamizelkę ratunkową. Nie był to może najsilniejszy ze sztormów (wiatr do 53 węzłów), jednak wymęczył nas. Świadomość obecności lodu kryjącego się między białymi grzywami wzburzonego Oceanu Południowego dręczyła i przerażała. Nocne piłowanie pod wiatr z minimalną prędkością było wyczerpujące przede wszystkim psychicznie. Ale mamy to już za sobą. Dzisiaj pierwszy raz świeci piękne słońce i ocean zmienił kolor ze stalowego na przepięknie granatowy. Nad ranem wiatr odkręcił i w końcu nie płyniemy pod wiatr, tylko spokojnie suniemy z 35 węzłowym wiatrem po białych grzywach fal. Fale zmalały z dochodzących do 10 metrów do 6 metrowych.
Warunki w kambuzie znacznie się poprawiły. Już nie trzeba zapierać się nogami i jednocześnie łapać przedmioty, które wyrzucane były w powietrze przez fale złośliwie uderzające w burty. Pomimo trudnych warunków przy podwiatrowej jeździe przez te dni ani razu nie uciekliśmy do zapasów liofilizowanej żywności, którą wystarczy zalać wrzątkiem i obiad gotowy. Codziennie wachty kambuzowe przygotowują normalne posiłki. Tylko czasem wyzywają fale, które po raz kolejny wywracają durszlak z makaronem lub próbują wylać wrzątek z garnka.

Jest sobota 21 lutego, godzina 1600 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja 55 26S 173 06E. Do Auckland pozostaje nam jeszcze około 1300 mil morskich.

Napisane przez: Mariusz | 2015/02/16

Żegnamy się z Morzem Rossa

Mariusz:
Obawy nasze potwierdziły się. Wyspa Coulmana rosła w oczach, w miarę jak zbliżaliśmy się do niej. Cała pokryta była grubą warstwą lodu. Zaczęliśmy sobie wyobrażać, jak wspaniały uczuciem byłby zjazd na nartach z ponad 2000 m. Lód spływał aż do samej wody. Wyspa leży blisko lądu, zaledwie kilka mil od kontynentu, a właściwie dwóch jęzorów lodowców. Stąd cieśnina zawsze wypełniona jest lodem, ale wschodnia część wyspy bywa czysta. Ten rok jest jednak zgoła inny. Jeszcze nigdy nie było tutaj tyle lodu. Na gęsty pak natknęliśmy się na zaledwie dwie mile przed wyspą. Niestety na poziomie północnego krańca rozrósł się do 12 mil. To wyglądało na pułapkę, z której moglibyśmy nie wyjść. Myślałem o próbie przebijania się przez lody, by dotrzeć do jednej z największych kolonii pingwinów cesarskich, ale był to zbyt ryzykowny pomysł.
Dostaliśmy w międzyczasie informację, że koledzy z Selmy w idealnych warunkach pogodowych dotarli do Zatoki Wielorybiej i przy braku lodu dopłynęli do jej końca. Poprawili o 666 metrów naszą pozycję. Dalej na południe popłynąć się nie da, przynajmniej w tym roku, gdyż szelf w tym miejscu ciągle cofa się. Niesamowitym jest to, że w jednym roku dotarły tu tylko dwie jednostki i że są to Polskie jachty.
Popłynęliśmy w kierunku Przylądka Adare, by tylko przekonać się, że jest chroniony 20 milowej szerokości barierą lodową. Podjęliśmy dwie próby przebijania się, ale za każdym razem kończyły się tak samo – bezskutecznie
Nie pozostało nic innego, jak podjąć decyzję o odwrocie. Dłuższa zabawa tutaj w tych trudnych warunkach nie miała sensu. Na morzu zaczęliśmy obserwować pierwsze placki zamarzającej wody. Zaczynało robić się coraz chłodniej. Mamy nadzieję, że Selmowcy (jak ich nazywamy) nie przegną z czasem i zdążą opuścić Morze Rossa przed jego zamarznięciem.
Zachodnie przejście zamknęło się. Nie chciałem już tak szarżować, jak podczas naszego wpływania na Morze Rossa. Kilkadziesiąt mil na wschód od niego był pas wolnej wody i tam skierowaliśmy się. Wolna od lodu woda jest pojęciem umownym, gdy jest to tylko przesmyk między dużymi koncentracjami lodu. Przekonaliśmy się o tym nie raz i teraz było podobnie. Na północ od nas szalał sztorm i naniósł całkiem rozbudowaną martwą falę. Lodu w przesmyku nie było na szczęście zbyt dużo, ale wyglądał na zdrowy i kontakt z nim nie wchodził w rachubę. Rozhuśtane tafle lodu czyhały na naszą burtę, ale spokojne manewrowanie między nimi przez dziewięć uważnych godzin wyprowadziło nas w końcu na wolną od lodu wodę.
Musimy ciągle zachowywać ostrożność. Minęło już półtorej doby od wyjścia z lodów, a my ciągle mijamy góry lodowe i growlery. Wyszliśmy z obszaru permanentnego dnia. Właśnie przekroczyliśmy koło polarne. Na szczęście od pierwszego sztormu dzieli nas jeszcze 36 godzin.

