Napisane przez: Hanuś | 2015/07/05

Powrót na Panasia

Po dziewięciu miesiącach udało nam się wrócić na Panasia Island. Będąc drugi raz na Luizjadach chcieliśmy sprawdzić jak się miewają John i Gwen, których poznaliśmy we wrześniu zeszłego roku i których bardzo polubiliśmy. Po dopłynięciu do niewielkiej plaży osłoniętej pierścieniem rafy zobaczyliśmy znane nam chaty. Po zakotwiczeniu podpłynęła do nas na swojej pirodze żona wodza – Gwen z wnuczką Sevelyną. Okazało się, że wodza nie ma we wiosce, gdyż popłynął na kilka dni na główną wyspę archipelagu. Gwen rozpoznała na mojej szyi naszyjnik, który podarowała mi podczas naszego ostatniego spotkania i bardzo ją wzruszyło, że go noszę. Zapytaliśmy o zdrowie członków rodziny i o ogrody, które bardzo ucierpiały podczas zeszłorocznego huraganu. Okazało się, że wciąż nie udało im się odbudować wszystkiego. Panasia jest wyspą o stromych i skalistych brzegach, na których niewiele jest płaskich powierzchni. Wiedzieliśmy, ze ogrody są na zboczach i zapytaliśmy, czy moglibyśmy je zobaczyć. Gwen zaproponowała, że zaprowadzi nas tam jej córka Dorothy.
Droga do ogrodów okazała się stromą ścianą skalną, na którą trzeba się było wspinać przytrzymując liany i szukając ustępów w skale. Spodziewaliśmy się, iż po dotarciu na miejsce zobaczymy ukryty na szczycie kawałek płaskiego terenu. Okazało się jednak, że ogrody położone są na wąskich półkach skalnych. Ledwie wykradzione górom kawałki ziemi obsadzone były skromnie bananowcami i drzewami papai. Znaczna część ogrodów wciąż nosiła ślady zeszłorocznego huraganu. Uprawianie tych skrawków ogrodów i docieranie do nich po prawie pionowych ścianach z pewnością nie należą do łatwych zadań. Z góry roztaczał się przepiękny widok na lagunę i zakotwiczoną w zatoce Katharsis II.
Na Papui przyjęte jest handlowanie z jachtu z lokalną ludnością. W zamian za ubrania, latarki, baterie, żyłki i haczyki do łowienia, materiały szkolne oraz produkty spożywcze takie jak cukier, mąka, ryż można otrzymać świeże warzywa, owoce oraz ryby. Wzruszające było, gdy Gwen zapytana co potrzebują, odpowiedziała, że nie może o wiele prosić, bo jej ogrody są wciąż nieodbudowane i za wiele nie jest w stanie nam zaoferować. Nie chcieliśmy ich urazić po prostu dając im rzeczy. Poprosiliśmy więc o langusty, którymi zostaliśmy bogato obdarowanie w zeszłym roku. Mogliśmy się też odwdzięczyć Dorothy za zabranie nas na wycieczkę do ogrodów i tym sposobem doszło do wymiany. Gwen wysłała chłopaków na poszukiwania langust. Wiał silny wiatr i przez rafę przelewały się spore fale. Młodzi poszukiwacze langust nie poddawali się, czego efektem były wyłowione cztery dorodne sztuki. Wracając z rafy wrzeszczeli z całych sił, serfując w silnym półwietrze. Sąsiedzi z innej wyspy mieli mniej szczęścia, gdy na wysokości zakotwiczonej Katharsis II rozerwali żagiel. Nie pozostało nam nic innego, jak sięgnąć do naszych zapasów żaglomistrzowych i wspomóc zrozpaczonych młodzieńców taśmami do klejenia spinakerów oraz igłami i nićmi.
Na pożegnanie upiekliśmy dla Gwen jej rodziny ciasto i muffinki, które sprawiły dzieciakom (i nie tylko) dużo radości. Po miłym spotkaniu na Panasia Island popołudniu podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Luizjady.
Obraliśmy kurs na Samarai Island nieopodal głównego lądu, gdzie umówiliśmy się na odprawę. Samarai jest niewielką wyspą, która miała historyczne znaczenie. Niegdyś była ona stolicą wschodniej Papui i w ten sposób kontrolowała handel w całym rejonie. Przed drugą wojną światową zamieszkiwało tą maleńką wyspę ponad 600 Europejczyków. Z czasem Samarai okazała się za mała i to po okresie przepychanek o władzę spowodowało, iż w latach siedemdziesiątych stolicę powołano w Alotau na głównej wyspie w Milnie Bay. Przeniesiono tam wszystkie urzędy, zostawiając jednak na posterunku jednego celnika, który może odprawiać przypływające na Papuę jachty. Z przewodników żeglarskich dowiedzieliśmy się, że jest to urokliwe miejsce, a celnik o imieniu Feliks jest przemiłym gościem, więc tutaj postanowiliśmy dokonać pierwszych formalności z odprawą. Na kwarantannę i tak będziemy musieli popłynąć do Alotau, ale część paszportową i celną mamy już za sobą.
Na Samarai znajduje się wiele pozostałości po poprzednich mieszkańcach – ruiny ogromnych hal pokrytych podziurawioną i przerdzewiałą blachą oraz pozostałości po nabrzeżu, które straszy teraz wielkimi pustymi polerami. Spacerując po wiosce zaproszeni zostaliśmy do szkoły na oglądanie konkursu wiedzy dla czwartoklasistów. Chwilę poprzyglądaliśmy się zawodom i wróciliśmy na jacht, by jeszcze tego samego dnia popłynąć w nowe miejsce. W drodze na kotwicowisko przy Wyspie Rogea popłynęliśmy w okolice Doini Island, gdzie znajduje się stacja czyszcząca mant. Te majestatycznie pływające ryby przypływają tu, by na niewielkiej głębokości poddawać się zabiegom kosmetycznym wykonywanym przez małe rybki. Najlepiej jest takie miejsce odwiedzać podczas przypływu, gdyż prądy niosą wówczas czystą wodę i widoczność jest rewelacyjna. My się niestety nie wstrzeliliśmy w przypływ, tylko odpływ i zmącona woda z zatoki wypływała do oceanu. Z pokładu widzieliśmy manty, więc wskoczyłam z maską i małym aparatem fotograficznym do przesmyku. Woda jednak była mętna i nie mogłam wypatrzeć pod wodą mant, nawet jak były całkiem blisko. Zamiast spotkania z mantami, zaliczyłam za to bliski kontakt z dużą meduzą, która postanowiła się do mnie poprzytulać. Efekt był taki, że jak poparzona (i to dosłownie) wyskoczyłam z wody. Tomek od razu polał mnie obficie octem, żeby zneutralizować odczyn alergiczny. Zażyłam też leki i po paru godzinach obrzęki zniknęły. Zaczerwienienie i krosty pewnie jeszcze przez parę dni będą mi przypominały o tym spotkaniu.
Z Zatoki Lgawata przy Wyspie Rogea, gdzie spędziliśmy piątkowe popołudnie w sobotę rano popłynęliśmy do Discovery Bay w Zatoce Milnie. Znajduje się tam wioska Waga Waga, z której będziemy chcieli zorganizować wycieczkę w górę rzeki i pod wodospady. Z jednym z mieszkańców jesteśmy umówieni, iż w poniedziałek będzie naszym przewodnikiem.
Niedziela miała być dniem odebrania z Alotau naszej ekipy. Na razie dotarła Agata z Jankiem – cali i zdrowi, tylko nieco wymęczeni po kilkudziesięciogodzinnej podróży. Zbyszek, który miał przylecieć z Port Moresby do Alotau tym samym samolotem, niestety utknął wczoraj w Tokio. Odwołano jego samolot z Japonii na Papuę, ze względu na szalejący tajfun. Zbyszek póki co poleciał z Tokio do Hong Kongu , skąd powinien jutro złapać samolot do Port Moresby i dalej do Alotau. Ma do nas dotrzeć we wtorek rano. Trzymamy kciuki i miejmy nadzieję, że nic już mu planów nie pokrzyżuje.
Na noc wracamy z Alotau do Discovery Bay, skąd jutro planujemy ruszyć na wycieczkę.

