Napisane przez: Hanuś | 2014/11/10

Papua Nowa Gwinea – Luizjady

Stało się to niestety normą, że nie nadążam z relacjami z rejsu. Za dużo się dzieje w krótkim czasie. Musimy pomyśleć o krótszych relacjach na bieżąco uzupełnianych o nasze coraz dłuższe wpisy. Jesteśmy już w Brisbane od miesiąca. Szykujemy się intensywnie do jubileuszowych regat Sydney – Hobart. A zaraz po nich bardzo trudna i wymagająca ekspedycja na Morze Rossa. Tym razem będziemy mieli towarzystwo w postaci bardzo doświadczonej w polarnych bojach polskiej załogi Selma Expedition. Ale o tym za chwilę. Wracamy do naszych przygód na Pacyfiku.

Ku brzegom Papui Nowej Gwinei dotarliśmy nad ranem 17 września 2014 roku, w dzień urodzin Kuby. Po wpłynięciu do lazurowej laguny otaczającej Luizjady rozpoczęliśmy od świętowania urodzinowego śniadania i tradycyjnej lampki szampana. W ciągu dnia testowaliśmy nurkowiska w przesmyku prowadzącym do wnętrza laguny. Niestety skończyła się bezwietrzna pogoda, jaką mieliśmy na Wyspach Salomona przez dwa tygodnie. Zatrzymaliśmy się przy samej rafie w pobliżu przesmyku w północno – wschodniej części największego atolu Luizjadów, jakim jest Calvados. Kolor wody nas oszałamiał, natomiast silny prąd w przesmyku dawał niewielkie szanse na ciekawego nurka. Musieliśmy podzielić się na grupy, z uwagi na duże fale w przesmyku i ja z Mariuszem odpuściłam pierwsze zejście pod wodę na Papua. Chciałam to sobie trochę zrekompensować wskakując do wody z maską i rurką. Na dnie zbyt wiele się nie działo, ale moją uwagę przykuły dwa rekiny, całkiem sporych rozmiarów. Próbowałam ocenić do którego gatunku należą, gdy nagle jeden z nich ruszył z impetem w moją stronę. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Rekin otarł się o moją nogę dając mi wyraźny znak, że to jest jego terytorium. Krzyknęłam do Mariusza i na moje szczęście za chwilę byłam przy pontonie, by wskoczyć do niego niczym foka. Serce waliło mi, jak szalone, ale obeszło się bez paniki. Wieczorem wyprawiliśmy Kubie urodzinową kolację z czekoladowym tortem. Jak to na urodzinach – nie zabrakło śpiewów i tańców!

Podczas naszego krótkiego, zaledwie 6-dniowego pobytu na Luizjadach, udało nam się przyjrzeć życiu mieszkańców dwóch wiosek. Pierwsza z nich położona niedaleko Robinsons’s Anchorange przy wyspie Kuwanak zamieszkana jest przez kilka rodzin. Po rzuceniu kotwicy nieopodal wioski podpłynął do nas wódz z jednym z mieszkańców mówiącym po angielsku – Gerrym i jego córkami. Zaprosili nas do siebie i przy okazji poprosili o pomoc w naprawie latarki, jednej jedynej na całą wioskę. Problemem okazały się wyczerpane baterie i pęknięta klapka. Awarię usunęliśmy ku wielkiej radości mieszkańców. Niestety nie na długo wystarczą im 4 baterie (wszystkie jakie nam zostały), więc problem braku światła powróci. Żałowaliśmy, że nie mamy latarki na dynamo, którą moglibyśmy im podarować.
Pierwszy raz spotkaliśmy się z zupełnym brakiem elektryczności. W wioskach na Fidżi, Vanuatu, czy Salomonach widzieliśmy baterie słoneczne lub agregaty prądotwórcze na ropę. Elektryczność była tam bardzo deficytowym towarem, często występującym okresowo, gdy mieszkańcy dysponowali paliwem, jednak pojawiała się i była znana.
Luizjady okazały się dla nas także pierwszym miejscem bez telefonii komórkowej. Nawet wódz nie posiadał własnego telefonu. Z pewnością brak dostępu do elektryczności ogranicza te możliwości i dlatego żaden z operatorów funkcjonujących na głównym lądzie nie zapuścił się ze swoimi akcjami marketingowymi i sprzedażą komórek.
Do tego urokliwego zakątka świata nie dotarł jeszcze jeden z postępów cywilizacyjnych, a mianowicie silnik. Wszystkie łodzie, które widzieliśmy, a było ich sporo, napędzane były siłą ludzkich mięśni lub wiatrem. Niezwykle urokliwie wyglądały drewniane konstrukcje z rozprzowym ożaglowaniem majestatycznie przemieszczające się między wyspami po spokojnych wodach laguny. Podziwialiśmy tubylców, którzy z łatwością stawiali żagle i wykorzystując najmniejszy podmuch wiatru przemieszczali się do wybranego przez siebie celu. Do burty Katharsis II podpłynęło kilka takich łódek. Ich kapitanowie mieli doskonale opanowaną inercję swoich jednostek i z wprawą zrzucali żagle, by wytracić prędkość i w porę zatrzymać się przy naszej burcie. Żadna z tubylczych łódek nawet nas nie drasnęła.
Odwiedzając domy mieszkańców wiosek byliśmy pod wrażeniem, jak jest w nich rześko, pomimo panującego na zewnątrz upału i zaduchu. Domostwa budowane są na palach w odległości około metra od ziemi. Podłoga składa się z bambusowych listewek. Są one poukładane dość ciasno, jednak pozostawiona między nimi przestrzeń pozwala swobodnie przepływać powietrzu. Wytworzona w naturalny sposób cyrkulacja daje rewelacyjny przewiew. Każdy budynek ma część zamkniętą, w której znajduje się kuchnia z paleniskiem oraz sypialnia. Na zewnątrz wyróżnić można taras, często zadaszony, w cieniu którego mieszkańcy lubią spędzać upalnie dni. Dachy pokryte są matami uplecionymi z liści palmowych.
W pierwszej z odwiedzanych wiosek zapytaliśmy o możliwość kupienia lokalnego rękodzieła. Ze względu na brak turystów mieszkańcy nie wytwarzają tu nic takiego. Jednak możliwość pozyskania dóbr przywiezionych przez nas oraz zarobienia pieniędzy, które można będzie wymienić podczas wizyty na stałym lądzie na niezbędne artykuły była na tyle atrakcyjna, że wódz w asyście Gerrego i jego żony zaoferował nam toporki wykorzystywane podczas lokalnych obrzędów. Gdy dobiliśmy targu i wszyscy byli bardzo zadowoleni obdarowaliśmy jeszcze mieszkańców ubraniami i materiałami szkolnymi.
Wieczorem jeden z mieszkańców przypłynął do nas z homarami, które kupiliśmy za ubrania i suchy prowiant.
Po wizycie w wiosce i nurkowaniu przy Kunawak popłynęliśmy w nowe miejsce. Zakotwiczyliśmy przy Panasia Island w zachodniej części atolu. Tu mieliśmy nadzieję na znalezienie osłoniętych nurkowisk przy silnie wiejącym wietrze. Znajduje się tu niewielka wioska, zamieszkała przez jedną rodzinę. Wódz i zarazem głowa rodziny – Jack osiedlił się tu z żoną, dziećmi i wnukami. Kilka chat ukrytych jest u podnóży skalistego zbocza na plaży tuż przy lazurowej wodzie laguny. W pierwsze popołudnie po naszym zakotwiczeniu do burty Katharsis II zawitała żona wodza z wnuczkami. Na łódce były jedynie Roma z Kaśką. Reszta ekipy eksplorowała niesamowity świat ukryty w wodach laguny. Dziewczyny opowiedziały o nas, zapytały o mieszkańców i umówiły się na wizytę w wiosce następnego ranka. Romka zapytała także o możliwość kupienia homarów, a żona wodza poprosiła o igły i nici. Na drugi dzień dotarła do nas z lądu wiadomość, że wyśmienite owoce morza już na nas czekają. Jadąc z wizytą przygotowaliśmy dwie torby jedzenia, nici i inne potrzebne artykuły. Nie zabrakło także zabawek oraz materiałów szkolnych dla dzieciaków. Podczas gdy my wyłożyliśmy nasz asotryment, Jack przyniósł upolowane przez swojego zięcia homary. Spędziliśmy sporo czasu rozmawiając z Jackiem i jego rodziną. Okazało się, że wódz dobrze mówi po angielsku i jest bardzo inteligentnym i ciekawym gościem, więc rozmowa świetnie się toczyła. Jakby przez to jedno popołudnie zawiązała się miedzy mieszkańcami tej niewielkiej wioski na Luizjadach a naszą załogą mała więź przyjaźni. Poznaliśmy historię tragedii, która dotknęła tych ludzi. W kwietniu tego roku Luizjady nawiedził huragan, który strawił cały dobytek rodziny Jacka. Przez kilka miesięcy odbudowywali domostwa, korzystając w tym czasie z pomocy rządu PNG. Jednak wszystko muszą stworzyć od nowa.
Jack zaproponował Mariuszowi, iż wyrzeźbi nazwę jego jachtu na drewnie. Prezent okazał się kawałkiem pięknie zdobionego hebanu. Staraliśmy się odwdzięczyć Jackowi i jego rodzinie przekazując im jak najwięcej użytecznych rzeczy. Roma z Kubą przywieźli z Polski poza materiałami szkolnymi trochę ubrań dla dzieci i dorosłych. Koszulka, którą Roma podarowała zięciowi wodza (z dowcipnym tekstem o budzie) była zupełnie nowa i miała jeszcze metkę ze sklepu. Po włożeniu jej, chłopak poczuł, że coś go uwiera i zapytał żony co to jest. Ta wytłumaczyła mu, ze to karteczka ze sklepu i że jest to zupełnie nowe ubranie, którego nikt wcześniej nie nosił. Gdy chciała metkę urwać, ten się obruszył i kazał jej zostawić. Było to wzruszające i cieszyliśmy się, że sprawiamy im takimi – z naszego punktu widzenia drobiazgami radość.

