Napisane przez: Hanuś | 2015/08/18

Pierwsze dni na Palau

Palau zostało zasiedlone przez migrujących Melanezyjczyków i Polinezyjczyków na 1000 lat przed Chrystusem. Europejczycy pojawili się w XVI w. Pierwszymi kolonizatorami byli Hiszpanie, którzy sprzedali Palau Niemcom w 1899 roku. Japończycy po wypowiedzeniu wojny Niemcom w 1914 roku przejęli kontrolę nad Palau, które zostało im odebrane przez Amerykanów pod koniec II Wojny Światowej. Obecnie Palau jest niezależnym państwem stowarzyszonym ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. I właśnie od Amerykanów zapożyczyli administracyjny ład i porządek, jak i rozbudowany system. Jest to niewielkie państwo, składające się z 26 wysp i 300 wysepek o łącznej powierzchni 458 kilometrów kwadratowych, zamieszkałych przez niecałe 21 tysięcy mieszkańców. Tak niewielkie państwo ma wydzielonych siedem stanów, jeden z nich zamieszkuje aż 20 mieszkańców. Inny podzielony jest na 10 prowincji. Każdy stan i prowincja mają swoje struktury. Chyba nie ma drugiego państwa na świecie z tak skomplikowaną i rozbudowaną administracją, zważywszy jego wielkość.
Po przypłynięciu na Palau pierwszy dzień upłynął nam na załatwianiu formalności, spacerze po Koror i kupowaniu pamiątek. Po kilku tygodniach spędzonych na Papui Nowej Gwinei i braku kontaktu z cywilizacją czuliśmy się nieco zagubieni chodząc po asfaltowych ulicach pełnych nowoczesnych samochodów, napotykając na każdym kroku knajpę. Była to ciekawa odmiana. Nie powiem czy na lepsze, czy na gorsze, bo wszystko ma swoje wady i zalety, ale z pewnością była to ogromna zmiana.
Z Agnieszką, Pawłem, Adamem i Tomkiem mieliśmy do wykorzystania czas do ich wylotu, czyli do soboty. Po wtorkowym kontakcie z miastem, w środę rano wypłynęliśmy na nasz krótki rejs po Palau. W ramach stanu Koror uzyskaliśmy pozwolenie na pływanie po obszarze Rock Islands. Jest to grupa wysp położonych na południe od Koror, gdzie znajdują się najciekawsze atrakcje turystyczne, czyli rewelacyjne miejsca nurkowe, piękne plaże, jezioro z nieparzącymi meduzami oraz archipelag Seventy Islands, które pokazywane są na większości folderów o Palau. Pogoda niezwykle nam dopisała. W środę było zupełnie bezwietrznie i słonecznie, co Mariusz wykorzystał na podpłynięcie w okolice Seventy Islands i zrobieniu kilku ujęć z drona. Wyspy te objęte są całkowitą ochroną. Nie wolno tam wpływać i prowadzić żadnej aktywności, dlatego zbliżyliśmy się na dozwoloną odległość i puściliśmy naszego małego szpiega. Zadanie było podwójnie podniecające, gdyż obszar ten jest niedokładnie zmapowany, a pod wodą kryją się niebezpieczne, czasami prawie niewidoczne, śmiertelne rafy. Muszę przyznać, że urok tego miejsca jest niepodważalny. Takiej ilości wysepek wyrastających z morza niczym grzyby nie ma nigdzie indziej. Pewne podobieństwo można znaleźć w wyspach z Grupy Lau na Fidżi i wyspach w Zatoce Panga w Tajlandii, jednak to co wyróżnia Palau, to niesamowicie krystaliczna woda, która te wysepki otacza.
Po sesji z dronem przenieśliśmy się w okolice sielankowej plaży przy Wyspie Babelomekang. Spokojna i czysta woda idealnie nadawała się do pływania z maską i rurką. Nie występuje tam szeroki pas rafy. Niemniej kilka porozrzucanych korali, na których jest mnóstwo życia, było rewelacyjnym miejscem do obserwowania życia podwodnego. Nie odmówiliśmy sobie również przyjemności pospacerowania po uroczej plaży.
Następnego dnia przenieśliśmy się w okolice obszaru Mecherechar, gdzie we wnętrzu jednej z wysp znajduje się słonowodne jezioro zamieszkałe przez wyjątkowe meduzy, które po pierwsze nie parzą, a po drugie pozyskują energię do życia w wyniku fotosyntezy. Atrakcją jest pływanie w Jellyfish Lake wśród tych pomarańczowych stworzeń. W przewodniku podano, że jest to mistyczne przeżycie. Wydawało nam się, że autorów trochę poniosło w tym opisie, bo przecież co może być przyjemnego w pływaniu z galaretowatymi zwierzakami. A jednak jest to niezwykłe doświadczenie. Unoszenie się w zielonkawej toni wśród tysięcy powoli przemieszczających się stworzeń wyglądających jak kosmiczne stwory jest niezwykłe.
Po Jellyfish Lake Mariusz zafundował nam jeszcze jedną atrakcję. Tym razem pływaliśmy pod łukiem wydrążonym w skale, przy którym zadomowiły się najróżniejsze gatunki miękkiego korala. Miejsce to nazywane jest Soft Coral Arch i leży w obszarze wyspy Ngeruktabel. W ciągu dnia wskoczyliśmy do morza z maskami i rurkami, a po zmroku ekipa nurkowa zaliczyła nocne zejście pod wodę. W sobotę, gdy wracaliśmy już do Koror pogoda zaczęła się psuć. Było pochmurno i wietrznie. Ale pogorszenie pogody przyszło na dobre już po wylocie ekipy i na przyjazd Natalki. W niedzielę zaczęło lać i mocno wiać. Załamanie pogody na Palau związane jest z dwoma tajfunami, który przechodzą 300 mil na północ od wysp i niosą ze sobą pas mokrego powietrza oraz silne wiatry. Tajfun Goni ma w swym centym wiatry wiejące do 140 węzłów. Mamy nadzieję, że żaden z kolejnych nie zejdzie bardziej na południe.
Jeszcze przez kilka najbliższych dni mają nam towarzyszyć silne wiatry. Miejsce w okolicach Soft Coral Arch okazało się doskonałym schronieniem przed wiatrami i zafalowaniem. Schowaliśmy się tutaj po wylocie naszej dzielnej załogi. Mimo całego zgiełku otaczającej nas cywilizacji, na jakiś czas znowu znaleźliśmy samotnię.