Napisane przez: Hanuś | 2015/02/12

Próba dotarcia do Terra Nova i Cape Washington

Brzegi Wyspy Franklina opuściliśmy w nocy z wtorku na środę. Wiatry pozwoliły nam pożeglować w stronę Zatoki Terra Nova. Z map lodowych wynikało, że możemy spodziewać się tam dużo lodu na wejściu, jednak postanowiliśmy spróbować. Terra Nova jest zatoką do której rzadko blokowany jest dostęp dzięki lodowcowi Drygalskiego, który chroni zatokę od południa, poprzez wytłumienie prądu niosącego lód na północ. Nad ranem na horyzoncie pojawiły się masywy górskie oplatające Terra Nova. Gdy zbliżyliśmy się do zatoki, dostrzegliśmy szeroki pas lodu, który tworzył skuteczną barierę. Lód wydawał się gruby i twardy, a dodatkowo rozkołysany był przez falę. Nie byłoby rozsądnym przebijać się przez taką przeszkodę, dlatego Mariusz postanowił popłynąć na północ i poszukać przejścia. Zgodnie z oczekiwaniami, tuż przy północnym krańcu Terra Nova dotarliśmy do końca paku i obraliśmy kurs ku lądowi. Przez cały dzień towarzyszył nam silny wiatr i dopiero blisko brzegu, przy Cape Washington, na chwilę uspokoił się. Wykorzystaliśmy ten czas na rozrefowanie żagli i manewry wśród gór lodowych. Na wodzie znalazł się ponton z ekipą filmowo-zdjęciową. Chwila ciszy trwała krótko, ale udało się zrobić kilka zdjęć (ja aż 1050 razy nacisnęłam na spust…). Krajobrazy były obłędne, a to tego aura wspaniała – słońce i rewelacyjna przejrzystość powietrza. Byliśmy blisko wodnej granicy obszaru chronionego, z uwagi na dużą kolonię pingwinów cesarskich. Niestety nawet jeden osobnik nie pojawił się na horyzoncie.
Gdy wiatr zaczął tężeć podciągnęliśmy ponton, zrefowaliśmy żagle i obraliśmy kurs na południowy-wschód – do wnętrza Zatoki Terra Nova. . Planowaliśmy odwiedziny włoskiej stacji badawczej. Jednak im bliżej byliśmy celu, tym wiatr stawał się silniejszy. Prognoza zapowiadała na tym niewielkim odcinku silne wiatry i to wiejące przez kolejnych kilka dni. Wytworzyła się tu niespotykana dysza z wiatrem powyżej 40 węzłów. Mariusz analizując historyczne dane dotyczące pogody w Terra Nova, spotkał się z informacjami, iż latem nie wieje tu więcej niż 20 węzłów i nie ma lodu. Podczas naszej wizyty (a raczej próby dostania się do Zatoki, warunki były zgoła inne – ponad 45 węzłów wiatru i lód. Prognoza zapowiada takie warunki na kolejne 4 dni. Mariusz postanowił nie zmagać się niepotrzebnie z lodem, silnym wiatrem i zafalowaniem, które najprawdopodobniej uniemożliwiłoby nam zejście na ląd, więc po nierównej walce zawróciliśmy na północ. Naszym kolejnym celem jest Wyspa Coulmana. Jej północny kraniec jest domem dla pingwinów cesarskich. Wciąż mamy nadzieję spotkać przedstawicieli tego gatunku. Ale i tu lodu niestety nie brakuje. Jesteśmy coraz bardziej pewni, że Wyspa Franklina mogła być naszym jedynym twardym lądem podczas naszego całego pobytu.

