Napisane przez: Mariusz | 2015/07/29

Relaks na nurkowiskach Nowej Irlandii

Mariusz:

Płytkie wody zatok Duke of York mają bajeczny kolor, ale ich przeźroczystość pozostawiała wiele do życzenia. Po dniu spędzonym na pławieniu się w wodzie czas było na zmianę otoczenia. Okolice Rabaul słyną z niezłych wrakowych nurkowisk. Leży tam kilka okrętów i samolotów zatopionych w czasie II Wojny Światowej. Ten rodzaj nurkowania nie należy do Hani ulubionego, a już z pewnością nie jest odpowiednim dla Oli i Janka, którzy dopiero co po raz pierwszy zeszli pod wodę przy Tewara. Postanowiłem więc po raz kolejny postawić żagle i wpłynąć na Morze Bismarcka, by udać się w północne okolice Nowej Irlandii.
Nowa Irlandia jest wąską, ale długą na 200 mil wyspą. Na zachód od niej leży Nowy Hanower, który w większej części otoczona jest laguną. Miejsce to uznawane jest za najlepsze na Nowej Gwinei do spotkania oceanicznej ryby. Póki co ryby te dały nam się we znaki urywając większość przynęt.
Żegluga po wodach Papui Nowej Gwinei bardzo często wymusza używanie silnika. Okresy bezwietrzne występują tutaj niezwykle często. Morze Bismarcka leżące między Nową Brytanią a Nową Irlandią rzadko nawiedzają pasaty. Ale ten rok jest nieco inny, za sprawą El Ninio. Silny wiatr, którego nie zapowiadała żadna z prognoz, towarzyszył nam niemal od początku. Pozwoliło to na szybką żeglugę i mimo dużej redukcji powierzchni żagli, po 14 godzinach wpływaliśmy pomiędzy Nową Irlandię a Djaul Island. Przy brzegach tej ostatniej zamierzałem spędzić sobotni dzień, ale dopływaliśmy do niej jeszcze przed świtem, co wymusiło zmianę planów i popłynięcie w okolice Nowego Hanoweru. Na północy Nowej Irlandii leży stolica prowincji Kavieng. Nie chciałem tam zawijać, by uniknąć obowiązku dokonywania odprawy. Tutaj w każdym mieście, gdzie są celnicy powinniśmy odprawiać się. Nie dość, że zabiera to czas, to narażani jesteśmy na wymuszanie na nas nieformalnych opłat, czy to w formie kilku butelek wina, czy wręcz w gotówce. Tak wygląda tu organizacja życia.
Na temat miejsc do kotwiczenia w tym rejonie nie znalazłem żadnych informacji. Nic dziwnego, skoro prawie nikt tu się nie zapuszcza. Do tego nasza mapa Navionicsa przesunięta była o około milę w stosunku do rzeczywistości, a więc poza zakresem możliwości jej skorygowania. Tym razem mapy Maxsea były dokładniejsze i po analizie zdjęć satelitarnych z Google Map zdecydowałem wpłynąć Katharsis II w lagunę pomiędzy Nową Irlandię a Nowy Hanower w okolice kilku uroczych, małych wysepek, skąd mieliśmy mieć blisko do najlepszych miejsc nurkowych, w przesmykach między wyspami. Z pomocą Janka na bomie, Hani na dziobie i naszej sondy patrzącej do przodu bez większych problemów przeciskaliśmy się między rafami, by w końcu rzucić kotwicę w bezpiecznie wyglądającym miejscu. Stanęliśmy w równej odległości między Upos a Utokol Island bardzo blisko dwóch raf. Po kilku minutach mieliśmy na pokładzie pierwszego gościa, sołtysa (jak go nazwaliśmy) z Upos Island. Douglas radził nam byśmy się przestawili we wcięcie w rafie w samym przesmyku, gdyż nikt jeszcze w lagunę się nie zapuszczał. Ale myśmy stali wmurowani, jak w beton i nie było sensu ponowne przeciskać się między rafami, by stanąć w miejscu z silnymi prądami. Zgodziliśmy się co do wysokości opłaty za kotwicowisko i mogliśmy rozpocząć wakacje, jak nazwaliśmy naszą przerwę w żegludze po Papui Nowej Gwinei.
El Ninjo przyniósł ze sobą podwyższoną o jakieś 2 stopnie temperaturę wody. Woda była ciepła jak zupa, a jej temperatura miejscami przekraczała 30 stopni. W lagunie nie spotkaliśmy dużej ryby. Rekiny miały czekać na nas na zewnątrz. Nie mniej Agata i tak nie chciała wychodzić z wody, gdyż różnorodność rafowych ryb była porażająca. Miejsca do nurkowania w przesmykach Byron i Planet uznawane są za trudne. Trochę obawialiśmy się zabierać ze sobą niedoświadczonych nurków. Pierwsze zejście pod wodę zrobiliśmy tylko w trójkę z Hanią i Zbyszkiem. Woda przy Byron Wall była niestety średnio przeźroczysta, ale zrekompensowały to trzy żarłacze. Były bardzo ciekawskie i przez kilka minut krążyły wokół nas. Ciepła woda zniechęcała jednak innych przedstawicieli głębin do zbliżenia się do rafy. Mieliśmy w tym roku pecha, podobnie jak rok temu w Marovo Lagoon, gdzie dopiero druga wizyta po miesiącu odsłoniła urok tego miejsca.
Wielkich drapieżników nie spotkaliśmy, ale za to gości w postaci lokalnej ludności mieliśmy w nadmiarze. Mieszkańcy okolicznych wysp wyglądem przypominali tych z Wysp Salomona. Byli bardzo przyjaźni. Podpływały do nas nie tylko dzieci, ale i całe rodziny, ciekawe białych przybyszy i ich wielkiego jachtu. O mieszkańcach Nowego Hanoweru nie wypowiadali się inaczej, jak „Ci dzikusi”. Każdy ma w sobie widocznie poczucie pewnej wyższości i odrobinę rasizmu. To było widoczne i tutaj. Nie mniej handel szedł na całego. Wymienialiśmy nasze zapasy na owoce, kraby, homary, rafowe ryby, muszle. Pojawił się nawet osobnik z prawdziwym obrazem, przedstawiającym scenkę krajobrazową. Pewnie należał do jakiegoś niemieckiego osadnika, skoro były tu w swoim czasie Niemieckie Terytoria Zamorskie.
Papua Nowa Gwinea nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Dzięki złej reputacji turystyka kuleje, a odwiedziny żeglarzy należą do rzadkości. Wprawdzie pytani ludzie odpowiadają, że owszem, jachty często pojawiają się, ale gdy temat drążony jest głębiej, to okazuje się, że ostatnio przypłynął jakieś trzy lata temu. My w ciągu miesiąca pobytu spotkaliśmy tylko jedną jednostkę, na dobre zakotwiczoną w Rabaul. Pomni złych doświadczeń żeglarzy opisywanych na portalach, staraliśmy się pilnować i nie prowokować niebezpiecznych zdarzeń. Przyjęliśmy zasadę pojawiam się i znikam. Do pierwszej próby kradzieży doszło na Kirwinie, ale została udaremniona przez Hanię. Była na tyle bezczelna, że zdążyliśmy zareagować. Tym razem przybysze odwiedzili nas w środku nocy. Ponownie Haneczka została jako pierwsza wyrwana ze snu. Drobni rabusie zostali spłoszeni, oddalając się ze swoimi skarbami w kierunku Nowego Hanoweru. Najdziwniejszą ich zdobyczą był kosz z kremami do opalania. Wymknęło się nam kilka niepoprawnych politycznie określeń, ale straty nie były poważne i nie popsuły humorów i pozytywnego odbioru naszego pobytu.
Spenetrowaliśmy jeszcze trzy miejsca na północ i Zachód od Nowego Hanoweru. Mimo braku dokładnej mapy udało nam się znaleźć rafę, o której wiedziałem, że leży około kilometra od bariery rafowej przy North East Passage. Słynie z wielkiej ryby, gdyż mieszają się tu różne prądy. Widoczność pod wodą przekraczała 40 metrów. To rekompensowało brak oceanicznej ryby. Pływanie wśród ławic barakud, rogatnic, czy angel fish sprawiło nam wystarczająco dużo frajdy. Pod wodą doszło do spotkania z lokalnymi poławiaczami ryb, polującymi z kuszami i dzidami. Byli wniebowzięci, gdyż udało im się złapać 2-metrowego rekina. Szkoda ryby, ale w ich przypadku był to połów dla mięsa, a nie dla płetwy. Wracali wyraźnie podekscytowani niełatwą zdobyczą.
Mieszkańcy zachodniej części Nowego Hanoweru wcale nie okazali się dzikusami. Byli bardziej wycofani, nie nachalni. Pozwoliło nam to złapać chwilę oddechu i prawdziwie odpocząć. Spędziliśmy cały dzień przy bezludnej wyspie, czując się niczym Robinson Cruzoe.
W czwartkowy wieczór 23 lipca podnieśliśmy kotwicę z nad rafy przy Au Island i
udaliśmy się w kierunku Madang, gdzie mieliśmy zakończyć ten etap żeglugi.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/22