Pod koniec naszego pobytu Jack zaprosił nas jeszcze raz do siebie. Chciał porozmawiać i przedstawić nam swoją córkę, która dopiero co wróciła z innej wyspy. Pod koniec wizyty Roma i ja zostałyśmy obdarowane naszyjnikami. Wódz zdjął z szyi swój i przekazał go Romie, a jego żona oddała swoje skarby mi. Dla nich były to najcenniejsze przedmioty jakie posiadali. Na Papui ten rodzaj korali traktowany jest jako pieniądze, za które nabywa się różne dobra.
Cała nasza załoga niezwykle polubiła tą dużą papuaską rodzinę na Panasia Island. Wytworzyła się między nami niezwykle pozytywna energia, której nie poczułam dotąd w relacjach z mieszkańcami innych wiosek na Pacyfiku.
Przed samym wypłynięciem każdy przejrzał swoją garderobę i oddał rzeczy, które mogłyby się przydać naszym nowym znajomym. Zrobiłam inwentaryzację zapasów i zostawiłam ilość prowiantu, która miała nam starczyć do Australii, a resztę oddaliśmy Jackowi i jego rodzinie. Przygotowaliśmy apteczkę z najpotrzebniejszymi lekami. Wydrukowaliśmy dla nich także pamiątkowe zdjęcie zrobione podczas wspólnie spędzonego popołudnia. Widziałam po reakcji wodza i jego żony, że bardzo ich to wzruszyło. Gdy popłynęliśmy się pożegnać i wyjęliśmy z pontonu kilka toreb z żywnością, ubraniami, pojemnikami do składowania jedzenia i słodyczami dla dzieci byli zupełnie zaskoczeni. Miło nam było, że zrobiliśmy im taką niespodziankę.

Żegnaliśmy się jak dobrzy przyjaciele. I nie chodzi tu o dobra jakie od nich otrzymaliśmy w postaci naszyjników, czy homarów, czy o rzeczy, które my zostawiliśmy. Już wcześniej zdarzało nam się wspierać mieszkańców niewielkich zakątków świata odciętych od dobrobytów cywilizacyjnych. Jednak jeszcze nigdy nie wytworzyła się w tak krótkim czasie między nami a lokalną ludnością tak zażyła więź.
Podobne odczucia miałam jedynie do mieszkańców Nuku Hiva na Markizach, jednak z nimi spędziłam sama ponad trzy tygodnie, podczas których bardzo mnie wspierali.

Napisane przez: Hanuś | 2014/10/08

Pożegnanie z Wyspami Salomona

Nasz pobyt na Wyspach Salomonach był niezwykle intensywny. Udało nam się odwiedzić kilka interesujących miejsc w okolicach Gizo, zaliczyć fantastyczne nurkowania, zetknąć się z tamtejszą kulturą i powiększyć kolekcję naszych pamiątek z podróży. Pogodę mieliśmy istnie wakacyjną. Do tej pory nigdzie na Pacyfiku nie zdarzyło się, by przez ponad tydzień mieć idealną pogodę nurkową, czyli słoneczną i bezwietrzną. Minusem takiej aury, poza męczącym upałem, był brak możliwości postawienia żagli i pokazania Magdzie, Markowi i Marcinowi, którzy byli pierwszy raz na Katharsis, jej prawdziwego i pięknego oblicza.
Czas nas naglił. Jeszcze 11 września pływaliśmy i nurkowaliśmy w Morovo Lagoon, chcąc maksymalnie wykorzystać czas i w nocy popłynęliśmy do Gizo. Wyjeżdżająca ekipa (Magda, Marek, Marcin i Michał) zdążyła na poranny samolot, a nas już witały Magda z Kasią. Od kilku dni były w Gizo ciesząc się salomońskim ciepłem i słońcem. Kaśka dołączyła do nas, by wspólnie pożeglować do Australii. Magda spędziła z nami dwa dni w Gizo, po czym wróciła do Polski.
Wyspy Salomona opuściliśmy 15 września. Miejsce to było jednym z ciekawszych odwiedzonych przez nas na Pacyfiku. Podwodny świat, spotkania z tutejszymi mieszkańcami i zetknięcie z salomońską kulturą wywarło na nas duże wrażenie. Ludzie żyją tu niczym w raju – otaczają ich wspaniałe widoki, turkusowa woda, mnóstwo słońca, bogate życie świata podwodnego. Jednak często jest to wszystko co posiadają. Żyć jak przodkowie, mając świadomość istnienia nowego świata musi być trudne. Tym bardziej, że docierają tu informacje o postępie cywilizacyjnym, a oni są zawieszeni gdzieś pomiędzy przeszłością a nowym światem i nie mogą tego zmienić. Prowincja Zachodnia, czyli Gizo oraz okolice i tak wypadały całkiem nieźle, jeśli chodzi o zamożność mieszkańców. Świadczy o tym chociaż fakt, że prawie wszystkie dzieciaki w wioskach były poubierane. Na południu Guadacanal, naszym pierwszym przystanku na Wyspach Salomona, sytuacja mieszkańców wyglądała znacznie gorzej. Dzieci po zdjęciu mundurków po powrocie ze szkoły nie miały często co na siebie ubrać i widać było, że je to krępuje. Cieszyłam się, gdy mieszkańcy starali się z nami w jakiś sposób handlować, sprzedając nam na przykład trzy kokosy do picia. My mogliśmy się im odwdzięczyć ubraniami, naszą żywnością, materiałami szkolnymi. Była to wymiana, a nie rozdawanie. Myślę, że dla tych ludzi to też było ważne, gdyż mogli w ten sposób zachować honor. Staraliśmy się także zawsze kupić jakąś muszlę, czy rękodzieło. Sprzedaż przepięknych mahoniowych, hebanowych lub kamiennych rzeźb, w które włożono niezwykle dużo pracy były praktycznie jedynym dochodem mieszkańców. Zetknięcie z ludźmi, którzy poza kawałkiem ziemi i domu z liści palmowych nic nie mają, było momentami przygnębiające i zmusiło mnie do refleksji oraz przyjrzenia się sobie oraz mojemu światu.

