Napisane przez: Hanuś | 2014/07/28

Tanna – pierwszy posmak i zapach Vanuatu

Po ponad dwumiesięcznym pobycie na Fidżi czas było ruszyć ku kolejnej krainie. Wydawać by się mogło, że kilka tygodni powinno wystarczyć, by dobrze poznać ten zakątek Pacyfiku. Ja jednak odczuwam niedosyt i mogłabym na Fidżi spędzić znacznie więcej czasu. Otwartość i przyjazne nastawienie tutejszej ludności do przybyszy tworzy niesamowitą atmosferę. Z jednej strony wymagane jest uzyskanie zgody na korzystanie z wody, powietrza i plaż, co wydawać by się mogło, że tworzy barierę. Jednak jest to miły rytuał, którego przejście pozwala czuć się niezwykle swobodnie w nowych i obcych dla nas miejscach. Na jakiś czas stajesz się mieszkańcem którejś z wiosek Fidżi. Życiu mieszkańców przybrzeżnych osad mogłam się przyjrzeć, jednak zupełnie nie wiem jak wygląda świat ludzi zamieszkujących wnętrze wysp. Jednak na wyprawy w interior nie było tym razem czasu.
Przed nami kolejny egzotyczny kraj – Vanuatu. Z Lautoki na Fidżi do Tanna – pierwszej wybranej przez Mariusza wyspy Vanuatu, dzielił nas dystans prawie 500 mil morskich, czyli około 3 doby płynięcia. Niż znad Nowej Zelandii, który przygnał zachodni wiatr, zgotował nam, a szczególnie nie zaprawionej w morskich bojach załodze, ciężki los. Pierwsza doba podwiatrowej żeglugi wywołała pomór i życie na łódce jakby zamarło. Blade oblicza opalonych buź wyrazem twarzy prosiły Neptuna o litość i zmianę warunków. Nie wszyscy na szczęście poddali się niemocy – Arciu dawał nam spore wsparcie. Druga doba przyniosła odkrętkę wiatru do południowego i powoli szpital na Katharsis można było zamykać. Kierunek wiatru się poprawił, ale niestety jego siła spadła tak bardzo, że zmuszeni byliśmy wspierać się silnikiem. Pomruki dieselgrota jednak nikomu nie przeszkadzały i trzeciego dnia wszyscy dobrze się czuli. Miło było patrzeć jak wracają humory, a miski i wiadra (z którymi co niektórzy się przez jakiś czas nie rozstawali) znikają gdzieś w schowkach.
Do południowo-wschodniego krańca Tanna dopłynęliśmy w nocy 18 lipca. W ciemnościach rysował się ląd, a nad nim kłęby dymu i żar aktywnego wulkanu Yasur. Próbowałam uchwycić ten widok, jednak na zdjęciu widać jedynie czerwoną łunę. O 0800 zakotwiczyliśmy po zachodniej stronie wyspy – przy miejscowości Lenakel, gdzie mogliśmy dopełnić formalności związanych z odprawą oraz wymienić pieniądze w banku. Sam pobyt w banku był już egzotyczną przygodą. Bankomatu na całej wyspie oczywiście nie ma, w banku (baraku) było strasznie tłoczno z uwagi na dzień targowy. Nie działał komputer, ale sympatyczna pracowniczka banku zdołała dodzwonić się do stolicy i ustalić kurs wymiany.
Wszystko udało nam się zorganizować bardzo sprawnie i bezproblemowo. Celnika przywieźliśmy na łódkę, gdzie w niespełna pół godziny uporaliśmy się z odprawą celną. A urzędnika imigracyjnego odwiedziliśmy na lądzie, gdzie przy okazji załatwiliśmy sprawy związane z kwarantanną. Sprowadziło się to jedynie do uiszczenia stosownej opłaty. W niespełna dwie godziny formalności mieliśmy za sobą.
Mieliśmy szczęście, gdyż do Lenakel dopłynęliśmy w piątek, który jest dniem targowym (drugim takim dniem jest poniedziałek). Cała wioska tętniła życiem. Wszędzie kręciło się mnóstwo ludzi i słychać było dźwięki rozmów i muzyki. Było to dla mnie niezwykle miłe przywitanie, gdyż bardzo lubię odwiedzać lokalne targowiska, a tu zaraz po dopłynięciu pontonem na ląd odsłonił się przede mną właśnie taki ryneczek! Pomimo, że mieliśmy jeszcze warzywa i owoce z Fidżi nie mogłam się oprzeć pokusie odwiedzenia tego miejsca i wydania tam pierwszych (świeżo wymienionych w banku) Vatu. Mieszkańcy Tanna zachowywali większą rezerwę w stosunku do nas niż Fidżijczycy, którzy zwyczajowo uśmiechają się i pozdrawiają napotkanych przybyszy. Nie czuliśmy się na szczęście obco.
W Lenakel nie zostawaliśmy długo, gdyż nie jest to bezpieczne kotwicowisko. Już w południe podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy na wschodnie wybrzeże do odległej o ponad 20 mil zatoki w Port Resolution.
Z przewodników wiedzieliśmy, że znajduje się tam klub żeglarski założony przez jednego z mieszkańców wioski, gdzie można zorganizować wyprawę na wulkan Yasur. Yasur jest aktywnym wulkanem, do którego dostęp jest stosunkowo prosty. Ponoć jest to najłatwiej dostępny wulkan na świecie. Można samochodem dojechać prawie nad sam krater, by zajrzeć do jego wnętrza. Bardzo chcieliśmy tam pojechać, dlatego zaraz po rzuceniu kotwicy późnym popołudniem pojechaliśmy do wioski na rekonesans.
Pierwsze kroki po lądzie, a ja już byłam onieśmielona pięknem przyrody otaczającej zatokę. Jej bujność i soczystość podkreślona przez popołudniowe światło wprost upajała. Ale nie czas było podziwiać zieleń, tylko ruszać na poszukiwania Stanleya – założyciela Port Resolution Yacht Club. Najpierw natknęliśmy się na spore zabudowania jakby opustoszałe. Jak się później okazało była to szkoła. Podążając w głąb lądu drogą w dżungli dotarliśmy do pierwszych domostw. Ależ to był zaskakujący widok…. Na Fidżi zawsze w wiosce było jedno bure wybudowane w tradycyjny sposób z liści palmowych, ale głównie dominowała blacha falista. A w Yakuveran, wiosce przy Port Resolution, domy ponad 500 mieszkańców powstały z naturalnych surowców pozyskanych z dżungli. Przed wejściem do wioski zwróciliśmy uwagę na dwie rzeźby z pni palmowych – postać mężczyzny i kobiety. Tuż za nimi dostrzegliśmy pierwsze chatki, a przed nimi umorusane dzieciaki z rozkosznymi blond lokami. Przywitaliśmy się i już za chwilę podeszła do nas chuda kobieta z ogromnym, szczerym uśmiechem na twarzy. Była to Miriam – siostra Stanleya. Zaprowadziła nas do jacht klubu, skąd jej brat właśnie wyjeżdżał z turystami na wulkan. Mariusz szybko dogadał się z siedzącym na pace Stanleyem, że następnego dnia zabiorą naszą ekipę.
Miriam poświęciła nam sporo czasu tego popołudnia. Oprowadziła nas najpierw po klubie żeglarskim, gdzie poza miejscem przystosowanym na bar znajduje się kilka domków do wynajęcia. Są to niewielkie bungalowy zbudowane z liści palmowych, ale dające schronienie dla przyjezdnych. Najbardziej podobały mi się te położone na skarpie z widokiem na Port Resolution i góry wśród których dymi Yasur. Mariusz zrobił mi w tym miejscu pamiątkowe zdjęcie z Miriam. Następnie obeszliśmy całą osadę, która niezwykle tętniła życiem. Na dużym placu w centrum wioski cała zgraja chłopców biegała na bosaka za piłką, którym przyglądały się grupki innych dzieciaków. Przed domami przesiadywały kobiety z niemowlakami, którym towarzyszyli mężczyźni. Wszyscy nas mile witali, jednak zachowując pewien dystans. Nawet dzieciaki, które na Fidżi od razu do nas podbiegały, tutaj przyglądały nam się bardziej zza spódnic mam.
Mieszkańcy Yakuveran niezwykle dbają o porządek w swojej wiosce. Każda ścieżka jest dokładnie zagrabiona, a wzdłuż dróg nasadzone są ozdobne rośliny, tworząc kolorowe korytarze. Jedną z takich dróg doszliśmy do plaży po drugiej stronie cypla od strony Pacyfiku. Złote piaski ciągnęły się wzdłuż lazurowej wody, gdzie rozbijały się serferskie fale. Miejsce było tak urokliwe, że postanowiliśmy spędzić tam z całą ekipą dzień przed wyprawą na wulkan. Umówiliśmy się na lunch w restauracji na plaży. Okazało się, że w wiosce są aż trzy lokale prowadzone przez mieszkanki, w których można spożyć posiłek lub herbatkę z ciastem po wcześniejszym umówieniu się. Miriam zabrała nas także do domu swojej siostry Noami, która piekła racuchy chlebowe. Cały worek tych smakołyków kupiliśmy od niej, by zabrać ze sobą na Katharsis na wieczorną przekąskę.
Następnego dnia była pełna mobilizacja wśród załogi, gdyż już o 0900 chcieliśmy być na plaży, by nacieszyć się kąpielami oraz słońcem i zdążyć zjeść umówiony lunch przed wyprawą na wulkan, która ruszała o 1600. Szaleństwa w lazurowych falach wszystkim bardzo się podobały, a dzieciaki ciężko było wyciągnąć z wody. Nasza uczta na plaży pozwoliła nam poznać lokalne specjały. Na stole zagościł maniok, dalo, cassava, słodkie ziemniaki, zielona papaja, tutejsza fasolka polana mlekiem kokosowym oraz ryż i kurczak w sosie – bardzo smacznym, jednak nie jestem w stanie go nazwać. Niezwykle podobał nam się sposób serwowania. Jedliśmy z talerzy wyplecionych z liści palmowych ozdobionych kwiatami. Dziewczynki chciały zabrać ze sobą zastawę. Suzanne nie dość, że dała im gotowe talerze, to jeszcze przyniosła nowy liść palmowy i nauczyła dziewczyny zaplatać rozmaite rzeczy. Po miłym dniu na plaży przygotowaliśmy się na wyprawę na wulkan i o 1600 stawiliśmy się wyposażeni w latarki i ciepłe bluzy w jacht klubie. Na pokładzie Katharsis zostali Tomek z Lucyną i Antkiem. Stanley zapewniał, że wspinaczka na wulkan jest łatwym spacerkiem, jednak mój tatko nie chciał podejmować wyzwania i wolał zostać z trzyletnim wnukiem na jachcie. Mama także zrezygnowała, by dotrzymać chłopakom towarzystwa. Jula, Zosia i Olka podekscytowane były już samą jazdą na wulkan, gdyż wszyscy siedzieliśmy na pace terenowego samochodu i mknęliśmy przez dżunglę. Dla nas wszystkich była to duża frajda. Towarzyszyła nam Miriam, której uśmiech nie znikał z twarzy.
Po dojechaniu na miejsce ukazał nam się iście marsowy krajobraz. Skończyły się zielone widoki i dookoła wszystko było pokryte szarym pyłem. Ze szczytu góry, na którą mieliśmy się wspinać buchały kłęby dymu. Trochę to było przerażające, jednak chęć zajrzenia do krateru wulkanu była silniejsza od strachu i wszyscy zaczęliśmy się wspinać pod górę. Mieliśmy sporego pecha, gdyż pogoda tego dnia była odmienna niż zazwyczaj. Przeważają tu wiatry wschodnie i południowo-wschodnie. Krawędź krateru, na którą można się dostać znajduje się po wschodniej stronie, więc wszystkie pyły wydobywające się z wulkanu zazwyczaj oddalają się od widowni. Tym razem wiał zachodni wiatr i wszystko co Yasur wypluwał tego dnia leciało prosto na nas. Już wspinaczka na krawędź była wyczerpująca. Gazy unoszące się w powietrzu oraz pył wulkaniczny niemiłosiernie paliły w płuca i oczy. Twarze próbowaliśmy przysłaniać chustkami, a oczy okularami przeciwsłonecznymi pomimo, że było już późne popołudnie. 6-minutowy spacerek, o którym wspominał Stanley okazał się wyczerpującą wspinaczką. Jednak po dojściu na krawędź nasz trud od razu wynagrodził oszałamiający widok. We wnętrzu szarej przepaści gotował się diabelski wywar… Czerwona masa bulgotała niczym w ogromnym kotle, wyrzucając co chwilę w powietrze ogniste jęzory. Oczy i płuca paliły potwornie, jednak nie można się było oderwać od tego widowiska. Cały efekt potęgowały odgłosy wydawane przez wulkan – groźne pomruki i dudnienie oraz drżąca pod nami ziemia. Fenomenalne przeżycie!!!!
Wracając w nocy przez dżunglę wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani. Dziewczynki mówiły, że to jedno z najlepszych rzeczy jakie dotąd przeżyły. Myślę, że i dorośli się pod tym podpisują – ja na pewno!
Po powrocie na łódkę okazało się, że cali jesteśmy oblepieni wulkanicznym pyłem. Mycie tego pod prysznicem groziłoby zapchaniem wszystkich rur i zużyciem całego zapasu wody. Zarządziliśmy obowiązkową kąpiel w morzu. Szorowanie przy blasku księżyca i odgłosach buchającego tuż za wzgórzami wulkanu Yasur było uzupełnieniem dnia pełnego emocji i wrażeń. Śmiechom, opowieściom i komentarzom nie było końca…
Na drugi dzień okazało się, że nie tylko my byliśmy umorusani. Katharsis cała pokryta była czarnym pyłem.
Nie mieliśmy innej opcji, jak najszybciej uciekać z tego fascynującego miejsca. Przed wypłynięciem skorzystaliśmy jeszcze z kąpieli w gorących źródłach bijących ze ścian zatoki. Woda wypływająca była bliska wrzenia, bulgotała i mieszając się z falami morskimi tworzyła na przemian wrażenie fajnego jacuzzi i parzącego kotła. Mieliśmy sporo uciechy, a dodatkową frajdą był dla nas czerwony koral, którego podziwialiśmy pływając z maską. W normalnych warunkach występuje na dużych głębokościach, a tu był tuż pod powierzchnią wody. Vanuatu przywitało nas godnie, tak jak Mariusz obiecywał.