Po dotarciu do Zatoki Wielorybiej nie udało nam się niestety zbliżyć do szelfu, nie mówiąc o próbie postawienia na nim stopy. Prognoza pogody nie dawała nam szans na podjęcie takich prób jeszcze przez kilka dni. Czas nieubłaganie ucieka i nierozsądnym jest zbyt długo bawić na Morzu Rossa. W drugiej połowie lutego pojawiają się pierwsze ciemne noce, co nie sprzyja żeglowaniu w lodach. Rośnie też prawdopodobieństwo występowania ciężkich sztormów. Ale i teraz pogoda nas nie rozpieszcza.
Po opuszczeniu Bay of Whales Mariusz zakładał płynięcie na zachód wzdłuż szelfu, by zahaczyć o Wyspę Rossa. Jednak szalejący sztorm narobił tyle zamieszania lodowego, że część zachodnia Morza Rossa wraz z Zatoką Mc Murdo i zazwyczaj wolną od lodu w tym okresie Zatoką Terra Nova zostały usłane białym szaleństwem. Jedynym miejscem wolnym od lodu wydawała się Wyspa Franklina. Mogliśmy myśleć o zakotwiczeniu u jej brzegów, gdyż nie jest rezerwatem objętym ochroną. Nie ma ona wprawdzie naturalnej zatoki, jednak prognoza wskazywała, że nie powinno przy niej mocno wiać. Na zachód i wschód zapowiadane było ponad 30 węzłów, a przy Wyspie Franklina ukształtował się pas spokojnej pogody. Możliwe, że oddalony o 80 mil wulkan Erebus na Wyspie Rossa w jakiś sposób osłaniał Franklin Island. Ale to tylko nasze hipotezy.
Płynięcie z Zatoki Wielorybiej do Wyspy Franklina zajęło nam 3 dni, pomimo iż jest to dystans 400 mil. Wiatr był bardzo niestabilny i często zupełnie siadał. Morze było z kolei bardzo rozbudowane po ostatnich kilku sztormowych dniach, co nie ułatwiało żeglugi. Mile upływały powoli, jednak bardzo miło. Brakuje nam już słońca, którego nie widzieliśmy od kilku dni. Wraz z płynięciem na północny-zachód zaczęły pojawiać się na niebie ptaki i mknące po wodzie wieloryby minke. Niestety nie miały one nastroju do zabawy. Sprawiały wrażenie, jakby gdzieś bardzo się spieszyły. My za to spokojnie żeglowaliśmy ku Wyspie Franklina. W sobotę postanowiliśmy przygotować specjalną kolację, by uczcić naszą wizytę w Bay of Whales. Warunki nie sprzyjały pracy w kambuzie, gdyż rozbujane morze rzucało łódką na wszystkie strony. Niemniej tatar Mariusza i jajka faszerowane Żuchelka zagościły na stole.
W niedzielne popołudnie ujrzeliśmy na horyzoncie Wyspę Franklina. Najpierw przywitały nas majestatyczne góry lodowe, a następnie wyłonił się kawałek czarnego lądu obłożonego lodowcem. Daleko na horyzoncie widać było także szczyt Erebusa, górujący nad Wyspą Rossa, odległego od nas o ponad 80 mil. Spokojne i bezpieczne do zakotwiczenia miejsce znaleźliśmy przy południowo-zachodnim brzegu wyspy. Błąd na mapach i w locji wynosi aż 3,5 mili. Ciekawi jesteśmy, jakie rozjazdy czekają na nas na zachodnim wybrzeżu Morza Rossa. Kotwicę rzuciliśmy na 15 metrach głębokości nieopodal plaży zamieszkałej przez kolonię pingwinów Adeli. Po przygotowaniu pontonów (jeden dowożący na ląd, drugi stanowiący zabezpieczenie) Mariusz, Doktore, Wojtek i ja pojechaliśmy na ląd. Reszta ekipy stwierdziła, że „z łódki też dobrze widać”. Miejsce warte było odwiedzenia, jak z resztą chyba każdy nowy kawałek na ziemi.
Trudno nam było znaleźć informacje na temat tej wyspy. Jej unikalność polega na tym, że jest jedyną tak odległą zarówno od bariery lodowej, jak i kontynentu. Jest rzadko odwiedzana mimo, że żyjąca tutaj kolonia pingwinów jest całkiem sporych rozmiarów, a lądowanie na plaży stosunkowo bezpieczne. Powitani zostaliśmy charakterystycznym zapachem pingwinowiska. Pingwiny Adeli wcześnie wylęgają się. Stąd gniazda zbudowane z kamyczków były w większości rozsypane. Pingwiny zamieszkiwały nie tylko całą plażę, ale i otaczające ją zbocza. Poprzyglądaliśmy się młodym, świeżo wypierzającym się pingwinom Adeli i rozłożonym na plaży fokom Weddella. Adeli są bardzo wdzięczne do podglądania. Są bardzo ruchliwe i ciągle gdzieś się spieszą. Wykorzystują przy tym swoje brzuchy, na których ślizgają się, jak na sankach, odpychając się tylko nóżkami. Przeuroczo wyglądają w wodzie, pływając w niewielkich grupach. W trakcie naszego spaceru zaczął sypać gęsty śnieg, który padał aż do rana. Dzisiejszy dzień musieliśmy rozpocząć od akcji odśnieżania pokładu. Katharsis II pokryta była kilkunastocentymetrową warstwą białego puchu.
Podczas odśnieżania i podciągania pontonu Misio nieźle mnie wystraszył. Poślizgnął się zeskakując z pontonu na pawęż i trzymając się jedynie cumy od pontonu wpadł do wody. Zamoczył się jedynie po pas, co i tak nie było miłym doświadczeniem, zważywszy, że woda jest poniżej zera…Szybko doskoczyłam z Doktore, żeby pomóc Michałowi wejść na pokład i po chwili był z powrotem na pawęży.
Od kilku godzin jesteśmy gotowi do wypłynięcia, ale jakoś nam się nie spieszy, żeby podnieść kotwicę i ruszać w hulającą dookoła zawieruchę śnieżną. Wiatr, zgodnie z prognozą stężał od rana. Przy Wyspie Rossa mocno wieje i jest dużo lodu, a i Terra Nova wciąż wietrzna i ustrojona w biel. Póki co relaksujemy się pod pokładem, ale lada chwila ruszymy dalej w rejs.