Napisane przez: Hanuś | 2015/08/15

Sielankowa żegluga w kierunku Palau

Sielankowa żegluga ku Palau

Sielankowa żegluga ku Palau


Z Ninigo do Palau czekało nas około 800 mil żeglugi. To niby nie tak dużo, ale dla naszych przyjaciół miał być to najdłuższy rejs w życiu. Palau leży już na półkuli północnej, ponad 500 mil na północ od Indonezyjskiej części Nowej Gwinei. Jest w strefie całkowicie innych układów pogodowych niż te, w których byliśmy w Papui Nowej Gwinei. Podlega wpływom monsunów, które od kwietnia do listopada przynoszą tam wilgotne powietrze z południowego zachodu. Krótko mówiąc – nie najlepszy okres na spędzanie wakacji.
Mariusz zdecydował się na odwiedzenie Palau głównie z powodu bezpieczeństwa. Było to jedyne miejsce w okolicach Papui Nowej Gwinei, gdzie mogliśmy zostawić jacht na krótki wrześniowy wylot do kraju. Miał cały czas wątpliwości, czy był to dobry wybór. Wynikały one nie tylko z panującej tam mokrej aury, ale z ryzyka spotkania tajfunu oraz z konieczności płynięcia przez drugą połowę trasy pod silny wiatr. Przez cały czas naszego pobytu na Papui Nowej Gwinei układy pogodowe potwierdzały scenariusz płynięcia i halsowania pod silny, ponad 25 węzłowy wiatr, który dla naszej niedoświadczonej załogi mógł oznaczać drogę przez mękę. Podczas naszego pobytu na atolu Ninigo przez Palau przeszedł silny sztorm tropikalny, który namieszał w pogodzie. Po jego przejściu wiatr został tak jakby wyssany z okolic Palau. Wytworzyło się tygodniowe okno pogodowe dla żeglugi w lekkich wiatrach. Trzeba dobrze żyć z Neptunem, by mieć takiego farta.
Przy Ninigo postawiliśmy pełnego grota oraz genuę i 6 sierpnia rano popłynęliśmy na północny-zachód. Wiatr wiejący idealnie od rufy nie pozwalał na płynięcie prosto do Palau, więc płynęliśmy 30 stopni na północ od założonego kursu. Ninigo położone jest 90 mil na południe od równika. Po wyjściu w morze nasza ekipa odliczała każdą milę do magicznej linii dzielącej ziemię na część północną i południową. Kiedy około 2300 byliśmy zaledwie trzy mile od równika i napięcie sięgało zenitu, nasz kapitan zarządził zwrot przez rufę, po czym obraliśmy kurs na zachód z południowym odchyleniem. Spowodowało to oddalanie się od stopnia 0 szerokości geograficznej. Taki obrót sprawy pozwolił Mariuszowi i mi zyskać trochę czasu na przygotowanie chrztu dla naszych neofitów, jaki się przynależy każdemu żeglarzowi przepływającemu przez równik po raz pierwszy. Odstąpiliśmy od prób odwagi i męstwa, a jedynie przygotowaliśmy małą ucztę dla naszych żeglarzy. Sporo czasu, ale i zabawy, zajęło nam wymyślanie nowych imion, które miał im nadać Mariusz, jako przedstawiciel Neptuna, gdy przyjmą dobrowolnie chrzest.
O godzinie 0700 rano zrobiliśmy ponownie zwrot przez rufę i zaczęliśmy zbliżać się do równika. Tuż przed magiczną linią, jeszcze na półkuli południowej złapaliśmy duże wahoo. Był to najprawdopodobniej prezent od Neptuna, mający uczcić do wydarzenie.
O godzinie 1024 dnia 7 sierpnia 2015 roku przecięliśmy równik z południa na północ na długości geograficznej 142 st. 20,7 min. wschodniej. Przygotowując poczęstunek dla naszych Neofitów staraliśmy się uwzględnić ich upodobania kulinarne, nie zapominając o własnych smakach. Mariusz dla naszych coca-colopijców przygotował napój z pepsi wzmocniony syropem z agawy, surowym jajkiem i oliwą z oliwek. Wyglądał jak likier jajeczno-czekoladowy, jednak w smaku był bardziej interesujący… Jako, że nasza ekipa to same słodkie dziurki, postanowiłam przygotować dla nich muffinki cynamonowe. Ja osobiście wolę smaki słono-ostre, dlatego do ciasta dodałam od siebie łyżkę soli i świeże papryczki peri-peri (po jednej dla każdego). Gotowe babeczki polałam czerwonym lukrem i ozdobiłam zielonym pieprzem marynowanym. Muffinki prezentowały się uroczo. Gdy zbliżaliśmy się do równika wszyscy neofici wyczekiwali na pokładzie. Jako przedstawiciele Neptuna stwierdziliśmy, że żeglarze są nieprzyozdobieni na tą uroczystą chwilę, więc zabrałam się za zrobienie im odpowiedniego makijażu. Agnieszce domalowałam na policzkach ośmiornice, których Aga bardzo się boi, a w ten sposób miała się z tymi morskimi stworzeniami oswajać. Olce podkreśliłam czerwonym kolorem usta, które rzadko jej się zamykają i miały pasować do jej płomiennych włosów. Adamowi dorysowałam groźne zębiska rekina, a Tomkowi zamalowałam powieki na niebiesko – w kolorze otaczającego nas oceanu. Paweł otrzymał naszyjnik z kokosa, jako że przez cały rejs otwierał nam te pyszne orzechy z orzeźwiającym napojem. Wystrojeni neofici mogli przepłynąć równik i z tej okazji przyjąć poczęstunek. Początkowo uśmiechali się do apetycznie wyglądających ciastek i napojów, jednak już po pierwszym kęsie ich wyrazy ich twarzy mocno się zmieniły. Pierwszy dzielnie skonsumował strawę Adam, a zaraz po nim Paweł. Dziewczyny i Tomek męczyli się dłużej, a Olka nawet podzieliła się z Neptunem kawałkiem muffinka… Ale resztę dojadła i dopiła z godnością. Po uczcie Mariusz mógł przyjąć neofitów w służbę do Neptuna, nadając im nowe imiona. I tak Agnieszka została Ośmiornicą Pacyficzną, Ola Dory Płomienniołuską, Paweł Krabem Kokosowym, Adam Rekinem Pacyficznym, a Tomek Nemusiem Niebieskookim.
Pierwsze dwa dni dały nam słaby wiatr, który umożliwiał płynięcie na pełnych żaglach z prędkością około 7 węzłów. Trzeciego dnia rano wiatr siadł zupełnie. Chcąc dopłynąć na miejsce przed wylotem naszej ekipy i mieć jeszcze czas na pokazanie im Palau, zmuszeni byliśmy zrzucić żagle i odpalić silnik. Brak podmuchów wiatru i słońce w zenicie spowodowały, że zdecydowaliśmy się na rozstawienie daszku w kokpicie, czego nigdy przedtem nie robiliśmy podczas żeglugi. Pozwalało to na znalezienie odrobiny cienia. Otaczający nas ocean z każdą godziną stawał się spokojniejszy, aż zamienił się w płaską taflę wody. Miało się wrażenie, że woda jest jakby oleista.
Gdy żar z nieba lał się niemiłosiernie, Mariusz zdecydował się zatrzymać na chwilę jacht. Mogliśmy wskoczyć do przepięknie niebieskiej wody, dającej chwilę orzeźwienia. Taka kąpiel na środku oceanu jest niezłym przeżyciem. Świadomość, że pod stopami ma się 4 kilometry wody i całe mnóstwo stworzeń morskich, daje dreszczyk emocji.
Wykorzystując bezwietrzną pogodę oddawaliśmy się grze w karty, czytaniu książek i kąpielom słonecznym. W tak beztroski i sielankowy sposób dopłynęliśmy we wtorkowy poranek 11 sierpnia 2015 roku do Malakal Port na Palau.