Napisane przez: Mariusz | 2014/07/21

Pożegnanie z Fidżi na wyspach Yasawa i Mamanuca

Mariusz:

Trasa z Savusavu na Yasawa zapowiadała się na ciekawą z nawigacyjnego punktu widzenia. Pogodę mieliśmy sprzyjającą, wiała umiarkowana bryza od rufy. Pierwszą atrakcją miało być przejście przez Nosomosomo Passage, wąski i długi na 1,5 mili przesmyk w rafie. Słońce zbliżało się do horyzontu, co nie pomaga w wypatrywaniu niebezpieczeństw. Przesmyk znaleźliśmy dokładnie w miejscu, w którym powinien być. Tym razem nie było dużej rozbieżności pomiędzy naniesieniami na mapie a rzeczywistością. Mieliśmy wystarczająco dużo światła, by pokonać go bez problemów, skracając w ten sposób drogę o około 30 mil.
Trasy nie dało się tak zaplanować, by całkowicie uniknąć bliskości rafy. Dwukrotnie musieliśmy jeszcze przejść przez rafę, jednak krótkie przesmyki miały być szerokie na około pół mili. Dla pewności sprawdziłem, czy namiary ze zdjęć satelitarnych z Google Erth zgadzają się z tymi na naszych mapach i czy na całej trasie nie ma jakiejś rafy, czy skały, której nie ma na mapach. Rozjazdów nie było i bez przygód dopłynęliśmy do wysp Yasawa. Na miejscu musieliśmy bardzo zwolnić, by samo wejście do Blue Lagoon zrobić po wschdzie słońca. Nie jest ono zbyt skomplikowane, ale ponownie na naszych Raymarinowskich mapach Navionicsa spotkała nas niespodzianka i Kubo Pass, którym planowaliśmy wejść do laguny, w ogóle nie istniał.
Grupa wysp Yasawa leży kilkadziesiąt mil na północny zachód od największej wyspy Fidżi – Viti Levu. Blue Lagoon jest miejscem położonym między czterema wyspami. Jest doskonale osłonięte od zafalowania, niezależnie od tego, skąd wieje wiatr. Do tego białe plaże, palmy i lazurowa woda powodują, że jest to pocztówkowe miejsce, dosyć często odwiedzane przez wycieczkowe stateczki. Na nasze szczęście tego dnia żaden statek z turystami nie przypłynął. Cała plaża na wyspie Nanuya Sewa należała do nas. Musieliśmy jeszcze tylko odwiedzić właścicielkę wyspy, złożyć jej hołd wraz z przekazaniem tradycyjnie wiązki korzeni kava i mogliśmy do woli nacieszyć się piaskiem i krystalicznie czystą wodą. Dzionek minął bardzo leniwie.
Na popołudnie umówiliśmy się na herbatę i ciasto w słynnym Va’s Tea House (zdjęcie tej niewykwintnej herbaciarni znajduje się w przewodnikach Lonely Planet). Przy okazji konsumpcji domowych wypieków otrzymaliśmy stertę pomarańczy. O mało nie przypłaciłem tego urazem. Syn właścicielki z dużą zręcznością zrywał kolejne owoce i rzucał mi jeden po drugim. Nigdy nie ćwiczyłem gry w baseball, niemniej jakoś udawało mi się łapać te twarde kule. W pewnym momencie zabrakło mi rąk i kolejną pomarańcz przyjąłem gałką oczną. Skończyło się na bólu, oko nie wypłynęło.
Podczas mojego pobytu na Fidżi Jedyneczką w 2005 roku spędziliśmy trzy tygodnie wśród wysp Yasawa i Mamanuca. Tym razem te wyspy zostawiłem na koniec naszego rejsu i musiałem zrezygnować z odwiedzenia kolejnych zatok i wiosek. Plaże na Yasawa są bajeczne, nurkowanie wśród miękkich korali Mamanuca jedyne w swoim rodzaju, ale myślę, że odwiedzenie wschodnich rejonów Fidżi zrekompensowało odpuszczenie sobie wysp na zachodzie tego kraju. Na miejsce oglądania finałów mistrzostw świata w Brazylii wybrałem Musket Cove Yacht Club. Jest to niewielka marina położona między najlepiej osłoniętymi wyspami z grupy Mamanuca – Malolo i Malolo Lailai. Chcąc zobaczyć oba mecze musieliśmy popłynąć tam bezpośrednio z Blue Lagoon. Wiatr nam nie pomagał – po prostu nie było. Musieliśmy wesprzeć się silnikiem. Zdążyliśmy dopłynąć na godzinę przed zachodem słońca i rzucić kotwicę miedzy trzema wysepkami rafy. Na boję przygotowaną do cumowania przez Musket Yacht Club Katharsis była za duża.
Złapaliśmy tak dobry sygnał telewizyjny, że nie musieliśmy korzystać z hotelowego telewizora, co i tak nie byłoby łatwe z uwagi na wczesną godzinę. Finał odbywał się o 0700 lokalnego czasu w poniedziałek. Niedziela upłynęła nam na beztroskiej zabawie na plaży, wycieczce na łachę piachu, która odsłoniła się podczas odpływu oraz na kilku kursach pontonem po paliwo.
W głowie miałem już płynięcie na Vanuatu. 23 lipca z Port Villa wylatuje do kraju Dorcia z Arciem i Zosią. Nie mogliśmy przedłużać w nieskończoność naszego pobytu na Fidżi. W poniedziałek podpłynęliśmy jeszcze do Port Denerau, gdzie w otoczeniu mariny pobudowano miasteczko ze sklepami i restauracjami. Podczas mego pobytu 9 lat temu nie było tu nic poza szczurami i karaluchami. Uzupełniliśmy zapasy wina i byliśmy w ten sposób gotowi do kolejnego etapu podróży.
We wtorek 15 lipca sprawnie odprawiliśmy się z Hanią w Lautoce. Mogliśmy, a w zasadzie musieliśmy wypływać. Tym razem mogę mówić o pechu. Przez całe dwa miesiące pobytu na Fidżi byliśmy pod wpływem słabszego lub silniejszego pasatu wiejącego od SE do NE. Czasami wiał wiatr południowy. A tu nagle wyż został rozcięty na dwa mniejsze i pomiędzy nie wdarł się niż z nad Nowej Zelandii. Zapowiadała się więc jazda pod silny wiatr (a obiecałem wszystkim, że podwiatrowego pływania już nie będzie). Nie było innego wyjścia, jak sprawdzić przystosowanie się naszych załogantów do niełatwych warunków oceanicznej żeglugi.