Nowa Brytania

Po dwóch intensywnie spędzonych dniach na Kiriwinie, w poniedziałek 13 lipca o zachodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Port Kaibola obierając kurs na północny kraniec Nowej Brytanii. Prognoza pogody po raz kolejny się nie sprawdzała. Zapowiadana była bezwietrzna aura, ale na nasze szczęście wiał silny południowy wiatr o sile powyżej 28 węzłów. Widząc, jakie mamy warunki, Mariusz postanowił postawić grota na drugim refie i staysaila. Niby nieduży zestaw żagli, ale przy tak silnym wietrze bez problemu osiągaliśmy prędkość 10 węzłów, a nierzadko śmigaliśmy z regatową prędkością 12 węzłów. Do pokonania mieliśmy dystans 300 mil morskich. Wiatry sprzyjały nam do samego końca, dzięki czemu udało nam się do Kokopo dopłynąć w 30 godzin. Dopływając do Kokopo wyszliśmy z kręgu kula i wpłynęliśmy do wulkanicznej krainy zamieszkiwaną w większości przez Tolai.
Mariusz planował, by dotrzeć do Kokopo w środę rano, kiedy to rozpoczynał się Festiwal Warwagira. Będąc o 2 nad ranem mieliśmy jeszcze chwilę na drzemkę. Festiwal corocznie rozpoczyna się od przypłynięcia na plażę w Kokopo Duchów Leśnych (dukduks) wraz z towarzyszami. Mieli oni pojawić się o wschodzie słońca, czyli około 5 nad ranem, a przypłynęli dopiero o 0630. Od świtu widzieliśmy tłumy czekające na pojawienie się pirogi z tancerzami. My czuwaliśmy w kokpicie, a dokładniej Mariusz z lornetką wypatrywał mające zbliżać się do plaży łodzie, ja drzemałam w kokpicie, a reszta załogi w kojach. Jak tylko delegacja pojawiła się na horyzoncie wskoczyliśmy z Mariuszem do pontonu i pomknęliśmy, by przyjrzeć się uczestnikom festiwalu z bliska. Cały konwój składał się z tradycyjnej pirogi oraz asekurujących ją kilku łodzi z silnikami. Pirogę zajmowały Duchy Leśne, czyli tancerze w strojach z liści ze szpiczastymi papierowymi maskami na głowach. Tańczyli oni w rytm wybijany przez grupę z bębnami znajdującą się na asekurujących łodziach. Wszyscy mężczyźni mieli odkryte torsy, a na pasie przewieszone laplapy. Twarze wysmarowane mieli popiołem. Ich postury wzbudzały respekt, głównie za sprawą rzeźby mięśni. Mężczyźni byli więksi, w porównaniu do mieszkańców południowo wschodniej Papui i mieli w swym wzroku coś elektryzującego i groźnego. Po wylądowaniu na plaży przybyłych przywitał tłum oczekujących. Wśród gapiów było wielu Tolai i znaczna grupa białych turystów. Pokazy festiwalowe odbywały się od godziny 1000 na placu nieopodal plaży. Grupy, które nie przypłynęły łodziami dojeżdżały na festiwal ciężarówkami. Przyglądać się występom pojechali Agata, Janek, Olka i Zbyszek. Mariusz i ja zostaliśmy na pokładzie. Kokopo ma bardzo złą reputację i kręci się tu mnóstwo łódek z szybkimi silnikami, dlatego nie chcieliśmy zostawiać Katharsis II bez opieki. W okolicach Kokopo dochodziło do napadów na jachty, dlatego zostaliśmy tam jedynie na jeden dzień bez dodatkowego noclegu, pomimo, że festiwal miał trwać do niedzieli. Te kilka godzin musiało nam wystarczyć, żeby nacieszyć się festiwalem, gdyż bezpieczniej było z Kokopo odpłynąć i przenieść się o kilkanaście mil w okolice Rabaul. Nasza delegacja na lądzie obejrzała kilka tańców Duchów Leśnych, odwiedziła targ i w pełni usatysfakcjonowana wróciła na jacht. Ekipa stwierdziła, że nie pasujemy do sporej grupki białych turystów, przybyłych na festiwal i jeden festiwalowy dzień w zupełności nam wystarczy.
Do Simpson Harbour przy Raboul wpłynęliśmy późnym popołudniem. W tych mało bezpiecznych rejonach, zwłaszcza przy większych skupiskach ludzkich, dobrą praktyką jest pojawianie się w nowym miejscu na noc i zostawanie tylko na jeden następny dzień. Przed kolejnym zachodem słońca dobrze jest już podnosić kotwicę i odpływać w nowe miejsce. Nie daje to możliwości lokalnej ludności, która może mieć złe zamiary (a wiemy, że incydenty się zdarzają – nawet na Kirwinie doszło do próby kradzieży i małej przepychanki), by zorganizować się przeciwko nam. Taką taktykę zastosowaliśmy w Raboul, pomimo, że ma opinię bezpiecznego miejsce. Po spokojnej nocy, wybraliśmy się na wycieczkę. W okolicach Yacht Clubu wiało pustką, ale Mariuszowi i Zbyszkowi udało się jakoś zorganizować transport. Niesamowitym jest to, jak miejscowi, przy braku konkurencji próbują naciągać turystów. Początkowa oferta na zwiedzanie okolic opiewała na 1300 kina, czyli około 2000 zł. Mariusz nie lubi się targować i stara się wspomagać, jak tylko można lokalną społeczność, ale to była przesada. Zgodziliśmy się na 500, co i tak było wygórowaną stawką.
Rabaul było niegdyś stolicą prowincji Wschodnia Nowa Brytania. Po zasypaniu miasta przez pył wulkaniczny po erupcji wulkanu Tavurvur w 1994 roku stołectwo przeniesiono do Kokopo. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od odwiedzenia gorących źródeł Rababa, do których droga prowadzi przez szaro-brązową pustynię pokrytą pyłem wulkanicznym, czyli miejsce, gdzie kiedyś było urokliwe miasteczko Rabaul. W niektórych miejscach widać było pozostałości po zasypanych budynkach. Widok jest przygnębiający, jeśli pomyśli się o tętniącym w tym miejscu życiu jeszcze 21 lat temu. W czasie erupcji zginęły zaledwie dwie osoby, dzień przed wybuchem ewakuowano większość mieszkańców. Życie miejskie przeniosło się w okolice portu, a półwysep, na którym stało miasto porastają pojedyncze drzewa i krzewy oraz trawy. Z perły Nowej Brytanii nie zostało nic. Wulkan odezwał się ponownie w sierpniu zeszłego roku, dorzucając do pyłu mnóstwo drobnych i większych kamieni wulkanicznych. Przy gorących źródłach przywitał nas właściciel tych ziem i grupka handlarzy pamiątkami. Od jednej z kobiet kupiłam loloi, czyli tutejsze tradycyjne pieniądze muszlowe. Zrobione są one z drobnych muszelek ciasno ponawlekanych i uformowanych w pierścień. Gorące źródła jaskrzyły się pomarańczowymi barwami, co pięknie kontrastowało z szaro-brązowym piaskiem wulkanicznym, szmaragdową wodą w zatoce, zielonym szczytem Turangunan oraz złoworogo dymiącym szarym wulkanem Tavurvur.
Nowa Brytania była częścią zamorskich posiadłości niemieckich. W czasie II Wojny Światowej bazę mieli tutaj Japończycy. Stacjonowało ich ponad 20000, z całą flotą okrętów. Zbudowali system tuneli o długości ponad 100 mil. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by odwiedzić bunkier, w którym przebywał japoński admirał Yamamoto. Podobno spędził tu ostatnią noc swojego życia, zanim wyruszył w kierunku Guadacanal, gdzie został zastrzelony przez Amerykanów. Osobiście nie przepadam za ciemnymi i ciasnymi pomieszczeniami, gdzie odczuwam klaustrofobię. Tunele również nie należą do moich ulubionych miejsc, ale zajrzeliśmy do nich w drodze ze stacji kontrolującej aktywność wulkaniczną. Ponoć w ciągu dwóch miesięcy wulkan ponownie da o sobie znać.
Mimo, że jeździliśmy odkrytym samochodem, upał dał nam się we znaki. Mieliśmy jeszcze wystarczająco sił, by odwiedzić lokalny targ i po uzupełnieniu zapasów świeżynki powrócić na łódkę. Zgodnie z przyjętą zasadą – pojawiam się i znikam – na noc udaliśmy się na odległą o kilkanaście mil, malowniczo poprzecinaną zatokami wyspę Duke of York.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/16