Napisane przez: Mariusz | 2015/02/07

Bay of Whales, południowy kraniec świata

tak daleko na południe jeszcze nikt nie dopłynął 06.02.2015

tak daleko na południe jeszcze nikt nie dopłynął 06.02.2015


Mariusz:

Haneczkowa wtorkowa impreza urodzinowa była niezwykle huczna. Jej kulminacją były tańce pod pokładem. Płynęliśmy w kierunku 180 południka i czekaliśmy na dogodny moment, by przekroczyć linię zmiany daty, powrócić do poprzedniego dnia i ponownie celebrować Hani urodziny. Wyglądało na to, że kolację zjemy w poniedziałek. Na trasie pojawił się jednak lód i zaczęliśmy szukać przejścia po wtorkowej stronie. Potwierdziły się w ten sposób moje przewidywania co do sposobu, w jaki należy interpretować mapy lodowe. Są bardziej optymistyczne niż otaczająca rzeczywistość. Lód tutaj nie topi się z dnia na dzień i należy zawsze brać pod uwagę mapy sprzed kilku dni, by mieć jako takie wyobrażenie o aktualnej sytuacji lodowej.
Kilkakrotnie przechodziliśmy przez luki w wałach lodu, który układał się w pasy z północy na południe. W końcu około 2400 przebiliśmy się przez ostatni z nich, tym razem trochę rozpychając się. Następnego dnia nikt z nas nie miał sił na kontynuowanie zabawy, więc pozostaliśmy przy starej łódkowej dacie.
Około 77 równoleżnika zaczął niknąć nam sygnał satelitarny. To i tak dużo poniżej 70 szerokości geograficznej, do której gwarantowany jest odbiór, ale miałem nadzieję na chimeryczną pracę aż do 80 stopnia. Traciliśmy internetowy kontakt ze światem. Mieliśmy jeszcze w odwodzie dwa telefony Iridium, które mają zasięg globalny, ale są archaiczne, jeśli chodzi o transmisję danych (szybkość transmisji 2,4 kB). Dopiero od niedawna Iridium wypuściło antenę z multiplekserem kanałów, która pozwala na normalne korzystanie z sieci.
Zbliżaliśmy się niechybnie na koniec świata. Nie tylko łączność nas opuściła, ale i zniknęły towarzyszące nam ptaki i wieloryby. Do tego wszystkiego niebo zaczęło się zaciągać, zwiastując nadejście niżu. Niże z reguły biegają sobie po Oceanie Południowym, krążąc wokół Antarktydy. Latem nad kontynentem dominuje wyż, który chroni Morze Rossa przed mokrymi wiatrami znad oceanu. Taki układ pogodowy mieliśmy na przejściu przez barierę lodową przy Cape Adare. Wiedząc o nadciągającym niżu, który miał być wepchnięty w Morze Rossa, chciałem jak najszybciej znaleźć się w południowo-wschodniej części tego akwenu. Tutaj miał wiać słabszy wiatr, według prognoz do 35 węzłów. Zachodnia część morza miała być przedmuchiwana wiatrem wiejącym do 50 węzłów. Widząc rozłożystość układu mogłem dołożyć do tego dodatkowe 20 węzłów. Na całym tym obszarze nie ma miejsca do schronienia się. Groźny jest nie tylko wiatr i towarzyszące im fale, ale oblodzenie jachtu i idące za tym pogorszenie stabilności i przede wszystkim dryfujący w takich warunkach lód. Tego ostatniego było najmniej w okolicach Bay of Whales i biorąc pod uwagę kierunek wiatrów, zawsze mogliśmy być przed nim, by w ten sposób uniknąć kolizji.
Wiatr i prądy nam nie sprzyjały. Mile upływały powoli. W czwartkowy poranek ujrzeliśmy przed sobą ścianę szelfu. Przed południem zbliżyliśmy się do niego na milę i w ten sposób podążaliśmy ku celowi naszej wyprawy. Bay of Whales (czyli Zatoka Wielorybów) była naturalnym lodowym portem. Z niej startował Amundsen na podbój bieguna południowego. Siły natury zniszczyły ten port i nie ma żadnych opracowań na ten temat. Znalazłem odręcznie rysowaną mapę szelfu z naniesionym jej konturem z 1971 roku. Bay of Whales wygląda na niej jeszcze jak mały fiord. Od Alexa (który trzyma za nas i Selmę kciuki) otrzymałem pozycję z księgi Guinessa, do której dotarł M/V Arctic P. Jest to najdalej na południe położone miejsce, do którego jakikolwiek statek dopłynął – 78st 43.0336 S; 163st 42.1317 W. Poprzeczka została ustawiona i postanowiliśmy znaleźć chociaż mały wyłom w szelfie, by tę pozycję poprawić.
Dopiero w czwartkowy wieczór dopłynęliśmy do miejsca, które pokrywało się z mapami z Bay of Whales. Szelf wyraźnie skręcał o 90 stopni, jego zbocza po raz pierwszy łagodnie schodziły w kierunku wody. To mogłoby być miejsce, gdzie można by pokusić się o lądowanie. Niestety zatoczka była pełna lodu i zaczął rozwiewać się wiatr. Miejsce to było odległe o prawie dziesięć mil od ustanowionego rekordu. Warunki nie pozwalały nam na sprawdzenie, czy za pasem lodu jest wejście do lodowego fiordu, który poprowadziłby nas w głąb szelfu. Gdyby nawet tak było, to nie bylibyśmy w żaden sposób tego sprawdzić. Nadchodził sztorm i po godzinie kręcenia się między bryłami lodu musieliśmy odpaść w morze.
Wiatr zaczął tężeć i przed 2100 przekroczył 40 węzłów. Potwierdziły się moje obawy co do siły tego rozległego układu. Odeszliśmy na czas od lodu, by nam nie zagrażał. Postawiliśmy zrefowanego sztaksla, który pozwalał na bezpieczne płynięcie pod wiatr i zapewniał umiarkowaną manewrowość. Hania z Doktore musieli jeszcze ominąć jedną górę lodową i kilka growlerów, ale przed północą woda była już czysta od lodu. Było zimno, dziób zaczął porastać lodem. Trudno byłoby wytrzymać w takich warunkach bez narciarskich gogli i naszych skafandrów. Przez sześć godzin notowaliśmy wiatr wiejący z prędkością powyżej 45 węzłów, w porywach do 58 węzłów.
Nad ranem sytuacja zaczęła się uspakajać. Obraliśmy kurs na Bay of Whales. Wiatr zmienił kierunek z wschodniego na północny. Fale szły w kierunku szelfu. Rozbijały się z niewyobrażalnym impetem o lód, wywołując gejzerowe widowisko. Pierwsze rozpoznanie terenu nie pozostawiało złudzeń – na szelf w żaden sposób nie będziemy w stanie zejść, zbliżenie do niego grozi utratą jachtu. Ponownie odpadliśmy na zachód.
Prognoza pogody nie była zachęcająca. Wiatr północny miał utrzymywać się przez kilka dni. Mogliśmy krążyć dookoła, ryzykując coraz późniejszym wyjściem z Morza Rossa. Postanowiłem nie czekać, wpłynąć tak daleko jak rozsądek pozwoli i zakończyć ten etap wyprawy.
Wpłynęliśmy do Bay of Whales ponownie wczesnym popołudniem. Towarzyszył nam huk rozbijanych fal o szelf i świst mroźnego wiatru. Przed szelfem unosił się na falach śmiertelnie groźny lód. Fala przybojowa przypominała tą niebezpieczną, spotykaną przed rafami koralowymi. Tylko, że tu woda ma minus 3 stopnie i znikąd nie można oczekiwać pomocy. Wpłynęliśmy najdalej, jak tylko można w tych warunkach w głąb zatoki, czyli na długość przybojowej fali od zwartego lodu.
W ten sposób dotarliśmy o 0,5 mili morskiej dalej niż M/V Arctic P na południe, ustanawiając swój własny rekord, dla własnej tylko przyjemności i satysfakcji. Nasza pozycja to: 78st 43,566S 163st 43,806W. Odczuwam dzisiaj niesamowitą satysfakcję. Mogliśmy tak daleko dopłynąć dzięki zaufaniu do siebie i jachtu, na którym pływamy. Pokazaliśmy pazur połączony z właściwym przewidywaniem zdarzeń. Wielu nie spodziewało się, że „plastikowy” jacht może być tak dzielną jednostką.
Teraz musimy bezpiecznie wrócić. Chcemy po drodze zobaczyć jeszcze chociaż jednego pingwina cesarskiego. Sztorm zablokował całkowicie zachodnie wybrzeże. Płyniemy na Franklin Island, by stamtąd ocenić gdzie możemy wylądować.