Napisane przez: Mariusz | 2014/07/17

Vanua Levu

Mariusz:

Na początku maja nie byłem pewien, jak zniosę dwumiesięczny pobyt w jednym kraju. Fidżi nie jest tak rozległe, jak Polinezja Francuska. Z żeglarskiego punktu widzenia wydaje się małym akwenem. Jest to jednak błędne wyobrażenie. Na odwiedzenie większości zakamarków Fidżi potrzeba więcej niż jednego sezonu żeglarskiego. W tym kontekście dwa miesiące to niewiele. Musieliśmy dokonywać wyboru miejsc, które należy odwiedzić, by poczuć charakter tego ciekawego kraju.
Licząc dni, które pozostały nam do końca planowanego pobytu na Fidżi, zdecydowałem się na skręcenie na zachód. Na północ od Tevueni leży Vanua Levu. Wyspy te oddzielone są od siebie kilkumilowej szerokości cieśniną Somosomo Strait. Spore prądy powodują, że jest to jedno z trudniejszych i najciekawszych miejsc nurkowych na Fidżi. Nie mogłem odpuścić chęci zejścia pod wodę, pomimo niedyspozycji nurkowej Haneczki. Kotwicę rzuciliśmy w Viani Bay. Wejście do niej nie byłoby trudne, gdyby nie brak mapy tego fragmentu wyspy w naszym ploterze (nie pierwszy raz nam przytrafia się taki prezent od Navionicsa). Zawsze mam jednak backup, w tym przypadku mapy Maxsea na laptopie. Tak więc wpłynęliśmy z Hanią nawigującą spod pokładu, Arciem na dziobie wypatrującym podwodnych niebezpieczeństw i sonarem, który pokazuje kształt dna przed dziobem.
Kolejnego dnia ruszyliśmy z Tomkiem na rekonesansowe zejście pod wodę. Hania miała nas asystować z pontonu. Dzień był prawie bezwietrzny, wydawałoby się idealny na nurka za rafą. To co zobaczyliśmy po wypłynięciu w cieśninę zauroczyło nas ale i jednocześnie zmroziło. Gładkie morze wytwarzało szeroką na kilkadziesiąt metrów dolinę przed rafą, która zbliżając się do niej, szybko wypiętrzała się i zamieniając się w wysoką falę, przelewała z hukiem. Można sobie wyobrazić co mogłoby stać się z nami po wynurzeniu w pobliżu rafy. W tym przypadku brakowało nam lokalnej wiedzy o tym miejscu. Nie chciałem narażać nas na ryzyko i zarządziłem odwrót. W przesmyku spotkaliśmy na pontonie Jacka – mieszkańca Viani Bay. Sam nie nurkuje, ale zna doskonale tutejsze nurkowiska. Potwierdził, że w tych warunkach zejście pod wodę byłoby szaleństwem. Umówiliśmy się na następny dzień na wspólnego nurka z Jackiem i australijską załogą Aurora Star.
Rano zabraliśmy Jacka, Sarę i Brenta na nasz pokład. Zakotwiczyliśmy wewnątrz laguny na skraju rafy. Warunki były zgoła odmienne od tych z dnia wczorajszego. Po olbrzymich falach nie było śladu, jakby zostały wymazane czarodziejską różdżką. Niewielkie fale przelewające się przez rafę sprawiały radość dziewczynom i ich dziadkowi. Oddali się oni zabawie skakania z rufy i pokładu w przepływające pagórki. Nurkowie wybrali się za rafę. Po raz kolejny nie wziąłem ze sobą dużego aparatu, nie wiedząc z jakimi prądami przyjdzie nam się zmagać. Zrobiliśmy dwa nurki na Great White Wall i Pink Wall. Nazwy wywodzą się od mojego ulubionego i rzadkiego miękkiego korala. Zejście na ścianę jest poprzez tunel w rafie, którego wyjście znajduje się na 25 metrach. Warunki były wręcz idealne. Brak prądu i podwodnego zafalowania umożliwiły nam spokojne przepłynięcie tunelu. Takie warunki zdarzają się kilka razy w miesiącu. Po wyjściu z „rury” popłynęliśmy wzdłuż pionowej, ośnieżonej koralem ściany. Był to pierwszy tak ekscytujący nurek Tomka i muszę przyznać, że świetnie dał sobie radę. Okazał spokój, co zaowocowało godzinnym drugim nurkiem.
Jack zaprosił nas do siebie na typową fidżijską kolację – lomo, czyli potrawy pieczone w ognisku. Poza nami na plaży pojawiły się załogi kilku innych jachtów kotwiczących w zatoce. Świetna okazja do wymiany wrażeń. Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie z uwagi na liczebność naszej gromadki. Nieczęsto z jednej łódki na ląd wytacza się 12 osób. Dziatwa zawarła szybko znajomości z dziećmi z wioski. Pomogły im w tym zapewne słodycze, które wzięły na plażę. Jedzenie, coś w rodzaju grilla, tylko mięso zamiast w folii aluminiowej zawinięte było w liście bananowca. Na talerzach pojawił się tuńczyk, prosiak i kurczak. Całość z dodatkiem cassavy była całkiem zjadliwa, zwłaszcza po przyjęciu stosownej ilości czerwonego wina.
Po dwóch tygodniach przebywania w zacisznych miejscach popłynęliśmy do cywilizacji. Zaczęły kończyć się nam warzywa i owoce, a do tego chłopacy chcieli obejrzeć półfinały MŚ w Brazylii. Następnego dnia, mimo silnego, momentami 30 węzłowego wiatru, wyruszyliśmy do Savusavu. Cień Tevueni wygłuszał fale, dzięki czemu obeszło się bez choroby morskiej naszej załogi. Po 50 milach dopłynęliśmy do największej osady na tej drugiej co do wielkości wyspie Fidżi. Savusavu leży nad rzeką Nakema. Jest doskonale osłonięte od wszelkich wiatrów. Stąd popularność tego miejsca wśród żeglarzy. Gro z nich spędza tu sezon huraganowy. Z postawionych przez Copra Shed Marina bojek, tylko jedna nadaje się dla naszej łódki. Była oczywiście zajęta. Postanowiłem popłynąć w górę rzeki i rzucić kotwicę. Ściemniało już się i o mało co nie wpakowaliśmy się na rafę. Wąskie na dwadzieścia metrów przejście w kształcie litery S między dwiema rafami było oznaczone bojami i kolorowymi chorągiewkami. Konia z rzędem temu, który domyśliłby się, że skręt należy wykonać wpływając między żółtą i niebieską chorągiewkę. Rafy o zmierzchu nie można było już dostrzec gołym okiem. Tylko sonar podpowiadał, że płyniemy prosto w rafę. Tak duży jacht w wąskim przejściu wzbudził spore zainteresowanie. Zacząłem się powoli wycofywać, ale szybko podpłynął do nas jeden z żeglarzy i wskazał właściwe wrota. Obyło się bez zadrapań. Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, trzy jachty w ciągu ostatnich dwóch tygodni wpadły na tą rafę. Właściciel Savusavu Marina, do której należą bojki za tym niebezpiecznym zakrętem, obiecał zmienić oznakowanie. Sam przyznał się do czterokrotnego wejścia na rafę.
Dwa dni w Savusavu pozwoliły nam na uzupełnienie zapasów aż do następnego prowiantowania w stolicy Vanuatu. Po obejrzeniu drugiego z półfinałów ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku Yasawa. 120 mil, które mieliśmy do pokonania oznaczały, że czekać nas będzie nocne żeglowanie wśród raf leżących między Vanua Levu a Viti Levu …

Dorotka:

Z rajskiej plaży na Namara ruszyliśmy w kierunku północnym na podbój Taveuni z zamiarem zdobycia jej szczytów i zobaczenia przepięknych wodospadów (co w szczególną radość wprawiło Basieńkę, która nie mogła uwierzyć, że zobaczy wodospady „w naturze”). Droga nie była łatwa. Hańcia próbowała opanować szpital na pokładzie podając miskę „z ust do ust”. Polegli niemal wszyscy, a ci co się trzymali jako tako, na drugi dzień lica mieli nieco zielonkawe i wymęczone. Ale spuśćmy na to zasłonę milczenia. Niczym bowiem są trudy podróży w obliczu spodziewanych odkryć. Droga dostarczyła nam też niemało emocji i radości. Udało nam się złowić dwa przepiękne tuńczyki, których degustacja w postaci sashimi odbywała się już na rufie tuż po wstępnym oczyszczeniu naszych zdobyczy. Nawet Zosia po raz pierwszy w życiu spróbował tego rarytasu.
Koniec końców dopłynęliśmy do celu. Niestety wzburzone wody zatoki Vurevure nie pozwoliły nam na bezpieczne „zaparkowanie” i musieliśmy płynąć dalej w poszukiwaniu zacisznej przystani dla prawdziwych „żaglowców” (określenie Basiuni na żeglujących ludzi), którzy nie przepadają za bujaniem fal. I tym sposobem trafiliśmy do przepięknej zatoczki przy wyspie Matagi. Niewielkie, przytulne zakole, otoczone wysokimi ścianami oszałamiającej zieleni wydało nam się niezwykle gościnne. Kryształowa przejrzystość wody pozwalała oglądać cuda rafy (ogromne szaro-żółtawe niby kapelusze grzybów czy białe drzewa koralowe) z pokładu Katharsis. Były tam też dwie plaże, na jednej z których spędziliśmy urocze popołudnie. Zachęcające wody przy Matagi skłoniły, ostrożnego i zazwyczaj wstrzemięźliwego Arcia do podjęcia ryzyka zejścia na dno ( na szczęście tylko, a może aż morskie a nie życiowe). Spokój, cierpliwość i profesjonalizm Mariusza pozwoliły pokonać mu wszystkie strachy i zejście pod wodę było na tyle udane, że w kolejnych dniach Artur wyruszy penetrować podwodny świat Pacyfiku. Ja niestety nie pokonałam słabości organizmu i uszy nie pozwoliły mi nurkować. Pozostał mi zatem tylko snorkling. Rafa w tej okolicy wynagrodziła mi jednak poprzedni zawód. Tego dnia popłynęliśmy poza spokojne wody zatoki. Hańcia, Mariusz i Tomek nurkowali, z bliska podziwiając niezliczoną ilość gatunków korali i tańczących wśród nich ryb we wszystkich kolorach tęczy. Udało im się też podejrzeć królewskich rozmiarów Napoleona dostojnie przepływającego po koralowym ogrodzie. Ja natomiast w tym czasie, nieco wyżej, z powierzchni wody uzbrojona w rurkę i maskę również podziwiałam te cuda. Kolejnego dnia nasze dziewczynki też rozpoczęły swoją przygodę z nurkowaniem. Wystrojone w pianki, obładowane ołowiem syreny zanurzyły się w morską toń. Okazało się jednak, że nie posiadają zdolności oddychania pod wodą jak na syreny przystało i musiały korzystać z tlenu swoich opiekunów, czerpiąc życiodajny gaz z octopusów Mariusza i Hańci.
Po dwóch dniach popłynęliśmy dalej. Kapitan zdecydował się podjąć jeszcze jedną próbę przybicia do brzegów Taveuni. Tym razem Vurevure Bay zapraszała spokojnymi wodami i pięknym krajobrazem. Po rzuceniu kotwicy (w dość płytkich wodach – bądźcie czujni będąc w tej okolicy) wyruszyliśmy na ląd. Była to dla nas pierwsza wyprawa w głąb lądu. Wrażenia niesamowite – aż trudno to opisać. Tak naprawdę dopiero tutaj poczuliśmy klimat prawdziwych tropików. Okazało się, że rajskie plaże to dopiero preludium czegoś naprawdę zapierającego dech w piersiach. Ale po kolei. Tego popołudnia odwiedziliśmy jedną z trzech wiosek leżących przy Vurevure. Gościnność i serdeczność Fidżijczyków jeszcze ciągle nas zaskakiwała. Wszyscy serdeczni, uśmiechnięci i pozdrawiający przyjezdnych z niekłamaną radością. Jak to skwitował Arciu, na Fidżi nawet psy są uśmiechnięte, żaden nie warczy, nie szczeka tylko ciągle merda ogonem. W wiosce wypełniliśmy tradycyjny rytuał sevusevu i otrzymaliśmy pozwolenie na korzystanie z wody, ziemi i powietrza. Przy okazji załatwiliśmy również transport na czekającą nas wycieczkę do Bouma National Park. Następnego dnia rano wyjechaliśmy busikiem w stylu fidzijskim („bezprzeglądowa” toyota w stanie doskonałym na ilość osób zależną od liczebności grupy) zdobywać Wodospady Tavoro. Słowo zdobywać jest tu w pełni zasadne. Choć przeszliśmy tylko część tego przepięknego parku narodowego, udało nam się ( niemałym wysiłkiem) zajść całkiem wysoko i zobaczyć oraz zażyć kąpieli w trzech wodospadach. Trasa momentami była bardzo wymagająca, szczególnie dla palaczy uprawiających głównie „kanaping” czyli dla Artura i dla mnie. Ale i pozostali nieco posapywali. Jednak widoki rekompensowały w dwójnasób każdą kroplę potu, skurcz w łydkach i bezdech. Jeśli kiedykolwiek będziecie w tych okolicach koniecznie musicie odwiedzić Bouma National Park. Na trasie było kilka punktów widokowych i to co można było z nich zobaczyć było wprost bajeczne i odbierało mowę ( chociaż nie Arciowi, który co rusz wykrzykiwał „ zobaczcie zupełnie jak w Avatarze”). Cudowne miejsce. Tylko tyle i aż tyle mogę powiedzieć. Wielką nagrodą po trudach wspinaczki była niezapomniana kąpiel pod wodospadem. Rześka, a wręcz zimna woda, spadająca z hukiem kaskada, gęsta, tajemnicza dżungla i tylko my. Czy może być coś wspanialszego. W takim momencie człowieka przepełnia niczym niezmącone poczucie szczęścia. Dzięki Kapitanie, że mogliśmy tego doświadczyć.
A teraz dalej w drogę…