Po wizycie na Hermit Island naszym kolejnym celem był Archipelag Wysp Ninigo. Do pokonania mieliśmy ponad 50 mil morskich. Prognoza pogody zapowiadała 20 węzłowy wiatr południowo-wschodni. Przy takich warunkach potrzebowaliśmy około 6 godzin. Musieliśmy wypływać z Hermit Island najpóźniej w południe, by dotrzeć na miejsce przed zachodem słońca. Jednak nasze podglądanie mant w przesmyku przedłużyło się i nie udało nam się wypłynąć zgodnie z planem. Kotwicowisko opuszczaliśmy po godzinie 13. Wiatr w ciągu dnia zaczął siadać poniżej 20 węzłów oraz odkręcać do wschodniego, więc nasza prędkość nieco spadła. Ninigo zobaczyliśmy już w promieniach zachodzącego słońca. Na szczęście przesmyk, w który wpływaliśmy miał 400 metrów szerokości i mapy pokrywały się z rzeczywistością. Dodatkowo wspierał nas księżyc w pełni, który doskonale oświetlał horyzont. Bob z Hermit Island pokazał Mariuszowi na mapie, gdzie jego zdaniem najlepiej stanąć przy silnym południowo-wschodnim wietrze. Skorzystaliśmy z jego rady mimo, że nasze mapy pokazywały w tym miejscu rafę i zakotwiczyliśmy na zewnątrz laguny od zachodniej strony przy Wyspie Logan. Gdy sondowaliśmy w ciemnościach akwen i szukaliśmy wypłycenia do rzucenia kotwicy, na horyzoncie pojawił się przemieszczający się punkt. Po chwili okazało się, że to mieszkańcy pobliskiej wioski z Logan Island wypłynęli nas przywitać i zaoferować pomoc przy wchodzeniu do laguny. Było to niezwykle miłe. Jeden z mężczyzn miał nawet ukulele i przygrywał na powitanie. Mariusz nie zdecydował się jednak na wchodzenie do wnętrza. Wyspiarze z pewnością dobrze znają swój akwen, ale nie wiadomo, czy głębokość byłaby odpowiednia dla Katharsis. Poza tym od zachodniej strony wyspy osłonięci byliśmy od wiatru, na co nie mogliśmy liczyć w lagunie. Gdy kładliśmy się spać widzieliśmy kontury palm w świetle księżyca. Ciekawa byłam jakie widoki czekają nas następnego dnia.
Pijąc poranną kawę upajaliśmy się sielankowym widokiem – dookoła nas była przepięknie granatowa woda, a kawałek dalej zaczynała się cała paleta turkusów, zieleni i błękitów, zakończona paskiem złotej plaży i zielenią palm. Była to wspaniała niespodzianka na rozpoczęcie dnia.
Nasze poniedziałkowe aktywności rozpoczęliśmy od szorowania pokładu i klaru pod pokładem. Czuję się dużo lepiej, gdy łódka pachnie od czystości. Po skończeniu porządków popłynęliśmy do wnętrza laguny, by sprawdzić tamtejsze kotwicowisko. Zgodnie z przewidywaniami Mariusza w lagunie zafalowanie było większe niż na zewnątrz oraz hulał wiatr. Do tego woda była mętna. Postanowiliśmy wrócić na zachodnią stronę Logan Island. Tym razem zakotwiczyliśmy bliżej lądu na 6 metrach głębokości na czystym piasku. Kotwica rewelacyjnie trzymała. Palmy na wyspie osłaniały nas od wiatru, a nieopodal mieliśmy rafę do snorklowania. Idealne miejsce na postój i relaks.
Gdy szykowaliśmy się do skoku do wody, zaczęli pojawiać się wyspiarze z towarami na wymianę. Jeszcze w nocy poprosiłam witających nas mężczyzn o homary i świeże kokosy. I moje życzenie zostało spełnione, gdyż jeszcze przed południem na pokładzie mieliśmy 20 homarów, kilka ryb oraz kokosy gotowe do picia.
Cały dzień upłynął nam na kąpielach w lazurowej wodzie, rozmowach z przypływającymi na pirogach mieszkańcami wioski i ogólnie pojętym wypoczynku. Na ląd tego dnia już nie dotarliśmy.
Wtorek 4 sierpnia był niezwykle intensywnym dniem. Ruch w kambuzie zaczął się już o 0600 rano, kiedy to Agnieszka, Olka, Paweł i Adam zaczęli szykować tort urodzinowy oraz śniadanie dla Tomka. Adam dzielnie ćwiczył płuca dmuchając masę balonów, a reszta szykowała ciasto i naleśniki. Niespodzianka się udała, gdyż Tomek był zaskoczony jak zobaczył przystrojoną mesę i tort ze świeczkami. Mieliśmy ochotę zanurkować z rana, ale wyglądałoby to trochę, jak lekceważenie gospodarzy, więc wybraliśmy się na ląd.
Najpierw odwiedziliśmy Campbella, rybaka który wraz ze swoimi synami (tudzież zięciami) przywiózł nam najwięcej homarów i ryb. Obejrzeliśmy jego piękną nową łódź, którą szykował na regaty żeglarskie mające odbyć się we wrześniu na Ninigo. Łódź była bardzo solidna, dokładnie wykończona, wymalowana i oklejona taśmą fluorescencyjną. Nie miała jeszcze tylko nazwy. Campbell, który został moim ulubionym rybakiem z Logan, zapytał naszego kapitana, czy mógłby ochrzcić swoją łódź imieniem Mariusza jachtu. Było to niezwykle miłe i wzruszające. Z tej okazji przygotowaliśmy dla Campbella i jego chłopaków nasze koszulki z nazwą Katharsis. Możliwe, że po wodach Ninigo będzie teraz regularnie pływać Katharsis…