Mariusz:

Wiatr, który stężał szóstego dnia od wypłynięcia z Nowej Zelandii już nam nie odpuścił prawie do samej Papuy Nowej Gwinei. Rzadko spadał poniżej 7B, a często powiewał z siłą 8B. To trochę dużo, jak na wiatr w pasatach, ale mamy ponownie po pięciu latach nietypowy rok. Ten rok jest rokiem El Nińo. Nie wdając się w szczegóły, oznacza to występowanie anomalii pogodowych. Monsuny wprawdzie opóźniają się, ale wiatry bywają często nadspodziewanie silne, a trasy tajfunów mogą przechodzić nad obszarami uważanymi za wolne od nich. Nie pozostaje nam nic innego, jak być nieco bardziej wyczulonym, na to co dzieje się dookoła nas.
Planujemy lipiec spędzić w rejonie Papui Nowej Gwinei. Tu pogoda nie rozpieszcza, gdyż dominują układy niżowe znad równika. Jest tu wprawdzie ciepło, ale i mokro. Przy głównym lądzie możemy spodziewać się burz prawie co drugi dzień. Większe obawy niż przed pogodą dotyczą naszego bezpieczeństwa. Będziemy musieli być szczególnie ostrożni, zwłaszcza w okolicach większych skupień ludzi. Niestety, mimo że niewielu żeglarzy odwiedza ten rejon, to co roku dochodzi tu do napadów i rabunków. Podobne (chociaż mniejsze) zagrożenie występuje na Salomonach, gdzie gościliśmy w zeszłym roku i tam spotkaliśmy się tylko z życzliwym przyjęciem. Mam nadzieję, że i z Papui wyniesiemy same ciepłe wspomnienia. W sierpniu popłyniemy na Palau, gdzie będziemy musieli uważać na tajfuny, by we wrześniu spłynąć do Indonezji.
Tym razem wiatr silniejszy od normalnego pasatu pomógł nam w żegludze. Wprawdzie jazda w czwórkę oznacza małe wachty, w zasadzie jednoosobowe, ale od momentu, gdy wiatr stężał, przestały nawiedzać nas porywiste szkwały. Jazda baksztagiem należy do najprzyjemniejszych i tak było tym razem. Płynęliśmy z grotem zredukowanym do drugiego refu, a nasza genua rzadko powiewała 100% powierzchnią. W ciągu trzech dni przepłynęliśmy 680 mil morskich, co jest imponującym wynikiem, zważywszy skromną załogę i iście nie regatowe nastawienie do żeglugi.
Noc z 29 na 30 czerwca przyniosła zelżenie wiatru, ale nie na tyle, by nie zdążyć przed zmrokiem do wnętrza Atolu Calvados. Wczoraj udało nam się złapać dwie pierwsze ryby i w ten sposób urozmaiciliśmy nasz jadłospis. Carpacio z tuńczyka świeżo wyciągniętego z wody należy niewątpliwie do naszych ulubionych dań. Luizjady przywitały nas nie tylko świeżymi rybami, ale przede wszystkim cudownymi kolorami nieba o zachodzie słońca nad turkusowo-błękitną wodą laguny.
Nie zdążyliśmy już dopłynąć do Panasia. Po przejściu przesmyku Duchateau rzuciliśmy kotwicę w cieniu Panuwabobaina Island. Hania z Olą nie odmówiły sobie przyjemności, wskoczenia do wody. Naszym komitetem powitalnym byli rybacy, którzy na tych niezamieszkanych wysepkach mają swoje obozowiska. Pierwsze kontakty zostały nawiązane. Dzisiaj w południe przenieśliśmy się na kotwicowisko przy Panasia Island, gdzie Hania z Olą znowu pływały z maskami wypatrując podwodnych cudów.
Jest 1 lipca godzina 1900 czasu łódkowego (UTC +10). Stoimy na kotwicy przy Panasia Island 11°08’ S 152°20’E.

mój wyczekany Konik Morski HL

mój wyczekany Konik Morski HL


We wrześniu zeszłego roku, płynąc z Wysp Salomona do Australii, zatrzymaliśmy się na kilka dni przy Luizjadach. Doszło tam do przesympatycznego spotkania z mieszkańcami tych wschodnich krańców Papui Nowej Gwinei, o czym udało mi się już opowiedzieć na blogu: http://katharsis2.com/2014/11/10/papua-nowa-gwinea-luizjady/
Nie zdążyłam niestety napisać o naszym spotkaniu ze światem podwodnym. Byliśmy wówczas w mocno nurkowym składzie: Mariusz, jego szwagier Kuba – świetny nurek, profesor oceanografii i nasz nurkowy kompan Piotrek Kukliński oraz wilczysko morskie i podmorskie Zbylutek oraz ja. Z pokładu wspierały nas Roma, siostra Mariusza i jego córa Kaśka.

Nurkowania na Luizjadach zaliczam do rewelacyjnych zejść pod wodę. W plebiscycie naszego centrum nurkowego Katharsis plasują się bardzo wysoko na liście. Podobnie jak na Salomonach nie spotkaliśmy tutaj zbyt wiele dużej ryby, za to różnorodność korali, ich form oraz barw była oszałamiająca. Nie zabrakło też małych ryb i ślimaków, które z zapałem fotografowałam, podczas gdy Mariusz z Piotrem zatrzymywali w kadrze kompozycje krajobrazu. Nurkowanie w miejscach, które nie są opisane w publikacjach należą do niezwykle podniecających. Nigdy nie wiadomo, co może spotkać nas pod wodą.
Pierwszy nurek przy przesmyku Hudumu – Iwa na północno-wschodnim obrzeżu Atolu Calvados nie powalił nas na kolana, mimo lazuru wody. Kolejne dwa razy zeszliśmy pod wodę przy Kunawak Island, wewnątrz atolu, gdzie wypatrzyłam żółtego ślimaka, nazwanego przez nas Pokemonem. Sprawił mi on mnóstwo radości, bo takiego okazu jeszcze wcześniej nigdzie nie widziałam. Następnie nurkowaliśmy na zewnątrz rafy otaczającej Panasia Island, gdzie ogrody koralowe zaparły dech w piersiach! Nurkowaliśmy w przesmyku i na ścianie na zewnątrz Horrara Gowan Reef. Rafa ta nie jest smagana falami pasatu południowo-wschodniego i znaleźliśmy ją w doskonałym stanie. Bogactwo korala to jedno, ale to tutaj w końcu udało mi się wypatrzeć konika morskiego. Zanim przypłynęliśmy na Luizjady dużo nurkowaliśmy na Wyspach Salomonach. Słyszałam o występujących tam małych konikach morskich, które upodobniają się do korali, na których żyją. Bardzo chciałam taką rybę zobaczyć, ale niestety na Salomonach nie wypatrzyłam żadnej. Dopiero na Luizjadach, podczas ostatniego nurka, dostrzegłam na biało-różowo-czerwonym koralu mojego wyczekanego konika morskiego. Małe stworzonko siedziało spokojnie zawieszone ogonkiem do korala. Mój konik miał około 2 centymetry wzrostu i przybierał barwy oraz strukturę swojego gospodarza. Gdyby nie ruch brzuszka, to pewnie bym go nie wypatrzyła. Ale udało się! Miałam swojego konika morskiego i był to rzadki okaz Pygmy seahorse. Jest to najmniejszy z koników morskich, nie przekraczający 2 cm. Został odkryty dopiero w tym wieku!!! Gdy go wypatrzyłam, to myślałam, że radość mnie rozsadzi od środka! Wiedziałam, że nie mogę z tego miejsca odpłynąć, dopóki nie zrobię zadowalającego mnie zdjęcia. Koło mnie był Zbyszek, któremu pokazałam moje znalezisko. Pokazałam też na aparat i na siebie – wskazałam konika. Zbyszek zrozumiał, że chcę zostać i robić zdjęcia. Popłynął do Mariusza i Kuby, który byli już mocno z przodu. Przyprowadził ze sobą Mariusza, który pokazał, że możemy zostać, a on z Kubą będą płynąć wzdłuż ściany. Nie było prądu, więc mogliśmy sobie pozwolić na takie rozwiązanie. Wdzięczna byłam bardzo Zbyszkowi, który z cierpliwością pływał koło mnie ponad 15 minut, podczas gdy ja starałam się uchwycić w obiektywie moje wyczekane znalezisko, mojego konika.

Luizjady będą naszym pierwszym miejscem, gdzie na krótko zatrzymamy się przed odprawą na Papule Nowej Gwinei. Skoro nie mogliśmy popłynąć na Vanuatu, to chociaż odwiedzimy rodzinę Jacka na Panasia. Mile pochłaniamy z dużą zawziętością, mimo skromnej liczebnie załogi. Odnotowujemy niemalże regatowe tempo. Ostatniej doby pożarliśmy 245 mil morskich. Wygląda na to, że ponad 2000 milową trasę pokonamy w mniej niż 10 dni i jutro rzucimy kotwicę przy Panasia Island.