Napisane przez: Hanuś | 2014/07/04

Kadavu razy dwa

Trochę się ostatnio u nas działo. A im więcej zamieszania dookoła, tym mniej czasu na siedzenie przed monitorem i brak wieści od nas. Czyli cisza mogła by oznaczać, że nic nowego i ciekawego się na Katharsis nie wydarzyło, a często jest wręcz przeciwnie.

Podczas ostatnich dwóch tygodni przepłynęliśmy z Fulaga na Kadavu, następnie do Suva, i znowu na Kadavu. Teraz jesteśmy już na północy 180 mil na północny-wschód – kotwiczymy przy Taveuni. Ale najpierw chciałabym wrócić do naszych dwóch pobytów na Kadavu.

Kadavu leży 40 – 50 mil na południe od Viti Levu i jest trzecią co do wielkości wyspą Fidżi. Słynie z upraw kava oraz z doskonałych miejsc nurkowych. Kadavu i sąsiadujące z nią mniejsze wyspy otoczone są rafą Astrolab Reef. Z Fulagi mieliśmy do pokonania 180 mil. Silna bryza pozwoliła nam pokonać trasę w niecałą dobę. Wpłynęliśmy do środka laguny przez Naigoro Passage i stanęliśmy w najbliższej zatoce przy wiosce Vatulutu. Miejsce nie było tak urokliwe, jak na Lau, ale świat podwodny miał nam to zrekompensować.
Nie mieliśmy jednak wiele czasu na zwiedzanie tej części Fidżi, gdyż spieszyliśmy się na główny ląd, czyli do Suva, skąd wylatywała cała ekipa. Pomimo ograniczonego czasu i mało sprzyjającej pogody udało nam się zaliczyć śliczne snorklowanie przy czwartej co do wielkości rafie koralowej na świecie. Było wietrznie, momentami deszczowo, a wzburzone morze zalewało nam rurki, jednak nie poddaliśmy się i weszliśmy do wody. Natalka z zapałem fotografowała podwodny świat, czego efekty zamieściłam na naszym blogu.
Kadavu nie ugościło nas słońcem, ale za to zrekomensowało nam niepowodzenia wędkarskie z wcześniejszych dwóch tygodni. Od wypłynięcia z Suva i podczas żeglowania po Lau nie udało nam się złowić żadnej ryby, chociaż wykorzystywaliśmy każdą okazję na zarzucenie wędek. Natalka wciąż pytała kiedy będzie carpacio z tuńczyka, pieczone mahi, sushi lub inne rybne smakołyki, a na haczyku nie widać było żadnej sztuki… Aż tu nagle przy Kadavu ryba za rybą łapała się na przynętę! Walka była nierówna, gdyż niektóre okazy uciekały z haczyka lub zrywały przynętę, ale ogromne wahoo i dwa mahi-mahi pozwoliły zaspokoić apetyty na świeżą rybkę. Można powiedzieć, że wynik był w pełni zadowalający. Mariusz wyczarował swoje popisowe carpacio (raz z mahi, innym razem z wahoo), a Tomek nakręcił wyśmienite sushi.
Podczas kilkugodzinnego płynięcia z Kadavu do Suva doszło do pewnego historycznego dla nas wydarzenia. Mianowicie Mariusz po raz pierwszy odpalił drona w czasie żeglugi. Emocji było sporo, gdyż podmuchy wiatru znosiły naszą osę i baliśmy się, czy uda się ją ściągnąć z powrotem na pokład. Cała akcja zakończyła się sukcesem i mamy kilka świetnych ujęć z tej zabawy.
Powrót do Suva uczciliśmy butelką szampana i kolacją w uroczej knajpce na wodzie. Starą jednostkę przemieniono na pływającą restaurację Tikos tworząc klimat jak na starych statkach pasażerskich. Było to przemiłe dopełnienie rejsu. W ciągu dwóch tygodni udało się nam zrobić małą pętlę po wodach Fidżi, przepłynąć 600 mil i odwiedzić kilka miejsc nie tkniętych turystyką.
18 czerwca prawie wszyscy się rozjechali. Natalka, Adam, Tomek i Jarek pofrunęli ku swoim domom, a Mariusz na kilka dni wyskoczył do Kanady. Ja z Tomkiem zostałam na Katharsis, by przygotować się na przyjazd kolejnej ekipy. Tym razem zjechać się miała moja wesoła rodzinka – rodzice oraz siostry z mężami i dziećmi. Tomek kilka następnych tygodni spędzi w Polsce ze swoją rodziną, a Mariusz poprowadzi moją bandę barbarzyńców (tak ich pieszczotliwie nazywam, gdyż 10 osobowa ekipa z czwórką dzieci, to naprawdę wesoła grupa) przez Fidżi, Vanuatu aż ku Wyspom Salomona.
Przed kolejnym rejsem czekało nas uzupełnienie zapasów. A wiadomo, że zaprowiantowanie dla 12 osób na miesiąc nie jest łatwym zadaniem. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie. Pewnie dlatego, że moja rodzinka mogła to już przećwiczyć w Meksyku półtorej roku temu. Wracającego na Katharsis kapitana przywitaliśmy chlebem i solą. Mój szwagier Artur zdążył się zaopatrzyć w Suva w tradycyjny strój fidżijski, czyli malo (koszulę) oraz sulu (spódnicę za kolana). Także Mariusza witało pachole w stroju ludowym. Po powitalnych rytuałach mogliśmy ruszyć w morze.
Naszym pierwszym celem było odwiedzenie Kadavu. Mariusz odczuwał pewien niedosyt i chciał tam jeszcze wrócić. Tym razem pogoda była jak dzwon. Nie dość, że towarzyszyła nam jedynie delikatna bryza, która pozwoliła spokojnie na żaglach dotrzeć do Astrolabe Reef, to jeszcze przez kilka kolejnych dni słońca nie zasłaniała żadna chmurka. Po dopłynięciu do Dravuni na Kadavu udaliśmy się ze świeżo zakupionymi w Suva korzeniami kava na ląd na sevusevu. Przyjęci zostaliśmy wraz z załogami trzech innych jachtów w bure przy plaży. Pomimo, że wódz nie dał rady dotrzeć na spotkanie z nami, sevusevu się odbyło. Przekazaliśmy kava, poczęstowani zostaliśmy w zamian grogiem i udzielono nam pozwolenia na korzystanie z uroków Dravuni, kilku innych małych wysp oraz otaczających ich wód.
Jeden dzień spędziliśmy na plaży przy wiosce na Dravuni, a na kilka kolejnych przenieśliśmy się w okolice bezludnej Namara Island. Znaleźliśmy tam zaciszne miejsce z niesamowicie przejrzystą wodą oraz żywą i kolorową rafą przy samej plaży. Godzinami można było nie wychodzić z wody. Dla dzieciaków wiadomo było, że będzie to podwodny raj. Jak spławiki siedzieli przez cały dzień w wodzie obserwując podwodne życie i mocząc się w ciepłej wodzie. A i moi rodzice pierwszy raz dali się namówić na pływanie w masce z rurką. Myślałam, że nie wyciągniemy mojego taty z wody… tak mu się spodobało.
Warunki były na tyle sprzyjające, że robiliśmy pontonem wypady na oddaloną od naszego kotwicowiska o dwie mile Astrolabe Reef. Snorklowanie było tam tak przepiękne, że nawet nie odczuwaliśmy z Mariuszem potrzeby zejścia pod wodę ze sprzętem do nurkowania. Mariusz testował swoje nowe płetwy do freedivingu i na bezdechu schodził na kilka metrów, by podziwiać uroki rafy. Moje siostrzenice próbowały naśladować Mariusza i nawet całkiem nieźle im szło. Byłam z nich dumna.

Pusta plaża na bezludnej Namara okazała się także idealnym miejscem na zorganizowanie pikniku. Chłopacy rozpalili z suchych liści palmowych i bambusów ognisko, na którym upiekliśmy rybę oraz szaszłyki. Ucztowaliśmy siedząc na palmowych liściach w cieniu tropikalnych drzew. Było po prostu rajsko. A do tego pogoda nas wprost rozpieszczała.