Po miłym spotkaniu na plaży na zachodnim brzegu Logan poszliśmy w głąb wyspy i po kilkudziesięciu metrach znaleźliśmy się na drugiej stronie. Od razu natrafiliśmy na dom Oskara, który witał nas podczas naszego przypłynięcia i przedstawił się jako przedstawiciel wioski. Posadzono nas pod zadaszeniem, pełniącym funkcję miejsce spotkań, po czym odśpiewano powitalne piosenki. Chwilę porozmawialiśmy z Oskarem i jego rodziną, po czym poszliśmy na spacer po wiosce i do tutejszej szkoły. Duże wrażenie zrobił na mnie porządek panujący na wyspie, równe i zagrabione ścieżki, ładne domostwa oraz zadbane ogródki. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę u Oskara. Podczas rozmowy zaskoczył mnie pytaniem o jedzenie świni. Zanim dobrze przemyślałam odpowiedź i zastanowiłam się nad sensem tego pytania, palnęłam, że oczywiście wieprzowinę jadamy….. No i po chwili zaproszeni zostaliśmy na uroczysty obiad dla uczczenia naszego spotkania. Pokazano nam świnię, która miała uświęcić to wydarzenie i stanowić główną atrakcję menu. Pamiętając historię ze świnią (a ściślej ekwiwalentem), którą mieliśmy dostarczyć do Omarakany na Trobriandach i wiedząc jaki to jest duży wysiłek i koszt dla mieszkańców wysp, przeraziłam się, że z naszego powodu będzie takie zamieszanie. Nie wypadało się jednak już wykręcać i odmawiać, gdyż moglibyśmy urazić naszych gospodarzy. Gdy wracaliśmy do pontonu Oskar wziął Tomka na stronę i zaproponował mu, by został na wyspie. Miał dla niego kandydatkę na żonę i chatę na wyspie. Wieczorem żartowaliśmy, ze może ta uczta ze świnią ma być uroczystością weselną Tomka, a żona nietypowym prezentem urodzinowym.
Po powrocie na jacht zrobiliśmy zaległego nurka. Po raz pierwszy zeszli z nami pod wodę podczas tego wyjazdu Paweł i Tomek. Zajęliśmy się też przygotowaniem kolacji urodzinowej dla Tomka. Mariusz podjął się zadania grillowania hamburgerów, Agnieszka upieczenia specjalnych bułek, a Olka usmażenia frytek. To dopiero było zamieszanie w kambuzie! Ale widząc minę Tomka, jak zobaczył kolację niespodziankę, wiedzieliśmy, że trafiliśmy z urodzinowym menu w dziesiątkę.
W dzień umówionego obiadu mieliśmy z rana ruszyć na nurka w odległym o 6 mil przesmyku między atolami. Jest to ciekawe miejsce, zawsze z idealnie przeźroczystą wodą i dużymi ławicami ryb. Chcieliśmy wrócić jak najszybciej i przygotować ciasta oraz polskie jedzenie na obiad we wiosce. Gdy już mieliśmy wskakiwać do pontonu koło Katharsis pojawił się Oskar z całą nogą świni. Przekazał ją nam, byśmy przygotowali ją według naszego przepisu. Ja byłam zaskoczona i nawet trochę przestraszona, bo jeszcze nigdy nie widziałam mięsa w takiej postaci – całej nogi z racicą. Paweł z Mariuszem od razu zabrali się za oglądanie i oprawianie mięsa. Stwierdzili, że jest to wyśmienity kawałek. Początkowo myśleliśmy o upieczeniu szynki w całości, ale na to potrzeba dużo czasu na marynowanie. Nie pozostawało nam nic innego, jak pokrojenie na kawałki i usmażenie. Mięso zostało posolone, popieprzone, posypane majerankiem, natarte czosnkiem i odstawione na 3 godziny. W czasie, gdy mięso nabierało aromatu, udało nam się zrealizować nurkowy plan. Nurek był obłędny, ale mniejsza z tym. W zamrażalniku mieliśmy przygotowane dwa kilogramy bigosu, które rozmroziliśmy, dodaliśmy dodatkowe 6 kilogramów kapusty kiszonej (jeszcze z zapasów z Morza Rossa). Na dużej patelni na domowej roboty smalcu ze skwarkami smażona była cebula z boczkiem, które trafiły do bigosu. Mięso ze świni zostało usmażone. Nie przepadam za wieprzowiną, ale męska część załogi zachwycała się smakiem samego mięsa. Trochę go było szkoda dodawać do kapusty, ale w wyniku tego powstał wyśmienity bigos. Przez zapachy kiszonej kapusty i pieczonych ciast mieliśmy wrażenie, jakbyśmy na tym końcu świata szykowali polską Wigilię.
Udało nam nie spóźnić się. Wizytę rozpoczęliśmy od odwiedzin szkoły, w której czekali na nas wszyscy uczniowie z nauczycielami. Zaśpiewano dla nas piosenki w ich rdzennym języku oraz po angielsku. Następnie każdy z nas dostał bukiet kwiatów wpleciony w liść palmowy. Jedynie liść Tomka ułożony został w kształcie serca, co wskazywałoby, że nasza teoria z imprezą weselną może nie była do końca wyssana z palca.
Po szkolnych występach udaliśmy się do domu Oskara, gdzie czekała na nas uczta. Posadzeni zostaliśmy przy stole z dyrektorką szkoły, obecnym nauczycielem i emerytowanym. Siedzieliśmy pod zadaszeniem, a reszta stała w różnych zakątkach podwórka. Okazało się, że dla nas przygotowane są specjalne dania i to my mieliśmy rozpocząć obiad. Było to krępujące, gdyż reszta uczestników uroczystości przyglądała się nam. Ale nie mieliśmy wyjścia, bo gdybyśmy nie zaczęli jeść, wszyscy musieliby i tak czekać na nas.
Jedzenie było smaczne, ale jak to stwierdzili chłopacy – „nasz bigos najlepszy”. Z pewnością jest to w dużej mierze kwestia przyzwyczajenia do swoich smaków. W daniach przygotowanych przez mieszkańców wioski dominował kokos i nie było innych przypraw, nie licząc odrobiny czosnku, o który poprosiła mnie poprzedniego wieczoru żona Oskara.
Pobyt na Logan Island zamykał szczęśliwą klamrą naszą przygodę z Papuą Nową Gwineą. Zaczęliśmy od ciepłego przyjęcia na Luizjadach i kończyliśmy równie serdecznym pożegnaniem na Ninigo.
Podczas naszego pięciotygodniowego rejsu po Papui odwiedziliśmy 25 różnych miejsc, rzucając kotwicę 35 razy i przepływając 1300 mil morskich.