Jest 29 czerwca 2015 roku, godzina 1830 czasu łódkowego (UTC+11), nasza pozycja: 13°57’S, 153°31’E. Płyniemy kursem 335° z prędkością 10,5 węzła. Wieje wschodni wiatr o sile 7 – 8B.

Nasze wypłynięcie z Auckland mocno przesunęło się w stosunku do planów. Zakładaliśmy najpóźniej 15 czerwca żegnać się z Nową Zelandią, by zanim 5 lipca dopłyniemy na Papuę Nową Gwineę, gdzie dołączają do nas nasi przyjaciele, zawitać choć na kilka dni na Vanuatu. Bardzo chcieliśmy odwiedzić rodziny, które poznaliśmy podczas zeszłorocznej żeglugi i zawieźć im trochę niezbędnych rzeczy. Vanuatu nawiedził w marcu tego roku silny huragan Pam i dokonał ogromnych zniszczeń, pozbawiając tysiące ludzi dachów nad głową i całego dobytku. Z Nowej Zelandii do Papui w linii prostej jest 2200 mil morskich, a gdyby zawinąć do brzegów Vanuatu trzeba by raptem dołożyć około 400 mil, co dla naszej Katharsis nie stanowi problemu. Niestety nie udało nam się wypłynąć w połowie czerwca. Na łódce wciąż było coś do zrobienia, a poza tym czekaliśmy na Olkę – córę Doktore Magonia, która będzie z nami żeglować przez dwa miesiące. Olka jest studentką i pomimo, że bardzo się spięła i zaliczyła wszystko przedterminowa, to jednak nie była w stanie dolecieć do nas przed sobotą 13 czerwca. Gdyby nie konieczność polecenia z paszportami całej naszej czwórki do Wellington, by uzyskać wizy na wjazd do Papui Nowej Gwinei, to w poniedziałek 15 moglibyśmy wypływać. A tak, zamiast jachtem na północ, ruszyliśmy z Mariuszem samolotem na południe do stolicy. Wciąż jednak pozostawała szansa, że zdążymy na Vanuatu, jak sprawnie wypłyniemy z Auckland i bez zwłoki odprawimy się po drodze w Opua w Bay of Island. Jeszcze w Auckland nakupowaliśmy ubrań i najróżniejszych sprzętów, które mogłyby się przydać mieszkańcom Vanuatu. Gdy już byliśmy gotowi i mieliśmy ruszać na północ, prognozy pogody popsuły nam szyki. Front, który akurat przetaczał się nad nami przyniósł silne wiatry północne powyżej 45 węzłów. Mariusz postanowił nie rozpoczynać rejsu w sztormową pogodę, by nie męczyć łódki i załogi. Jeśli można uniknąć złych warunków, to lepiej to zrobić i nie ryzykować niepotrzebnych uszkodzeń. W ten sposób przeczekaliśmy na kotwicy w Opua trzy dni i dopiero wieczorem 20 czerwca opuściliśmy Bay of Islands. Nawet celnicy, u których przesuwaliśmy odprawę, ze względu na pogodę, nie mieli nic przeciwko zmianom umówionych terminów i popierali Mariusza decyzję widząc co dzieje się na morzu.
Wypływając z czterodniowym opóźnieniem nie starczyło niestety już czasu, by płynąć na Vanuatu. Smutno mi było, ale zawsze staram się widzieć pozytywne strony każdej sytuacji. Po pierwsze, kupione dla mieszkańców Vanuatu rzeczy się nie zmarnują, bo z pewnością przydadzą się ludności na Papui Nowej Gwinei. A my postój w Opua wykorzystaliśmy na zorganizowanie dwóch wycieczek, które chodziły nam po głowie podczas wcześniejszych pobytów w Bay of Islands, a których dotąd nie udało się zrealizować. Jednego dnia pojechaliśmy do Waitangi, gdzie znajduje się Treaty House i maoryski dom spotkań. Jest to bardzo ważne historycznie miejsce, gdyż tutaj w 1840 roku Maorysi podpisali traktat z Brytyjczykami, który uważany jest za narodziny społeczeństwa nowozelandzkiego.
Drugą wycieczką była wyprawa do Waipoua Kauri Forest, gdzie na powierzchni 2500 ha rozciąga się las starych drzew kauri, będący największym ich skupiskiem na ziemi. Pnie drzew kauri wykorzystywane były przez Maorysów do budowy tradycyjnych piróg wojennych, a po przybyciu do Nowej Zelandii Europejczyków, znalazły zastosowanie w szkutnictwie jako maszty i inne drzewce na żaglowcach. Obecnie drzewa kauri objęte są całkowitą ochroną. W Waipoua znajdują się dwa największe okazy: Te Matua Nghahere (Ojciec Lasu) liczący 2 000 lat z obwodem pnia 16 metrów oraz Tanemahuta (Pan Lasu) mający 1 200 lat i 14 metrów obwodu. Te kolosy strzeliście rosnące ku niebu wśród niezwykłej roślinności tutejszej puszczy onieśmielały mnie swoją potęgą, rozmiarem oraz wiekiem. Cieszę się, że udało nam się w końcu pojechać do lasów kauri, bo od pierwszej wizyty w Bay of Island w listopadzie 2013 roku chciałam zobaczyć te legendarne dla Nowej Zelandii drzewa.
Wracając z Waipoua Mariusz postanowił zjechać z głównej drogi i przedrzeć się nad wybrzeże Morza Tasmana. Znalazł w ten sposób wspaniałą miejscówkę przy ujściu rzeki Waimumaku z malowniczymi krajobrazami, gdzie urządziliśmy sobie zwyczajowy już podczas naszych nowozelandzkich wycieczek piknik. Siedząc na ogromnym pniu, mianowanym na naszą ławeczkę piknikową, z jednej strony mogliśmy podziwiać piękną złotą plażę z falami Morza Tasmana, a z drugiej zielone doliny schodzące ku płynącej do morza rzeki. W taki oto sposób pożegnaliśmy się z Nową Zelandią.

Od 6 dni jesteśmy w morzu. Od wypłynięcia z Auckland pokonaliśmy już ponad 1260 mil morskich. Przeczekanie sztormu w Opua było z pewnością słuszną decyzję. Po wyjściu z Bay of Islands, gdy najsilniejsze wiatry już się przetoczyły i wiało jedynie 20 węzłów, mogliśmy sobie tylko wyobrażać, co tu się działo, widząc niezwykle rozkołysane wzdłuż wybrzeża morze. Neptun chyba wynagrodził nam naszą pokorę i cierpliwość, gdyż cały czas mamy pomyśle wiatry, pozwalające nam płynąć na żaglach wyznaczonym do celu kursem. Jedyne dzisiaj rano musieliśmy na jakiś czas włączyć silnik, gdyż wielka chmura deszczowa, która przez dwie godziny fundowała nam obfite płukanie łódki w strugach ulewnego deszczu, zassała całe powietrze i spowodowała początkowo zmianę kierunku wiatru o 120 stopni, po czym wyłączyła nam wiatr. W takich warunkach można tylko zrzucić żagle, gdyż ich łopot na rozkołysanym morzu budzi grozę, że za chwilę coś się rozerwie lub wyrwie.
Z każdym dniem robi się cieplej i stopniowo ilość warstw odzieży, które nosimy pod sztormiakami się zmniejsza. Zima w Nowej Zelandii nie przynosi ujemnych temperatur, do których jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, ale mimo tego wilgotne, chłodne powietrze przenikało nieprzyjemnie przez nasze odzienie. Wczoraj po raz pierwszy przesiedzieliśmy cały dzień na zewnątrz bez bluz i kurtek. Od wypłynięcia z Opua staramy się łowić ryby. Za rufą ciągniemy dwie żyłki z przynętami, na które liczymy złapać tuńczyka, mahi-mahi lub wahoo. Przynętami zainteresowały się raz ptaki i po raz pierwszy mieliśmy na haczyku zamiast ryb drób! Tomek nieźle się namęczył, żeby oswobodzić petrela, który złapał się na przynętę, gdyż ptak dziobał Tomka po rękach, myśląc, że chcemy mu zrobić krzywdę. Na szczęście ptaka udało się uwolnić i bezpieczny odfrunął nie interesując się więcej naszymi żyłkami. Wczoraj z kolei mieliśmy prawdziwą wędkarską przygodę. Jeden z haczyków połknął sporych rozmiarów marlin. Z reguły taka duża ryba od razu zrywa żyłkę, gdy łódka mknie z prędkością 10 węzłów. Tym razem udało nam się zwolnić do 2 – 3 węzłów nie tracąc w międzyczasie zdobyczy. Walka z tą silną i waleczną rybą trwała ponad trzy godziny. Gdy Tomek próbował nawinąć na kołowrotek trochę żyłki, ryba wyrywała kolejne metry i starała oddalić się od łódki. I tak Tomcio z marlinem się mocowali – raz jeden pociągnął, za chwilę drugi zdobywał trochę linki. Gdy walka wydawała się mieć ku końcowi i Tomkowi udało się podciągnąć rywala pod samą pawęż, a Mariusz stał z zaostrzoną osenką, na którą miał złapać rybę i wciągnąć ją ta pokład, ta wyskoczyła z wody, naprężyła żyłkę i zerwała ją zdobywając wolność. Z jednej strony było nam żal, a drugiej baliśmy się, czy poradzimy sobie z tym dużym okazem w naszym czteroosobowym składzie. Moglibyśmy nie podołać całej rybie, bo ważyła na oko jakieś 40 – 50 kilogramów, więc może dobrze, że uciekła. Marlin wygrał, a my mieliśmy niezłą zabawę. Na naszą pierwszą zdobycz musimy jeszcze poczekać.