Hania:
Dopłynięcie do najdalej na południe położonego krańca żeglownej wody – osiągnięcie Bay of Whales było głównym wyzwaniem tegorocznej wyprawy Katharsis II. Mariusz jako kapitan i organizator całego przedsięwzięcia postawił przed sobą, nami jako załogą i jachtem kilka celów, jednak ten przyświecał całej wyprawie: dotrzeć na Morze Rossa i przedrzeć się jak najdalej na południe. Już przedsmak Morza Rossa, jeszcze przed Cape Adare uważanym za wrota do tego nieprzyjaznego dla ludzi akwenu, dał nam się we znaki. Lodu było znacznie więcej niż wynikało z map lodowych i z doświadczeń wcześniejszych lat. Na szczęście prognozy pogody sprawdzały się i tutaj wszystko odbywało się z przyjętym przez naszego kapitana harmonogramem. Kolejne zapory lodowe stawiane przez Morze Rossa udało nam się pokonać, aż dotarliśmy do czystej od lodu wody i mogliśmy pożeglować wprost do Zatoki Wielorybów. Przeciwne wiatry i prądy wystawiały nas na kolejne próby, jednak największą miała być ta, gdy już dotykaliśmy dziobem wód Bay of Whales… Gdy chęć zdobycia tego trudnego do zdobycia potęgowała się i cel był, wydawało się, na wyciągnięcie ręki… uderzył silny sztorm. Spodziewaliśmy się go, ale gdzieś w duchu mieliśmy nadzieję, że może tym razem prognoza się nie sprawdzi i zdążymy, zanim wiatr rozwścieczy wodę i unoszący się na niej lód. Jednak morze wciąż i wciąż uczy nas pokory. I za to jestem mu bardzo wdzięczna. Ten żywioł, który staramy się okiełznać wciąż pozostaje nieokiełznany, a jedynie trochę oswojony. Nieustannie pociąga i porywa.
Zmiana pogody wymusiła na nas kilkunastogodzinne sztormowanie przed Bay of Whales. Silny wiatr, rozbujane morze i pak lodowy trzymały nas na dystans. Mogliśmy tylko podziwiać monumentalne ściany szelfu i wodne fajerwerki, jak nazwaliśmy kilkudziesięciometrowe gejzery wystrzeliwane przez fale rozbijające się o pionowe klify lodowca. Widok był oszałamiający, ale jakże przerażający!!
Gdy wiatr zelżał, Mariusz podjął decyzję o zbliżeniu się do szelfu i wpłynięciu do Bay of Whales oraz osiągnięciu południowego dla nas krańca świata. Udało się!!! To był niezwykły moment. Po raz kolejny spełnić wielkie marzenie – takie wspaniałe uczucie nas rozpierało. Wyzwanie osiągnięte, a teraz przed nami kolejne cele, no i ten najważniejszy – bezpiecznie wrócić do domu.