Napisane przez: Hanuś | 2014/06/18

Fulaga

Na Fulaga dopłynęliśmy po wspaniałej całonocnej żegludze nad ranem 11 czerwca 2014. Wiatr niezwykle nam sprzyjał. Całą trasę udało nam się pokonać jednym halsem i prędkość nie spadała poniżej 9 węzłów (jak to mówimy – na budziku było wciąż powyżej 9). Na swojej wachcie o świcie musiałam już zwalniać, gdyż nie było sensu zbliżać się do wejścia do atolu zbyt wcześnie. Potrzebne nam było światło, by móc wypatrzeć koryto przesmyku i uniknąć zderzenia z rafą koralową. Mapy dla archipelagu Fulaga okazały się mało dokładne – delikatnie rzecz ujmując… Mariusz stwierdził, że ktoś nanosząc na mapę wyspy i skały kierował się wesołą twórczością oraz bujną fantazją, gdyż niewiele zgadzało się z rzeczywistością. Do przesmyku wpływaliśmy podczas odpływu, czyli z silnym prądem wychodzącym około 3-węzłowym. Woda wylewająca się z atolu i przedzierająca do oceanu tworzyła silne zafalowanie. Stanowiło to pewne utrudnienie, jednak rzeka wypływająca z impetem z atolu pokazywała nam koryto przesmyku i tym samym bezpieczną drogę. Po przepłynięciu przesmyku, lawirując między grzbietami korali, dotarliśmy w okolice wioski Muana-I-Cake. Jest to jedna z czterech osad na tym atolu. Wiedzieliśmy, że odbycie sevusevu akurat w tej wiosce da nam zgodę na korzystanie z dobrodziejstw całego atolu. Po rzuceniu kotwicy podpłynął do nas przedstawiciel wioski i poprosił, żebyśmy przyszli popołudniu, gdyż w ciągu dnia mając spotkanie z przedstawicielami wszystkich wiosek. Dzień upłynął nam na porządkach. Czas już było wyszorować pokład Katharsis, a i pod pokładem nie brakowało pracy.
Do wioski wiedzie ścieżka przez lasy i plantacje. Pokonanie jej zajmuje około 20 minut. Widoki są śliczne, jednak towarzystwo komarów daje się we znaki. Na szczęście wiedzieliśmy o tych małych leśnych potworach i się zabezpieczyliśmy przed ich atakami grubą warstwą środków odstraszających. Po dotarciu do wioski przywitał nas jej przedstawiciel. Zaprowadził nas do domu wodza, który jest znacznie większy i ładniejszy, niż domy wodzów z Vanua Balavu. Ściany i dach pokryte są blachą falistą, jednak kształt domu nawiązuje do tradycyjnej fidżijskiej architektury – zachowuje kształt bure. Jest owalny ze spadzistym dachem. Podłogę pokrywają równo ułożone maty z liści palmowych. Pod jedną ze ścian znajduje się łóżko, a przy środkowej ścianie biurko i krzesła dla gości. My siedzieliśmy wszyscy tradycyjnie na macie przed wodzem. Po przekazaniu kava i zapłaceniu 50 dolarów fidżijskich poszliśmy zwiedzać wioskę. Odwiedziliśmy dom rzeźbiarzy. Warsztat znajduje się zaraz przy domu, więc mogliśmy zobaczyć rzeźbiarzy przy pracy. Ich wyroby były bardzo ładne – pięknie wykonane, a przede wszystkim zrobione z porządnego drewna. Każdy z nas chętnie coś kupił. Jest to dobra metoda wspierania tutejszej ludności, a poza tym ma się pewność, że nabywa się autentyczne rękodzieło. Już wcześniej na Vanua Balavu kupiłam matę z liści palmowych, a tym razem rzeźbionego delfina i żółwia. Mariusz wzbogacił swoją kolekcję masek.
Cała wioska sprawiała wrażenie niezwykle czystej i zadbanej. Już na Vanua Balavu zwróciliśmy uwagę, że mieszkańcy Lau bardzo dbają o porządek. Podczas spaceru po wiosce otaczała nas grupka dzieciaków. Jarek znowu wcielił się w rolę Św. Mikołaja -rozdawał lizaki i prezenty. Gdy wróciliśmy na pokład było już późne popołudnie i nie było sensu przemieszczać się łódką w nowe miejsce, przede wszystkim ze względu na czyhające płycizny i koralowce, które trudno wypatrzeć przy słabym świetle. Na drugi dzień rano zrobiliśmy pontonem rekonesans i odnaleźliśmy malowniczą zatoczkę oraz wytyczyliśmy bezpieczną trasę, by się tam przenieść Katharsis.
Krajobraz Fulaga tworzą złote plaże oraz całe mnóstwo małych i większych wysepek porośniętych palmami. Wyspy często przypominają kształtem grzyby z zieloną czupryną. Na niskiej wodzie poszliśmy zwiedzać odsłonięte mierzeje i zatoczki przy rafie, a podczas przypływu udaliśmy się całą ekipą na snorklowanie w przesmyku. Podczas, gdy przy przypływie tworzyły się tam wysokie fale, to przypływ uspokajał przesmyk. Woda wpływająca z oceanu była niezwykle przejrzysta, dzięki czemu widoczność pod wodą sięgała kilkudziesięciu metrów. Żywa, kolorowa rafa koralowa i mnóstwo ryb w przesmyku zapewniły nam niezwykłą ucztę dla oczu. Wypływaliśmy na koniec przesmyku, wskakiwaliśmy do wody, a jedna osoba asekurowała resztę z pontonu. Prąd wpychał nas do wnętrza laguny, podczas gdy my z powierzchni wody oglądaliśmy co dzieje się pod nami.
Na drugi dzień postanowiliśmy powtórzyć zabawę, z tym że ekipa nurkowa najpierw ze sprzętem zeszła pod wodę na zewnątrz rafy i z prądem wróciliśmy do wnętrza atolu. A potem snorklowaliśmy wspólnie podziwiając bogate życie i piękne krajobrazy podwodne.
W ruch ruszyła także nowa zabawka Mariusza – helikopter z kamerą. Dzięki dronowi mogliśmy podziwiać uroki Fulaga z powietrza. Widok był olśniewający!!!
Od wypłynięcia z Suva, ku wielkiemu rozczarowaniu Natalki, nie udało nam się złapać żadnej ryby. Tomek z Jarkiem postanowili spróbować upolować coś we wnętrzu laguny. Liczyli na jakieś niewielkie ryby, nazywane przez nas patelniakami (czyli takie akurat na patelnię). Zaopatrzeni w wędki, kuszę i zimne piwo ruszyli na połowy. Niestety wrócili z pustymi rękami. Stwierdziliśmy, że pewnie dlatego, że na Fulaga połowem ryb zajmują się jedynie kobiety, więc tutejsze ryby mogły sobie nie życzyć, by być złowionymi przez mężczyzn. Przed naszym wypłynięciem w sobotę wypatrzyliśmy kobiety z wioski maszerujące po plaży z sieciami. Mariusz zawiózł mnie z aparatem na ląd. Gdy podeszłam do nich i zapytałam czy mogę im potowarzyszyć i zrobić kilka zdjęć, rozpoznałam żony rzeźbiarzy z Muana-I-Cake. Jedna z nich poczęstowała mnie w swoim domu pomarańczą i też mnie rozpoznała. Na początku były trochę onieśmielone moją obecnością, ale po chwili się oswoiły z aparatem i dużym teleobiektywem. Mogłam poznać ich taktykę łowienia ryb. Cała akcja rozgrywała się na niskiej wodzie w okolicy małych wysepek przy rafie. Kobiety z jednej strony rozciągnęły sieć, której pilnowała jedna z rybaczek, a dwie pozostałe przeszły na drugi koniec zatoki i zaganiały ryby. Chlapały głośno o powierzchnię wody próbując spłoszyć ryby i zagonić je do sieci. Po chwili sieć pełna była ryb, które wyciągały rękami i przekładały do specjalnie przygotowanego pojemnika – kanistra z wyciętą dziurą na środku. Pokazałam im zdjęcia, które zrobiłam. Były bardzo zadowolone z efektu. Przez tą krótką chwilę chyba udało mi się z nimi zaprzyjaźnić. Dostałam od nich kilka ryb. Z dumą wracałam z nimi na pokład! Nie złapałam ich może sama, ale efekt się liczył.

Niespodziewana zmiana kierunku wiatru, nie tylko nam pomogła dopłynąć na Fulaga. Wielu żeglarzy płynących z Nowej Zelandii udało się od razu na północ, by stamtąd móc zaatakować Lau przy wiejących tu najczęściej wschodnich i południowo-wschodnich wiatrach. Północno-wschodni wiatr pozwolił im z wiatrem dopłynąć z północy Fidżi (najczęściej z Savusavu) na południe Lau. Do tej pory byliśmy zaledwie drugim jachtem, który dotarł w tym sezonie na Fulaga. Zmiana warunków pogodowych spowodowała, że jednego dnia nagle spłynęło się kilka jachtów. Jeden z nich nie miał szczęścia przy wpływaniu do przesmyku i osiadł na rafie koralowej. Żeglarze z wszystkich jednostek ruszyli z akcją ratunkową. Na nasz ponton wsiedli Mariusz, Tomek, Jarek i ruszyli z odsieczą. Okazało się, że pontony innych jachtów wyposażone są w niewielkie silniki i jedynie nasz 50- konny był w stanie ściągnąć pechowców z rafy. Chłopacy opowiadali, że podczas wyciągania jachtu nasz ponton był tak obciążony i przechylony, że wody było po kolana, pomimo, że Jarek cały czas obsługiwał elektryczną pompę wylewającą wodę za burtę. Jak dobrze, że Tomek jakiś czas temu zainstalował ją na pontonie… Wszystko zakończyło się szczęśliwie i udało się wyciągnąć jacht z tarapatów.

Bardzo się cieszę, że udało nam się zobaczyć Fulaga. Po pierwsze dlatego, że zależało na tym Mariuszowi. A po drugie było to naprawdę przepiękne miejsce!