Jest 26 czerwca 2015 roku, godzina 1730 czasu łódkowego (UTC+11), nasza pozycja: 23°15’S, 159°43’E. Płyniemy kursem 310° z prędkością 9-11 węzłów. Wieje silny wiatr z południowego wschodu o sile 7B. Prawą burtą mijamy w odległości 300 mil Nową Kaledonię, lewą płyniemy równolegle do brzegów Australii, mając 360 mil do Wyspy Frasera. Przed naszym dziobem pierwsze rafy Morza Koralowego – Wyspy Chesterfielda. Mamy nadzieję pojawić się na wodach Papui Nowej Gwinei w środę 1 lipca. Ale to już zależy od przychylności Neptuna.

Napisane przez: Hanuś | 2015/06/23

Drugie i długie pożegnanie z Nową Zelandią

Już paskudnym zwyczajem staje się opanowanie bloga ciszą, gdy tylko kończy się jakaś wyprawa i Katharsis II zakotwicza na dłużej w jednym porcie…
Myślałam, że może tym razem uda się i będzie inaczej. Przecież jest tyle zobaczonych, a niepokazanych miejsc i nieopowiedzianych historii.. Miałam nadzieję, że tym razem nie zniknę i nasz blog nie zamilknie na tak wiele tygodni. Ale stało się, jak się stało, czyli znowu długa przerwa. Pochłonęło mnie życie lądowe. Chęć kontaktu z rodziną, najbliższymi, przyjaciółmi i znajomymi zagarnęła mną. Było też sporo obowiązków do wypełnienia i spraw do załatwienia. W międzyczasie odwiedziliśmy Singapur i Japonię i znaleźliśmy chwilę czasu by spędzić 10 dni na Jedynce w Turcji, ale ma się co dalej nad tym rozwodzić, tylko czas przejść to nowych przygód. Skoro się odzywamy, to znaczy, że Katharsis II oddała cumy i powróciła na wody mórz i oceanów.
Po raz kolejny w historii Katharsis II pożegnaliśmy Auckland, a następnie Bay of Island i w końcu brzegi Wyspy Północnej Nowej Zelandii. Obraliśmy kurs na północny-zachód i żeglujemy ku brzegom egzotycznej krainy Papua Nowa Gwinea.

Ale zanim zaczniemy kolejną przygodę, chciałabym jeszcze wróć do tych kilku chwil z tegorocznego pobytu w Nowej Zelandii. Tym razem spotkaliśmy w Auckland kilku Polaków. Zaraz po dopłynięciu w marcu do Auckland spotkaliśmy się z Kazikiem Jasicą, który już jakiś czas temu zawitał ku brzegom Nowej Zelandii wraz z Ludkiem Mączką na „Marii”. Od tego czasu jego losy związały się z tymi Zielonymi Wyspami. Wraz z żoną Sherin ugościli Mariusza, Wojtka i mnie w swoim domu w Orewa.
W jakiś cudowny sposób na pokład Katharsis trafili także Anka z Darkiem – dwójka ciekawych ludzi. Młode małżeństwo, które nie sprzedało swoich marzeń i wyruszyło w świat w poszukiwaniu przygód i nowych znajomości. Przepłynęli przez Pacyfik na swoim uroczym jachcie „Lady Twin” i teraz na jakiś zakotwiczą przy Nowej Zelandii, by planować zwiedzanie kolejnych zakątków świata.
Gościem na Katharsis była w tym czasie także Marta – żeglarka, która opłynęła już świat, a teraz wraz z Alim, swoim partnerem, starają się znaleźć wspólną przestrzeń na tym drugim krańcu świata, jakim jest Nowa Zelandia.
Wspaniałym przyjacielem i kompanem okazał się Tomek Głowacki, którego los zeswatał z Nową Zelandią już wiele lat temu. Mieszka tu z żoną Ewą, gdzie wychowali dwóch synów. Jednego z nich – Mikiego – mieliśmy okazję poznać i bardzo polubić. Tomek jest zapalonym żeglarzem i konstruktorem. Niedawno wydał książkę („Successful, win-win strategies for a superyacht project”), którą nam sprezentował. Dotyczy spraw żeglarskich, więc z pewnością będzie naszą lekturą. Wspaniały z niego człowiek. Podczas ostatniego naszego wspólnego biesiadowania, po przepysznej kolacji, którą dla nas przygotował w swoim domu, umówiliśmy się, że się jeszcze spotkamy. I na tą okazję będzie na nas czekać specjalna nalewka. Nasz Tomcio przekazał katharsisowową wodę ognistą, z której Tomek ma naważyć nalewkę z nowozelandzkich owoców fijoa i miodu manuka. Napój ten będzie czekał, aż Katharsis znowu zawita ku brzegom Nowej Zelandii, a nam będzie dane się spotkać przy jednym stole.
Obecność tych wszystkich osób i niejednokrotnie pomoc z ich strony sprawiły, że ten pobyt w Nowej Zelandii zapamiętamy zupełnie inaczej od poprzednich – o wiele cieplej i milej.