Trobriandy – Wyspy Miłości Malinowskiego

Po pobycie na Tewara przyszedł czas na odwiedziny Wysp Trobrianda. Do pokonania mieliśmy dystans 60 mil morskich. Akwen pomiędzy Wyspami Amphlett a Kiriwiną zmapowany jest jedynie w wąskim pasie. Głębokości w nim są niewielkie, po drodze kilka raf do ominięcia, więc musieliśmy się go ściśle trzymać i nieustannie analizować słup wody pod kilem, by nie narazić się na utknięcie na mieliźnie. Wiał znacznie silniejszy wiatr niż zapowiadały to prognozy pogody. Zamiast 15 węzłów doświadczaliśmy wiatru o sile ponad 30 węzłów. Mariusz zdecydował się na nocną żeglugę, co tylko podniosło poziom adrenaliny. Kotwicę podnieśliśmy sporo po zmroku i na miejsce planowaliśmy dotrzeć o świcie. Jednak silny baksztagowy wiatr i sprzyjające prądy pozwoliły nam pokonać trasę znacznie szybciej i już o 5 nad ranem rzucaliśmy kotwicę przy Louisa no południu Kiriwiny. Przy silnym południowo-wschodnim wietrze było to niekomfortowe miejsce na postój, gdyż całkowicie wystawione na wiatr i falę. Dodatkowo z kotwicowiska na ląd czekała nas 4 milowa przeprawa pontonem, gdyż południowy brzeg otacza płytka woda i nie mogliśmy Katharsis II podpłynąć bliżej lądu. Silny wiatr rozbudował falę i jazda pontonem wiązałaby się z zalewaniem nas przy niemalże każdej fali. Po krótkiej drzemce Mariusz podjął decyzję, iż płyniemy na północ, w okolice wioski Kaibola. Od urzędnika imigracyjnego z Alotau mieliśmy informację, iż niedawno wybudowano tam solidny pomost betonowy i że jest to dobre miejsce na kotwiczenie. Nie mieliśmy tej informacji potwierdzonej w żadnym przewodniku, ani nawet na Google Map, ale stwierdziliśmy, iż zaryzykujemy, gdyż stanie koło Louisa było fatalne. Dodatkowy atut Kaiboli to jej bliższe położenie względem Okamarany, do której się wybieraliśmy.
Warto było zaryzykować, gdyż Kaibola okazało się rewelacyjnym kotwicowiskiem przy tych warunkach pogodowych. Przy północnym brzegu byliśmy idealnie osłonięci od silnego południowego wiatru, a i informacja o pomoście się potwierdziła. Po rzuceniu kotwicy popłynęliśmy na ląd zorientować się , czy uda nam się zorganizować transport z Kaiboli do oddalonej o 8 km Omarakany. Jak tylko pojawiliśmy się na lądzie od razu zainteresowali się nami mieszkańcy wioski. Pokazywali nam swoje rękodzieła, delikatnie namawiając do ich kupna. To pierwsza wyspa, na której widać było zmiany w mentalności ludzi spowodowane kontaktami z turystami. Każdy z nas nabył przynajmniej jedną pamiątkę. Kiriwina słynie z rękodzieła. Poszczególne wioski specjalizują się w wytwarzaniu najróżniejszych rzeźb, stolików, mahoniowych lasek, naszyjników, miniatur piróg . Kupowanie wyrobów od lokalnej ludności, to nie tylko zbieranie pamiątek z podróży, ale także wspieranie mieszkańców, dla której handel z turystami, to często główne źródło dochodu. Mieszkańcy Kaibola są dobrze przygotowani do wymiany, gdyż regularnie przypływają tu duże statki wycieczkowe. Poza ciekawą wizytą w wiosce i kupnem pamiątek, udało nam się także zarezerwować busa na następny dzień, który miał nas zawieźć do Omarakany. Gdy wspominaliśmy, że jesteśmy z Polski i chcemy odwiedzić Omarakanę, bo tam 100 lat temu badania antropologiczne prowadził nasz rodak, mieszkańcy podawali nam jego nazwisko. Malinowski jest na Trobriandach bohaterem, którego pomimo upływającego czasu mieszkańcy wciąż rozpoznają. To niezwykłe dotrzeć do zakątka na Ziemi, można powiedzieć na koniec świata, i słyszeć zewsząd miłe opinie na temat swojego rodaka.
Spacerując po Kaibola spotkaliśmy tutejszego wodza i jego kanclerza, którzy zapowiedzieli się z wizytą na Katharsis II. Mariusz przywiózł ich pontonem. Usiedliśmy razem w kokpicie i po kurtuazyjnej pogawędce kanclerz Amos Mowana poinformował nas, iż wódz wioski Kaibola – Lukas Meyodibu z klanu Malasi oczekiwałby z naszej strony wsparcia pieniężnego dla lokalnej ludności. Statki turystyczne każdorazowo płacą wodzowi opłatę za postój jako dotację dla mieszkańców, więc i my powinniśmy. Stwierdziliśmy, że z przyjemnością to zrobimy. Kanclerz zaproponował kwotę 500 kina, czyli około 700 złotych. Wycieczkowce na 2000 turystów wnoszą dotację w kwocie 2000 kina. Stwierdziliśmy, że zaproponowana dla naszej 6-osobowej załogi kwota jest nieadekwatna do tej jaką przekazują statki turystyczne i zgodziliśmy się wspólnie z wodzem, że 300 kina będzie odpowiedniejszą kwotą. Wódz zaproponował także zaufanego człowieka, który za rozsądną kwotę miał z pomostu doglądać Katharsis II, podczas naszej wycieczki w głąb wyspy. Przystaliśmy na propozycję i po zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia odwieźliśmy wodza i jego kanclerza z synem na ląd.
Na drugi dzień, w poniedziałek 13 lipca, czekała nas wyczekana wyprawa do naczelnego wodza Pulayasiego Daniela z klanu Tubalu do wioski Omarakany. Nasz tegoroczny rejs po Papui Nowej Gwinei zbiega się z setną rocznicą pobytu na Trobriandach Bronisława Malinowskiego, znakomitego polskiego antropologa. Nasz rodak prowadził w tym rejonie wnikliwe badania, które zaowocowały ukazaniem się kilku książek, w tym „Życia seksualnego dzikich”. Książka ta przyniosła rozgłos Malinowskiemu, a przede wszystkim sprawiła, iż zwyczaje tej niewielkiej wyspy poznał cały świat. Istotną pozycją dla świata antropologii jest także książka „Argonauci zachodniego Pacyfiku”, w której Malinowski analizuje między innymi zwyczaj kula.
Planując rejs chcieliśmy odwiedzić miejsca, w których nasz rodak prowadził 100 lat temu tak ciekawe badania. Pojawił się jeszcze jeden ciekawy, bardziej aktualny aspekt… Agata z Jankiem szykując się na wyprawę Katharsis II starali się pozyskać jak najwięcej informacji i znaleźć ciekawe książki dotyczące Papui Nowej Gwinei. Podczas swoich poszukiwań natrafili na książkę Aleksandry Gumowskiej „Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później”, która jest wynikiem prowadzonych badań porównawczych na Kiriwinie. Autorka książki dotarła do naczelnego wodza Trobriandów i, tak jak Malinowski 100 lat wcześniej, mieszkała w Omarakanie podpatrując zwyczaje mieszkańców. Następnie opisała swoje spostrzeżenia odnosząc się to badań Malinowskiego. Przed wizytą na Trobriandach była to dla nas ciekawa lektura, gdyż pozwalała nie tylko przyjrzeć się zwyczajom lokalnej ludności w dzisiejszych czasach, ale także poznać konkretne osoby. Możliwe było, że tych ludzi dane nam będzie spotkać gdzieś na Kiriwinie.
Krótko przed wyjazdem Agata wpadła na pomysł, żeby skontaktować się autorką książki Aleksandrą Gumowską, by zapytać co powinniśmy ze sobą zabrać i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się na Trobriandy. Pomyślała także, że może pani Aleksandra będzie chciała przekazać przez nas przesyłkę komuś w Omarakanie. Wiadomość zwrotna od Pani Gumowskiej przyszła i była w niej mowa o przekazaniu od niej naczelnemu wodzowi świni, która jest cennym towarem na Trobriandach i niezbędnym elementem ważnych uroczystości. Gdy ta informacja dotarła od Agaty do nas, to najpierw nieźle się uśmialiśmy wyobrażając sobie biegającą po pokładzie Katharsis II świnię, a już po chwili zastanawialiśmy się jak to zrobić. Tomek od razu powiedział, że zwierzę nie może wolno chodzić, bo ma ostre kopyta i zniszczy drewno tekowe. Mariusz zaproponował, że zamówimy dla świni specjalną skrzynię i przymocujemy ją do specjalnych uchwytów na dziobie, do których przypięty był podczas wyprawy na Antarktydę 1000-litrowy zbiornik z paliwem. Następnie zaczęliśmy się zastanawiać czym będziemy pasażera karmić przez kilka dni rejsu i analizowaliśmy możliwość wystąpienia choroby morskiej. Gdy temat transportu, zabezpieczenia świni i jej zaprowiantowania był omówiony, zidentyfikowaliśmy największą przeszkodzę – Zbyszek!!! Stwierdziliśmy, że gdy nasz przyjaciel i ogromny miłośnik zwierząt zapozna się ze świnią, to na pewno ją polubi. Gdy następnie dowie się, że świnia ma być przekazana wodzowi, by stać się przy istotnej okazji najważniejszym daniem w menu uroczystości, to na pewno nie pozwoli nam zwierzaka na Kiriwinie zostawić. Omawiając trudności związane z przekazaniem przesyłki od pani Aleksandry i znajdując powoli rozwiązanie dla każdej z nich, dostaliśmy wiadomość od Agaty. Okazało się, że nie będziemy wieźli żywej świni, tylko ekwiwalent pieniężny, za który wódz będzie mógł kupić świnię i uświetnić nią uroczystość we wiosce. Z jednej strony nam ulżyło, ale już zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że będziemy mieli tak nietypowego pasażera na pokładzie.
W poniedziałkowy poranek, po zostawieniu Katharsis II pod okiem zaufanego człowieka od wodza Meyobidu, pojechaliśmy do Omarakany. Nasza wizyta została zapowiedziana przez Aleksandrę Gumowską i w dzień przed naszym przyjazdem do Omarakany dodatkowo przez jedynego lekarza na wyspie, który pomógł zorganizować nam transport. Nasz przyjazd nikogo nie zaskoczył. Wódz Palayasi Daniel wraz z ulubioną żoną, jak o Boyogimie mówi w swojej książce Gumowska, oraz dziećmi, wnukami i innymi członkami rodziny, czekał w swoim domu, gdzie nas przyjęto. Wódz siedział na krześle, a wszyscy pozostali, jak i my, siedzieliśmy na podłodze na matach z liści palmowych. Z kontaktach z wodzem ważne jest, by nigdy nie mieć głowy wyżej od niego. Było to trudne zadanie dla Mariusza, bo nawet jak siedział na macie na podłodze, a wódz na krześle, to musiał się pilnować i dodatkowo garbić plecy, bo wyprostowany przewyższał wodza. W imieniu wodza przemawiali Yogs i Patimo, siedzący pomiędzy nami i wodzem. Najpierw Mariusz podziękował wodzowi, za przyjęcie nas. Następnie przekazał list od nas, do którego poza wyrazami szacunku, dołączyliśmy dotację na rzecz ludności Omarakany (nauczeni już tego zwyczaju przez wodza Kaiboli). Pozwoliliśmy sobie także na przekazanie wodzowi czapeczki z daszkiem oraz koszulki z wyhaftowaną nazwą Katharsis II. Następnie Agata złożyła na ręce Patimo Pakalaki list od Aleksandry Gumowskiej do wodza wraz z pieniędzmi na wspomnianą świnię. Porozmawialiśmy chwilę o wiosce, o badaniach naukowych prowadzonych na Trobriantach przez polskich naukowców, o zwyczaju kula, o ważnym święcie yamu (najważniejszego warzywa w jadłospisie Trobrianczyków), które nie odbyło się wyjątkowo w tym roku, gdyż mieszkańcy Omarakany musieli oddać swoje plony na rzecz budowy kościoła. Rzeczywiście spichlerze yamowe były zaledwie w połowie pełne, mimo zakończenia zbiorów. A to one świadczą o majętności i ważności tutejszych mieszkańców.
Podczas pobytu w domu wodza przyglądałam się zgromadzonym tam ludziom i starałam się przyporządkować prawdziwych ludzi, do tych o których czytałam w książce Gumowskiej. Największe wrażenie wywarła na mnie żona wodza Boyogima. Jej uroda i szlachetne rysy oczarowywały w jakiś niewyobrażalny sposób. Patrząc na tą kobietę rozumiałam dlaczego ten sympatyczny i jakby beztroski z wyglądu mężczyzna, będący wodzem zgromadzonych wokół nas ludzi, upodobał sobie tą jedną z czterech żon i dla niej złamał zwyczaj życia w odosobnieniu w tradycyjnym wodzowskim domu i zamieszkał z nią pod jednym dachem.
Po wizycie w domu wodza oprowadzeni zostaliśmy po wiosce. Obejrzeliśmy tablicę pamiątkową poświęconą Bronisławowi Malinowskiemu. Znajduje się ona nieopodal domu wodza, w miejscu gdzie sto lat temu stała chata polskiego uczonego. Ufundowana została przez Uniwersytet Jagielloński i przywieziona na Kiriwinę przez polskich żeglarzy: Monikę Bronicką i Mariusza Dalgasa. Niesamowitym jest to, że tak niewielu żeglarzy gości w tym rejonie świata, ale przynajmniej kilku naszych rodaków odważyło się na rejs w ten rzadko odwiedzany rejon świata.
Spacerując po wiosce bardzo chciałam spotkać Barbarę – córkę wodza i jej męża Mosco, o których dużo pisała Aleksandra Gumowska. Była nawet przy porodzie ich najmłodszego dziecka. Wizyta w Omarakanie wywarła na nas wszystkich duże wrażenie. Niezwykle było znaleźć się w tak egzotycznym miejscu, będącym w jakiś sposób ważnym miejscem dla historii polskiej nauki.
Po wizycie w Omarakanie nasz kierowca Kenneth zabrał nas do Lousia położonej na południu, będącej najważniejszym ośrodkiem na wyspie. Musiał tam zatankować paliwo i przy okazji pokazał nam kawałek wyspy. Wracając do Kaibola zaproponował, iż zatrzyma się w swojej wiosce Oluwefa, gdzie akurat odbywają się ważne uroczystości. Jego siostra wyprawiała sagali za ich matkę, która zmarła w czerwcu. Jest to bardzo ważna dla Trobriandczyków uroczystość. Opisuje ją w swojej książce Gumowska, dlatego wiedzieliśmy jak ważny moment w życiu mieszkańców mogliśmy obserwować. Sagali jest uroczystością żałobną organizowaną przez rodzinę zmarłego, podczas której dziękuje się wszystkim, którzy pomagali przy pochówku i w czasie żałoby. Jest to skomplikowana i kosztowna procedura zbierania dóbr, a następnie rozdawania ich tym, którzy pomagali. Gdy byliśmy na sagali widzieliśmy jak na środku placu występowała jedna po drugiej z pomagających osób, której następnie znoszono najróżniejsze dary – laplapy (materiały na tradycyjne spódnice), garnki (tradycyjne gliniane i te nowoczesne aluminiowe), nununiga, czyli pieniądze kobiece (tylko kobiety mogą nimi dysponować), prawdziwe pieniądze. Ilość darów i osób obdarowywanych była oszałamiająca. Takie wydarzenie niejednokrotnie rujnuje finanse rodzinne, ale na Trobriandach dzielenie się swym bogactwem jest fundamentem relacji międzyludzkich. Matka Kennetha pochodziła z klanu Lukwasisiga – ważnego, bo tego samego co Boyogima. Może stąd taka wystawność uroczystości sagali.
Kobiece pieniądze nununiga robione są z liści palmowych. Na zielonych jeszcze liściach wytłacza się wzory, następnie się je suszy i tnie w paski, które składane są w wiązki. Im więcej kobieta nununiga zrobi, tym większy jej się szacunek należy. Agata chciała mieć kobiece pieniądze na pamiątkę i wychodząc z sagali udało jej się nowoczesne pieniądze (banknoty kina) wymienić na kilka nununiga.
Późnym popołudniem wróciliśmy na jacht, który przez kilka godzin naszej nieobecności był pod czujnym okiem wysłannika wodza. Podekscytowani wyprawą i spotkaniem z naczelnym wodzem, pełni wrażeń opuściliśmy Trobriandy przed zachodem słońca. Pośpiech spowodowany był rozpoczynającym się w Kokopo na Nowej Brytani festiwalu masek. Chcieliśmy być obecni na jego rozpoczęciu. Szkoda, bo na Trobriandach można by było spędzić niewspółmiernie więcej czasu.