Napisane przez: Hanuś | 2015/08/09

Oblężenie na Karkar przed spokojem na Hermit Island

Po kilkudniowym pobycie w okolicach Madang czas było ponownie ruszyć w drogę. Oficjalnie byliśmy już odprawieni i gotowi na opuszczenie Papui Nowej Gwinei. Jednak przed popłynięciem na Palau, chcieliśmy jeszcze odwiedzić dwa archipelagi papuaskie wysunięte najdalej na północ – Hermit Island i Ninigo.
Hermit Island oddalone jest od Madang o niecałe 200 mil morskich. Z Nagada Harbour wypływaliśmy rano i czekała nas ponad doba żeglugi. Archipelag Wysp Szczęśliwych, jak nazywane są wysepki przy Madang, żegnały nas gorącym słońcem i delikatną bryzą. Po wyjściu za pierścień raf przy lądzie wiatr wzmógł się. Postawiliśmy pełne żagle i z fasonem pomknęliśmy na północ. Wiatr nam sprzyjał i mile szybko uciekały. Chcąc wykorzystać w pełni dzień, Mariusz postanowił zatrzymać się na krótki postój z kąpielą w morzu przy wulkanicznej wyspie Karkar, której zarys podziwialiśmy będąc na Bagabag. Nie mieliśmy zaznaczonego na mapie żadnego kotwicowiska. Mariusz intuicyjnie wybrał jedno z zagłębień w lądzie, wyglądające na małą zatokę, która miała nam dać osłonięcie od wiatru i fal. Miejsce okazało się idealnym na krótki postój i pływnie z maską i rurką, gdyż woda była niezwykle przejrzysta, a i małych ryb do oglądania nie brakowało. Poza tym z pokładu mieliśmy wspaniały widok na wyspę, na środku której wyraźnie rysował się krater wulkanu.
Jeszcze płynąc powoli wzdłuż brzegu zauważyliśmy spore poruszenie spowodowane naszą obecnością. Z zarośli puszczano do nas refleksy odbitego światła w lusterkach, a dziatwa z krzykiem biegła plażą w naszą stronę. Chwilę po tym jak rzuciliśmy kotwicę, z lądu zaczęły w naszym kierunku płynąć łódki – tradycyjne pirogi i jedna otwarta łódź z silnikiem zaburtowym. Ci, którzy nie posiadali łodzi, postanowili przypłynąć wpław. Nim się zorientowaliśmy otoczni byliśmy z każdej strony Niugińczykami. Akurat mieliśmy siadać do obiadu pod pokładem, ale atmosfera zrobiła się na tyle niekomfortowa, że ktoś musiał zostać na zewnątrz, by kontrolować sytuację, gdyż przybysze zaczęli wchodzić bez pozwolenia na pokład. Pierwsza zaatakowana została rufa, ale już po chwili kolejni ciekawscy zaczęli wspinać się po burtach, a nawet po łańcuchu kotwicznym. Wszyscy mieli radosne i szczere uśmiechy. Nie widać było, by ktoś miał złe zamiary. Zainteresowanie nami wynikało z nieokiełznanej ciekawości. Ogólnie na Papui niewielu można spotkać żeglarzy, tym bardziej nie odwiedzają oni Karkar, która nie ma do zaoferowania bezpiecznego kotwicowiska. Najprawdopodobniej byliśmy pierwszym jachtem jaki kiedykolwiek zatrzymał się przy tej niewielkiej wiosce. Widząc takie oblężenie cieszyliśmy się, że zaplanowany mamy w tym miejscu krótki postój. Na kąpiel podzieliliśmy się na dwie tury, by część ekipy pilnowała łódki rozmawiając z przybyszami i nie dopuszczając do abordażu. Mariusz pozwolił na kilka wycieczek po pokładzie Katharsis II. Najliczniejszą grupą była gromadka dzieciaków. Przypłynęli wpław z Jamesem, który posiłkował się nadmuchaną dętką. Każdy chciał by robić mu zdjęcia. Dwóch młodzieńców przypłynęło na pirodze z telefonami komórkowymi i fotografowali się z naszą Olką. Zamieszanie na pokładzie było spore. Gdy wszyscy byliśmy już po kąpieli i udało nam się wyprosić ostatnich gości, podnieśliśmy kotwicę. Najpierw musiałam poprosić, by dzieciaki zeszły z łańcucha kotwicznego, by nie zrobić im krzywdy. Raptem po dwugodzinnym pobycie opuściliśmy Karkar. Był to niezwykle krótki postój, ale wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, gdy zostawialiśmy za rufą niewielką zatokę z pięknym widokiem na wulkan, na wodzie której kotłowało się kilkanaście piróg i grupa pływaków, gotowych wskoczyć na pokład pojawiającej się jednostki. Nasza nowa ekipa miała dość intensywne pierwsze spotkanie z wyspiarzami…
Do brzegów Hermit Island dopłynęliśmy popołudniu następnego dnia. Zbliżając się do pierścienia laguny widzieliśmy na horyzoncie kilka wraków statku. Na szczęście zdążyliśmy wykorzystać światło dzienne wpływając w wody laguny. Mapy okazały się niedokładne, a w wielu miejscach czyhały pod wodą głowy korali. Kilka razy Mariusz musiał ostro wyhamowywać, by nie wpłynąć w podwodną przeszkodę. Po rzuceniu kotwicy przy urokliwej plaży wypatrywaliśmy łódek z mieszkańcami. Jednak nikt nie pojawił się na horyzoncie. Jak się okazało, zatrzymaliśmy się przy bezludnej wyspie. Jeszcze przed zachodem słońca udało nam się popływać z maskami i rurkami. Woda była mętna, ale za to na pobliskiej rafie było mnóstwo przydaczni w najróżniejszych kolorach i rozmiarach oraz mnóstwo kolorowych ryb, niczym w akwarium.