Napisane przez: Hanuś | 2015/02/03

Spokojna żegluga po Morzu Rossa

Od wejścia na Morze Rossa czas upływa nam przy całkiem spokojnej żegludze. Zaistniała póki co jeszcze jedna mocno stresująca sytuacja. Gdy wieczorem 31 stycznia przebiliśmy się przez gęsty pak lodu i przed północą wpłynęliśmy na czyste wody, wydawało się, że czeka nas spokojna noc. Kładliśmy się wszyscy spać sprzed 0200 zostawiając na wachcie Tomka z Wojtkiem. O godzinie 0330 zerwały nas z łóżek dźwięki uderzającego o burty lodu i zgrzytanie skrzyni biegów. Za oknem intensywnie świeciło słońce, jakby było samo południe. Gdy wybiegliśmy na pokład, obraz na horyzoncie był olśniewający…. ale zarazem przerażający. Z każdej strony otaczał nas gęsty pak bielusieńkiego lodu. Miny chłopaków, stojących na pokładzie były nietęgie. Za sterem stał Tomek skupiony do granic możliwości, Wojtek pilotował z bomu, a Michał z Robertem stali na burtach obserwując sytuację i czekając na przejęcie wachty. Chłopacy nieopatrznie weszli we wnętrze jęzora paku, który zaczął ich zamykać. Na szczęście do wolnej wody mieliśmy zaledwie 200 metrów. Niby niedaleko, ale jednak bardzo daleko…. Kilkadziesiąt następnych minut trzymało nas w napięciu. Katharsis II dzielnie przepychała kry wielkości boisk. Gdy wróciliśmy na wolną wodę wszyscy odetchnęli. Następnie wróciliśmy kontrkursem do miejsca, gdzie weszliśmy w jęzor i obraliśmy kurs na bezpieczną wodę. Od tego czasu napotykamy jedynie na pojedyncze kawałki lodu. Pierwszy dzień lutego przyniósł wspaniałą aurę – piękne słońce i idealnie przejrzyste powietrze pozwalające podziwiać majestatyczne szczyty górskie na kontynencie antarktycznym. Wiatru było jak na lekarstwo i tylko przejściowe podmuchy wykorzystywaliśmy do płynięcia na żaglach. Kolejny dzień wiatrowo wyglądał podobnie – 8-12 węzłów ze zmiennych kierunków, spokojne morze. Tylko zalane słońcem niebo zajęły ciężkie chmury. Brak zafalowania sprzyjał kuchennym ekscesom. Tym razem Doktore postanowił wyczarować devolaile, do którym dostałam zadanie przygotowanie zestawu trzech surówek.
Wciąż nie wieje i nie ma fal. Dzisiejszy poranek zaczął się dla mnie cudownie. Zostałam obudzona na urodzinowe śniadanie, na które stawiła się cała załoga, pomimo nocnych wacht. Mariusz przygotował moje ulubione omlety z warzywami, które popijaliśmy lampką szampana. Gdy byłam już zupełnie zauroczona tą poranną ucztą, to Tomciu zaskoczył mnie jeszcze bardziej… wszedł do mesy z tortem z płonącymi świeczkami!!! Okazało się, że nie spał całą noc, tylko piekł biszkopty, ubijał śmietanę, szykował galaretkę, w między czasie przepędzając zacier, który był już gotowy. Moje urodziny rozpoczęliśmy cudownie. Ale to jeszcze nie koniec! Mariusz zaraz wyjmuje z piekarnika pieczeń wołową i będziemy jeść urodzinową kolację.