Napisane przez: Mariusz | 2014/10/06

Nurkowania na Wyspach Salomona

Mariusz:
Świat podwodny Wysp Salomona należy do najciekawszych na świecie. Amatorów wraków przyciągają liczne pozostałości z czasów II Wojny Światowej. My mieliśmy wystarczającą dawkę adrenaliny podczas eksploracji wnętrza wraku Coolidge na Vanuatu. Chcieliśmy raczej przyjrzeć się bogactwu gatunków korala, poszukać w zakamarkach ślimaków i znaleźć konika morskiego.
Uzbrojeni byliśmy po zęby w aparaty fotograficzne. Kuba nurkował z Canonem G12, Piotr z Nikonem D200, Hania z Nikonem D800E a ja z Nikonem D7000. Zbyszek, jako jedyny nurek bez cyfrowego aparatu, musiał cierpieć z powodu ślimaczego tempa pod wodą. Każdy z Nikonów miał inny obiektyw tak, by móc złapać w kadrze zarówno krajobraz jak i drobny szczegół. Hania ma świetne oko do wypatrywania maleństw pod wodą. Ona skupiła się na makro fotografii i muszę przyznać, że świetnie jej to zaczęło wychodzić. Wyposażona w obiektyw makro 105 mm porobiła setki ciekawych zdjęć. Ja uparłem się na rybim oku, czyli obiektywie 10,5 mm. Muszę przyznać, że miałem z nim dużo problemów. Jest to obiektyw, który pozwala bardzo blisko podejść pod fotografowany przedmiot i ciągle mieć go całego w kadrze. To eliminuje negatywny wpływ wody na jakość zdjęcia. Niestety po zejściu poniżej 12 metra wyłączał mi się podgląd na ekranie LCD. Uniemożliwiał mi weryfikację ustawień aparatu oraz rozmieszczenia i siły rażenia lamp. Stąd większość moich zdjęć jest mało satysfakcjonująca. Problem rozwiązaliśmy dopiero pod koniec naszych nurkowań. Można by rzec, że złej baletnicy… Piotr ma największe doświadczenie w fotografii podwodnej i mimo wiekowego aparatu ustrzelił najlepsze ujęcia. Żonglował między swoimi dwoma ulubionymi obiektywami czyli makro 35 mm i Tokina 10 – 17 mm. Dla nas pozostała przyjemność uczenia się od mistrza. W sumie na Wyspach Salomona zrobiliśmy 3600 zdjęć pod wodą. Taki nasz mały rekord.
Wybierając pierwsze miejsce do nurkowania zdaliśmy się na lokalną wiedzę. Popłynęliśmy z Billem z wioski Boboe na zatopiony japoński samolot i rafę Laguny Vonavona. Jak się okazało miejsce to odległe było od naszego kotwicowiska o 5 mil. Śruba w naszym pontonie nie była dobrze dobrana do dużego ciężaru, jaki stanowiło pięciu nurków ze sprzętem i dodatkowy pasażer. Ponton nie był w stanie wejść w ślizg, co powodowało nie tylko ślamazarną jazdę, ale również gigantyczne zużycie paliwa. Po dopłynięciu na miejsce okazało się, że nie damy rady wrócić. Nie pozostało mi nic innego, jak pozbyć się balastu, czyli pozwolić zanurzyć się całej ekipie a samemu wrócić na Katharsis po paliwo. Operacja udała się, paliwa na powrót lekkim pontonem starczyło, a i nurków udało się odnaleźć. Miejsca na kolejne nurkowiska wolałem wybierać już sam, polegając na skąpych informacjach znalezionych w Internecie i na analizie map.
Kilka miejsc było światowej klasy, większość bardzo dobra. Do takich z pewnością zaliczymy kanion przy południowo wschodnim cyplu Morovo Lagoon. Podniecające było już samo wpłynięcie do niego mrocznym tunelem, którego wejście znajdowało się 25 metrów poniżej lustra wody, we wnętrzu spokojnej laguny. Widok, jaki roztoczył się przed naszymi oczyma na długo pozostanie w pamięci. Pionowe ściany kanionu odległe były od siebie o zaledwie kilkanaście metrów. Tworzyły niesamowicie tajemniczy krajobraz, wypełniony granatową poświatą wywołaną niewielką ilością penetrującego wodę światła. Wachlujące olbrzymie gorgonie oraz miękki koral uzupełniały obraz. Nic dziwnego, że chcieliśmy tu z Hanią wrócić.
Wyjątkowe były również ściany raf przy wyspach Randova i Lumahle w północnej części Laguny Morovo. Za każdym razem, kiedy nurkujemy nie widząc dna pod nami, doznajemy dreszczyku emocji. W przypadku Haipe Reef na Randova emocję potęgował widok spotkanego w drodze na rafę dużego krokodyla. I pomyśleć, że Hania z Piotrem dzień wcześniej zeszli na nocnego nurka pod łódką …
Zaskoczyła nas niewielka ilość dużych oceanicznych ryb. Nawet podczas ostatniego nurka wykonanego niedaleko Gizo, w miejscu które słynie z największej ilości gatunków ryb na świecie zanotowanych podczas jednego zejścia pod wodę (ponad 250), pojawił się tylko jeden rekin. Plusem tego była możliwość skupienia się na krajobrazie, niesamowicie zróżnicowanej rafie i na małych stworzeniach. Hania nie znalazła tylko konika morskiego i tą przyjemność zostawiła sobie na Papuę Nową Gwineę.

Napisane przez: Hanuś | 2014/10/05

Morovo raz jeszcze

Żegluga do Morovo odbyła się przy akompaniamencie pomruku silnika. Pogoda nie sprzyjała stawianiu żagli, ale była idealna dla nurków i miłośników leniuchowania. Słońce paliło niemiłosiernie. Każde wyjście bez posmarowania kremem do opalania kończyło się poparzeniem już po kilkunastu minutach. Mariusz tak spalił sobie twarz już pierwszego dnia po powrocie na łódkę, że unikał słońca jak ogień wody.

Naszą wizytę w Morovo Lagoon rozpoczęliśmy od odwiedzenia południowej części, czyli wyprawy w znane nam okolice wyspy Bareho. Wpłynęliśmy tam jak po sznurku, dzięki śladowi trasy z poprzedniego naszego pobytu. Mieliśmy tam sprawdzone świetne miejsce nurkowe oraz przepiękną wycieczkę przez kanał w dżungli do urokliwej laguny. Było to jedno z miejsc, które Mariusz chciał koniecznie pokazać nowo przybyłej ekipie. Zazwyczaj wymyślamy nowe szlaki, żeby się nie powtarzać, jednak to miejsce warte było powrotu i podzielenia się wrażeniami z przyjaciółmi.
Po dopłynięciu do Bareo Island próbowaliśmy złapać Aldio, tubylca z którym nurkowaliśmy podczas sierpniowego postoju. Jest on lokalnym artystom cieszącym się popularnością wśród Salomończyków i mieszkańców Papua i Nowa Gwinea. Niestety nie było go w wiosce. Pojechał ze swoimi pracami do Honiary na wystawę. Podczas pierwszego postoju nie udało nam się zobaczyć jego zbiorów. Mieliśmy nadzieję, że tym razem uda nam się zerknąć na jego malowidła wykonane na własnoręcznie czerpanym papierze z wodorostów. Nie udało się. Aldio nie było, ale na wycieczkę do laguny i na nurka zabrał nas inny mieszkaniec wioski, więc główne cele wyprawy na południe Marovo Lagoon zostały osiągnięte. Nurkowie zachwyceni byli zejściem pod wodę, a reszta ekipy plażowaniem w szmaragdowej lagunie.
Północna część Laguny Morovo i kotwicowisko przy Lumahle Island uraczyło nas we wrześniu idealną pogodą i wspaniałą wodą. Było bezwietrznie, słonecznie, woda miała turkusowo-szmaragdowy kolor i przejrzystość na 40 metrów – idealne warunki do nurkowania, snorklowania, pływania na naszych deskach, kąpieli morskich i słonecznych, co wykorzystaliśmy przez dwa dni naszego pobytu. Bezwietrzna pogoda i brak fali w lagunie sprzyjała także tubylcom i ich wyprawom na pirogach. Od rana pojawiali się na swoich niewielkich łódeczkach, by sprzedać nam swoje rzeźby. Muszę przyznać, że wybór był ogromny i jakość wykonania rewelacyjna. W tradycyjnej twórczości mieszkańców Wysp Salomonów dominują motywy morskie. Rzeźby przedstawiające przeplatające się stworzenia morskie określane są „Duchem Salomonów”. Wiele jest także drewnianych mis w kształcie najróżniejszych muszli z wykończeniami z masy perłowej. Są także postacie wodzów, czy charakterystyczne głowy stworzeń z dużymi uszami trzymające ptaka w niewielkich rączkach. Jest to symbol powodzenia i szczęście, który był umieszczany niegdyś na łodziach rybackich i tych biorących udział w wyprawach na ludzi. Ciekawym motywem jest także postać ludzka z dziobem ptaka. Nie udało mi się dowiedzieć co znaczy to dla mieszkańców Salomonów, ale bardzo przypominało mi to symbol człowieka-ptaka, z którym spotkałam się na Wyspie Wielkanocnej. Zastanawiające, że tak specyficzny motyw pojawia się w dwóch odległych od siebie zakątkach Pacyfiku. Mimo, że wizyty mieszkańców nie zawsze wkomponowywały się w nasz rozkład dnia, to poświęciliśmy im sporo czasu. Każdy znalazł dla siebie coś ciekawego.