Na drugi dzień rano przenieśliśmy się na nowe kotwicowisko w pobliże Manta Pass. Płynąc po lagunie po raz pierwszy podczas naszego rejsu po Papui Nowej Gwinei mijaliśmy inny jacht (nie licząc jednostki w Rabaul, która stała w tamtejszym porcie na kotwicy). W opiniach żeglarzy, które udało się Mariuszowi znaleźć w Internecie na temat Hermit Island, pisano, że praktycznie każdego dnia można w tym przesmyku spotkać manty.
Zakotwiczenie przy Manta Pass nie należało do łatwych. Z jednej strony przesmyku było zbyt głęboko, a druga usiana była rafami. Wpłynęliśmy w niewielką zatoczkę utworzoną z rafy koralowej. Widok był obłędny, gdyż za rufą mieliśmy rajską plażę z palmami, po bokach turkusowo-szmaragdową wodę z rafami koralowymi, a przed dziobem granat głębokiej wody przesmyku. Nie było tu wystarczająco dużo miejsca na rzucenie kotwicy tak, by swobodnie móc kręcić się dookoła niej w razie ustania wiatru bądź zmiany kierunku silnego prądu. Musieliśmy zastosować manewr rzucenia kotwicy „na krótko i sztywno” i przymocowania cumy rufowej na lądzie. Przy 20 węzłowym wietrze nie był to łatwy manewr. Adam, Paweł i ja popłynęliśmy pontonem z cumą na plażę, a reszta ekipy walczyła na pokładzie. Silny boczny wiatr znosił Katharsis i utrudniał założenie cumy. Na szczęście kotwica dobrze trzymała i po kilku próbach udało się przywiązać linę do jednego z drzew na plaży, blokując możliwość obracania się Katharsis. Miejsce na postój było wprost bajeczne.
Nie marnując czasu postanowiliśmy jak najszybciej sprawdzić, czy rzeczywiście są tu manty. Gdy forsowaliśmy pontonem fale w przesmyku, na cyplu z drugiej strony pojawił się człowiek. Pomachał na nas i pokazał nam kanał w rafie, który umożliwił podpłynięcie na samą plażę. Na lądzie przywitał nas właściciel tego skrawka ziemi – Bob ze swoją żoną Eweliną. Usiedliśmy przed ich chatą. Okazało się, że nieopodal cypla znajduje się stacja czyszcząca mant, które przypływają tu zawsze podczas odpływu. Niestety zaczął się już przypływ i szansa na zobaczenie mant była dopiero następnego poranka. Umówiliśmy się z Bobem, że będzie naszym przewodnikiem i pokaże nam miejsce, gdzie pojawiają się manty. Przy okazji obejrzeliśmy domek, który Bob przygotowuje dla gości. Planuje w tym miejscu zorganizować małą bazę noclegową dla turystów.
W oczekiwaniu na pływanie z mantami na następny dzień, popołudnie spędziliśmy snorklując na rafach koło jachtu i spacerując po rajskiej plaży. W niedzielny poranek czekaliśmy z niecierpliwością na Boba, by ruszyć na poszukiwanie mant. Ze względu na silny wiatr woda była w lagunie była bardzo zmącona, co pogarszało widoczność. Niemniej nie zniechęcało nas to. Nasze poszukiwania rozpoczęliśmy jeszcze podczas stojącej wody. Widoczność była wtedy nienajgorsza. Jednak Bob znający zwyczaje tutejszych mant, wiedział że trzeba poczekać, aż woda z laguny zacznie wypływać. Adam zapowiedział, że nie ruszy się z tego atolu, jak nie zobaczy manty.
Posiedzieliśmy chwilę na plaży z Bobem rozmawiając o trudach życia na Hermit Islands. Jakby nie było w tłumaczeniu są to Wyspy Pustelnicze. Najbliżsi sąsiedzi to oddalony o 60 mil Atol Ninigo. Cywilizacja, czyli duża Wyspa Manus leży 100 mil na wschód. W warunkach silnego pasatu jest niemożliwością dotarcie do niej małymi motorowymi łódkami. Nasłuchaliśmy się opowieści o narażaniu życia, dryfowaniu łódek na Kiribati itp. Bob w lutym sam ledwo uszedł z życiem, gdy silnik łódki odmówił posłuszeństwa, a niestabilna jednostka zaczęła nabierać wodę. Teraz ma nadzieję na lepsze życie, gdy postawi pięć domków dla turystów. Miejsce rajskie, tylko przy braku lotniska i jakiegokolwiek stałego morskiego połączenia z cywilizacją ciężko będzie komukolwiek tutaj dotrzeć. Trzymając kciuki za sukces jego przedsięwzięcia wspomogliśmy Boba paliwem do piły mechanicznej, którą chciał wypożyczyć w wiosce.
Gdy na powierzchni wody pojawiły się marszczenia oznaczało to, że zaczął się odpływ. Wszyscy wskoczyliśmy do przesmyku. Po chwili pojawiły się manty dostojnie unoszące się pod nami. Olka nazwała je pływającymi dywanami. Mi zawsze kojarzą się z czarnoksiężnikami w rozłożystych szatach. Wszyscy byliśmy podekscytowani tym doświadczeniem i z poczuciem satysfakcji mogliśmy wrócić na Katharsis, by oddać cumę, podnieść kotwicę i ruszyć ku kolejnej przygodzie.