Napisane przez: Mariusz | 2015/03/17

Powrót do Auckland zakończeniem wyprawy na Morze Rossa

Mariusz:
Podczas naszego zaledwie dziesięciodniowego pobytu w południowej części Nowej Zelandii przeszły obok nas trzy sztormy, w tym jeden ciężki. My w tym czasie konsumowaliśmy naszą wyprawę do najdalszego zakątka Ziemi, upajając się niesamowitymi widokami, zdobytymi darami morza i płynami własnej produkcji. Zacząłem wątpić w to, czy ukończymy naszą wyprawę w Auckland, czyli zgodnie z planami. Z Milfordsound do Cieśniny Cooka mieliśmy dwa dni płynięcia. Na tyle zazwyczaj pozwalają układy pogodowe wokół Nowej Zelandii. Planowałem popłynąć więc do Nelson w Zatoce Tasmana albo do Picton w Malborough Sound. Uwielbiam wracać do wcześniej poznanych miejsc, ale to oznaczałoby logistyczne problemy dla załogi, która miała wykupione bilety powrotne z Auckland na 15 marca.
Neptun potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. Otworzył nam wyjątkowo duże okno na płynięcie bezpośrednio na północ. Tak korzystny układ okupiony był niebezpieczeństwem spotkania się ze schodzącym z tropików cyklonem Pam. Zassał wystarczająco dużo powietrza, zostawiając nam rzadko spotykane tutaj słabo wietrzne warunki. Postanowiłem zaryzykować i popłynąć na północ Wyspy Północnej, okrążyć Przylądek Reigna i od nietypowej strony, jak na powrót z Antarktydy, wpłynąć do Auckland. Mimo końca lata, układ pogodowy rozpieścił nas. Na słońce wyszły nagie torsy, a naszą kartę potraw wzbogaciło kilka złowionych tuńczyków.
Cyklon Pam przesuwał się powoli na południe, niszcząc po drodze wyspy południowego Vanuatu. Zwolnił na tyle swoje tempo, że pokusiłem się na postój w Russell Town i pokazanie mojej ekipie najstarszą osadę w Nowej Zelandii. Relaks nie mógł być zbyt długi, cała Nowa Zelandia trzęsła się ze strachu przed nadchodzącym cyklonem kategorii 5.
Moja ulubiona marina w centrum miasta gościła jachty biorące udział w Volvo Ocean Race. Start kolejnego etapu został opóźniony ze względu na nadchodzący cyklon. Nie mieliśmy się więc gdzie schować. Zadzwoniłem do stoczni Orams Marine, w której obie Katharsis upiększały się. Znalazło się tam dla nas miejsce. Zostaliśmy powitani tak, jak we własnym domu. Nawet Michele przyleciała z Sydney i spędziliśmy razem dwa miłe dni.
Cyklon Pam, który postawił całą Nową Zelandię na nogi, oddalił się na tyle od Auckland, że poza ulewnym deszczem nie dał się nam we znaki.
Niezwykły rejs zakończył się szczęśliwie dla nas 14 marca 2015. Takich wypraw nie zapomina się nigdy. Każdy etap był wyjątkowy. Przedbiegiem był bardzo sztormowy odcinek z Brisbane do Sydney. Pierwszy etap to podniecająca jazda pod pełnymi żaglami w zmiennych warunkach wyścigu Rolex Sydney – Hobart. Drugi to poznawanie Oceanu Południowego, jego groźnego, morskiego oblicza oraz niezwykle ciepłe przyjęcie na Macquarie Island. Trzeci to przygoda z niemal zamkniętym Morzem Rossa, brawurowe przebicie się przez barierę lodową na wejściu, dotarcie do najdalej na południe położonego żeglownego miejsca w trudnych warunkach sztormowych i bezpieczny odwrót. Czwarty to trudna podwiatrowa jazda w towarzystwie gór lodowych i sztormów w kierunku Nowej Zelandii. Piąty to wypoczynek w jednym z najciekawszych i rzadko odwiedzanych przez żeglarzy zakątków świata, jakim jest Wyspa Stewarta i Fiordland oraz spokojny i komfortowy powrót do cywilizacji.
W ciągu trzech miesięcy przepłynęliśmy 8470 mil morskich, zmagając się z ośmioma sztormami. Zasadnicza wyprawa to etap z Hobart do Bluff, od 17.01 do 26.02 o długości 5860 mil morskich. Mimo postojów przy Brunny Island, Macquarie Island i Franklin Island wykręciliśmy niesamowitą przeciętną dobową – 147 mil morskich. To sporo mniej niż nasz 260 milowy rekordowy dobowy przelot podczas regat Sydney – Hobart, ale uwzględniając ciężkie warunki, lód i mocno zrefowane żagle to z pewnością dobry wynik.
Cała ekipa wyjątkowo dobrze zniosła trudy rejsu. Zazwyczaj podczas długich i ciężkich wypraw dochodzi do przesileń, napięć czy nawet podziałów wśród załogi. Drobnych incydentów nie dało się uniknąć, ale nie były one na szczęście powodowane wzajemną, narastającą podczas rejsu niechęcią. System trzech wacht z wachtą czuwającą sprawdził się podczas regat. Cały czas dwie trzecie załogi była gotowa do działań przy manewrach. Organizacja czterech wacht z wachtą czuwającą w trakcie wyprawy dały możliwość godziwego wypoczynku. Gdy do tego dołożymy ciepło pod pokładem, wystarczającą ilość wody, by móc wskoczyć codziennie pod gorący prysznic, to ciężkie warunki panujące na pokładzie nie wpływały deprymująco na morale. Do tego wszystkiego Katharsis II dawała poczucie bezpieczeństwa, swoją solidną konstrukcją zarówno podczas sztormów, jak i akcji w lodach. Na dobry humor miał też wpływ kambuz, który tylko raz sięgnął po liofilizowaną żywność. Z powstających podczas rejsu potraw można by napisać całkiem ciekawą książkę kucharską. Hania obiecała Doktore, że w czasie przerwy popełni chociaż jeden kulinarny wpis.
Wszystkie etapy od Brisbane do Auckland zaliczyli: Tomek Grala – pierwszy oficer, mechanik znający Katharsis II na wylot i najbardziej doświadczony żeglarz w całej ekipie, Hania Leniec – drugi oficer, moje największe wsparcie, w tym logistyczne, bosmańskie, blogowe i kulinarne oraz Wojtek Małecki – wachta Tomka, twardziel od ciężkich zadań, a przy tym romantyk. Od Sydney płynęli z nami: Michał Barasiński – trzeci oficer, spowiednik i dobry przyjaciel (musiał opuścić nas w Bluff), Adam Żuchelkowski – wachta Hani na regatach, IV oficer podczas wyprawy, siła spokoju, pogody ducha i doświadczenia żeglarskiego, Mariusz Magoń –wachta Hani, doktor wyprawy, potrafiący rozładować każdą sytuację ciętą ripostą, Robert Kibart – wachta Michała, operator filmowy i filozof. W Hobart dołączyła do nas Ania Gruszka – wachta Adama, królowa z Selmy zawsze ze śrubokrętem w ręku. Na etapie regatowym wzmocnili nas: Maćka Żuchelkowska – wachta Tomka, najlepszy kompan jakiego można sobie wymarzyć podczas rejsu i Irek kamiński – wachta Michała, niesamowicie pozytywnie zakręcony (korba) regatowiec. W takim to towarzystwie przyszło nam spędzić ostatnie 3 miesiące na pokładzie Katharsis II.
Teraz przed nami chwila przerwy potrzebna na doprowadzenie jachtu do doskonałej formy. Opuścimy Nową Zelandię na początku czerwca. Dokąd nas poniosą wiatry? Kto będzie chciał z nami popływać? Tego jeszcze nie wiemy.