Napisane przez: Mariusz | 2014/06/14

Szanty i ceremonia picia kava na Susui

Mariusz

Neptun obdarzył nas swoją łaskawością, pozwalając na dopłynięcie jednym halsem na Vanua Balavu. Spędziliśmy kilka dni w doskonale osłoniętych od wiatru kotwicowiskach północnej części wyspy. Baraszkując, jednocześnie czekaliśmy na osłabienie silnego pasatu. Był on wzmocniony intensywnym niżem z centrum poniżej Tonga. Nie chciałem ponownie męczyć Natalii i Tomka. Wiatr wiejący z południowego wschodu, dochodzący do 30 węzłów, nie dawał innej opcji na płynięcie, jak odwrót z Lau w kierunku zachodnim.
Nasz kontakt z mieszkańcami Dalaconi pozostawił pewien niedosyt, zapewne za sprawą wyludnienia wioski, spowodowanego weselem. Zasugerowano nam wtorek, na dzień wspólnej kolacji, czyli pięć dni od dopłynięcia, ale mając na pokładzie ekipę spędzającą z nami zaledwie dwa tygodnie, nie mogliśmy przyjąć zaproszenia.
Vanua Balavu jest atolem, w którego lagunie znajduje się kilka wysp, z mieszkańcami rozsianymi w dziesięciu wioskach. Postanowiłem przedłużyć pobyt w tym uroczym zakątku świata i popłynąć na samo południe atolu, do wioski Susui przy wyspie o tej samej nazwie. Miałem nadzieję, że w ciągu dwóch kolejnych dni zmieni się wiatr, by umożliwić nam żeglugę na południe Lau. Dystans do pokonania mieliśmy niewielki, zaledwie kilkanaście mil morskich, ale zmysły musieliśmy wytężyć do maksimum. Płynęliśmy wewnątrz atolu, a więc osłonięci od dużych fal. Byliśmy za to narażeni na czyhające pod powierzchnią wody głowy korala. Mapy tego rejonu są prawie bezużyteczne. Brakuje na nich szczegółów, rozjazd z rzeczywistością sięga pół mili i do tego wielkość błędu zmienia się wraz z naszym położeniem. Północna część Vanua Balavu jeszcze jako tako została odzwierciedlona na mapach, ale w przypadku Susui linia brzegowa na mapie była jakby z innej bajki. Dobre światło pozwoliło nam jednak bezpiecznie znaleźć kotwicowisko i po lunchu wylądowaliśmy w wiosce.
Przywitał nas Jacob, który zaprowadził nas do domu wodza. Sama ceremonia sevusevu trwała zaledwie kilka minut i nie zrobiła na nas wrażenia. Wódz wioski sprawiał wrażenie, jakby był zmęczony. Może dlatego, że dopiero co wrócił z Lamaloma – największej wioski atolu. Zostaliśmy jednak zaproszeni na wieczorne spotkanie mężczyzn z tej najmniejszej wioski atolu.
Po ciemku, na niskiej wodzie, przy pomocy latarki Jacoba udało nam się przecisnąć przez rafę. Impreza odbyła się w domu spotkań – bure. W odróżnieniu od normalnych domostw, zrobionych z blachy falistej, miejsce spotkań zbudowane było z drewnianych pali i z palmowym poszyciem. Dom miał owalny kształt. Na szczycie siedział sam wódz, z jego lewej strony usiadł brat, a mnie posadzono z prawej strony. Przed nami stała misa tanoa z napojem z kava, z której płyn nabierano miseczką z kokosa. Kolejność picia była zgodna z hierarchią, najpierw wódz, potem jego brat, następnie ja jako przywódca gości, potem cała reszta. Chciano nas najwyraźniej zaoszczędzić, gdyż nasze czary z kokosa nie wypełnione były nawet do połowy. Ostatnim pijącym był mistrz ceremonii, którym zawsze jest ta sama osoba. Napój nigdy się nie kończył, gdyż był po zakończeniu kolejki uzupełniany przez mistrza ceremonii. Jeden z jego pomocników podawał mu sakwę wypełnioną proszkiem korzenia kava. Mistrz dolewał do tanoa wodę, po czym maczał i wyciskał w niej skarpetę. Drugi z pomocników czyścił sakwę. Płyn miał cierpki smak i przypominał wyglądem błoto. Przed przyjęciem czary kokosowej musieliśmy klasnąć w dłonie, wypowiedzieć magiczne słowo bula, wypić drink jednym hałstem i klasnąć na znak radości jeszcze trzy razy. Czas między kolejnymi rundami wypełniony był śpiewem, drugiej co do ważności kapeli z Lau. Trzeba przyznać, że chłopaki dawali radę. Przy akompaniamencie dwóch gitar i ukulele dali nam świetny koncert. Po którejś kolejce wyszło na jaw, że nasz Tomek też gra na gitarze. Tak więc wieczór przebiegł nam w atmosferze mieszanej muzyki, fidżijsko – szantowej. Było sporo śmiechu i oklasków. Tomek został okrzyknięty Eltonem Tomem. Chyba już do końca rejsu zostanie Eltonem… Nie pamiętam ile wypiliśmy tego płynu, ale z pewnością sporo. Efekt nie był jednak piorunujący. Może sny miałem bardziej kolorowe…
Na rano umówiliśmy się z trzema mężczyznami z wioski Jacobem, Tiko oraz Sevy – synem wodza. Zabrali nas swoją łodzią do sąsiedniej zatoki, gdzie przygotowali dla nas istną ucztę ostrygową. W części tej zatoki, nazywanej Hidden Lagoon (na tyle ukrytej, że nie ma jej na naszej mapie) żyją przyczepione do skał i korzeni drzew namorzynowych ostrygi. Jest to jedyne miejsce w całym atolu, gdzie one występują. W życiu nie zjadłem tylu ostryg. Przygotowano dla nas dwa worki pełne tych stworzeń. Były ogromne i do ich otwierania Sevi wykorzystywał sprytny patent. Wrzucał je na rozpalone drewno, a gdy robiło im się za gorąco nie miały już ochoty, by angażować całą energię na ściskanie wieczka muszli. Savi nieco popalił sobie dłonie, ale zaoszczędził mnóstwo czasu przy otwieraniu ponad stu ostryg. Jedliśmy je w sosie ze świeżo wyciśniętych dużych limonek z roztartymi w palcach papryczkami piri piri. Palce lizać! Całość uzupełniały korzenie cassava upieczone w ognisku, smakujące podobnie do naszych ziemniaków.
Chłopakom odwdzięczyliśmy się butelką naszego domowego przysmaku z własnej destylarni. Sevi zaproponował nawet Eltonowi dom w jego królestwie. Ten jednak wolał zostać z nami na łódce.
Po tak wspaniałej uczcie Neptun zafundował nam miłą niespodziankę. Wiatr odkręcił do północno wschodniego. Długo się nie zastanawiałem. Postanowiłem wykorzystać go, by dotrzeć do Fulaga – pięknej wyspy oddalonej od Susui o 120 mil na południowy wschód. Nie spodziewałem się, że podczas tego krótkiego rejsu uda się nam odwiedzić jednocześnie dwa najciekawsze atole Grupy Lau. Na Susui byliśmy zaledwie drugim jachtem w tym roku. Ciekawe czy ktoś przed nami dotarł na Fulaga.

Napisane przez: Hanuś | 2014/06/12

Północne Lau – Vanua Balavu

Po niecałej dobie żeglugi dotarliśmy do celu – na Vanua Balavu. Cieszyliśmy, że udało nam się dopłynąć jeszcze przed południem i dzięki temu mamy cały dzień na kąpiele w morzu, spacerowanie po plaży i nawet na pierwszego nurka. Gdy znaleźliśmy się w zasięgu wioski Dalaconi zostaliśmy wywołani przez radio i poproszeni o oczekiwanie na zaproszenie wodza. Niestety czas mijał, a my nie za bardzo wiedzieliśmy co robić. Dopiero po 1600 odezwano się do nas i przekazano informację o przesunięciu spotkania z szefem wioski na następny dzień między 0800-0900. Staraliśmy się uszanować zwyczaje tutejszych mieszkańców i czekaliśmy ze wskoczeniem do morza na zgodę wodza po uprzednim sevusevu (podarunku) z naszej strony. Jednak po oddelegowaniu nas na następny dzień (po kilku godzinach oczekiwania) postanowiliśmy zrobić odstępstwo i skorzystać z dóbr (wody, ziemi i powietrza) bez uzyskania zgody lokalnej ludności.
Na drugi dzień rano stawiliśmy się na brzegu w komplecie z pękiem korzeni kava. Okazało się jednak, że wodza nie ma, gdyż wraz z większą częścią wioski popłynął na wesele na inną wyspę. Już mieliśmy zostać odprawieni z kwitkiem, gdy pojawił się inny mieszkaniec wioski i poinformował nas, że rozmawiał z wodzem i może nas przyjąć. Byliśmy uratowani! Przemnkęliśmy przez opustoszałą wioskę i weszliśmy do domu wodza. Po wypowiedzeniu przez przedstawiciela wioski w melodyjny sposób podziękowań po fidżijsku zostaliśmy oficjalnie gośćmi Dalaconi. Przedstawiono nam także plany inwestycyjne na przyszłe lata, zakładające renowację szkoły, budowę boiska i inne działania rozwojowe wioski. Zobowiązani byliśmy złożyć dotację na te cele – 30 dolarów fidżijskich od osoby. Mieszkańcy Fidżi uważają, że nie tylko ziemia na której żyją należy do nich, ale także woda i powietrze i dlatego przypływające jachty powinny płacić za kotwiczenie w ich zatokach. Nie jest to powszechne podejście na świecie i dlatego budziło się ze sprzeciwem żeglarzy. Stąd zmiana formy – z opłaty za rzucenie kotwicy na dotację na rzecz wioski.
Po odbyciu sevusevu zaprowadzeni zostaliśmy do szkoły, gdzie poznaliśmy dyrektora, nauczycieli i wszystkich uczniów. Szkoła składa się z dwóch niewielkich budynków. W jednym uczą się przedszkolaki i młodsze klasy, a w drugim starsze dzieci (porównując do systemu edukacji w Polsce – ostatnie klasy podstawówki i gimnazjum -liceum znajduje się w głównej wiosce na wyspie). W każdym roczniku jest zaledwie po kilkoro uczniów, czasem tylko jeden. Wszystkie lekcje każdego rocznika odbywają się w jednej klasie i prowadzone są przez tego samego nauczyciela.
Wszystkie dzieciaki przedstawiły nam się i grupowo odśpiewały piosenki. My także się przedstawiliśmy, ale obeszło się bez polskich piosenek. Zrobiliśmy grupowe zdjęcie ze wszystkimi uczniami, porozdawaliśmy trochę słodyczy i wróciliśmy na łódkę.
Zgoda z wioski Dalaconi dała nam możliwość przebywania w północnej części Vanua Balavu. Mariusz postanowił zabrać nas do malowniczej zatoki – Bay of Island, gdzie z szmaragdowej i turkusowej wody wyrastało mnóstwo niewielkich wysepek porośniętych tropikalną roślinnością.
No i tutaj zaczęło się wakacjowanie na całego – kąpiele w morzu, snorklowanie, opalanie, nurkowanie i zabawa nowymi zabawkami. W Nowej Zelandii kupiliśmy dmuchaną deskę do wiosłowania na stojąco – rewelacyjne rozwiązanie do poruszania się po zatoczkach, gdzie kotwiczymy, a do tego dobry sposób na trochę sportu. Inną nowością na łódce jest Mariusza mały helikopter. Ma on wmontowaną kamerę, dzięki czemu można z dużej wysokości filmować okolicę i Katharsis. Problemem na łódce jest znalezienie lądowiska na pokładzie. Tutaj przydało się Jarka doświadczenie, który ma takie zabawki. Wypuszczanie helikoptera i lądowanie odbywało się z Jarka rąk. Było przy tej zabawie sporo emocji, ale muszę przyznać, że ujęcia z góry bardzo mnie urzekły.
Poza bazą helikopterową Katharsis pełniła także (po raz kolejny) rolę centrum nurkowego. Tym razem nowymi adeptami podwodnych sportów zostali Tomek z Adamem. Widoczność nie była rewelacyjna, jednak spokojnie dało się przeprowadzić podstawowe ćwiczenia basenowe i zejść na kilku metrowego nurka.
Po Bay of Islands przenieśliśmy się do położonego po drugiej stronie wyspy Bavatu Harbour. Jest tam przepiękna głęboka zatoka, dobrze osłonięta od wiatru. Zaliczana jest ona do jednych z dziur huraganowych, czyli miejsc, gdzie można schronić się przed silnymi sztormami. Znajduje się tam niewielki klub żeglarski założony przez Australijczyka pana Philipsa. Ma on tam niewielką przystań z keją oraz dom położony na klifie z widokiem na Zatokę i ocean. Właściciela posiadłości nie zastaliśmy, ale spotkaliśmy się z rodziną, która opiekuje się jego domem i plantacją kokosów.
Z Bavatu Harbour prowadzi ścieżka na punkt widokowy, z którego można podziwiać położoną po drugiej stronie wyspy Bay of Island. Wybraliśmy się tam z naszą ekipą. Warto było zadać sobie trochę trudu, żeby się tam wdrapać, gdyż widok był oszałamiający. Mariusz z Jarkiem zaryzykowali nawet puszczenie helikoptera ze stromej skarpy. Na szczęście lądowanie zakończyło się bezpiecznie w Jarkach rękach i zabawka przetrwała ten ryzykowny lot.