PS. Mała legenda do galerii. Jeśli w podpisach do zdjęć są dopisane inicjały, to znaczy, że nie są to zdjęcia moje ani Mariusza, tylko: AM – Olki, AP – Agnieszki, PK – Pawła lub AD – Adama.

Napisane przez: Hanuś | 2015/08/06

Wymiana załóg w Madang

Po półtorej doby żeglugi dotarliśmy w sobotni poranek 25 lipca w okolice Bagabag Island. Wyspa ta leży 30 mil od Madang i do celu pozostawał nam już niewielki skok. Bagabag jest wygaśniętym wulkanem otoczonym częściowo pierścieniem rafy. Na mapie nie zaznaczono wypłyceń ani kotwicowiska, więc nie byliśmy pewni, czy uda nam się znaleźć bezpieczne miejsce na postój. Po minięciu pierścienia rafy znaleźliśmy się na stosunkowo spokojnej wodzie, jednak bardzo głębokiej. Pod kilem mieliśmy ponad 80 metrów. Wody te przyniosły nam w końcu szczęście w połowach. Mariusz z Jankiem złowili na swojej porannej wachcie tuńczyka. Była to dopiero druga w tym rejsie złapana ryba.
Szukając dogodnego miejsca na kotwiczenie wpłynęliśmy w jedną z dwóch zatok. W naszym kierunku wypłynął mężczyzna zapewniający, że w pobliżu jego domostwa uda nam się zakotwiczyć. Dopiero w pobliżu plaży, przy której czaiła się pod powierzchnią wody rafa, kolor wody zachęcał do rzucenia kotwicy. Szeroki pas koralowych głów ciągnął się wzdłuż brzegu. Zaraz za nim znajdowała się stroma ściana i głębokość spadała do 30 metrów i głębiej. Próbnie rzuciliśmy kotwicę, ustawiając się wzdłuż rafy ale przy tak dużym nachyleniu stoku i wypuszczonych 60 metrach łańcucha, groziło nam uderzenie sterem w twardy koral przy obrocie jachtu w kierunku lądu. Musieliśmy odpłynąć i poszukać innego miejsca. Już poza zatoką wychodziły w morze dwa jęzory rafy, pomiędzy którymi znaleźliśmy 30 metrową płyciznę wielkości boiska do siatkówki, gdzie zakotwiczyliśmy. Woda była niezwykle przejrzysta i zachęcała do pływania. Jednak zanim wskoczyliśmy do wody, zabraliśmy się za porządki, żeby mieć to z głowy przed niedzielnym przypłynięciem do Madang.
Zatrzymaliśmy się nieopodal malowniczej wioski. Na brzegu dostrzegliśmy przejaw cywilizacji w postaci poletka z kilkoma namiotami. Spodziewaliśmy się najazdu piróg z mieszkańcami, jednak ci okazali się dość nieśmiali. Sporadycznie ktoś się pojawiał, aż w pewnym momencie wszyscy zniknęli. Trochę nas to zaskoczyło, ale już po chwili zobaczyliśmy, że cała wioska, odświętnie ubrana, zmierza do kościoła. Mieszkańcy byli adwentystami, a obozowisko również należało do kościoła i gościło wyznawców, którzy przypłynęli z Madang.
Tuż po zachodzie słońca wiatr zaczął niespodziewanie tężeć i mimo, że byliśmy po zawietrznej stronie wyspy zaczęliśmy odczuwać naprężenia łańcucha. Mariusz z niepokojem obserwował naszą pozycję. Nagle jeden z mocniejszych podmuchów z impetem uderzył w Katharsis II z taką siłą, że ta przesunęła się razem z kotwicą o kilkanaście metrów. Pod kilem nie mieliśmy już bezpiecznych 30 metrów tylko 50, a za rufą rafę. Wyrzucenie reszty łańcucha nie dało poczucia bezpieczeństwa. Dlatego Mariusz od razu podjął decyzję o wypłynięciu mimo, że miało to oznaczać wpływanie do Madang w środku bezksiężycowej nocy… Na szczęście jeszcze przed uderzeniem wiatru zdążyliśmy wszystko pozabezpieczać na pokładzie i byliśmy gotowi do żeglugi. Na zewnątrz pierścienia rafy wypłynęliśmy po naszym porannym śladzie na mapie. Wiatr stężał do 30 węzłów. Postawiliśmy grota na drugim refie i w baksztagu pomknęliśmy z prędkością ponad 10 węzłów w kierunku Madang. Gdy zbliżaliśmy się do głównego lądu wiatr stopniowo siadał, aż zupełnie ucichł. Bardzo nam to pomogło, gdyż okolice Madang usłane są małymi wyspami i rafami. Do tego mapa pokrywała się z obrazem satelitarnym i mogliśmy ufać położeniu zaznaczonych na niej raf.