Napisane przez: Hanuś | 2014/10/01

Kraina Łowców Głów – Vonavona i Rendova

Po przywitaniu ekipy w Gizo jak najszybciej podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do wioski Boboe w lagunie Vonavona. Na odwiedzenie tego miejsca namówił nas Bill – jej mieszkaniec i jak się później okazało także pastor. Podczas naszego pobytu w Gizo jeszcze w sierpniu przypłynął z kuzynem by sprzedać nam swoje rzeźby. Opowiadał wówczas o swojej wiosce i urokach pobliskiej rafy. Gdy wróciliśmy na łódkę we wrześniu pojawił się ponownie i umówiliśmy się na wypad w jego rejony.
Laguna Vonavona jest płytsza od Marovo. Żegluga w jej wnętrzu nie należała do łatwych. Nasze mapy nie pokazywały głębokości ani większości raf. Mariusz znalazł gdzieś informację, że jej głębokość wynosi 4 do 5 metrów. Ponownie ściągnął zdjęcia satelitarne regionu i w ten sposób wytyczył trasę. Momentami mieliśmy mniej niż metr wody pod kilem, jednak ani razu nie dotknęliśmy dna. Po dopłynięciu do Malazaki Island umówiliśmy się z Billem na nurkowania w okolicy i wizytę w wiosce. Mieszkańcy Wysp Salomona nie kultywują rytuału savusavu, jak na Fidżi, niemniej zawsze wypada spytać się lokalnego wodza o zgodę na pobyt i wskazanie miejsc tabu. Często za odwiedzenie miejsc historycznych – kastom i za możliwość nurkowania pobierane są opłaty, które przekazywane są na rzecz wspólnoty tworzonej przez mieszkańców. Bill w imieniu swojej wioski poprosił nas także o pomoc przy naprawie silnika do łódki, która jest dla nich jedynym sposobem dostania się do Gizo. Zadania podjął się Kuba.
W ramach zwiedzania wioski odwiedziliśmy kościół i szkołę, gdzie Roma nakreśliła granice naszego kraju i opowiedziała trochę o Polsce. Z okazji naszego przyjazdu lokalni artyści przygotowali swoje skarby i zorganizowano małą wystawę salomońskiego rzemiosła oraz staroci. Poza najróżniejszymi rzeźbami kupić można było starą biżuterię należącą do żony wodza, jak również tradycyjne pieniądze z muszli. Zanim pojawiła się na Wyspach Salomona waluta w postaci dolarów, poza wymianą barterową funkcjonowały także muszlowe pieniądze. Były to krążki zrobione ze skamieniałych przydaczni. Im większy i grubszy krążek, tym większa była jego wartość. Za takie pieniądze wodzowie kupowali żony i ziemie.
Po kolejnych kilku godzinach uważnej żeglugi po wodach Vonavona, otaczającej wyspę o tej samej nazwie, zakotwiczyliśmy jeszcze w jednym miejscu – przy Lola Island. Jest to niewielka wysepka z piękną złotą plażą, na której znajduje się mały hotel. Poza chęcią zjedzenia homarów na lunch w niewielkiej restauracji i przetestowaniem nowych miejsc nurkowych, chcieliśmy jeszcze odwiedzić Skull Island, leżącą nieopodal. Dla tubylców jest to święte miejsce, dlatego nie chcieliśmy sami tam płynąć. Poprosiliśmy w Zipolo Habu Resort o zorganizowanie łódki z tutejszym przewodnikiem. Skull Island była czczona przez mieszkańców Laguny Roviana, której wodzowie słynęli z polowań na ludzi. Zapuszczali się oni na łowy od Gizo po wyspy Isabel i Choiseul. Zdobywając głowy przywódców i wojowników innych plemion wierzono, że przejmuje się ich siłę i moc. Na Skull Island odbywały się modły za powodzenie połowów rybackich, jak również za pomyślność polowań na ludzi, dlatego tutaj składowano trofea, by dodawały mocy i wspierały modły.
Skull Island okazała się niewielkim skrawkiem koralowej skały porośniętej gęsto palmami i tropikalną roślinnością. Na środku wysepki utworzono z koralowców podest, na którym umieszczano ołtarze z czaszkami. Teraz znajduje się tam zaledwie kilkanaście czaszek, gdyż sanktuarium ucierpiało podczas wielu huraganów. W XIX wieku w czasach świetności wodzów i polowań z jednej wyprawy przywożono nawet 80 czaszek.
Na całych Salomonach praktykowano zdobywanie głów, jednak najsilniej było to kultywowane w okolicach Wysp Vonavona i Rendova. Dlatego pobyt w tych okolicach nazwaliśmy wizytą w Krainie Łowców Głów.

Naszym kolejnym celem, było jedno ze słynnych nurkowo miejsc na Salomonach – Rendova Island. Munda Bar, przez który musieliśmy przepłynąć, by wydostać się na zewnątrz laguny, okazał się łatwą przeszkodą dla Katharsis. Zatrzymaliśmy się w zatoce przy Kenelo Point. Z pokładu widzieliśmy kilka domostw na brzegu i to całkiem porządnie wybudowanych. Jak się później okazało, a dokładniej jak dowiedzieli się Marek z Marcinem, którzy w każdym nowym miejscu zawierali znajomości z tubylcami płynąc do nich na ląd na deskach lub zagadując podpływających do nas na pirogach, że mieszka tu jedna rodzina, około 20 osób. Bogato pobudowane, jak na salomońskie warunki, budynki są własnością członków rodziny, którzy przez lata pracowali w Australii, Nowej Zelandii i Kanadzie. Zamontowano nawet kilka baterii słonecznych i telewizję satelitarną. Był to spory kontrast w porównaniu do oddalonej o kilkanaście mil morskich wioski Boboe.
Nurkowanie na zewnątrz Haipe Reef, a nawet we wnętrzu tuż pod łódką były bardzo ciekawe. Jedna tylko rzecz była niepokojąca… Gdy byliśmy już po kąpielach w idealnie przejrzystej wodzie zatoki i po nurkach na rafie swoją obecność zaznaczyły krokodyle. Jeden śmignął koło nas, gdy byliśmy w drodze na kolejne nurkowanie na zewnątrz rafy. Cały czas płynął pod wodą i dostrzegliśmy go dopiero, gdy pojawił się przy samym pontonie. Poważnie nas wystraszył i nie zdecydowaliśmy się nurkować blisko przesmyku i wejścia do zatoki, gdzie początkowo planowaliśmy, tylko odpłynęliśmy daleko wzdłuż rafy, hen od spotkanego czterometrowego gada. Podczas gdy my przeżywaliśmy spotkanie z krokodylem i rozglądaliśmy się dookoła przed zanurzeniem pod wodę, Magda beztrosko pływała wokół jachtu. Woda była tak przejrzysta, że postanowiła wrócić na jacht po maskę z rurką. Po wejściu na pokład, Marek wypatrzył w pobliżu jachtu sporej wielkości krokodyla. Od tego czasu już nikt do wody nie wszedł, a my na drugi dzień pożeglowaliśmy do Morovo Lagoon z dala od krokodyli z Rendova.

Napisane przez: Hanuś | 2014/09/21

Zlot w Gizo

Po trzech tygodniach nieobecności wróciliśmy na Katharsis 3 września. Przez ten czas łódką opiekował się Misio. Trochę mu się dłużyło i nudziło samemu, ale parę pożytecznych rzeczy dla zapoznanego mieszkańca Gizo zrobił. Po pierwsze namówił go do założenia własnej działalności gospodarczej. Pomógł dopełnić niezbędnych formalności i zasponsorował start firmy. Ricky pomaga przypływającym do Gizo żeglarzom. Organizuje dla nich paliwo, wodę i wszelaką pomoc. Michał zaproponował mu, żeby zamontował kilka mooringów, z których mogły by korzystać przypływające łódki i przy okazji świadczyć im usługi jak dotychczas. Powstała strona internetowa i oby się Rickiemu powiodło. Największym problemem będzie zapewne niewielka ilość jachtów odwiedzających Gizo. Podczas naszego trzytygodniowego postoju pojawiły się tutaj zaledwie trzy inne jednostki. Szkoda, gdyż miejsce to jest niezwykle urokliwe. Nie spotkaliśmy się z żadną niechęcią, agresją czy nachalnością mieszkańców. Wręcz przeciwnie, mimo wyraźnego ubóstwa tutejszej ludności czuliśmy się niezwykle bezpiecznie.
Inna pomoc, jakiej Misio udzielił Rickiemu, to porady małżeńskie… a dokładniej nauka kalendarzyka małżeńskiego. Michał opowiadał, że gdy się zżył z Rickim, to ten zebrał się na odwagę i zapytał jak to jest z tymi kobietami i czy on może planować powiększanie rodziny. Ma już czwórkę dzieci i jego żona póki co nie chce mieć więcej. Misia pytanie nieco zaskoczyło, ale na szczęście jest Internet i Michał przygotował dla Rickiego szczegółowy wykład. Ciekawe czy nauki Misia przyniosą efekty.
Wraz z nami na łódkę zjechała się nowa załoga. Na zaledwie niecałe dwa tygodnie rejsu po Wyspach Salomonach przylecieli Magda z Markiem i synem Marcinem. Na dłuższy odcinek – przez Wyspy Salomona, Luizjady do Australii dołączyli do nas Roma z Kubą, Kaśka, Zbyszek i Piotr.
Po uzupełnieniu zapasów płynów i świeżynki na lokalnym targu oraz zjedzeniu kolacji w jednej z trzech lokalnych restauracji w Gizo w czwartek 4 września podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do Vonavona Island.

Ps.1 Mamy na pokładzie teraz kilka fotografujących rzeczywistość osób, dlatego będziemy publikować ich zdjęcia – Zbyszka – z dopiskiem ZS, Piotra – PK, Kuby – KM, Marka – MT, Michała – MB.