Mariusz:
A z poważniejszych tematów, to przekroczyliśmy 76 równoleżnik. Zbliżyliśmy się do 180 południka, po to tylko by przekonać się, jak dokładne są mapy lodowe. Okazuje się, że musimy patrzeć na mapy z przed tygodnia, by poprawnie oceniać sytuację. Płyniemy do Bay of Whales teoretycznie czystą wodą tylko, że w miejscu gdzie lód występował tydzień temu, ciągle jest. Kluczymy więc w trakcie celebrowania Hani urodzin. A czas nagli, gdyż nadchodzi głęboki niż z ciężkim sztormem. W podobnym sztormie w 2011 roku zatonął tragicznie tu norweski jacht Berserk. Tak w ogóle to znane mi są tylko trzy jachty, które tutaj zawitały, z czego jeden zatonął (Berserk), drugi (rosyjski Scorpius) ciężko się pokiereszowany przekroczył 77 równoleżnik, trzeci to Nilaya, którym Jarlie Andhoy próbował odnaleźć pozostałości Bersrka. Nie lubię bez sensu dramatyzować, ale sytuacja wygląda na nietuzinkową. Selma Expedition na razie odpuściła sobie wejście przez zaporę lodową i wybrała bezpieczną opcję sztormowania na Oceanie Południowym, by później próbować raz jeszcze wpłynąć na te trudne wody. Trzymamy za Piotra, Krzysia, Tomka, z którymi mam stały kontakt mejlowy, i całą załogę kciuki. Dla nas zachodnie wybrzeże nie daje schronienia ze względu na lód, w którego sąsiedztwie nie chciałbym walczyć z wiatrem przekraczającym 70 węzłów. Jedynym miejscem, które wydaje mi się względnie bezpieczne jest południowo wschodnia część Morza Rossa, gdzie powinniśmy być częściowo osłonięci od wiatru. Wydaje mi się to najbezpieczniejszym miejscem na całym akwenie. Bezpieczeństwo jest najważniejszą rzeczą dla mnie. Dlatego tam gnamy, a nie czekamy na rozwój wypadków.
Przeszliśmy 180 południk (godzina 1750 czasu lokalnego) i wróciliśmy do 2 lutego. Tak więc jutro będziemy ponownie celebrować Hani urodziny. Czy można sobie wyobrazić ciekawszy scenariusz?
Ps. Czy ktoś zna inną Polkę, która obchodziła urodziny na Morzu Rossa? Nawet dwukrotnie??

Napisane przez: Mariusz | 2015/01/31

Cape Adare – Katharsis II na Morzu Rossa

Stan lodu w Morzu Rossa na koniec stycznia 2015

Stan lodu w Morzu Rossa na koniec stycznia 2015

Mariusz:

Znowu dorwałem się do klawiatury, Hania odsypia wczorajszy dzień.
Sobota zaczęła się dla mnie bardzo wcześnie. O 0310 wyrwał mnie z krótkiego snu nieprzyjemny odgłos pracującego silnika. Usłyszałem powtarzającą się kombinację cała naprzód / cała wstecz, połączoną z wywołującym dreszcze odgłosem ocierającego się o burtę lodu. Wyraźnie wjechaliśmy w drugi język lodu, równoległy do tego z dnia poprzedniego. Okazało się, że na południe od paku, który przechodziliśmy poprzedniego dnia, jest kolejny. Ten poprzecinany był poprzecznymi kanałami, które w żaden sposób nie chciały łączyć się w jeden labirynt. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zacząć przepychać lód. Na szczęście, mimo sporych rozmiarów kry, był on miękki. Tyczki lodowe dobrze się w nim mocowały, a każdy wjazd dziobem jachtu był gładko amortyzowany. Bariery między kanałami były na tyle wąskie, że nie było potrzeby wciągania nikogo na maszt. W ten sposób płynęliśmy przez kolejne trzy godziny. Zaczął zacinać silny, wiejący do 30 węzłów południowo wschodni wiatr, połączony z prószącym, drobnym śniegiem. Lód, który nas otaczał nie pozwalał na wytworzenie zafalowania. Wiatr miał się zacząć wyciszać popołudniu. Było to dobrym prognostykiem przed dojściem do Cape Adare.
Z mapy lodowej, jak zawsze względnie dokładnie odzwierciedlającej stan z przed dwóch dni wynikało, że nie unikniemy lodu przy podejściu do Cape Adare. Nikt z nas nie wiedział, jakiego stanu lodu mogliśmy się tam spodziewać. Wszystko co mogłem zrobić, to zaplanować tak trasę, by uniknąć koncentracji lodu powyżej 60%. Brak wiatru i poruszającej się kry miał ułatwić zadanie przebicia się przez barierę otaczającą Morze Rossa.
O 0900 po raz trzeci weszliśmy w lody. Tym razem pak był rozległy. Hania wjechała pierwszy raz tego dnia na maszt, by stamtąd nawigować. Ilość lodu przypominała tą z piątku, tylko że kry były dużo większe. Ale wyglądały ciągle na plastyczne, co ułatwiało zmaganie się z przeszkodą. Nasz jacht z ekstra paliwem i prowiantem waży około 60 ton. Taka masa napędzana przez 225-konny, wolnoobrotowy silnik wytwarza duży moment napędowy. Bez większego problemu byliśmy w stanie wprowadzać w ruch bryły lodu ważące ponad 200 ton. Było ciasno i musiałem bardzo uważać na chronienie rufy, śruby i steru. Manewrów z pewnością nie ułatwiał wiejący silny boczny wiatr i nie używanie steru strumieniowego, z obawy przed uszkodzeniem jego śruby. Daliśmy radę i po dwóch godzinach byliśmy ponownie na względnie czystej wodzie.
Trudno sobie wyobrazić lepszą aurę, od tej którą zaaranżował nam Neptun przy podejściu do kontynentu. Wczesnym popołudniem wiatr zaczął cichnąć. Wyszło słońce i rozświetliło, poprzez opadającą kurtynę chmur, niesamowity krajobraz Victoria Land. Półwysep Adare, wysoki na ponad 2000 m n.p.m. widoczny był z ponad 40 mil morskich. Tłem dla niego były pokryte lodem góry z dominującym nad innymi masywem Mont Minto 4162 m n.p.m. Popłynęliśmy w kierunku lądu, by dotrzeć do granicy ubitego paku. Dalej na południe liczyłem na luźniejszy pak lodowy, który miał być naszą ostatnią przeszkodą przed wpłynięciem na Morze Rossa.
Kra rzeczywiście wyglądała na taka nie do przebycia. Surowość klimatu i krajobrazu rozweselały pojawiające się na krze płochliwe pingwiny adele. Poruszają się one w niesamowicie zabawny sposób, bez przerwy machając swymi skrzydełkami, czy wykorzystując brzuch jako poduszki, na której mogą się ślizgać. Napotkaliśmy również baraszkujące w wodzie foki oraz pierwsze wieloryby, chyba minke.
Około 1400 w poprzek naszego kursu na południe zaczęły pojawiać się pierwsze mierzeje wypełnione lodem. Początkowo tworzyły labirynt, poprzez który mogliśmy płynąć. Tym razem Wojtek nawigował z masztu. Tylko kilka razy musieliśmy rozpychać lód.
O 1730 sytuacja zaczęła się pogarszać. Wolnych od lodu przestrzeni było coraz mniej mimo, że zbliżaliśmy się do miejsca, które powinno być już wolną od lodu wodą. Do tego lód ciągle delikatnie poruszał się wprawiony w ruch porannym silnym wiatrem i zaczął zamykać czyste kanały za nami. Zarządziłem odwrót. Na maszt wjechał Michał, doprowadził nas do miejsca odległego o zaledwie 200 metrów od sporej wielkości kanału, prowadzącego do bezpiecznej wody. Lód był tym razem świeżo zmrożony i musieliśmy go traktować z dużo większą ostrożnością, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie udało nam się przebić. Misia zastąpiła na maszcie Hania. Cała załoga asekurowała manewry. Nie wyglądało to wszystko zbyt dobrze. Robiło się coraz chłodniej. Kra klinowała się i ciężko było ją przepychać. W takich sytuacjach najgorsza jest panika. Powoli, wierząc w siłę swej jednostki wprowadziliśmy w wirowy ruch kilka kilkuset tonowych kawałów lodu. Otworzyło nam to drogę do pierwszych wąskich kanałów wody. Po pięciu godzinach zmagań byliśmy wolni. Anka, która nie raz była w lodach na stalowych jednostkach, nie mogła się nadziwić, jak dzielnym lodowym jachtem jest nasza Katharsis II.
W ten sposób, w sobotni wieczór 31 stycznia 2015 roku o 2355 (0155 czasu polskiego) wpłynęliśmy na czyste (jak się nam wydawało) wody Morza Rossa. Jesteśmy pierwszym polskim jachtem, który pojawił się na tym jakże trudno dostępnym akwenie. Z doświadczoną załogą złożoną z przyjaciół, do których ma się zaufanie oraz na pokładzie bajecznie dzielnej jednostki, jaką jest Katharsis II można płynąć wszędzie, nawet na koniec świata. Przed nami kolejne wyzwanie, dotarcie do odległej na południowy wschód o około 600 mil najdalej na południe położonego żeglownego miejsca na świecie, jaką jest Bay of Whales w szelfie Morza Rossa. Wizyty na lądzie zostawiamy sobie na drogę powrotną. Dziś i tak byłyby niemożliwe, gdyż całe wybrzeże Victoria Land zawalone jest lodem. Szczerze mówiąc wątpię, czy ten lód na tyle puści byśmy mogli postawić stopę na kontynencie.
Trzymamy kciuki za kolegów z Selma Expedition, którzy próbują pokonać ten odcinek na żaglach, jako pierwsza taka jednostka w historii. Z tego co widzieliśmy do tej pory w kwestii sytuacji lodowej wydaje się, że w tym roku jest to mało prawdopodobne.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 180 obserwujących.