Napisane przez: Hanuś | 2014/06/06

Fidżi początki

Po dopłynięciu do Suva przywitały nas temperatury powyżej 30 stopni Celsjusza, gorące słońce i przede wszystkim ciepła atmosfera tworzona przez lokalną ludność. Zanim zeszliśmy na ląd musieliśmy na pokładzie przywitać delegację najróżniejszych władz – celników, urzędników imigracyjnych, pracowników ministerstwa zdrowia i speców od kwarantanny. Cała ekipa stawiła się na pokładzie mocno spóźniona względem umówionej godziny, ale jakoś nikt z przybyłych nie czuł się niezręcznie, gdyż na Fidżi obowiązuje „Fiji time”. Oznacza to swobodne podchodzenie to czasu, gdyż bezcelowe wydaje się nerwowe kontrolowanie zegarka, gdy można wszystko robić według swojego tempa i własnego pojmowania czasu. I nie chodzi tu absolutnie o spóźnianie się spowodowane lekceważeniem drugiej strony, czy może zbytnim zabieganiem i niedoborem czasowym. Jest to swego rodzaju dostosowywanie się do wewnętrznego zegara i wsłuchiwanie się w potrzeby swojego organizmu. Dla porównania, jeden z taksówkarzy z którym byliśmy umówieni na 0830 przyjechał jeszcze przed 0800 i czekał na nas ponad 45 minut (my z kolei mieliśmy małe spóźnienie). Tłumaczył nam potem, że on lubi być wcześniej i wypatrywać klienta. Woli, żeby na niego czekano, niż on miałby być po czasie. I nie miał do nikogo pretensji, że stracił prawie godzinę, bo to była jego odmiana „Fiji time”.
Po załatwieniu pierwszych formalności w dniu dopłynięcia (a byliśmy jeszcze przed 1100) i usunięciu usterek nie mogących czekać, jak naprawa światła kotwicznego, dzień przeleciał i nie pozostawało nam nic innego jak udać się pod wieczór na ląd na przywitalnego drinka. Zakotwiczyliśmy koło Royal Suva Yacht Club. Uznaliśmy, że z pewnością w klubie królewskim będzie można napić się dobrego piwa, czy wina. Nasze przewidywania potwierdziły się. Zimne lokalne piwo podane w zmrożonych kufelkach przez przemiłego barmana w fidżijskiej koszuli (malo) i lokalnej sulu (taka jakby spódnica noszona przez mężczyzn) smakowało wyśmienicie.
Na drugi dzień udaliśmy się do ministerstwa właściwego do wydawania pozwoleń na żeglugę po Fidżi. Odbiliśmy się od wielu drzwi i zajęło nam sporo czasu, zanim znaleźliśmy właściwe biuro, ale kto by się tym przejmował („Fiji time”…) Przesympatyczna urzędniczka wystawiła ważny dokument i możemy szaleć od wyspy do wyspy Fidżi bez ograniczeń. Kolejnym tematem, jaki mieliśmy do załatwienia, było uzyskanie zezwolenia na przyjazd mojej rodzinki pod koniec czerwca na bilet w jedną stronę (przylatują na Fidżi, ale wylatują z Wysp Salomona). Na Fidżi nie wpuszczą nikogo, kto nie ma biletu powrotnego lub innego dokumentu potwierdzającego możliwość opuszczenia Fidżi, jeżeli nie będzie miał zgody urzędnika imigracyjnego. Nie wystarcza list Mariusza (jak zazwyczaj), nie może takiego zaświadczenia wystawić także szeregowy pracownik tej jednostki, tylko kierownik całego urzędu. Po wizycie u zwykłego urzędnika i przedstawieniu dokumentów zostaliśmy umówieni z „szefem wszystkich szefów”, który po przyjęciu wniosków, listów od Mariusza, kopii paszportów i biletów lotniczych postanowił w tydzień rozpatrzeć sprawę… Decyzja na szczęście została wydana przez te 7 dni i to pozytywna i nie przetrzymała nas niepotrzebnie w Suva.
Jak się okazało, kilkudniowy postów przed przyjazdem ekipy był bardzo potrzebny. Zabraliśmy się w tym za usunięcie usterek i zaprowiantowanie łódki. W trakcie żeglugi z Nowej Zelandii wysiadła nam lodówka. Ze względu na to, że płynęliśmy tylko w trójkę oraz z obawy przed skonfiskowaniem świeżych towarów przez celników, nie była ona nabita po brzegi. Nie mniej znajdowało się w niej kilkanaście kilogramów smaczków (jak chociażby niezły wybór serów) normalnie niedostępnych na Fidżi. Niczego jednak nie straciliśmy. Za przechowalnię posłużyła lodówka kokpitowa, w której zazwyczaj trzymamy napoje, lodówka na wino i obłożona lodem z kostkarki skrzynia. Dzięki pustej lodówce celnicy niczego nam nie skonfiskowali…
Na morzu nie byliśmy jednoznacznie stwierdzić przyczyny awarii. Podejrzenie padło na kompresor, jako że w Nowej Zelandii padł nam jeden z dwóch kompresorów od zamrażarki. Tego typu usterki lubią chodzić parami. Nowy kompresor miał przylecieć w bagażu przyjeżdżającej ekipy. Okazało się jednak, że przyczyna usterki była banalna – wyciek płynu chłodniczego spowodowany zużyciem się uszczelki. Specem od chłodziarek był sympatyczny Hindus, który przy okazji wyregulował nam ciśnienie płynu chłodniczego w pozostałych urządzeniach.
Fidżi jest jedynym państwem wyspiarskim na Pacyfiku, które ma tak wyraźną mieszankę kulturową. Hindusi, którzy zostali sprowadzeni do pracy na plantacjach trzciny cukrowej w XIX wieku, stanowią tu prawie 40% populacji. Mieszkają głównie na największej i najbardziej zaludnionej wyspie – Viti Levu. Na niej usytuowana jest stolica Suva, drugie co do wielkości miasto Lautoka oraz międzynarodowe lotnisko w Nadi. Drugą co do wielkości wyspą jest Vanua Levu Pozostałe wyspy są dużo mniejsze. Stąd ich rdzenni mieszkańcy nazywają Viti Levu głównym lądem. Ponad 300 wysp podzielonych jest na kilka grup. Mariusz odwiedził „jedyneczką” w 2005 roku dwie zachodnie grupy – Mamanuca i Yasawa, leżące na zachód od Viti Levu.
Tym razem zależało mu najbardziej na odwiedzeniu kilku wysp z Grupy Lau. Leżą one 150 mil na wschód od Viti Levu. Nie jest tam łatwo dotrzeć, ze względu na przeciwne wiatry. Do tego jeszcze do niedawna wymagane było specjalne pozwolenie na żeglugę po wodach Lau. Rząd Fidżi próbował izolować mieszkańców tych wysp, zachęcając ich w ten sposób do kultywowania tradycyjnego fidżijskiego trybu życia. My tym razem mieliśmy pozwolenie na odwiedzenie wszystkich wysp tego kraju. Uniemożliwić żeglugę mógł nam tylko coraz silniej wiejący wiatr.
Pogoda podczas naszego pobytu w Suva nas nie rozpieszczała. Poza jednym słonecznym dniem niebo wyglądało groźnie i mimo pory suchej deszcz co chwilę płukał nam jacht. Wykorzystaliśmy ten jeden dzień na olejowanie pokładu. Pracy nie udało nam się jednak dokończyć przed przybyciem ekipy. Tym razem na dwa tygodnie dolecieli do nas: Natalka – córa Mariusza, Jarek z Kanady oraz po raz pierwszy Adam ze swym synem Tomkiem. Adam pływał z Mariuszem na „jedyneczce” i tam go poznałam w Grecji w 2009 roku.
Nowa załoga musiała szybko się zaaklimatyzować, gdyż chcieliśmy jak najszybciej wypływać. Mimo dwóch dni spędzonych w samolotach, jeszcze w poniedziałek poszliśmy zwiedzić tutejsze muzeum narodowe. We wtorek doleciał Jarek z Mariuszem, który wyskoczył na kilka dni do Kanady. Mogliśmy wybrać się na targ miejski, by uzupełnić zapasy warzyw i owoców. Tego typu miejsca zawsze mnie fascynują. Ich zgiełk i koloryt są wręcz podniecające. Zrobiliśmy kilka kursów, zapełniając wszystkie wolne bakisty świeżymi towarami, normalnie niedostępnymi na mniejszych wyspach, które chcieliśmy odwiedzić. Zaopatrzyliśmy się również w kilka wiązek korzeni yaqona (kava).
Kava nie ma nic wspólnego z kawą. Jest to korzeń, który po starciu i zmieszaniu z wodą tworzy napój o wątpliwym smaku, ale za to o własnościach relaksacyjnych. U nas w kraju jego posiadanie jest oczywiście nielegalne, ponoć ze względu na stwierdzone uboczny negatywny wpływ na wątrobę mimo, że nie taki, jak od nadużywania alkoholu. W tutejszej kulturze kava spożywana jest nagminnie i jest ważnym elementem podczas obrzędu sevusevu. Sevusevu oznacza podarunek. Bez niego niemożliwe jest odwiedzenie zakątków Fidżi z tradycyjnie żyjącymi mieszkańcami. W ich mniemaniu są oni właścicielami nie tylko ziemi, ale również wody i otaczającego ich powietrza. Wizytę na każdej z wysp powinno zacząć się od spotkania z wodzem wioski (turaga-ni-koro) i złożeniem mu daru w postaci korzenia kava Zaakceptowanie podarunku oznacza zgodę na przebywanie w wiosce i roztoczenie opieki nad gośćmi. Dopiero po odbyciu ceremonii sevusevu można wskoczyć do wody, nurkować i łowić ryby. Nie respektowanie tego obyczaju jest obrazą dla rdzennych mieszkańców.
W środę 4 czerwca 2014 roku w samo południe podnieśliśmy kotwicę. Prognoza nie była najlepsza. Miał nam towarzyszyć ciągle silnie wiejący południowo-wschodni wiatr. Mariusz miał nadzieję, na odwiedzenie Fulaga – jednej z wysp na samym południu Grupy Lau. Alternatywą było oddalone o 40 mil na południe górzyste Kadavu z atrakcyjnymi miejscami do nurkowania. Po półtorej godzinie żeglugi na południe okazało się, że wiatr jest słabszy niż w prognozie. Wiał z prędkością około 20 węzłów, co pozwoliłoby nam popłynąć ostrym bajdewindem w kierunku północnego skrawka Grupy Lau. Tak więc obraliśmy kurs na oddaloną o 170 mil wyspę Vanua Balavu.