Ps.2 Jeśli chodzi o zdjęcie z zapałkami, to powszechne jest na Wyspach Salomona sprzedawanie papierosów na sztuki. W ramach usługi wliczone jest także podpalenie, więc do dyspozycji klientów jest ogień (głównie zapałki). Dla bezpieczeństwa  zapałki przypina się do lady, by nie wyszły wraz z klientem.

Napisane przez: Hanuś | 2014/09/21

Przez Marovo do Gizo

Kilka tygodni przeleciało bez żadnych wieści od nas… Zdążyły wymienić się załogi na Katharsis, jacht poznawał wody między Wyspami Salomona, nawet na trzy tygodnie zakotwiczył w Gizo pod opieką Misia, a teraz odwiedza Luizjady w Papule Nowej Gwinei w drodze do Australii.

Z takimi zaległościami nie ma mowy o relacjach na bieżąco z pokładu Katharsis… Ale postaram się przygotować kilka retrospektywnych wpisów, by opowiedzieć i pokazać co się u nas działo.

 

Po odprawie w Honiarze i przyjęciu Misia na pokład mieliśmy jeszcze 5 dni przed wyjazdem rodzinki na pokręcenie się po Wyspach Salomona. Mariusz postanowił zabrać nas do malowniczej Laguny Marovo. Słynie ona z rewelacyjnych miejsc nurkowych z bardzo bogatym życiem podwodnym i przejrzystą wodą. Na pierwsze miejsce postoju wybraliśmy północną część laguny przy Lunalihe Island. Niestety woda była mętna i nie zachęcała do zejścia pod wodę. Mieszkańcy mówili nam, że jest to przejściowa sytuacja i za kilka dni wszystko miało wrócić do normy. Podejrzewaliśmy, że za zamieszaniem w wodzie stoi Łysy… Do pełni pozostawały dwa dni i silny wpływ księżyca powodował nagromadzenie planktonu w lagunie. To nasza teoria, ale rzeczywiście, gdy przypłynęliśmy do Morovo drugi raz – na początku września woda była kryształowo czysta.

Na nurkowanie w Lunalihe Passage nie zdecydowaliśmy się tym razem, za to nie obeszło się bez plażowania na bezludnej wyspie i kąpielach w ciepłych wodach laguny.

Po jednym dniu spędzonym przy Lunalihe przenieśliśmy się na południowy kraniec laguny, w okolice wyspy Bareho. Od spotkanych na Fidżi Australiczyków – Sary i Brenta, mieliśmy informację, iż znajduje się tam wąski kanał w rafie, którym można przedostać się na zewnątrz na świetnego nurka. Miał nas tam zabrać mieszkaniec wioski – lokalny artysta Aldio. Rzeczywiście jak tylko rzuciliśmy kotwicę pojawił się on na swojej małej łódce motorowej, by zaproponować nam wycieczkę. Chcieliśmy umówić się na następny dzień, gdyż było już późne popołudnie. Niestety było to piątkowe popołudnie, a w sobotę nie było mowy o wycieczkach do wioski, czy nurkowaniu, gdyż jest to dla mieszkańców wioski dzień święty i nikt nie pracuje. Zmobilizowaliśmy się i jeszcze tego popołudnia popłynęliśmy na nurka. Sama wyprawa wąskim kanałem przez dżunglę do niewielkiej wewnętrznej laguny była wspaniałą przygodą. A nurkowanie w kanionie prowadzącym z laguny na zewnątrz rafy było fenomenalne!!!

Podczas, gdy Mariusz, Tomek i ja popłynęliśmy z Aldio na nurkowanie, nasza ekipa na Katharsis przeżyła najazd dzieciaków i młodzieży z wioski. Przypływali niewielkimi drewnianymi łódeczkami, które topiły się, gdy nie wybierano z nich na bieżąco wody. Basia zaczęła rozdawać słodycze i po chwili zasypywana została pięknymi muszlami. Udało jej się nawet wyhandlować kilka limonek. Było przy tym mnóstwo śmiechu i radości – zarówno na Katharsis, jak i wśród naszych gości. Komicznie wyglądało, gdy zajęci rozkoszowaniem się lizakami wioślarze zapominali o wybieraniu wody ze swoich łódek i zaczynali wraz z nimi zanurzać się w lagunie. Wystarczyło jednak wyskoczyć z łódki, obrócić ją by wylać wodę i można było wskakiwać na pokład.

Następnego dnia Mariusz nie mogąc skorzystać z pomocy Aldio ze względu na sobotnie świętowanie w wiosce zabrał część naszej ekipy na wycieczkę pontonem. Nie było to łatwe zadanie, gdyż wody w kanale było momentami po kolana. Wszyscy musieli wysiadać i przepychać ponton na niskiej wodzie. Jednak urok tego miejsca wart był podjętego wysiłku.

Bezroskie chwile w Lagunie Marovo szybko upływały i czas było ruszać do Gizo, by przygotować się do długiej podróży do kraju. W drodze z Morovo do Gizo zatrzymaliśmy się na noc przy północnym brzegu Wyspy Tetepare. Nie było tam naturalnej zatoki, jednak udało nas się zakotwiczyć blisko plaży przywiązując cumę rufową do brzegu. Z przewodnika wiedzieliśmy, że w okolicy naszego kotwicowiska znajduje się jezioro zamieszkałe przez stada krokodyli. O długim moczeniu się w wodzie i snorklowaniu przy brzegu nie było mowy, ale nie mogłam odmówić sobie krótkiej kąpieli przy rufie Katharsis. Moje siostrzenice, które dzielnie pomagały nam przy cumowaniu wskoczyły ze mną. Z pokładu reszta ekipy rozglądała się nerwowo, czy nie zbliżają się do nas jakieś okrągłe oczka unoszące się przy powierzchni wody.

Na porządki i pakowanie zaplanowany mieliśmy jeden pełny dzień w Gizo. Udało się też na chwilę wyskoczyć do miasta, by zobaczyć stolicę Zachodniej Prowincji. Jednak upał sięgający ponad 45 stopni skłaniał bardziej do posiedzenia przy zimnym piwie w knajpie nad wodą, niż biegania po rozpalonych ulicach Gizo. Wyspy Salomona żegnały nas przepiękną, słoneczną pogodą i upałem.

Napisane przez: Hanuś | 2014/08/17

Solomon Islands – Guadalcanal

Dwutygodniowy pobyt na Vanuatu pozwolił nam poczuć smak tego bardzo tajemniczego kraju. Szczególnie pobyt na Tanna i Malakula przybliżył nam egzotykę tego regionu. Chętnie zostalibyśmy dłużej, odwiedzając jeszcze chociażby Ambryn i Pentacost, czy Banks Islands na północ od Spirito. Ale taki to już urok żeglugi po morzach i oceanach, że zawsze musi pozostać pewien niedosyt, by chcieć powrócić w dane miejsce.

Wyspy Salomona, leżące kilkaset mil na północny zachód od Vanuatu były kolejnym celem naszego rejsu. Mariusz nigdy tu wcześniej nie zawitał i bardzo cieszył się z możliwości wpłynięcia na nieznane mu wody. Z drugiej strony obszar ten rzadko odwiedzany jest przez żeglarzy, ze względu na ograniczone poczucie bezpieczeństwa w rejonie Wysp Salomona, a zwłaszcza Papua Nowej Gwinei, co dodawało temu etapowi naszej podróży dodatkowy dreszczyk emocji. Na Wyspy Salomona składa się dziewięć prowincji. Początkowy plan zakładał odwiedzenie wschodnich prowincji, zmianę załogi w Honiara i żeglugę do zachodniej części archipelagu. Konieczność krótkiego naszego wypadu do kraju w drugiej połowie sierpnia wykluczyła Honiarę jako miejsce postoju Katharsis II, ze względu na brak bezpiecznego tam kotwicowiska. Stąd postanowiliśmy ze smutkiem płynąć od razu do odległego od Luganville o 800 mil Gizo, stolicy Western Province.