Napisane przez: Mariusz | 2015/07/14

Relaks na wyspach Tewara i Uama – kolebce kula

Mariusz:

Nasz tegoroczny rejs po wyspach Papui Nowej Gwinei zbiegł się z setną rocznicą badań tego obszaru przez Bronisława Malinowskiego. Podczas trzech kolejnych wypraw w latach 1914 – 1918 poznawał życie i obyczaje tutejszej ludności, w szczególności mieszkańców Archipelagu Trobriandów. Międzynarodowy rozgłos przyniosła mu książka „Życie seksualne dzikich”, która rozsławiła na cały świat imię Trobrianczyków, jako wyznawców wolnej miłości. Nie mniej ważną pozycją była książka „Argonauci Zachodniego Pacyfiku” opisująca szerzej ludy zamieszkujące wyspy wschodniej Papui, a w szczególności rytuał kula. Tradycja kula trwa do dziś i ciągle jest kultywowana przez wyspiarzy. Krąg kula (w uproszczeniu) obejmuje wpływem wyspy leżące na wschód od Milnie Bay (w tym Samarai), część Wysp D’Entrecasteaux (z głównym ośrodkiem na Dobu), Wyspy Amphlet, Trobriandy, Wyspy Marchala Benetta, Woodlark i Luizjady. W ramach rytualnych wymian krążą między wyspami naramienniki z białych muszli mwali i naszyjniki z czerwonych muszli soulava (bagi). Bagi wędrują w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara, w kierunku przeciwnym wędrują mwali. Te cenne przedmioty przekazywane są z rąk do rąk i zawsze pozostają w kręgu, zgodnie z zasadą: raz w kula, zawsze w kula. Ceremoniałowi wymiany towarzyszą obrzędy i przy okazji normalny handel.
Trombriandów nie mogło zabraknąć na trasie naszej żeglugi. Zwłaszcza, że wieźliśmy ze sobą podarunek dla naczelnego wodza Pulayasiego ufundowany przez Aleksandrę Gumowską, autorkę niezwykle ciekawej książki „Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później”. Podarunkiem tym miała być świnia, na szczęście dla nas, w formie pieniężnego ekwiwalentu. Ale do Trobriandów i naczelnego wodza jeszcze wrócimy.
Ten obowiązkowy przystanek samoistnie wytyczył naszą trasę szlakiem kula. Płynąc zachodnią stroną Normanby, Cieśniną Dawsona rozdzielającą Normanby i Ferguson na Dobu i dalej wzdłuż Wyspy Sanaroa weryfikowałem opis trasy Malinowskiego zawarty w „Argonautach …” z rzeczywistością. Tak niewiele się zmieniło w ciągu ostatnich 100 lat. Przyroda w zasadzie taka sama, dzika i nieskażona postępem cywilizacyjnym. Wzdłuż brzegów rzadko rozsiane wioski z tradycyjnym budownictwem, domami z drewna krytymi liśćmi palmowymi. Tylko od czasu do czasu widok łodzi motorowej lub żelaznego domu, jak nazywa się chatę pokrytą blachą falistą, przypominały nam, że nie przenieśliśmy się w czasie.
Po opuszczeniu Dobu, a przed dopłynięciem na Trobriandy chciałem zatrzymać się przy jednej z wysp Amphlet. Rozciągają się na płytkich i nie zmapowanych wodach pełnych rafowych zasadzek na północ od Ferguson. Są niezwykle urokliwe, chociaż opinia o ich mieszkańcach nie należy do najlepszych. Już Malinowski pisał, że uważa się ich za skąpców. Mój wybór padł na Uama i Tewara, dwie niewielkie wysepki leżące na północ od Sanaroa. Leżą na granicy głębokiej na kilkaset metrów wody i płytkiej, na której znajdują się Amphlet. Dawało to nadzieję na zrobienie naszego pierwszego nurka w tym rejsie. Dodatkowej pikanterii dodawało twierdzenie Malinowskiego, że zgodnie z jedną z legend Tewara jest kolebką tradycji kula.
Do wysp dopłynęliśmy późnym popołudniem. Okazało się, że z kotwiczeniem nie będzie tak łatwo. Północna strona obu wysp dawała nam schronienie przed zafalowaniem ale otoczona była rafą, która dosyć stromo opadała na dno, 60 – 100 metrów głębokie. Po mozolnych poszukiwaniach udało nam się znaleźć przy pomocy sonaru w miarę łagodny stok i mogliśmy rzucić kotwicę na 30 metrach i dać jej trzymanie będąc dowiązanym, tak jak w fiordach, rufą do drzewa na lądzie. Operacja powiodła się. Mimo, że stanęliśmy przy niezamieszkałej wyspie Tewara, nie musieliśmy długo czekać na odwiedziny gospodarzy z Uama. Jak się okazało, według nich to ich wyspa powinna nazywać się Tewara, co bardziej zgadzało by się z tym co pisał Malinowski, a nie z dzisiejszymi mapami.
Spędziliśmy w tym miejscu dwa przeurocze dni. Po raz pierwszy nigdzie nie musieliśmy gonić. Mogliśmy przeprowadzić szkolenie nurkowe i zainteresować naszą pasją do obserwowania życia podwodnego Olę i Janka. Agata po pierwszej próbie stwierdziła, że jej czas jeszcze nie nadszedł i preferuje bezpieczne pływanie z maską i fajką. Na szczęście dla niej płytka rafa była wyjątkowo urozmaicona i bogata w życie.
Jeszcze pierwszej nocy zostaliśmy zasypani dziesięcioma langustami złowionymi dla nas przez Kenfila i kilku chłopców z wioski. Po raz pierwszy dokonywaliśmy wymiany darów w zupełnych ciemnościach. Kenfil szczególnie polubił Janka (bez podtekstów), nazwał go swoim przyjacielem, co zakończyło się wymianą adresów i obietnicą wysłania listów z Polski.
Pobyt w wiosce należał do wyjątkowo udanych. Zostaliśmy przywitani przez całą niedużą społeczność Tewara (lub jak podają mapy Uoma). Na naszych szyjach zawisły naszyjniki ze świeżych kwiatów. Naszym przewodnikiem był Lesta, jednak przez cały pobyt towarzyszyła nam większość mieszkańców. Poznaliśmy pastora budującego nowy dom, który wraz z innym mężczyzną jest handlarzem kula i przedstawicielem wyspy w tym rytuale. Handlarz kula dumnie zaprezentował nam naramiennik otrzymany z Trobriandów. Poza wioską położoną u podnóża góry i piękną plażą, pokazano nam najwyższe wzniesienie na wyspie. W upale wspięliśmy się na wzgórze, z którego rozpościerał się zapierający dech widok na wioskę, Wyspy Amphlet i leżącą nieopodal rafę z malutką wysepką pośrodku, przy której chcieliśmy zrobić jeszcze jednego nurka. Wszędzie, gdzie się udawaliśmy towarzyszyła nam gromada mieszkańców, dzieciaków i nasz przewodnik Lesta. Nie zabrakło tradycyjnej już wymiany plonów z ogrodów na nasze przyziemne dary. Ten pobyt na długo zostanie nam w pamięci. To ciepłe i miłe przyjęcie przypomniało nam pobyt na Panasia Island na Luizjadach.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/12