Napisane przez: Hanuś | 2015/03/09

Fiordland

Nowa Zelandia, a szczególnie jej Południowa Wyspa i Wyspa Stuart, to dla mnie wspomnienie spokoju emanującego z otoczenia, przy jednoczesnych nagłych zmianach pogody, obcowanie z dziką przyrodą, podziwianie niesamowitych krajobrazów i delektowanie się darami morza własnoręcznie wyłowionymi. Takie wrażenie wywarła na mnie ta kraina podczas naszego zeszłorocznego rejsu wokół Nowej Zelandii. Ciekawa byłam tego miejsca raz jeszcze.
Po ciężkim rejsie, jakim była wyprawa na Morze Rossa, dwa tygodnie włóczęgi po zacisznych zakątkach Zielonych Wysp miały być chwilą wytchnienia i odpoczynku dla całej załogi. Już pierwsze dni na Wyspie Stuart upłynęły w wakacyjnej atmosferze. Po przepłynięciu Cieśniny Foveaux, która ugościła nas warunkami podobnymi do zeszłorocznych, czyli silnymi prądami i trudnym do zdefiniowania zafalowaniem, zakotwiczyliśmy 3 marca późnym popołudniem w Pickersgill Harbour w Dusky Sound. Pogoda ułożyła nam harmonogram i w związku z przechodzącym silnym sztormem zaplanowała nam trzydniowy pobyt w tym miejscu. Podczas, gdy na zewnątrz hulał ponad 60 węzłowy wiatr, my staliśmy bezpiecznie w sprawdzonym miejscu i mogliśmy się oddawać nurkowaniu, łowieniu ryb i poławianiu małż snorklując lub brodząc wśród kelpu. Ja odkryłam zamiłowanie do poszukiwania owoców morza w zeszłym roku i tym razem nie przepuszczałam żadnej okazji na pobawienie się w wyławiacza tych skarbów. Jeszcze pierwszego dnia po przypłynięciu ubraliśmy się z Mariuszem w pianki, uzbroiliśmy w noże i popłynęliśmy pontonem na poszukiwanie wśród kelpu przepysznych paua i nowozelandzkich zielonych małż. Połowy zakończyły się sukcesem, a mianowicie 3 paua i workiem małż. Wojtek w tym czasie wykorzystał mały ponton i popłynął na poszukiwania małż, których przywiózł duże wiadro, a Ania, Tomek i Żuchel nałowili ryb . Tym sposobem, uwzględniając jeszcze przegrzebki z Pegasusa, mieliśmy całkiem niezły wybór owoców morza.
Od spotkanych w zatoce Nowozelandczyków dowiedzieliśmy się, że okolice skałki, nieopodal której kotwiczyliśmy to świetne miejsce na wyławianie langustynek (ang. Creyfish). Wystarczy zanurkować na kilka metrów i pozbierać ze skalnych półek te wyśmienitości. Ja nie zastanawiałam się ani chwili i od razu zabrałam się za szykowanie sprzętu nurkowego. Mariusz już zacierał ręce i obmyślał strategie połowów. Tym razem na podwodne podboje udał się z nami Tomek, który od dawna czaił się na homary, ale wciąż się te skorupiaki przed nim chowały. Po zejściu pod wodę okazało się, że widoczność jest na kilkadziesiąt metrów, a życie niezwykle bogate. Na ściance biegnącej w dół od skałki przy której nurkowaliśmy rosło mnóstwo czarnego korala. Jest to rzadko spotykany gatunek i z niego słynie między innymi nurkowo Fiordland. Widzieliśmy go z Mariuszem w zeszłym roku podczas nurkowań w Doubtfull Sound. Nazwano go czarnym koralem, a tak naprawdę są to rozłożyste drzewa w kolorze białym. Jak zobaczyłam stok pełen tych białych wachlarzy postanowiłam, że następnego nurka zrobię z aparatem fotograficznym, zamiast siatki na langusty. Podczas tego nurkowania siatka przydała się jednak jak najbardziej. Mariusz zaopatrzony był w ostry trójząb, Tomek w zaciskową pętlę, ja w rękawiczki. Tak wyposażeni wyłowiliśmy 6 homarów, z czego 3 były tak ogromnych rozmiarów, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy. To były pierwsze wyłowione w historii Katharsis II langusty, no i od razu taki sukces. Jeszcze tego samego popołudnia Mariusz, Doktore, Wojtek i ja popłynęliśmy snorklować w tym samym miejscu, gdyż chłopacy chcieli zobaczyć homary pod wodą. Był odpływ, więc wystarczyło zanurkować na 2-3 metry, żeby wypatrzeć te smakowite potwory. Polowanie zakończyło się namierzeniem dwóch skorupiaków i wyłowieniem tylko jednej paua. Niemniej pływanie w kelpie i wypatrywanie homarów było świetną zabawą. Wojtek po tej zabawie postanowił zejść z nami pod wodę następnego dnia.
Następnego dnia sztorm dawał się już we znaki. Nawet w dobrze osłoniętym fiordzie wytworzyło się zafalowanie. Nie zniechęciło nas to do nurkowania, ale niestety znacznie pogorszyła się widoczność pod wodą – z kilkudziesięciu do zalewie paru metrów. Tak jak postanowiłam poprzedniego dnia, zabrałam aparat fotograficzny, żeby uchwycić czarny koral. Poławiaczami homarów byli tym razem Ania, Wojtek i Mariusz. Nasze zapasy powiększyły się o dwa okazy.
Gdy sztorm ucichł po trzech dniach przenieśliśmy się do kolejnego fiordu – do Doubtfull Sound. Jest to rozległy fiord z kilkoma odnogami. Większość z nich odwiedziliśmy z Mariuszem i Michałem. Pozostało jeszcze nieodkryte przez nas rok temu jedno z ramion – Crooked Arm. Tam Mariusz postanowił nas zabrać tym razem. I był to rewelacyjny wybór. Dla mnie było to najpiękniejsze miejsce w Doubtfull Sound. Wąskie ramie fiordu wiło się niczym pijany wąż między wysokimi szczytami porośniętymi bujną zielenią i ozdobionymi mnóstwem wodospadów. Widoki zapierały dech w piersiach. Dopłynięcie do tego magicznego miejsca uczciliśmy zjedzeniem, po raz pierwszy od dwóch miesięcy, obiadu w kokpicie. Otocznie było oszałamiające, a i danie na talerzu niebanalne – makaron z langustynkami złapanymi przez nas w Dusky Sound poprzedniego dnia.
Po ulewnej nocy w spokojnym Crooked Arm zaraz po wschodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do kolejnego malowniczego fiordu. Obfity deszcz padający nieprzerwanie przez całą noc niezwykle zasilił wodospady usiane na stokach stromych zboczy Doubtfull Sound. Ciężkie chmury wypadały się w ciemnościach i nad ranem nie było już prawie po nich śladu, nie licząc wody w strumieniach górskich. Naszym kolejnym celem miał być słynny Milford Sound. Jednak z Doubtfull płynięcie zajęłoby nam cały dzień i dotarlibyśmy późnym popołudniem. Chcąc wykorzystać popołudnie na zobaczenie nowego miejsca, nasz kapitan postanowił popłynąć do położonego bliżej Charlses Sound, a do Milfordu wyruszyć o północy, by na żeglugę poświęcić noc i na miejsce dotrzeć nad ranem.
Mariusz wyczytał, że jedną z atrakcji w Charles Sound jest wycieczka w górę Irene River. Chcąc wykorzystać wysoką wodę, zaraz po dotarciu do fiordu, zrzuciliśmy na wodę ponton i popłynęliśmy eksplorować rzekę. Woda miała brunatny kolor i trudno było wypatrywać przeszkód, a czyhających na nas natopionych konarów drzew było sporo. Płynąć spokojną rzeką podziwialiśmy roślinność, która jest w Fiordlandzie zupełnie inna od tej spotykanej w Europie, jakby prehistoryczna. Idealnie nadawałaby się do kręcenia filmów o dinozaurach. Spokojne brzegi Irene River otaczały drzewa porośnięte mchami i porostami, a za pasem lasu wyrastały strome zbocza gór. I tutaj, tak jak w Daubtfull Sound nie brakowało wodospadów. Jeden z nich znajdował się blisko rzeki i prowadziła do niego wąska odnoga. Udało nam się do niej wpłynąć pontonem i wylądowaliśmy niemalże pod ścianą wody. Wrażenie było obłędne. Podczas, gdy Ania, Mariusz i Wojtek podeszli niemalże pod samą kaskadę, Robert i ja staraliśmy się uchwycić ten krajobraz w obiektywach. Nie było to łatwe zadanie, gdyż groziło nam zalanie aparatu i kamery w bryzie unoszącej się w powietrzu. Nasza trójka wodospadowych odkrywców wróciła do pontonu zupełnie przemoczona. Wszyscy wylewali wodę z butów, a ubrania wyglądały jak wyjęte z miski z wodą. Nie wiedzieliśmy, że na tej wycieczce czeka nas taka dodatkowa atrakcja. W Charles Sound Tomkowi udało się wyłowić zupełnie nowe dla nas ryby, w tym ogromną żabnicę.
Zgodnie z planem o północy, w blasku jasno świecącego księżyca, opuściliśmy Charles Sound i o 0800 rano 8 marca dotarliśmy do Milford Sound. Wpływaliśmy do fiordu w świetle budzącego się dnia. Majestatyczne szczyty wyrastające prosto z wody oświetlały poranne promienie i otulały mgliste obłoki. Atmosfera była tajemnicza. Wraz z budzeniem się dnia słońce grzało coraz mocniej i przyniosło nam najcieplejszy dzień od wypłynięcia z Sydney. Zakotwiczyliśmy na końcu fiordu w Deep Water Basin. Prowadzi tam wąskie i płytkie przejście. Dla nas żeglowne jest ono jedynie w okolicach wysokiej wody. Chcąc opuścić Milford Sound jeszcze tego samego dnia musieliśmy wypływać około 1600. Zatem pozostawało nam zaledwie kilka godzin na eksplorowanie tego miejsca. W zeszłym roku spędziliśmy tutaj dwa dni. Znając miejsce mogliśmy doradzić naszej ekipie dwie atrakcje. Jedną z nich jest wejście na końcówkę słynnego Milford Track. Przejście całej trasy trekkingowej zajmuje trzy dni i wymaga wcześniej (nawet z rocznym wyprzedzeniem) rezerwacji. Na wejście na jedną z najsłynniejszych ścieżek turystycznych Nowej Zelandii zdecydował się Wojtek z Zefirem. Reszta ekipy popłynęła na spotkanie z cywilizacja, czyli do jedynej tutaj knajpki z przepięknym widokiem na Milford Sound. Mi marzyło się zrobienie zdjęcia ze szczytami fiordu odbitymi w wodzie. Jednak znowu tafla wody była zafalowana i efektu lustra nie uchwyciłam.
Wizyta w Milford Sound przyniosła nam nie tylko zetknięcie z cywilizacją i zimne piwo z kufla, ale także miłe spotkanie z rodakami. Podczas kilkugodzinnego pobytu spotkaliśmy – młodą parę z synkiem, kilkuosobową ekipę z Poznania i Roberta, który przeszedł Milford Track i kończył go akurat tego dnia, kiedy i my zjechaliśmy do Milford. Tym sympatycznym akcentem skończyliśmy naszą przygodę z Fiordlandem i obraliśmy kurs na północ.
Pobyt na Południowej Wyspie utwierdził mnie w przekonaniu, iż jest to idealne miejsce do zaszycia się wśród dzikiej przyrody i rozkoszowania się darami morza.