Prognozy pogody niestety w pełni się spełniły. Początek rejsu z Vanuatu na Wyspy Salomona odbywał się przy niewielkiej ilości wiatru, za to z dużymi, kwadratowymi falami. Pomimo, że nasza załoga była już przyzwyczajona do bujania, to rylanie na wszystkie strony i zabawa w bańkę wstańkę pokonała ich. Na posterunek wróciły wiadra i miski. Musieliśmy z Mariuszem ogarnąć jakoś to całe zamieszanie. Gdy zaczęło się rozwiewać i w końcu można było postawić żagle, sytuacja zaczęła się stabilizować i powoli wracały humory. Niestety nadciągnęła zapowiadana przez prognozy strefa konwergencji i pojawiły się ulewne deszcze, silne szkwały i morze znowu nieprzyjemnie (dla naszej delikatnej załogi) rozbujało się. Drugie uderzenie choroby morskiej, chociaż słabsze w dolegliwościach fizycznych, mocniej oddziaływało na psychikę. Pewnie dlatego, że każdy chciał się już dobrze czuć, a tu dopadała jakaś niemoc. Wszyscy się bardzo mobilizowali, jednak łatwo nie było. Mariusz postanowił zmienić plany i podzielić ten etap rejsu na więcej krótszych odcinków. Powróciła więc koncepcja odprawienia się w Honiarze i zakotwiczenia u brzegów słynnej z walk podczas bitwy o Pacyfik Guadacanal. Pozwoliło to skrócić męki załogi o półtora dnia, co spotkało się z entuzjazmem. Nowy plan zakładał zatrzymanie się na południowo-wschodnim krańcu Guadacanal. Znajduje się tam przepiękna laguna Marau, gdzie mieliśmy odpocząć, pozwolić naszej załodze zebrać siły, a następnie wzdłuż północno-wschodniego brzegu popłynąć do Honiary. Oznaczało to, iż nasz pierwszy postój na Wyspach Salomonach będzie nielegalny, gdyż przed odprawą celną, imigracyjną i kwarantanną. Mariusz nie lubi tak postępować, jednak wydawało się, że w tym dzikim zakątku świata nie będzie to miało wielkiego znaczenia i nikomu to nie będzie przeszkadzało. I rzeczywiście tak było. Musieliśmy jeszcze skontaktować się z Misiem, który był w drodze na łódkę i poinformować go, że odbierzemy go w Honiarze, a nie w Gizo. Wszystko udało się pozmieniać i dzięki temu spędziliśmy wspaniały czas w Marau. Po dopłynięciu wyprawiliśmy zaległe urodziny mojemu tacie, a cały następny dzień upłynął na plażowaniu i moczeniu się w kryształowo czystej wodzie laguny. W Marau doszło także do naszego pierwszego spotkania z mieszkańcami Wysp Salomona. Zasłyszane opinie innych żeglarzy o dużym zdystansowaniu i często wrogości lokalnej ludności rozminęły się z naszymi doświadczeniami. Widocznie mieliśmy szczęście, bo zostaliśmy miło przywitani. Od razu podpłynął do nas na swojej małej łódeczce Joe, który pokazał nam najlepsze miejsce do kotwiczenia i zaprosił do odwiedzenia swojej wioski. Stanęliśmy w pobliżu Wysp Marapa i Twa’Ihi. Na Marapa znajduje się wioska Marau, a na Twa’Ihi niewielki hotel Tavanipupu, będący własnością sympatycznej Amerykanki, którą spotkaliśmy później w Honiarze. Wizyta w wiosce wywarła na nas duże wrażenie. Tradycyjne domy budowane z materiałów pozyskanych z dżungli znacznie różniły się od tych odwiedzanych przez nas na Vanuatu. Technika budowlana wydała się znacznie bardziej wyrafinowana. Proste konstrukcje osadzone niemalże na ziemi z klepiskiem i dwuspadowym dachem na Vanuatu, zastąpione zostały na Salomonach domami na palach, z wydzieloną częścią tarasową. Ściany sprawiają wrażenie solidnych, a dachy składają się z kilku płatów. Nabrzeże również zostało dobrze zagospodarowane i zaopatrzone w solidny pomost. Do niego przycumowano łódki mieszkańców wioski, w tym także pirogi uczniów, którzy codziennie przemierzają lagunę w drodze do szkoły. Podczas, gdy my dopływaliśmy do wioski naszym pontonem wyposażonym w 50 konny silnik, do brzegu zbliżała się trójka adeptów szkolnych. Dwie dziewczynki dziarsko wiosłowały w tylnej części łódki, a młodzieniec na dziobie z werwą wybierał na bieżąco wodę. Jak się później dowiedzieliśmy dzieciaki codziennie dopływają do szkoły na drewnianych dłubankach z pni drzew, chyba że laguna jest mocno wzburzona lub bardzo pada. Przy złej pogodzie uczniowie zmuszeni są do wagarowania. Po wiosce oprowadzeni zostaliśmy przez ojca Joe, który przedstawiał nam sporą gromadkę swoich wnuków i opowiadał o życiu w wiosce. Poza porządnymi jak na takie warunki domami, to uderzała nas bieda tych ludzi. Starają się pozyskać jedzenie z dżungli i wody, ale nie zawsze okazuje się to łatwe. Skarżono się nam, że ostatnio było mało opadów i od razu wpłynęło to na plony bananów. No i ubrania… Większość dzieciaków chodziło na golasa i podejrzewam, że nie wygoda, czy upał na to wpływały… Ciężko było patrzeć na uczennicę, która musiała zdjąć dumnie noszony szkolny mundurek i zamienić go na szmatkę, która z trudnością przypominała spódniczkę. Joe próbując sprzedać nam rzeźby lokalnych artystów oraz muszle prosił nie tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o ubrania. Po wizycie w wiosce, wszyscy przejrzeli swoje ciuchy i przygotowaliśmy sporą kupkę do przekazania do Marapa.

Wiatr zelżał podczas naszego pobytu w lagunie. Żegluga do Honiara odbyła się więc bez żadnych przygód. Stolica tego kraju nie jest osłonięta naturalną zatoką. Port jest niewielki, osłonięty z jednej strony falochronem przed przeważającymi wiatrami wschodnimi i rafą od zachodu. Wewnątrz znajdują się zaledwie dwie keje – jedna dla marynarki wojennej i druga dla niedużych statków. Nam nie pozostało nic innego jak rzucić kotwicę w samym środku portu, czym skutecznie zablokowaliśmy wejście. Doszło do wymiany poglądów między Mariuszem i portem, ale na szczęście dla nas, jedyna bojka dla statków była wolna i przestawiliśmy się bezpieczniejsze miejsce. W Honiarze spędziliśmy zaledwie jeden dzień. Cudem udało nam się w tak krótkim czasie (jak na tutejsze warunki) załatwić wszystkie formalności. Przez cały dzień krążyliśmy pomiędzy urzędami, aż w końcu uzyskaliśmy wszystkie podpisy, kwitki i niezbędne pieczęcie. Udało się nam uzupełnić zapas jajek, których nie mogliśmy dostać na Vanuatu oraz świeżych warzyw. Miasto nie wywarło na nas pozytywnego wrażenia. To miejsce nie sprzyjało dłuższemu pobytowi. Często zachodni żeglarze przesadzają w swych opisach, jednak kiepskie kotwicowisko, brud i bałagan po kwietniowym cyklonie Ita oraz obawa o bezpieczeństwo jachtu wymuszało na nas szybkie wypłynięcie. Na czas dotarł Misio i po kilku przywitalnych piwkach w jacht klubie opuściliśmy z ulgą Honiarę, by pożeglować na zachód.

Napisane przez: Hanuś | 2014/08/09

Espiritu Santo i pożegnianie z Vanuatu

Po kilku dniach pobytu na Malakula i obcowania z mieszkańcami oraz kulturą tego magicznego zakątka Vanuatu popłynęliśmy na Espiritu Santo. Miało to być nasze ostatnie kotwicowisko przed wyruszeniem na Wyspy Solomona. Przelot był niezwykle przyjemny – przy delikatnej bryzie i niewielkim zafalowaniu wszyscy delektowali się płynięciem pod pełnymi żaglami. Pod koniec rejsu, już u wybrzeży Santo, na haczyk złapał się ogromny marlin. Przez ponad pół godziny trwała walka pomiędzy Tomkiem a wielką rybą. Gdy zwierz był już prawie przy pawęży Katharsis wstąpiły w niego nowe siły i z impetem pociągnął żyłkę zrywając ją niczym cienką nitkę. Z jednej strony było nam żal, że marlin uciekł. Jednak wyciąganie ponad dwumetrowego potwora z długim i ostrym niczym nóż nosem mogło być trudnym zadaniem… Niech nasz marlin zdobywa morza i oceany, a my będziemy wspominać jego wielkie cielsko wyskakujące z wody.