Z wizytą na Dobu – Wyspy D’Entrecasteaux

Nasze wtorkowe wypłynięcie z Alotau opóźniło się względem planów. Nie pożeglowaliśmy do wybranej Zatoki Sewa przy Wyspie Normanby, gdyż nie chcieliśmy zapływać tam po zmroku. Wiele zatok i wód na Papui nie jest zmapowanych, co utrudnia żeglugę. By zakotwiczyć przed zmrokiem, zatrzymaliśmy się w cieniu Wani Island przy północnym brzegu Milnie Bay. Wykorzystując ostatnie chwile dnia wskoczyłyśmy z Czajką do wody, by popłynąć w kierunku urokliwej plaży. Do lądu nie dopłynęłyśmy, gdyż kilkanaście metrów od brzegu pokazała się przepiękna i bogata rafa koralowa. Jak zaczarowane unosiłyśmy się po wodzie przypatrując się bogactwu życia podwodnego.
Gdy po powrocie na łódkę opowiedziałyśmy jakie cudne miejsce odkryłyśmy, reszta ekipy postanowiła wskoczyć do wody następnego ranka. Niestety środa przywitała nas rzęsistym deszczem i zamiast pływania z fajką, podnieśliśmy kotwicę . Opuściliśmy ostatecznie Milnie Bay, nad którą zawisły gęste chmury. Wraz z oddalaniem się od głównego lądu zachmurzenie zmniejszało się, a wiatr stabilizował, pozwalając nam cieszyć się żeglugą na motyla. Płynąc z wiatrem w osłonięciu wysp praktycznie nie było fal i mknęliśmy jak po stole. Na pokładzie panował spokój i wakacyjna atmosfera, czyli wygrzewanie w słoneczku, łowienie ryb, popijanie zimnego piweczka. Było tak spokojnie, że Agata bez problemu mogła w kokpicie zająć się kupionymi w Alotau naszyjnikami bagi. Zazwyczaj naszyjniki te mają podobną długość i przewidziane są na niewielkie szyje Papuasów. Żeby dopasować naszyjnik dla Mariusza, Agata musiała wykorzystać koraliki z dwóch sznurów. Dla siebie także przewlekła na nowo koraliki, zamieniając zużyty już mocno sznurek na nowy kawałek porządnej nici żeglarskiej.
Dobry wiatr pozwolił nam na dopłynięcie do północnego brzegu Wyspy Normanby. Po zakotwiczeniu przy Esa’ala Bay przywitali nas na pirogach mieszkańcy wioski. Nie przypłynęli od razu z warzywami i owocami na handel, tylko najpierw zapytali nas, czy będziemy zainteresowani wymianą. Zaproponowaliśmy, by przypłynęli następnego ranka. Gdy jedliśmy w kokpicie śniadanie, ruch rozpoczął się na całego. Co chwilę podpływały nowe osoby, a Olka z Agatą dobijały targu, wymieniając rzeczy z naszego składziku (tak nazywamy zestaw rzeczy przygotowanych na wymianę lub rozdawanie Papuasom). Bardzo urzekało nas, gdy przywożone owoce i warzywa przyozdobione były kwiatami. Spotkani dotychczas mieszkańcy okazują niesamowitą skromność i delikatność w kontaktach z nami. Nie ma mowy o nachalnym zachowaniu, próbach sprzedania byle czego za wszelką cenę. Bardzo nas to ujmuje i mamy tylko nadzieję, że pozytywne relacje będą dominowały podczas całego naszego pobytu na Papui Nowej Gwinei.
Gdy już mieliśmy zapas papai nie do przejedzenia, popłynęliśmy na Dobu Island. Jest to niewielka wyspa wulkaniczna, położona przy północno-zachodnim krańcu Normanby i w niewielkiej odległości na południe od Ferguson Island. W przewodniku nurkowym znaleźliśmy informację, że można tam zaobserwować bąblująca wodę oceaniczną. Aktywny wulkan wciąż emituje gazy, które niedaleko brzegu znajdują ujście. Nie wiedzieliśmy jednak, gdzie to miejsce dokładnie się znajduje. Zakotwiczyliśmy przy wiosce, by zapytać jej mieszkańców o szczegóły. Z każdą chwilą pobytu na wyspie bąble przestawały nas interesować, na rzecz wioski i jej mieszkańców. Urocze domy i zadbane ogrody u podnóża wulkanu pięknie się prezentowały w bujnej roślinności. Po wylądowaniu na brzegu przywitała nas gromadka dzieciaków, do której dołączyło kilku dorosłych, w tym także Dorna – pielęgniarka, która została naszym przewodnikiem. Pokazała nam wioskę, kościół z tradycyjnymi bębnami, zaprowadziła Czajkę, do domostw, gdzie Agata mogła kupić plecione z liści palmowych kosze. Pokazano nam także przedziwnego torbacza – kuskusa, który żyje na drzewach w dżungli i na którego mieszkańcy polują. Przez prawie cały dzień padał deszcz, ale wycieczce na ląd tylko dodawało to uroku i tworzyło wyjątkową atmosferę.
Dobu mimo, że jest jedną z mniejszych wysp Grupy D’Entrecasteaux jest gęsto zaludniona. Z oddali wygląda, jak nieprzystępny wulkan. Z bliska wulkan stoi niczym na podstawce, która wypełniona jest żyznymi glebami, dającymi pożywienie blisko 8000 jej mieszkańcom. Dobu pełniła i wciąż pełni ważą rolę w rytuale wymiany dóbr między wyspiarzami, zwanym kula. Będzie jeszcze czas co nieco o tym wspomnieć.
Ciekawym wynalazkiem, jaki zaobserwowaliśmy na Dobu Island, były wychodki. Na Vanuatu, czy w Discovery Bay, w której byliśmy kilka dni wcześniej, widzieliśmy niewielkie domki ukryte w dżungli poza granicą wsi, pełniące rolę toalet. Tutaj łazienki zbudowane są na palach nad wodą. Wąska kładka z bambusowych łodyg prowadzi do chatki zbudowanej nad taflą wody. Rozwiązanie takie pozwala uniknąć zakopywania nieczystości niedaleko domów, czy budowania systemu kanalizacji, gdyż wszystko trafia od razu do morza, które z każdą falą zabiera nieczystości. Ciekawa jestem, czy takie rozwiązanie dotyczy tylko domów nad wodą, czy może jest to rodzaj wspólnych toalet. A może mieszkańcy mający domy dalej od morza, mają swoje toalety w dżungli. Za mało czasu spędziliśmy wśród tych ludzi i nie miałam odwagi o to zapytać. Podobnie, jak oni bywam skrępowana, gdyż nie zawsze wypada być wścibskim i tak od razu z butami wchodzić w ich życie. Ale może jeszcze będzie okazja.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/08