Napisane przez: Hanuś | 2014/05/26

Po 6 miesiącach opuszczamy Nową Zelandię

Tegoroczny sezon huraganowy Katharsis spędziła na wodach Nowej Zelandii. Podczas sześciomiesięcznego pobytu w Krainie Kiwi zaliczyła rejs wokół trzech głównych wysp Nowej Zelandii oraz dwa postoje techniczne w Auckland – jeden wiosną i kolejny jesienią. Urządzenia zainstalowane na łódce pracują w dużo trudniejszym środowisku niż te funkcjonujące w warunkach lądowych i znacznie częściej się psują. Przyzwyczailiśmy się do tego i jak to często powtarzamy: „na łódce ZAWSZE jest coś do robienia”. I tym razem nie brakowało pracy. Poza wieloma zabiegami pielęgnacyjnymi, jak choćby olejowaniem pokładu (jedno w grudniu, kolejne w kwietniu) i malowaniem poszycia kadłuba, wykonano przegląd całego takielunku, wielu urządzeń i instalacji. Dokonała się także prawdziwa rewolucja w gospodarce energetycznej na jachcie. Pięcioletnie już akumulatory główne zaczęły szwankować, czy najzwyczajniej się zużyły i przyszedł czas na ich wymianę. Mariusz podszedł do tematu akumulatorów bardzo metodycznie (jak zawsze z resztą). Dużo czytał na ten temat, rozważał najróżniejsze warianty, konsultował się ze specjalistami ze stoczni, która budowała Katharsis. W wyniku poszukiwań i dociekliwych analiz wybór padł na nową technologię – baterie litowe-jonowe, jak je nazywamy „dreamlinerowe” (od Dreamlinerów, na których zainstalowano pierwszą generację tych akumulatorów). Akumulatory litowo – jonowe pracują w znacznie szerszym zakresie swojej pojemności. Wykorzystują one ponad 70% zgromadzonej w nich energii, podczas gdy żelowe poniżej 40%. Akumulatory żelowe (12 sztuk 2V, 1250 Ah) zastąpione zostały ośmioma nowymi (każdy 24V, 180Ah), mniejszymi gabarytowo i wagowo, ale zwiększającymi ponad dwukrotnie efektywnie wykorzystywaną moc. Daje nam to większe bezpieczeństwo energetyczne, a przede wszystkim znaczne oszczędności w zużyciu paliwa na ładowanie baterii, gdyż czas ładowania z dotychczasowych 6 do 8 godzin na dobę spadł do niecałych 3, co daje około 15 litrów ropy oszczędności. Obniżenie kosztów ładowania akumulatorów raczej nie zrekompensują różnicy w cenie zakupu i przebudowy instalacji elektrycznej. Jednak Mariuszowi bardzo zależało na zredukowaniu zapotrzebowania na paliwo. Owe 15 litrów na dobę podczas 60 dniowej wyprawy na Antarktydę, gdzie musimy być samowystarczalni i nie ma możliwości dotankowania się po drodze, pozwala nam zmniejszyć zapasy paliwa o 900 litrów. A to już jest coś! Planując kolejną wyprawę w styczniu przyszłego roku Mariusz analizuje wszystkie aspekty i chce jak najlepiej przygotować jacht do tego wyzwania.
W Auckland znaleźli się specjaliści instalujący na jachtach nowe akumulatory litowo-jonowe. Przed nowym zawsze jest trochę strachu – jak będzie innowacyjne rozwiązanie funkcjonować i czy nie będzie awaryjne. Po historiach z Dreamlinerami te obawy były spotęgowane, ale trzeba iść z postępem! No i teraz mamy do czynienia już z akumulatorami litowo-jonowymi drugiej generacji. Wszystko udało się zorganizować na czas i podczas kwietniowo-majowego postoju rewolucji dokonano przy udziale Tomka. Po skończonych pracach Tomek przeprowadził próby i niestety jeden z akumulatorów (numer 4) nie chciał prawidłowo współpracować… Na szczęście przeinstalowanie systemu zlikwidowało problem. Muszę tu zaznaczyć, że nowe akumulatory wyglądają imponująco, a dokładniej całe ich dodatkowe oprzyrządowanie… Każda z baterii ma swoje własne sterowniki i elektroniczny system kontroli, a wszystko podłączone jest pod wspólne oprogramowanie, pozwalające monitorować pracę poszczególnych elementów.
Wydawało się, że wszystko działa i można ruszać w rejs. Po uregulowaniu rachunków w stoczni oraz u innych fachowców i zaprowiantowaniu łódki, w czwartek 15 maja 2014 roku o godzinie 1800 opuściliśmy po raz kolejny Viaduct Marina w Auckland i rozpoczęliśmy rejs, tym razem ku wybrzeżom Fidżi.
Odprawę na wyjście oraz tankowanie paliwa zaplanowaliśmy w Opua w Bay of Islands, gdzie sześć miesięcy wcześniej rozpoczęliśmy naszą przygodę z Nową Zelandią. Po opuszczeniu mariny zatrzymaliśmy się na kotwicy w Zatoce Hauraki, by spokojnie zjeść kolację i przed północą ruszyliśmy w dalszą drogę. Następnego dnia mieliśmy zaplanowany jeszcze jeden krótki postój. Tym razem stanęliśmy na dwie godziny w Tutukaka Harbour, gdzie do odebrania mieliśmy 48 puszek masła. Wiem, że brzmi to dziwnie… Masło w puszkach jest dla nas genialnym nowozelandzkim wynalazkiem. Mianowicie umożliwia przechowywanie masła w temperaturze pokojowej bez straty na jakości. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z nim na Polinezji Francuskiej. Pozwala to zaoszczędzić miejsce w lodówce, czy zamrażalniku. Wrzuca się takie sprytne puszeczki pod podłogę i zapasy masła na kilka tygodni gotowe. Niestety chociaż to produkt nowozelandzki, to nie udało nam się go znaleźć w żadnym markecie w Auckland, gdzie robiliśmy zakupy. Poszukiwania w Internecie naprowadziły Mariusza na sklep w Tutukaka, gdzie zamówiliśmy trzy kartony. Misja masło zakończona została sukcesem i pożeglowaliśmy do Opua.
Po pierwszej dobie od wypłynięcia z mariny i odłączenia łódki od prądu przyszedł czas na ładowanie akumulatorów. Mariusz z przejęciem odpalił generator i obserwował z zainteresowaniem pracę nowych urządzeń. Niestety po jakimś czasie akumulator numer 5 zaczął się samoczynnie odłączać… Próba zrestartowania systemu nie poskutkowała. Oj zrzędła Mariuszowi wtedy mina nie na żarty. Następny problem ujawnił się już wkrótce. Mianowicie wysiadło ładowanie przez alternator (czyli nie mieliśmy ładowania przez silnik). Tragedii nie było ani żadnego niebezpieczeństwa, gdyż 7 działających akumulatorów spokojnie zapewniały nam bezpieczeństwo energetyczne (już 4 z 8 nowych baterii wystarczają). Jednak sytuacja wydawała się niewesoła. Dopiero co zamontowana instalacja i już szwankuje, a przed nami kilkumiesięczny rejs… Czyżby dopadł nas syndrom Dreamlinera? Był piątkowy wieczór i nie za bardzo można było coś zrobić. Mariusz postanowił zaczekać do rana i nie zważając na weekendowy spokój zadzwonił to fachowca, który instalował nowe akumulatory. Jego wskazówki nie pomogły, ale za parę chwil zadzwonił do Mariusza szef firmy. Zaproponował, że zdalnie sprawdzi co dzieje się z akumulatorami, tylko musimy być podłączeni do sieci. Ciekawie wyglądało jak po monitorze komputera sam biegał kursor myszy i konfigurował najróżniejsze ustawienia. Werdykt był niestety bardzo niepokojący. Tym razem nie mieliśmy do czynienia z problemem w oprogramowaniu, tylko z mechanicznym uszkodzeniem jednej celi. Oznaczało to, że jedynym rozwiązaniem była wymiana akumulatora. Na szczęście udało się zorganizować dodatkowy akumulator i na poniedziałek umówieni byliśmy z ekipą na wymianę. Okazało się, że przywieźli dwa, gdyż zdecydowano także o wymianie akumulatora numer 4, który wcześniej szwankował. Cała akcja wymiany przebiegła bardzo sprawnie i w poniedziałek popołudniu po odprawie u celników mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.
Zamieszanie z akumulatorami spowodowało opóźnienie względem pierwotnego planu rejsu. W drodze na Fidżi chcieliśmy zatrzymać się na trzy dni na rafie Minerva, by nacieszyć się tamtejszym lazurem wody i spróbować wyciągnąć z wody jakiegoś homara. Sobota była idealna na wypłynięcie ze względu na sprzyjające wiatry. Ale nie było rady, trzeba było zostać w Opua do poniedziałku.
Pierwsza doba upłynęła nam przy dźwiękach silnika. Martwiliśmy się, że nawet na chwilę nie uda nam się zajrzeć na Minerwę, jeśli warunki pogodowe nie poprawią się. Na szczęście druga doba rejsu przyniosła zmianę pogody i pod pełnymi żaglami pomnkęliśmy ku Minervie. W listopadzie zeszłego roku płynąc z Tonga do Nowej Zelandii zatrzymaliśmy się na Minerwie Północnej – większej i bardziej popularnej wśród żeglarzy. Tym razem na miejsce krótkiego postoju wybraliśmy mniej uczęszczaną rafę – South Minerva Reef. Tak naprawdę, to i o Północnej nie można mówić jako o miejscu zdeptanym przez turystów…. Rocznie zatrzymuje się tam raptem kilkanaście jachtów. Umiarkowanie silny wiatr pozwolił przez kolejne dwie doby pokonać ponad 400 mil. Dotarliśmy na Minervę wczesnym popołudniem. Tym razem nie spotkaliśmy żadnego zakotwiczonego jachtu. Przywitała nas dla odmiany jednostka Tongijskiej Straży Granicznej. Marynarze byli bardzo mili, zapewne próbują pilnować tego skrawka oceanu (trudno go nazwać lądem, gdyż niemal zanika przy wysokiej wodzie) po konflikcie, jaki mieli z Fidżi dwa lata temu. Jednodniowy postój na rafie pozwolił nam się przywitać z ciepełkiem i lazurowym kolorem wody. Nie mogłam powstrzymać się przed zanurzeniem się w wodzie. Na samą rafę trudniej tu wejść przy odpływie, niż na Minervie Północnej, ale dzięki temu, że jest cały czas zalana wodą, jest żywa i daje więcej radości podczas snorklowania.
Przez następne kilka miesięcy planujemy nacieszyć się ciepłem, słońcem i dobroczynnym działaniem kąpieli w oceanicznej wodzie. Ja mam już za sobą pierwszą kąpiel w ciepłym Pacyfiku w tym roku.
Nasz harmonogram zakładał, że na poniedziałek rano mamy dotrzeć do stolicy Fidżi – Suva, dlatego już w sobotę około 1300 opuściliśmy pierścień koralowy Minerva i obraliśmy kurs na Fidżi. Wiatr odkręcił na wschodni i mimo głębokiego drugiego refu gnaliśmy w półwietrze nie schodząc poniżej 9 węzłów. Dwukrotnie musieliśmy wykonywać slalomy między burzowymi chmurami. Prędkość wiatru spadała z 20 węzłów do 6, by po chwili wzmóc się do 30. Do tego wiatr kręcił jak zwariowany. Drugi ref pozwolił nam bezpiecznie manewrować w tych niestabilnych warunkach, a silna ulewa zmyła nagromadzoną przez tygodniowy rejs sól z pokładu i relingów.
Dzisiaj (czyli zgodnie z planem w poniedziałek 26.05.2014) o godzinie 1030 zakotwiczyliśmy przed Royal Suva Yacht Club. Przepłynęliśmy z Opua 1150 mil w niecałe 6 dni. Całkiem nieźle, zważywszy niestabilny wiatr. Czekamy na celników, by się odprawić i rozpocząć przygodę z kolejnymi wyspami Pacyfiku.