Na postój przy Santo Mariusz wybrał urokliwe miejsce przy hotelu na Aore Island. Do Luganville – głównej miejscowości, gdzie zamierzaliśmy się odprawić, mieliśmy ponad 3 mile, ale za to na wyciągnięcie ręki była piękna plaża z lazurową wodą zamieszkałą przez ławice najróżniejszych ryb. Do dyspozycji mieliśmy także hotelowy basen, z czego skorzystała moja rodzinka, podczas gdy Mariusz i ja popłynęliśmy na nurkowanie na SS President Coolidge. Jest to wrak amerykańskiego transportowca, przerobionego w czasie wojny na potrzeby armii z luksusowego statku pasażerskiego. Coolidge zatonął 26 października 1942 roku po zderzeniu z dwoma minami. Statek osiadał na dnie przez 85 minut, w czasie których udało się uratować prawie całą 5000 załogę. Katastrofa pochłonęła dwie ofiary – jednego z mechaników przebywającego w maszynowni podczas wybuchu oraz dowódcę jednostki wojskowej, nadzorującego ewakuację ze statku. Jest to największy wrak po II wojnie światowej dostępny dla nurków. Ma on 202 metry długości i leży na głębokości od 21 do 67 metrów. Znajduje się blisko brzegu i można się do niego stosunkowo łatwo dostać. Dzięki rewelacyjnej przejrzystości wody, dochodzącej do 40 metrów oraz świetnym stanie statku jest to doskonałe miejsce nurkowe. O wraku tym słyszałam już wiele razu od Mariusza, który eksplorował go podczas swojej ostatniej wizyty na Santo 9 lat temu. Był zachwycony nurkowaniem, jednak odczuwał spory niedosyt, gdyż załamanie pogody uniemożliwiło mu wtedy zejście do najciekawszych części wraku. Tym razem miało nam się to udać. Przypłynęliśmy do Santo w środę, a dopiero na piątek udało nam się umówić wyprawę nurkową. Na Coolidge schodzić mogą jedynie certyfikowani nurkowie z przewodnikiem z lokalnego centrum nurkowego. W czwartek bardzo się rozwiało i baliśmy się, że pogoda taka utrzyma się i odwołają nasze nurkowanie. Na szczęści wiatr nieco ucichł i wszystko przebiegło zgodnie z planem. No może prawie…
Naszym przewodnikiem był Albert, mający ogromne doświadczenie na tutejszych wrakach. Na samym Coolidge zrobił ponad 4000 nurków. Eksploruje go od 1992 roku i zna większość jego zakamarków. Po omówieniu nurkowania i przygotowaniu sprzętu zeszliśmy pod wodę. Nurkowanie na wrakach nie należy do moich ulubionych. Zamknięcie w wąskich, pordzewiałych wnętrzach statków, gdzie zazwyczaj tylko przewodnik zna drogę wyjścia i w pełni trzeba na nim polegać, specjalnie mnie nie podnieca. Nie to co nurkowanie wśród kolorowej rafy z mnóstwem ryb i najlepiej ze stadami rekinów – to jest to! Ale po opowieściach Mariusza Coolidge bardzo mnie intrygował i chciałam go zobaczyć. Pierwsze nasze zejście i od razu to najciekawsze, czyli zwiedzanie maszynowni, która znajduje się na 47 metrach i odwiedzenie „Lady” na 40 metrach. Zazwyczaj na pierwsze nurkowanie przewodnicy wybierają łatwiejsze miejsca, żeby sprawdzić nową grupę. Myślę, że doświadczenie Mariusza zrobiło na Albercie wrażenie i zdecydował się od razu zabrać nas na głęboką wodę. Był z nami jeszcze Dominik – Australijczyk pomieszkujących na Vanuatu, który już kilkaset razy nurkował na Coolidge. No i taka silna ekipa mi się trafiła. Ja wydałam się małym elemencikiem w całej zabawie, który po prostu musiał dać sobie radę i już. Gdy zanurzyliśmy się na 45 metrów do wnętrza wraku, Albert pokazał wąskie przejście, przez które mieliśmy przedzierać się do maszynowni. Mój komputer nurkowy bił na alarm i już na początku nurkowania wpadliśmy w dekompresję. Trochę mnie to przeraziło, bo to były pierwsze minuty nurka, a przed nami jeszcze kawał wraku do przepłynięcia. Ta myśl i wąskie przejście w zupełnych ciemnościach zrobiły swoje… spanikowałam. Wiedziałam, że to najgorsze co mogę robić, bo w takich sytuacjach powietrze znika z butli w zastraszającym tempie. Pokazałam Mariuszowi, że nie czuję się dobrze i chcę wyjść. Ale jego spokój i pewność w oczach pokonały moje strachy. Po chwili byliśmy w dużym i przestronnym pomieszczeniu maszynowni (na głębokości 47,7 metra…), gdzie przyglądając się ogromnym kotłom i zegarom zupełnie się uspokoiłam i mogłam się cieszyć resztą nurka. Dobrze, że się ogarnęłam, bo ominęło by mnie podzianie „Lady” – rzeźby kobiety na białym koniu, która zdobiła salę balową na luksusowym liniowcu, którym płynął na początku XX wieku Charli Chaplin. Chwila paniki kosztowała mnie na tyle dużo powietrza, że na przystanku dekompresyjnym musiałam skorzystać z zapasowej butli, którą miał ze sobą Albert. Drugie nurkowanie, które zrobiliśmy po ponad dwugodzinnej przerwie, przebiegło już całkiem spokojnie. Zaczęliśmy od zejścia na 35 metrów do odciętego od światła pomieszczenia. Nie mieliśmy włączać latarek tak długo, aż nie zrobi tego Albert. Chodziło o wypatrzenie podwodnych świetlików zamieszkujących tą część wraku. Całe stado mieniących się na niebiesko rybek w zupełnej ciemności robiło niesamowite wrażenie. Czułam się pewnie i nawet zaklinowanie mojego manometru w wystające pręty w wąskim przejściu nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Odhaczyłam się i popłynęłam dalej oglądać pociski, gąsienice czołgów, pozostałości po jeepach i inne skarby Coolidge’a. Drugie nurkowanie zakończyliśmy ponad 30 minutowym przystankiem dekompresyjnym, przez co w wodzie w sumie siedzieliśmy ponad 80 minut. Tym razem wystarczyło mi powietrza z mojej butli. Po tak ekscytujących i wyczerpujących nurkach chciałoby się odpocząć i dzielić wrażeniami. Jednak nie było na to czasu. Był piątek, godzina 1400, a my chcieliśmy jeszcze tego popołudnia wypłynąć. Mariusz pognał z Tomkiem do Luganville, żeby nas odprawić, a ja z resztą załogi szykowałam nas do wypłynięcia. 1 sierpnia 2014 o godzinie 1800 oddaliśmy cumę mooringu przy Aore Resort i pożegnaliśmy się z Vanuatu. Do pokonania mieliśmy przeszło 800 mil. Prognoza nie napawała nas optymizmem. Przez pierwsze dwie doby wiatru miało być jak na lekarstwo i to dokładnie od rufy, za to duże i rozhuśtane morze. Jest to zabójcze połączenie dla delikatnych żołądków. Oznacza to płynięcie na silniku i rylanie na wszystkie strony. W kolejnych dniach miała nasunąć się na nas strefa konwergencji, a co za tym idzie burzowe chmury, deszcze i silne szkwały.

Napisane przez: Mariusz | 2014/08/06

Malakula

Mariusz:

Wyspy Vanuatu bardzo różnią się między sobą. Mieszkańcy różnych plemion nie mieszali się ze sobą, wytworzyli odmienne rytuały. Samych dialektów naliczono ponad setkę. Jedną z najbardziej fascynujących wysp jest Malakula. Dreszczyku emocji dodaje świadomość, że oficjalnie ludożerstwo ustało tu dopiero pod koniec lat 60-tych ubiegłego wieku. Najgorszą reputację miało plemię Big Nambas, zamieszkujące północną część wyspy. Ich rytualne tańce i kamienny ołtarz ukryty w dżungli, na którym składano ofiary dane mi było widzieć podczas naszej krótkiej wizyty na Vanuatu 9 lat temu (pod ołtarzem leżało mnóstwo czaszek). Takie miejsca tabu rzadko pokazywane są białym przybyszom. Wtedy udało nam się zaskarbić przychylność wodza wzięciem udziału w uroczystościach dnia dziecka.
Tym razem chciałem odwiedzić przedstawicieli plemienia Small Nambas. Wojownicy Small Nambas podczas rytualnych obrzędów obwijają swojego członka jednym listkiem, podczas gdy Big Nambas do tego celu używają dużych różowych napletników. Kościół chrześcijański i jego misjonarze przyczynili się do zlikwidowania ludożerstwa, ale nie wyplenił całkowicie obyczajów. Stara tradycja wraca, zwłaszcza na Malakula.
Na postój wybrałem Zatokę Banam Bay na południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy. Patrząc na mapę, trudno to miejsce uznać za zatokę. Jednak rafa będąca przedłużeniem cypla spowodowała, że woda w niej była gładka i bez fal przybojowych. Miejsce okazało się świetnym kotwicowiskiem, o wiele lepszym niż Lamen Bay na Epi, z którego uciekliśmy z uwagi na bardzo nieprzyjemne kołysanie. Tutaj, mimo ponad 30 węzłowego wiatru na morzu, poczuliśmy się bezpiecznie.
Zaskoczył mnie brak widoku tradycyjnych łodzi. Czyżby mieszkańcy wiosek, którzy jeszcze do niedawna mieszkali głównie w głębi lądu i dzięki misjonarzom przenieśli się na wybrzeże, nie praktykują rybołówstwa? Zbliżał się zmierzch i przy słabej widoczności nie udało nam się znaleźć przejścia w rafie okalającej plaże, by bezpiecznie wylądować na brzegu.
Następnego ranka w zatoce pojawiła się jedna łódź, tradycyjna dłubanka z pnia z dołączonym dla stabilizacji pływakiem. Dzięki temu dowiedzieliśmy się którędy płynąć na ląd. Przejście w rafie znajdowało się ponad kilometr na wschód od widocznych na plaży zabudowań wioski. Gdy tylko ruszyliśmy pontonem, zobaczyliśmy na plaży dziatwę, która zaczęła biec w kierunku naszego lądowiska. Przywitała nas grupa ponad dwudziestu dzieci i nastolatków. Dobrze, że mieliśmy plecak pełen lizaków, które zawsze ułatwiają pierwszy kontakt. Zainteresowanie z jakim się spotkaliśmy sugerowało, że biały człowiek rzadko tu gości. Dzieci były początkowo trochę onieśmielone, ale już po chwili każdy chciał pogłaskać blond włosy Antosia. Gdy Basia podniosła z piasku znaleziony koral, cała grupa zaczęła szukać muszli, by sprawić jej przyjemność.
Naprzeciw nas wyszedł wódz mniejszej z dwóch wiosek w zatoce, która znajdowała się niedaleko naszego lądowiska, schowana w gąszczu dżungli. Angielski nie był jego mocną stroną, ale udało nam się co nieco pogawędzić. Dowiedzieliśmy się, że jego wioskę zamieszkuje około sto osób, a w tej widzianej z łódki dwa razy tyle. Najważniejszą rzeczą było to, że przystał na moją propozycję, by przedstawić nam tradycyjne tańce. Umówiliśmy się na następny dzień, gdyż mężczyźni potrzebowali czasu, by się skrzyknąć i przygotować.
Dzień dobrze się zaczął, więc część naszej ekipy postanowiła pójść do drugiej wioski. Dziadkowie z młodzieżą postanowili pozostać. Dzieci miejscowe towarzyszyły nam do granicy swojej wioski. W nowym miejscu zostaliśmy również mile przyjęci. Od razu znalazł się chętny do oprowadzenia nas po okolicy. Dochodząc do pewnej umownej linii wpływów przekazał nas komu innemu, tak jakby nie chcąc wchodzić na nie swój obszar. Taka sytuacja miała miejsce dwa razy. W przeszłości przekraczanie granic groziło skończeniem w kotle. Widać, że i dziś granice istnieją. Z Jake’iem – trzecim z naszych przewodników umówiliśmy się na spacer pod wodospad. Okazało się, że do zachodniego krańca drugiej wioski, który był jego rewirem, również da się dopłynąć pontonem.
Byliśmy ciekawi, jak dalece zbratają się tutejsze dzieci z naszymi. Widok, który zastaliśmy pokazał, że do zaprzyjaźnienia między polskimi i vanuackimi dziećmi nie doszło. Na plaży przebywała ciągle duża grupa dzieci z plemienia Small Nambas, a nasze dziatwy siedziały jak najdalej od nich, czyli na dziobie pontonu. Uciekły tam od niekończących się głaskań. Widocznie potrzebują jeszcze czasu.
Następnego poranka zostaliśmy przywitani przez wodza wioski odzianego zaledwie w cienki pas na biodrach, który podtrzymywał nasadkę na członka zrobioną z liścia. Jego ciało zdobiły tradycyjna dla Small Nambas wzory wykonane z mieszaniny popiołu z glinką. Spotkaliśmy się na polanie w dżungli niedaleko wioski. Nasara jest miejscem rytualnych tańców mężczyzn, do którego nie ma wstępu dla kobiet i dzieci (nie dotyczy to gości z zewnątrz). Po oficjalnych powitaniach mężczyźni wykonali kilka tańców przy akompaniamencie tamtamów. Tańce te wykonywane są przy różnych okazjach. Są nimi narodziny, śluby, pochówki i przede wszystkim obrzędy zdobywania kolejnych stopni wtajemniczenia przez mężczyzn. Pierwszym jest obrzezanie, któremu poddawani są chłopcy w wieku około 10 lat. Im więcej stopni wtajemniczenia, tym większy szacunek dla jego posiadaczy. Każdemu kolejnemu poziomowi towarzyszy uczta, którą należy wyprawić, ubijając coraz większą liczbę świń. Nie wydaje mi się, by w tej ubogiej wiosce w Banam Bay jej wodza było stać na zaszlachtowanie stada świń, chociaż jego postura dowodziła, że był najlepiej odżywionym mieszkańcem wioski.
Tańce wywarły na nas duże wrażenie. Były bardzo proste, można rzec prymitywne, ale emanowała z nich niesamowita energia. Kobiety i dzieci również nam się pokazały, te pierwsze przyodziane zaledwie w sukienki wykonane z liści palmowych. Poruszały się ze swobodą i bez skrępowania, potrząsając sporymi rozmiarów piersiami. Jaki to kontrast w porównaniu z narzucaną przez misjonarski kościół pruderyjnością, gdzie oczekuje się od kobiet chodzenia w zakrywających kolana sukniach. Ich tańce zawsze odbywają się osobno, poza męską nasara. Jest w nich sporo spontaniczności, ale mniej urozmaicenia. Już w ulewie mężczyźni pokazali nam dwie sztuczki magiczne i byli bardzo z siebie zadowoleni z tego, że udało im się nas zadziwić. Magia jest ważną częścią kultury tutejszej społeczności.
Droga na wodospad, na który udaliśmy się w południe nie wymagała takiego wysiłku, jak ta na Taveuni. Prowadziła po płaskim terenie, częściowo ujarzmionej dżungli. Nie zobaczyliśmy ani jednego większego poletka. Drzewa owocowe i uprawy były wkomponowane w dżunglę. Niesamowite, jak ci mieszkańcy potrafią się w tej gęstwinie odnaleźć. Towarzyszyła nam ponownie eskorta złożona z kilku dorosłych i grupki dzieci.
Dzień zakończyliśmy wizytą w domostwie Jake’a i Lucy, znajdującego się na skraju dżungli z widokiem na morze. Miejsce było przeurocze i w cywilizowanych krajach miałoby ogromną wartość. Poczęstowali nas skromnym posiłkiem. Jake miał dużą świadomość otaczającego ich świata. Pomagał w swoim czasie kanadyjskiej ekspedycji kręcącej film o Vanuatu. Otarł się aż o Australię. Jego żona wyróżniała się dostojną urodą. Pochodziła z wyspy Pentacost, która zainspirowała pomysłodawców skoków na bandżi. Na Pentacost mężczyźni skaczą rytualnie z drewnianych wież, będąc z nimi połączeni tylko lianą, którą sami przygotowują. Tego typu spektakle odbywają się jednak tylko w okresie, gdy liany są jeszcze bardzo elastyczne, między kwietniem a czerwcem.
Tym razem nasza młodzież wykazała więcej zainteresowania i cierpliwości. Nawet mały Antoś zaczął dogadywać się ze swymi rówieśnikami. Ciekawe, że Jake wybrał życie w tradycyjnej wiosce, mimo że miał inne możliwości. Ich życie z pewnością nie należy do łatwych, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Dla nich jest ono zgodne z naturą, niewymagające wielkiego wysiłku. W takich warunkach trudno jednak zapewnić dzieciom edukację, poza podstawową i to jest ich największym problemem.
Przy północnym brzegu Malekula leży kilka małych wysepek. Mieszkańcy każdej z nich w czymś innym się specjalizują: od rękodzieła po budowę tradycyjnych łodzi. Są gęsto zaludnione, co wymusza na ich społeczności rygorystyczne przestrzeganie zasad. Vao, którą postanowiliśmy odwiedzić, słynie z największej ilości miejsc tabu. Tam nawet poszczególne ścieżki zarezerwowane są wyłącznie dla mężczyzn. Zaraz po wylądowaniu zostaliśmy poinstruowani, w jakim obszarze możemy się poruszać. Nasze panie nie miały wstępu na cypel, nie mogliśmy fotografować starych, zabytkowych nasara i cmentarzyska wodzów. Szkoda, bo te tajemnicze i mroczne miejsca wywarły na nas duże wrażenie. Nie chcieliśmy łamać zasad i nasze odwiedziny nie zostały udokumentowane. Czuliśmy się trochę zawiedzeni, trochę jak intruzi. Lody przełamaliśmy dopiero dzieląc się z naszą przewodniczką dużym wahoo, którego złowiliśmy tuż przed dopłynięciem. Ryba na naszej rufie wywołała spore zainteresowanie mężczyzn z wyspy. Chcieli ją nawet kupić, co wydawało się nam co najmniej dziwne. Gdybyśmy mogli tylko dłużej pozostać na Vao, być może dane nam byłoby lepiej poznać to miejsce. Czas jednak gonił, musieliśmy płynąć na największą z wysp Vanuatu, by tam móc odprawić się przed rejsem na Wyspy Salomona.