Napisane przez: Mariusz | 2015/03/02

U brzegów Nowej Zelandii

Mariusz:

Ocean Południowy zaskoczył mnie swoją przyjaznością. Jedną z moich obaw było, czy damy radę piłować ostro pod sztormowy wiatr, by utrzymać kierunek na Nową Zelandię. Okazało się, że jacht i załoga radziły sobie nieźle w takich warunkach. Groziło nam, że wylądujemy w Auckland na dwa tygodnie przed planowanym powrotem załogi do kraju. W niedzielę 22 lutego skręciliśmy więc na północny zachód, by nadkładając nieco drogi wylądować na samym południu Nowej Zelandii. Miałem w ten sposób szansę pokazać naszej ekipie chociaż kawałek najciekawszej i najdzikszej części tego kraju, czyli Stewart Island i kilka fiordów Wyspy Południowej.
Przed lądowaniem w Bluff czekał na nas jeszcze jeden sztorm – słynny w Australii „southerly change”, chyli zmiana o 180 stopni kierunku wiatru z północno – wschodniego na południowo – zachodni. Była to dla nas wyjątkowo miła zmiana, gdyż po raz pierwszy od dwóch tygodni powiał nam wiatr baksztagowy. Morze ponownie wybudowało się, ale nie na tyle, by wyrządzić nam jakąkolwiek krzywdę. W tym samym czasie przecinał się nasz kurs z jachtami biorącymi udział w Barcelona World Race. Minęliśmy się z nimi o zaledwie kilkadziesiąt mil, tracąc szansę na ciekawe zdjęcia z tego rzadkiego na Oceanie Południowym spotkania.
Do Bluff dopłynęliśmy w czwartkowe przedpołudnie. Odprawiliśmy się sprawnie w miłej atmosferze. Poza celnikami i pracownikami portu powitała nas również załoga „Spirit of Hungary” – jachtu biorącego udział w Barcelona World Race, który miał tutaj postój, z powodu luźnego kila. Nasza lista awarii, po tak trudnej wyprawie jest wyjątkowo krótka: zmasakrowane szoty sztaksla, jeden szot genui oraz uszkodzona echosonda. Na podsumowanie rejsu poczekamy zapewne do Auckland, gdyż mamy jeszcze przed sobą sporo żeglugi, wcale nie leniwej. Wody otaczające Nową Zelandię pokazały nam swój pazur w zeszłym roku podczas opływania tego kraju dookoła. Pogoda często wymusza postoje i czekanie na właściwe okno wiatrowe.
Tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozkoszowanie się pobytem na lądzie. Bluff nie jest atrakcyjnym miejscem, w którym chciałoby się spędzić kilka dni. Jest małym miasteczkiem portowym na końcu świata. Jeszcze tego samego popołudnia uzupełniliśmy zapasy warzyw i owoców. Przyjęliśmy po kilka kufli piwa w lokalnej spelunie i zjedliśmy powitalny obiad w jedynym hotelu.
Rano udało nam się doprowadzić wygląd jachtu do jako takiego stanu i popłynęliśmy do Oban, jedynego miasteczka na Stewart Island. Lubię wracać w znane mi miejsca. Tu rok temu pogoda trzymała nas w objęciach przez kilka dni. Tym razem wiatr miał sprzyjać naszemu płynięciu na południe wyspy, ale aura przywitała nas przeszywającym na wskroś kapuśniaczkiem. Na uliczkach nie było żywego ducha. Za to pub hotelowy tętnił życiem. Szpilki nie można było tam wsadzić. Trochę lepiej było późnym wieczorem, gdy wróciliśmy z wyśmienitej kolacji. Udało nam się wmieszać w barwny tłum lokalnych mieszkańców, dla których pub jest miejscem spotkań. Namawiano nas byśmy zostali w Oban kilka dni, gdyż 1 marca rozpoczyna się sezon poławiania ostryg w cieśninie Foveaux, słynnych bluff oysters. Czasu mamy niewiele i rankiem podnieśliśmy kotwicę, by udać się ku brzegom Ulva Island w Peterson Inlet.
W ciągu trzech dni pobytu na Stewart Island udało nam się rzucić kotwicę w 6 różnych miejscach, odbyć 4 wycieczki lądowe oraz zejść pod wodę. Istna japońska wycieczka. Zdążyliśmy złowić kilka błękitnych dorszy, kopę przegrzebków (ang. Scalops), trzy ośmiornice i 12 paua – (ang. abalone). W zeszłym roku wyłowiliśmy tylko jedną abalone (maoryska nazwa – paua), nie wiedząc gdzie ich szukać. Tym razem Hania dała popis swych łowieckich umiejętności, znajdując sześć podczas jednej sesji pływania tylko z maską i rurką. Nurkując w poszukiwaniu przegrzebków mieliśmy bliskie spotkanie z samicą lwa morskiego (uchatki). Wyraźnie nie podobało jej się to, że jesteśmy na jej terytorium. Podpływała do nas z prędkością torpedy, by stanąć twarzą w twarz pokazując swoje dorodne uzębienie. Nie wyglądało to na chęć zabawy i po szturchnięciu nosem głowy Ani i Żuchla oraz capnięciu mojego kaptura woleliśmy zakończyć nurkowanie.
Nasz rejs wzdłuż wybrzeży wysp nowozelandzkich musi odbywać się w ekspresowym tempie. Nocą z niedzieli na poniedziałek przechodził nad nami sztormowy front z wiatrem wiejącym z północnego zachodu o prędkości 55 węzłów. Zaraz po jego przejściu pojawiło się krótkie okno na popłynięcie do pierwszego z fiordów na Południowej Wyspie– Dusky.
Jest wtorek 3 marca, godzina 0700 czasu n owozelandzkiego (UTC+13). Przekraczamy wzburzoną Foveaux Strait. Do Dusky Sound powinniśmy dotrzeć w ciągu kilku godzin.