Alotau i Milnie Bay

W poniedziałek rano wyruszyliśmy na zaplanowaną wycieczkę do wioski Waga Waga i dżungli, by odnaleźć ukryty tam wodospad. Nasz przewodnik George miał do nas przypłynąć, ale spóźniał się godzinę, więc wyruszyliśmy na ląd sami. Na nabrzeżu przywitały nas zaciekawione dzieciaki. Szybko udało nam się odnaleźć naszego przewodnika. Wycieczkę rozpoczęliśmy od oglądania węgorzy rzecznych, hodowanych przez teściową George’a. Na naszych oczach karmiono te drapieżne ryby, które łapczywie pożerały podawane kąski. Mnie jednak znacznie bardziej od węgorzy podobało się całe otoczenie. W rzece, w której pływały drapieżniki, gospodynie domowe robiły pranie, a dookoła kręciło się mnóstwo dzieciaków. Trafiliśmy na czas wakacji, więc dzieciaki nie siedziały w szkole, tylko kręciły się po wiosce. Po zaliczeniu obowiązkowych węgorzy poszliśmy w głąb dżungli, by dotrzeć do wodospadu. Poza naszym przewodnikiem, towarzyszyło nam kilku chłopaków z wioski. Gdy planując wycieczkę pytałam George’a, jak długo będziemy szli do celu, mówił, że około 45 minut w jedną stronę. Po ponad godzinie marszu wciąż byliśmy z dala od celu. Zdaliśmy sobie sprawę, że nasi przewodnicy nie najlepiej potrafią ocenić czas. Może brak zegarków wpływa na taki stan rzeczy. Jednak nie tylko cel tej wyprawy się liczył, ale sama droga sprawiła mi ogromną satysfakcję. Przedzieraliśmy się przez gęstwinę dzikiej przyrody. Trasa była śliska, ale na szczęście tylko momentami stroma. Po prawie trzech godzinach wędrówki w upale zielonego buszu usłyszeliśmy hałas spadającej wody i ujrzeliśmy wodospad. Nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wskoczenia do świeżej i chłodnej wody.
Drogę powrotną zaczęliśmy od schodzenia nurtem rzeki. Ostrożnie stąpaliśmy po kamieniach brodząc w rześkiej wodzie. Nasi przewodnicy starali się nam wciąż pomagać i nas asekurować. Bardzo się przejmowali swoją rolą. Trochę to było zabawne, bo chcąc pomóc, często utrudniali nam wędrówkę. Ale trzeba przyznać, że było to bardzo urocze i miłe. Po kilkudziesięciu metrach moczenia się w rzece, wróciliśmy do dżungli, by przedzierać się z powrotem do wioski. Gdy dotarliśmy do cywilizacji (czyli pierwszych chat), Michael, brat naszego przewodnika, wdrapał się na palmę i zrzucił dla nas kilka kokosów. Dla siebie i swoich kompanów zerwał z sąsiedniej palmy kiść betelu, którą od razu wszyscy zdegustowali wraz z nazbieranymi po drodze liśćmi pieprzu betelowego i wapnem. My popijaliśmy wodę kokosową i wyjadaliśmy miękki miąższ z rozłupanych orzechów, a oni żuli orzechy betelu i spluwali na czerwono. Betel, będący używką, żują tu wszyscy od rana do wieczora. Nawet dzieciaki widać z charakterystycznie zabarwionymi na czerwono od betelu zębami i dziąsłami.
Po wyczerpującej przeprawie po dżungli powędrowaliśmy jeszcze (tym razem utwardzoną drogą) do jedynego pensjonatu w okolicy. Nie było akurat gości i kręciła się po terenie jedynie obsługa, przygotowująca pokoje dla przyjeżdżających w przyszłym tygodniu turystów. Pomimo, że pensjonat był zamknięty, udało nam się zregenerować siły na uroczym tarasie przy zimnym papuaskim piwie.
Po wyczerpującym dniu wróciliśmy na jacht, gdzie do wyjazdu do Polski szykował się Tomek. We wtorek popłynęliśmy z Discovery Bay do Alotau, by wymienić załogę. Pożegnaliśmy Tomka i przywitaliśmy Zbyszka, któremu po locie z przygodami udało się do nas dotrzeć.
Na lokalnym targu w Alotau zwyczajowo uzupełniliśmy zapasy świeżynki. Mariusz miał nadzieję na zdobycie naszyjnika, podobnego do tego, który dostałam od Gwen w zeszłym roku. George, który pochodzi z Goodenough Island – górzystej wyspy, na której wytwarza się naszyjniki z muszli bagi, nie chciał się pozbyć klejnotów, będących posagiem jego córki. Naszyjniki te stanowią dużą wartość, są swoistym pieniądzem. Co nie udało się w Waga Waga powiodło się w Alotau. W okolicach targu spotkaliśmy Papuasa, który miał naszyjnik na sprzedaż. Długo nie zastanawiałam się i wkrótce weszłam w jego posiadanie. Agacie też się spodobały te tradycyjne papuaskie naszyjniki i zapytała sprzedawcę, czy ma jeszcze jeden na sprzedaż. Miał jedynie własny na szyi. Zaproponował uczciwą cenę i Czajka dobiła z nim targu.
W składzie: Mariusz, Olka, Agata, Janek, Zbyszek i ja ruszamy na podbój Papui Nowej Gwinei. Przed nami między innymi Triobrandy, Wyspy Miłości– miejsce badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/05

Powrót na Panasia

Po dziewięciu miesiącach udało nam się wrócić na Panasia Island. Będąc drugi raz na Luizjadach chcieliśmy sprawdzić jak się miewają John i Gwen, których poznaliśmy we wrześniu zeszłego roku i których bardzo polubiliśmy. Po dopłynięciu do niewielkiej plaży osłoniętej pierścieniem rafy zobaczyliśmy znane nam chaty. Po zakotwiczeniu podpłynęła do nas na swojej pirodze żona wodza – Gwen z wnuczką Sevelyną. Okazało się, że wodza nie ma we wiosce, gdyż popłynął na kilka dni na główną wyspę archipelagu. Gwen rozpoznała na mojej szyi naszyjnik, który podarowała mi podczas naszego ostatniego spotkania i bardzo ją wzruszyło, że go noszę. Zapytaliśmy o zdrowie członków rodziny i o ogrody, które bardzo ucierpiały podczas zeszłorocznego huraganu. Okazało się, że wciąż nie udało im się odbudować wszystkiego. Panasia jest wyspą o stromych i skalistych brzegach, na których niewiele jest płaskich powierzchni. Wiedzieliśmy, ze ogrody są na zboczach i zapytaliśmy, czy moglibyśmy je zobaczyć. Gwen zaproponowała, że zaprowadzi nas tam jej córka Dorothy.
Droga do ogrodów okazała się stromą ścianą skalną, na którą trzeba się było wspinać przytrzymując liany i szukając ustępów w skale. Spodziewaliśmy się, iż po dotarciu na miejsce zobaczymy ukryty na szczycie kawałek płaskiego terenu. Okazało się jednak, że ogrody położone są na wąskich półkach skalnych. Ledwie wykradzione górom kawałki ziemi obsadzone były skromnie bananowcami i drzewami papai. Znaczna część ogrodów wciąż nosiła ślady zeszłorocznego huraganu. Uprawianie tych skrawków ogrodów i docieranie do nich po prawie pionowych ścianach z pewnością nie należą do łatwych zadań. Z góry roztaczał się przepiękny widok na lagunę i zakotwiczoną w zatoce Katharsis II.
Na Papui przyjęte jest handlowanie z jachtu z lokalną ludnością. W zamian za ubrania, latarki, baterie, żyłki i haczyki do łowienia, materiały szkolne oraz produkty spożywcze takie jak cukier, mąka, ryż można otrzymać świeże warzywa, owoce oraz ryby. Wzruszające było, gdy Gwen zapytana co potrzebują, odpowiedziała, że nie może o wiele prosić, bo jej ogrody są wciąż nieodbudowane i za wiele nie jest w stanie nam zaoferować. Nie chcieliśmy ich urazić po prostu dając im rzeczy. Poprosiliśmy więc o langusty, którymi zostaliśmy bogato obdarowanie w zeszłym roku. Mogliśmy się też odwdzięczyć Dorothy za zabranie nas na wycieczkę do ogrodów i tym sposobem doszło do wymiany. Gwen wysłała chłopaków na poszukiwania langust. Wiał silny wiatr i przez rafę przelewały się spore fale. Młodzi poszukiwacze langust nie poddawali się, czego efektem były wyłowione cztery dorodne sztuki. Wracając z rafy wrzeszczeli z całych sił, serfując w silnym półwietrze. Sąsiedzi z innej wyspy mieli mniej szczęścia, gdy na wysokości zakotwiczonej Katharsis II rozerwali żagiel. Nie pozostało nam nic innego, jak sięgnąć do naszych zapasów żaglomistrzowych i wspomóc zrozpaczonych młodzieńców taśmami do klejenia spinakerów oraz igłami i nićmi.
Na pożegnanie upiekliśmy dla Gwen jej rodziny ciasto i muffinki, które sprawiły dzieciakom (i nie tylko) dużo radości. Po miłym spotkaniu na Panasia Island popołudniu podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Luizjady.
Obraliśmy kurs na Samarai Island nieopodal głównego lądu, gdzie umówiliśmy się na odprawę. Samarai jest niewielką wyspą, która miała historyczne znaczenie. Niegdyś była ona stolicą wschodniej Papui i w ten sposób kontrolowała handel w całym rejonie. Przed drugą wojną światową zamieszkiwało tą maleńką wyspę ponad 600 Europejczyków. Z czasem Samarai okazała się za mała i to po okresie przepychanek o władzę spowodowało, iż w latach siedemdziesiątych stolicę powołano w Alotau na głównej wyspie w Milnie Bay. Przeniesiono tam wszystkie urzędy, zostawiając jednak na posterunku jednego celnika, który może odprawiać przypływające na Papuę jachty. Z przewodników żeglarskich dowiedzieliśmy się, że jest to urokliwe miejsce, a celnik o imieniu Feliks jest przemiłym gościem, więc tutaj postanowiliśmy dokonać pierwszych formalności z odprawą. Na kwarantannę i tak będziemy musieli popłynąć do Alotau, ale część paszportową i celną mamy już za sobą.
Na Samarai znajduje się wiele pozostałości po poprzednich mieszkańcach – ruiny ogromnych hal pokrytych podziurawioną i przerdzewiałą blachą oraz pozostałości po nabrzeżu, które straszy teraz wielkimi pustymi polerami. Spacerując po wiosce zaproszeni zostaliśmy do szkoły na oglądanie konkursu wiedzy dla czwartoklasistów. Chwilę poprzyglądaliśmy się zawodom i wróciliśmy na jacht, by jeszcze tego samego dnia popłynąć w nowe miejsce. W drodze na kotwicowisko przy Wyspie Rogea popłynęliśmy w okolice Doini Island, gdzie znajduje się stacja czyszcząca mant. Te majestatycznie pływające ryby przypływają tu, by na niewielkiej głębokości poddawać się zabiegom kosmetycznym wykonywanym przez małe rybki. Najlepiej jest takie miejsce odwiedzać podczas przypływu, gdyż prądy niosą wówczas czystą wodę i widoczność jest rewelacyjna. My się niestety nie wstrzeliliśmy w przypływ, tylko odpływ i zmącona woda z zatoki wypływała do oceanu. Z pokładu widzieliśmy manty, więc wskoczyłam z maską i małym aparatem fotograficznym do przesmyku. Woda jednak była mętna i nie mogłam wypatrzeć pod wodą mant, nawet jak były całkiem blisko. Zamiast spotkania z mantami, zaliczyłam za to bliski kontakt z dużą meduzą, która postanowiła się do mnie poprzytulać. Efekt był taki, że jak poparzona (i to dosłownie) wyskoczyłam z wody. Tomek od razu polał mnie obficie octem, żeby zneutralizować odczyn alergiczny. Zażyłam też leki i po paru godzinach obrzęki zniknęły. Zaczerwienienie i krosty pewnie jeszcze przez parę dni będą mi przypominały o tym spotkaniu.
Z Zatoki Lgawata przy Wyspie Rogea, gdzie spędziliśmy piątkowe popołudnie w sobotę rano popłynęliśmy do Discovery Bay w Zatoce Milnie. Znajduje się tam wioska Waga Waga, z której będziemy chcieli zorganizować wycieczkę w górę rzeki i pod wodospady. Z jednym z mieszkańców jesteśmy umówieni, iż w poniedziałek będzie naszym przewodnikiem.
Niedziela miała być dniem odebrania z Alotau naszej ekipy. Na razie dotarła Agata z Jankiem – cali i zdrowi, tylko nieco wymęczeni po kilkudziesięciogodzinnej podróży. Zbyszek, który miał przylecieć z Port Moresby do Alotau tym samym samolotem, niestety utknął wczoraj w Tokio. Odwołano jego samolot z Japonii na Papuę, ze względu na szalejący tajfun. Zbyszek póki co poleciał z Tokio do Hong Kongu , skąd powinien jutro złapać samolot do Port Moresby i dalej do Alotau. Ma do nas dotrzeć we wtorek rano. Trzymamy kciuki i miejmy nadzieję, że nic już mu planów nie pokrzyżuje.
Na noc wracamy z Alotau do Discovery Bay, skąd jutro planujemy ruszyć na wycieczkę.