Napisane przez: Hanuś | 2015/02/21

Wody Antarktyki za nami

Tydzień temu opuściliśmy Morze Rossa. Trochę było mi żal, że lądy Antarktydy okazały się w tym roku tak nieprzystępne. Dane nam było jedynie posmakować ten zakątek świata. Lody otaczające kontynent stworzyły szczelną barierę, nie pozwalając na dotarcie do brzegów. Gdy dotarliśmy w okolice Cape Adare, gdzie dwa tygodnie wcześniej przedzieraliśmy się przez lody, krajobraz był nieco inny. Wciąż pozostawało tu dużo lodu, to się nie zmieniło. Ale atmosfera była jakaś odmienna, bardziej tajemnicza i złowroga. Lody, które nas witały pod koniec stycznia były oblane wesołymi promieniami słońca. Kry wydawały się bielsze i jakby bardziej miękkie – chcące się kruszyć, zapraszając na Morze Rossa. Mnóstwo też było pingwinów Adeli. Dwa tygodnie później jakby życie tu zamierało. Spotkaliśmy zaledwie 3 pojedyncze pary pingwinów i cztery wieloryby. Lód, jaki zastaliśmy w połowie lutego był twardy, ostry, jakby szykujący nową barierę. Do tego występował w akompaniamencie ciężkich chmur i pierwszych szarych wieczorów.
Lodowe zakątki świata mają w sobie coś bajecznego i niesamowitego. Jak raz się je pozna, to działają jak narkotyk, każą do siebie wracać. Opuszczając je, z jednej strony pojawia się nieokreślona ulga, chęć powrotu do domu, do bezpiecznych stron, a z drugiej już mości się w sercu ziarenko tęsknoty, które będzie powoli kiełkować i przypominać o magii białych krain Arktyki i Antarktydy.
Opuszczając Morze Rossa nie byliśmy pewni gdzie popłyniemy – czy będzie to Nowa Zelandia, czy może ciepłe wyspy Polinezji Francuskiej. Z tego południowego krańca świata można wybrać najróżniejsze drogi powrotu do cywilizacji. Dystans do pokonania do Nowej Zelandii jest niewątpliwie najmniejszy, ale okupiony podwiatrową jazdą po najwietrzniejszym z oceanów. Kusiło nas Tahiti, leżące niecałe 1000 mil dalej niż Auckland, ale pozwalające płynąć pod lepszym kątem do większości hulających tu wiatrów. Tahiti wciąż jest jeszcze w strefie huraganowej i bezpiecznie będzie tam dopiero w maju. Kolejną opcją, najlepszą jeśli chodzi o wiatry mógłby być Cape Horn i Patagonia. Z Pacyfiku nie chcieliśmy jeszcze uciekać, dlatego wybraliśmy męczącą trasę na północ, ku brzegom Nowej Zelandii.
Po opuszczeniu pasa paku lodowego chroniącego bram Morza Rossa jeszcze przez pięć dni góry lodowe przypominały nam, że jesteśmy na wodach Antarktydy. Przez całe dni wypatrywaliśmy na wodzie białych przeszkód i je wymijaliśmy. Najtrudniejszym czasem była noc, która jest coraz dłuższa i towarzyszy nam od opuszczenia Cape Adare. Góry lodowe można wypatrzeć na radarze. Jednak te mniejsze kawałki, które mogłyby wyrządzić nam niewyobrażalne szkody przy dużej prędkości, są dla wynalazków techniki niewidzialne. Dlatego każdej nocy redukowaliśmy żagle do minimum i płynęliśmy ostro pod wiatr, by zmniejszyć prędkość do 2 – 3 węzłów. Staraliśmy się wypatrywać lód, jednak gdy było zupełnie ciemno, liczyliśmy na to, że minimalna prędkość przy ewentualnym spotkaniu z lodem uchroni nas przed uszkodzeniem. Zawsze to lepiej wjechać w przeszkodę dziobem, niż stojąc w dryfie być rzucony burtą na lodowy growler. Liczyliśmy przy tym na to, że jeśli w promieniu sześciu mil nie widać na radarze żadnej przeszkody, to i drobiazgu lodowego być nie powinno. Najwięcej growlerów widzieliśmy w ciągu naszych pierwszych dwóch dni, kiedy góry towarzyszyły nam przez cały czas płynięcia. Kiedy wydawało nam się, że wyszliśmy z zasięgu lodu, po prawie całym dniu czystej jazdy, piątego dnia na horyzoncie ujrzeliśmy olbrzymią, postrzępioną górę lodową. Powitaliśmy ją stekiem przekleństw, po czym mieliśmy kolejną nadwyrężającą nerwy noc.
Pierwszy sztorm, jaki przetoczył się nad nami dał nam się we znaki. Przede wszystkim ze względu na strach przed lodem czyhającym wśród wysokich fal. Z napięciem wysiadywaliśmy na wachtach wyostrzając wzrok do granic możliwości. Podczas jednej z nocy Doktore zaczął opowiadać mi o testach łódek, które czasem przegląda w sieci. Nowe modele poddawane są różnym wypadkom, na przykład zderzeniom z innym obiektem… Takie historie nie uspakajały. Przez te dni czuło się w powietrzu napięcie, pomimo, że wszystkim nam dopisywały humory. Przejmujące zimno jakie niósł silny wiatr potęgowały chlusty lodowatej wody, przelewającej się przez pokład przy podwiatrowej żegludze. Fale wpadały do kokpitu zamieniając go na kilka chwil w wannę wypełnioną wodą. Jedna z fal przetoczyła się z taką siłą, że odpaliła Doktorowi stojącemu za sterem kamizelkę ratunkową. Nie był to może najsilniejszy ze sztormów (wiatr do 53 węzłów), jednak wymęczył nas. Świadomość obecności lodu kryjącego się między białymi grzywami wzburzonego Oceanu Południowego dręczyła i przerażała. Nocne piłowanie pod wiatr z minimalną prędkością było wyczerpujące przede wszystkim psychicznie. Ale mamy to już za sobą. Dzisiaj pierwszy raz świeci piękne słońce i ocean zmienił kolor ze stalowego na przepięknie granatowy. Nad ranem wiatr odkręcił i w końcu nie płyniemy pod wiatr, tylko spokojnie suniemy z 35 węzłowym wiatrem po białych grzywach fal. Fale zmalały z dochodzących do 10 metrów do 6 metrowych.
Warunki w kambuzie znacznie się poprawiły. Już nie trzeba zapierać się nogami i jednocześnie łapać przedmioty, które wyrzucane były w powietrze przez fale złośliwie uderzające w burty. Pomimo trudnych warunków przy podwiatrowej jeździe przez te dni ani razu nie uciekliśmy do zapasów liofilizowanej żywności, którą wystarczy zalać wrzątkiem i obiad gotowy. Codziennie wachty kambuzowe przygotowują normalne posiłki. Tylko czasem wyzywają fale, które po raz kolejny wywracają durszlak z makaronem lub próbują wylać wrzątek z garnka.

Jest sobota 21 lutego, godzina 1600 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja 55 26S 173 06E. Do Auckland pozostaje nam jeszcze około 1300 mil morskich.

Napisane przez: Mariusz | 2015/02/16

Żegnamy się z Morzem Rossa

Mariusz:
Obawy nasze potwierdziły się. Wyspa Coulmana rosła w oczach, w miarę jak zbliżaliśmy się do niej. Cała pokryta była grubą warstwą lodu. Zaczęliśmy sobie wyobrażać, jak wspaniały uczuciem byłby zjazd na nartach z ponad 2000 m. Lód spływał aż do samej wody. Wyspa leży blisko lądu, zaledwie kilka mil od kontynentu, a właściwie dwóch jęzorów lodowców. Stąd cieśnina zawsze wypełniona jest lodem, ale wschodnia część wyspy bywa czysta. Ten rok jest jednak zgoła inny. Jeszcze nigdy nie było tutaj tyle lodu. Na gęsty pak natknęliśmy się na zaledwie dwie mile przed wyspą. Niestety na poziomie północnego krańca rozrósł się do 12 mil. To wyglądało na pułapkę, z której moglibyśmy nie wyjść. Myślałem o próbie przebijania się przez lody, by dotrzeć do jednej z największych kolonii pingwinów cesarskich, ale był to zbyt ryzykowny pomysł.
Dostaliśmy w międzyczasie informację, że koledzy z Selmy w idealnych warunkach pogodowych dotarli do Zatoki Wielorybiej i przy braku lodu dopłynęli do jej końca. Poprawili o 666 metrów naszą pozycję. Dalej na południe popłynąć się nie da, przynajmniej w tym roku, gdyż szelf w tym miejscu ciągle cofa się. Niesamowitym jest to, że w jednym roku dotarły tu tylko dwie jednostki i że są to Polskie jachty.
Popłynęliśmy w kierunku Przylądka Adare, by tylko przekonać się, że jest chroniony 20 milowej szerokości barierą lodową. Podjęliśmy dwie próby przebijania się, ale za każdym razem kończyły się tak samo – bezskutecznie
Nie pozostało nic innego, jak podjąć decyzję o odwrocie. Dłuższa zabawa tutaj w tych trudnych warunkach nie miała sensu. Na morzu zaczęliśmy obserwować pierwsze placki zamarzającej wody. Zaczynało robić się coraz chłodniej. Mamy nadzieję, że Selmowcy (jak ich nazywamy) nie przegną z czasem i zdążą opuścić Morze Rossa przed jego zamarznięciem.
Zachodnie przejście zamknęło się. Nie chciałem już tak szarżować, jak podczas naszego wpływania na Morze Rossa. Kilkadziesiąt mil na wschód od niego był pas wolnej wody i tam skierowaliśmy się. Wolna od lodu woda jest pojęciem umownym, gdy jest to tylko przesmyk między dużymi koncentracjami lodu. Przekonaliśmy się o tym nie raz i teraz było podobnie. Na północ od nas szalał sztorm i naniósł całkiem rozbudowaną martwą falę. Lodu w przesmyku nie było na szczęście zbyt dużo, ale wyglądał na zdrowy i kontakt z nim nie wchodził w rachubę. Rozhuśtane tafle lodu czyhały na naszą burtę, ale spokojne manewrowanie między nimi przez dziewięć uważnych godzin wyprowadziło nas w końcu na wolną od lodu wodę.
Musimy ciągle zachowywać ostrożność. Minęło już półtorej doby od wyjścia z lodów, a my ciągle mijamy góry lodowe i growlery. Wyszliśmy z obszaru permanentnego dnia. Właśnie przekroczyliśmy koło polarne. Na szczęście od pierwszego sztormu dzieli nas jeszcze 36 godzin.

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 182 obserwujących.