Mariusz:

Wiatr, który stężał szóstego dnia od wypłynięcia z Nowej Zelandii już nam nie odpuścił prawie do samej Papuy Nowej Gwinei. Rzadko spadał poniżej 7B, a często powiewał z siłą 8B. To trochę dużo, jak na wiatr w pasatach, ale mamy ponownie po pięciu latach nietypowy rok. Ten rok jest rokiem El Nińo. Nie wdając się w szczegóły, oznacza to występowanie anomalii pogodowych. Monsuny wprawdzie opóźniają się, ale wiatry bywają często nadspodziewanie silne, a trasy tajfunów mogą przechodzić nad obszarami uważanymi za wolne od nich. Nie pozostaje nam nic innego, jak być nieco bardziej wyczulonym, na to co dzieje się dookoła nas.
Planujemy lipiec spędzić w rejonie Papui Nowej Gwinei. Tu pogoda nie rozpieszcza, gdyż dominują układy niżowe znad równika. Jest tu wprawdzie ciepło, ale i mokro. Przy głównym lądzie możemy spodziewać się burz prawie co drugi dzień. Większe obawy niż przed pogodą dotyczą naszego bezpieczeństwa. Będziemy musieli być szczególnie ostrożni, zwłaszcza w okolicach większych skupień ludzi. Niestety, mimo że niewielu żeglarzy odwiedza ten rejon, to co roku dochodzi tu do napadów i rabunków. Podobne (chociaż mniejsze) zagrożenie występuje na Salomonach, gdzie gościliśmy w zeszłym roku i tam spotkaliśmy się tylko z życzliwym przyjęciem. Mam nadzieję, że i z Papui wyniesiemy same ciepłe wspomnienia. W sierpniu popłyniemy na Palau, gdzie będziemy musieli uważać na tajfuny, by we wrześniu spłynąć do Indonezji.
Tym razem wiatr silniejszy od normalnego pasatu pomógł nam w żegludze. Wprawdzie jazda w czwórkę oznacza małe wachty, w zasadzie jednoosobowe, ale od momentu, gdy wiatr stężał, przestały nawiedzać nas porywiste szkwały. Jazda baksztagiem należy do najprzyjemniejszych i tak było tym razem. Płynęliśmy z grotem zredukowanym do drugiego refu, a nasza genua rzadko powiewała 100% powierzchnią. W ciągu trzech dni przepłynęliśmy 680 mil morskich, co jest imponującym wynikiem, zważywszy skromną załogę i iście nie regatowe nastawienie do żeglugi.
Noc z 29 na 30 czerwca przyniosła zelżenie wiatru, ale nie na tyle, by nie zdążyć przed zmrokiem do wnętrza Atolu Calvados. Wczoraj udało nam się złapać dwie pierwsze ryby i w ten sposób urozmaiciliśmy nasz jadłospis. Carpacio z tuńczyka świeżo wyciągniętego z wody należy niewątpliwie do naszych ulubionych dań. Luizjady przywitały nas nie tylko świeżymi rybami, ale przede wszystkim cudownymi kolorami nieba o zachodzie słońca nad turkusowo-błękitną wodą laguny.
Nie zdążyliśmy już dopłynąć do Panasia. Po przejściu przesmyku Duchateau rzuciliśmy kotwicę w cieniu Panuwabobaina Island. Hania z Olą nie odmówiły sobie przyjemności, wskoczenia do wody. Naszym komitetem powitalnym byli rybacy, którzy na tych niezamieszkanych wysepkach mają swoje obozowiska. Pierwsze kontakty zostały nawiązane. Dzisiaj w południe przenieśliśmy się na kotwicowisko przy Panasia Island, gdzie Hania z Olą znowu pływały z maskami wypatrując podwodnych cudów.
Jest 1 lipca godzina 1900 czasu łódkowego (UTC +10). Stoimy na kotwicy przy Panasia Island 11°08’ S 152°20’E.

mój wyczekany Konik Morski HL

mój wyczekany Konik Morski HL


We wrześniu zeszłego roku, płynąc z Wysp Salomona do Australii, zatrzymaliśmy się na kilka dni przy Luizjadach. Doszło tam do przesympatycznego spotkania z mieszkańcami tych wschodnich krańców Papui Nowej Gwinei, o czym udało mi się już opowiedzieć na blogu: http://katharsis2.com/2014/11/10/papua-nowa-gwinea-luizjady/
Nie zdążyłam niestety napisać o naszym spotkaniu ze światem podwodnym. Byliśmy wówczas w mocno nurkowym składzie: Mariusz, jego szwagier Kuba – świetny nurek, profesor oceanografii i nasz nurkowy kompan Piotrek Kukliński oraz wilczysko morskie i podmorskie Zbylutek oraz ja. Z pokładu wspierały nas Roma, siostra Mariusza i jego córa Kaśka.

Nurkowania na Luizjadach zaliczam do rewelacyjnych zejść pod wodę. W plebiscycie naszego centrum nurkowego Katharsis plasują się bardzo wysoko na liście. Podobnie jak na Salomonach nie spotkaliśmy tutaj zbyt wiele dużej ryby, za to różnorodność korali, ich form oraz barw była oszałamiająca. Nie zabrakło też małych ryb i ślimaków, które z zapałem fotografowałam, podczas gdy Mariusz z Piotrem zatrzymywali w kadrze kompozycje krajobrazu. Nurkowanie w miejscach, które nie są opisane w publikacjach należą do niezwykle podniecających. Nigdy nie wiadomo, co może spotkać nas pod wodą.
Pierwszy nurek przy przesmyku Hudumu – Iwa na północno-wschodnim obrzeżu Atolu Calvados nie powalił nas na kolana, mimo lazuru wody. Kolejne dwa razy zeszliśmy pod wodę przy Kunawak Island, wewnątrz atolu, gdzie wypatrzyłam żółtego ślimaka, nazwanego przez nas Pokemonem. Sprawił mi on mnóstwo radości, bo takiego okazu jeszcze wcześniej nigdzie nie widziałam. Następnie nurkowaliśmy na zewnątrz rafy otaczającej Panasia Island, gdzie ogrody koralowe zaparły dech w piersiach! Nurkowaliśmy w przesmyku i na ścianie na zewnątrz Horrara Gowan Reef. Rafa ta nie jest smagana falami pasatu południowo-wschodniego i znaleźliśmy ją w doskonałym stanie. Bogactwo korala to jedno, ale to tutaj w końcu udało mi się wypatrzeć konika morskiego. Zanim przypłynęliśmy na Luizjady dużo nurkowaliśmy na Wyspach Salomonach. Słyszałam o występujących tam małych konikach morskich, które upodobniają się do korali, na których żyją. Bardzo chciałam taką rybę zobaczyć, ale niestety na Salomonach nie wypatrzyłam żadnej. Dopiero na Luizjadach, podczas ostatniego nurka, dostrzegłam na biało-różowo-czerwonym koralu mojego wyczekanego konika morskiego. Małe stworzonko siedziało spokojnie zawieszone ogonkiem do korala. Mój konik miał około 2 centymetry wzrostu i przybierał barwy oraz strukturę swojego gospodarza. Gdyby nie ruch brzuszka, to pewnie bym go nie wypatrzyła. Ale udało się! Miałam swojego konika morskiego i był to rzadki okaz Pygmy seahorse. Jest to najmniejszy z koników morskich, nie przekraczający 2 cm. Został odkryty dopiero w tym wieku!!! Gdy go wypatrzyłam, to myślałam, że radość mnie rozsadzi od środka! Wiedziałam, że nie mogę z tego miejsca odpłynąć, dopóki nie zrobię zadowalającego mnie zdjęcia. Koło mnie był Zbyszek, któremu pokazałam moje znalezisko. Pokazałam też na aparat i na siebie – wskazałam konika. Zbyszek zrozumiał, że chcę zostać i robić zdjęcia. Popłynął do Mariusza i Kuby, który byli już mocno z przodu. Przyprowadził ze sobą Mariusza, który pokazał, że możemy zostać, a on z Kubą będą płynąć wzdłuż ściany. Nie było prądu, więc mogliśmy sobie pozwolić na takie rozwiązanie. Wdzięczna byłam bardzo Zbyszkowi, który z cierpliwością pływał koło mnie ponad 15 minut, podczas gdy ja starałam się uchwycić w obiektywie moje wyczekane znalezisko, mojego konika.

Luizjady będą naszym pierwszym miejscem, gdzie na krótko zatrzymamy się przed odprawą na Papule Nowej Gwinei. Skoro nie mogliśmy popłynąć na Vanuatu, to chociaż odwiedzimy rodzinę Jacka na Panasia. Mile pochłaniamy z dużą zawziętością, mimo skromnej liczebnie załogi. Odnotowujemy niemalże regatowe tempo. Ostatniej doby pożarliśmy 245 mil morskich. Wygląda na to, że ponad 2000 milową trasę pokonamy w mniej niż 10 dni i jutro rzucimy kotwicę przy Panasia Island.

Jest 29 czerwca 2015 roku, godzina 1830 czasu łódkowego (UTC+11), nasza pozycja: 13°57’S, 153°31’E. Płyniemy kursem 335° z prędkością 10,5 węzła. Wieje wschodni wiatr o sile 7 – 8B.

Nasze wypłynięcie z Auckland mocno przesunęło się w stosunku do planów. Zakładaliśmy najpóźniej 15 czerwca żegnać się z Nową Zelandią, by zanim 5 lipca dopłyniemy na Papuę Nową Gwineę, gdzie dołączają do nas nasi przyjaciele, zawitać choć na kilka dni na Vanuatu. Bardzo chcieliśmy odwiedzić rodziny, które poznaliśmy podczas zeszłorocznej żeglugi i zawieźć im trochę niezbędnych rzeczy. Vanuatu nawiedził w marcu tego roku silny huragan Pam i dokonał ogromnych zniszczeń, pozbawiając tysiące ludzi dachów nad głową i całego dobytku. Z Nowej Zelandii do Papui w linii prostej jest 2200 mil morskich, a gdyby zawinąć do brzegów Vanuatu trzeba by raptem dołożyć około 400 mil, co dla naszej Katharsis nie stanowi problemu. Niestety nie udało nam się wypłynąć w połowie czerwca. Na łódce wciąż było coś do zrobienia, a poza tym czekaliśmy na Olkę – córę Doktore Magonia, która będzie z nami żeglować przez dwa miesiące. Olka jest studentką i pomimo, że bardzo się spięła i zaliczyła wszystko przedterminowa, to jednak nie była w stanie dolecieć do nas przed sobotą 13 czerwca. Gdyby nie konieczność polecenia z paszportami całej naszej czwórki do Wellington, by uzyskać wizy na wjazd do Papui Nowej Gwinei, to w poniedziałek 15 moglibyśmy wypływać. A tak, zamiast jachtem na północ, ruszyliśmy z Mariuszem samolotem na południe do stolicy. Wciąż jednak pozostawała szansa, że zdążymy na Vanuatu, jak sprawnie wypłyniemy z Auckland i bez zwłoki odprawimy się po drodze w Opua w Bay of Island. Jeszcze w Auckland nakupowaliśmy ubrań i najróżniejszych sprzętów, które mogłyby się przydać mieszkańcom Vanuatu. Gdy już byliśmy gotowi i mieliśmy ruszać na północ, prognozy pogody popsuły nam szyki. Front, który akurat przetaczał się nad nami przyniósł silne wiatry północne powyżej 45 węzłów. Mariusz postanowił nie rozpoczynać rejsu w sztormową pogodę, by nie męczyć łódki i załogi. Jeśli można uniknąć złych warunków, to lepiej to zrobić i nie ryzykować niepotrzebnych uszkodzeń. W ten sposób przeczekaliśmy na kotwicy w Opua trzy dni i dopiero wieczorem 20 czerwca opuściliśmy Bay of Islands. Nawet celnicy, u których przesuwaliśmy odprawę, ze względu na pogodę, nie mieli nic przeciwko zmianom umówionych terminów i popierali Mariusza decyzję widząc co dzieje się na morzu.
Wypływając z czterodniowym opóźnieniem nie starczyło niestety już czasu, by płynąć na Vanuatu. Smutno mi było, ale zawsze staram się widzieć pozytywne strony każdej sytuacji. Po pierwsze, kupione dla mieszkańców Vanuatu rzeczy się nie zmarnują, bo z pewnością przydadzą się ludności na Papui Nowej Gwinei. A my postój w Opua wykorzystaliśmy na zorganizowanie dwóch wycieczek, które chodziły nam po głowie podczas wcześniejszych pobytów w Bay of Islands, a których dotąd nie udało się zrealizować. Jednego dnia pojechaliśmy do Waitangi, gdzie znajduje się Treaty House i maoryski dom spotkań. Jest to bardzo ważne historycznie miejsce, gdyż tutaj w 1840 roku Maorysi podpisali traktat z Brytyjczykami, który uważany jest za narodziny społeczeństwa nowozelandzkiego.
Drugą wycieczką była wyprawa do Waipoua Kauri Forest, gdzie na powierzchni 2500 ha rozciąga się las starych drzew kauri, będący największym ich skupiskiem na ziemi. Pnie drzew kauri wykorzystywane były przez Maorysów do budowy tradycyjnych piróg wojennych, a po przybyciu do Nowej Zelandii Europejczyków, znalazły zastosowanie w szkutnictwie jako maszty i inne drzewce na żaglowcach. Obecnie drzewa kauri objęte są całkowitą ochroną. W Waipoua znajdują się dwa największe okazy: Te Matua Nghahere (Ojciec Lasu) liczący 2 000 lat z obwodem pnia 16 metrów oraz Tanemahuta (Pan Lasu) mający 1 200 lat i 14 metrów obwodu. Te kolosy strzeliście rosnące ku niebu wśród niezwykłej roślinności tutejszej puszczy onieśmielały mnie swoją potęgą, rozmiarem oraz wiekiem. Cieszę się, że udało nam się w końcu pojechać do lasów kauri, bo od pierwszej wizyty w Bay of Island w listopadzie 2013 roku chciałam zobaczyć te legendarne dla Nowej Zelandii drzewa.
Wracając z Waipoua Mariusz postanowił zjechać z głównej drogi i przedrzeć się nad wybrzeże Morza Tasmana. Znalazł w ten sposób wspaniałą miejscówkę przy ujściu rzeki Waimumaku z malowniczymi krajobrazami, gdzie urządziliśmy sobie zwyczajowy już podczas naszych nowozelandzkich wycieczek piknik. Siedząc na ogromnym pniu, mianowanym na naszą ławeczkę piknikową, z jednej strony mogliśmy podziwiać piękną złotą plażę z falami Morza Tasmana, a z drugiej zielone doliny schodzące ku płynącej do morza rzeki. W taki oto sposób pożegnaliśmy się z Nową Zelandią.

Od 6 dni jesteśmy w morzu. Od wypłynięcia z Auckland pokonaliśmy już ponad 1260 mil morskich. Przeczekanie sztormu w Opua było z pewnością słuszną decyzję. Po wyjściu z Bay of Islands, gdy najsilniejsze wiatry już się przetoczyły i wiało jedynie 20 węzłów, mogliśmy sobie tylko wyobrażać, co tu się działo, widząc niezwykle rozkołysane wzdłuż wybrzeża morze. Neptun chyba wynagrodził nam naszą pokorę i cierpliwość, gdyż cały czas mamy pomyśle wiatry, pozwalające nam płynąć na żaglach wyznaczonym do celu kursem. Jedyne dzisiaj rano musieliśmy na jakiś czas włączyć silnik, gdyż wielka chmura deszczowa, która przez dwie godziny fundowała nam obfite płukanie łódki w strugach ulewnego deszczu, zassała całe powietrze i spowodowała początkowo zmianę kierunku wiatru o 120 stopni, po czym wyłączyła nam wiatr. W takich warunkach można tylko zrzucić żagle, gdyż ich łopot na rozkołysanym morzu budzi grozę, że za chwilę coś się rozerwie lub wyrwie.
Z każdym dniem robi się cieplej i stopniowo ilość warstw odzieży, które nosimy pod sztormiakami się zmniejsza. Zima w Nowej Zelandii nie przynosi ujemnych temperatur, do których jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, ale mimo tego wilgotne, chłodne powietrze przenikało nieprzyjemnie przez nasze odzienie. Wczoraj po raz pierwszy przesiedzieliśmy cały dzień na zewnątrz bez bluz i kurtek. Od wypłynięcia z Opua staramy się łowić ryby. Za rufą ciągniemy dwie żyłki z przynętami, na które liczymy złapać tuńczyka, mahi-mahi lub wahoo. Przynętami zainteresowały się raz ptaki i po raz pierwszy mieliśmy na haczyku zamiast ryb drób! Tomek nieźle się namęczył, żeby oswobodzić petrela, który złapał się na przynętę, gdyż ptak dziobał Tomka po rękach, myśląc, że chcemy mu zrobić krzywdę. Na szczęście ptaka udało się uwolnić i bezpieczny odfrunął nie interesując się więcej naszymi żyłkami. Wczoraj z kolei mieliśmy prawdziwą wędkarską przygodę. Jeden z haczyków połknął sporych rozmiarów marlin. Z reguły taka duża ryba od razu zrywa żyłkę, gdy łódka mknie z prędkością 10 węzłów. Tym razem udało nam się zwolnić do 2 – 3 węzłów nie tracąc w międzyczasie zdobyczy. Walka z tą silną i waleczną rybą trwała ponad trzy godziny. Gdy Tomek próbował nawinąć na kołowrotek trochę żyłki, ryba wyrywała kolejne metry i starała oddalić się od łódki. I tak Tomcio z marlinem się mocowali – raz jeden pociągnął, za chwilę drugi zdobywał trochę linki. Gdy walka wydawała się mieć ku końcowi i Tomkowi udało się podciągnąć rywala pod samą pawęż, a Mariusz stał z zaostrzoną osenką, na którą miał złapać rybę i wciągnąć ją ta pokład, ta wyskoczyła z wody, naprężyła żyłkę i zerwała ją zdobywając wolność. Z jednej strony było nam żal, a drugiej baliśmy się, czy poradzimy sobie z tym dużym okazem w naszym czteroosobowym składzie. Moglibyśmy nie podołać całej rybie, bo ważyła na oko jakieś 40 – 50 kilogramów, więc może dobrze, że uciekła. Marlin wygrał, a my mieliśmy niezłą zabawę. Na naszą pierwszą zdobycz musimy jeszcze poczekać.

Jest 26 czerwca 2015 roku, godzina 1730 czasu łódkowego (UTC+11), nasza pozycja: 23°15’S, 159°43’E. Płyniemy kursem 310° z prędkością 9-11 węzłów. Wieje silny wiatr z południowego wschodu o sile 7B. Prawą burtą mijamy w odległości 300 mil Nową Kaledonię, lewą płyniemy równolegle do brzegów Australii, mając 360 mil do Wyspy Frasera. Przed naszym dziobem pierwsze rafy Morza Koralowego – Wyspy Chesterfielda. Mamy nadzieję pojawić się na wodach Papui Nowej Gwinei w środę 1 lipca. Ale to już zależy od przychylności Neptuna.