Na postój Mariusz wybrał położne kilka mil na północ od Madang Nagada Harbouar. Uchodzi ono za bezpieczne zarówno pod względem kotwiczenia, jak i otoczenia. Poza tym znajduje się tu hotel z restauracją i barem przy plaży oraz dobre miejsca do pływania z maską i rurką. Z pewnością jest to ciekawsza propozycja na kilkudniowy pobyt, niż okolice dużego miasta o nienajlepszej reputacji.
O 0030 zakotwiczyliśmy bezpiecznie w ciasnym miejscu pomiędzy niewielką wyspą i półwyspem, na którym znajduje się hotel. Było tu spore zafalowanie i bujało nami na boki, jednak Mariusz nie chciał po ciemku wchodzić w głąb zatoki, która nie była dokładnie zmapowana. Ustaliliśmy, iż będziemy trzymać wachty kotwiczne. Mieliśmy budzić Mariusza, gdyby zaczęło wiać. Na właściwe kotwicowisko przenieść się mieliśmy za dnia.
Niedzielny poranek rozpoczęliśmy od mojego imieninowego śniadania. Potem było imieninowe snorklowanie, imieninowe piwko w barze w Jais Aben Resort i imieninowa kolacja w hotelowej restauracji. Cały dzień pod znakiem świętowania i leniuchowania. Tylko Zbyszek miał trochę roboty z pakowaniem, bo już w poniedziałek nad ranem wylatywał z Madang.
W poniedziałek wybraliśmy się pontonem do Madang. Miasto jest cudownie położone. Otaczają je wysokie góry, a przybrzeżne wody utkane są niewielkimi wysepkami i licznymi rafami. Całkiem niezłe miejsce do nurkowania, ale tym razem nie nastawialiśmy się na nie. My z Mariuszem robiliśmy rozeznanie w kwestii możliwości zatankowania łódki, a Agata, Janek i Olka zwiedzali centrum. Może hucznie powiedziane, ale pospacerowaliśmy po ulicach i poczuliśmy atmosferę papuaskiego miasta. Madang uznawane jest za najładniejsze miasto Papui Nowej Gwinei. Jednak jego centrum nie zachęcało do dłuższego w nim przebywania. Tłumy ludzi, wyraźnie nie mających nic do robienia poza żuciem betelu i spluwaniem czerwonej wydzieliny nieco nas odstraszały. Powietrze przepełnione było słodkim zapachem brudu lub po prostu smrodem. Takie są uroki większych miast w tym zakątku świata. Pożegnalny lunch zjedliśmy w Jachtowym Klubie Madang, jedynej poza hotelowymi, restauracją w mieście. Ciekawe to miejsce z niezłą kuchnią, w którym zbiera się lokalna śmietanka towarzyska.
We wtorek nad ranem pożegnaliśmy Agatę z Jankiem, a około 13 witaliśmy nową ekipę. Na kolejny etap rejsu dołączyli do nas: Agnieszka, Paweł, Adam i Tomek. Pomimo długiej i meczącej podróży, pobyt u nas rozpoczęli intensywnie. Jeszcze zanim dotarli na łódkę, po przyjeździe z lotniska do hotelu, zjedliśmy razem lunch w barze przy plaży. Potem od razu wyprawiliśmy się na targ po zapasy świeżynki i napojów.
Następnego dnia, po porannej kąpieli przy rafie, popłynęliśmy naszym jachtem do Madang po paliwo. Udało nam się również odprawić, tym razem bez dodatkowych opłat u celników. Przed opuszczeniem wód Papui Nowej Gwinei chcieliśmy jeszcze odwiedzić kilka odległych od lądu wysp, ale nie zamierzaliśmy nadkładać drogi i wracać, by się prawidłowo wymeldować z PNG. Początkowo planowaliśmy spędzenie ostatniej nocy przed wypłynięciem w rejs przy mieście. Jednak kilka chwil spędzonych w tym miejscu utwierdziło nas w przekonaniu, że nie jest to najbezpieczniejsze miejsce dla takiego jachtu jak Katharsis II. Nie czuliśmy żadnego bezpośredniego zagrożenia, ale noc woleliśmy spędzić w spokojnym Nagada Harbour. Skorzystaliśmy też z uroków hotelowej restauracji, zanim pożegnamy się ponownie z cywilizacją.

Napisane przez: Mariusz | 2015/07/29

Relaks na nurkowiskach Nowej Irlandii

Mariusz:

Płytkie wody zatok Duke of York mają bajeczny kolor, ale ich przeźroczystość pozostawiała wiele do życzenia. Po dniu spędzonym na pławieniu się w wodzie czas było na zmianę otoczenia. Okolice Rabaul słyną z niezłych wrakowych nurkowisk. Leży tam kilka okrętów i samolotów zatopionych w czasie II Wojny Światowej. Ten rodzaj nurkowania nie należy do Hani ulubionego, a już z pewnością nie jest odpowiednim dla Oli i Janka, którzy dopiero co po raz pierwszy zeszli pod wodę przy Tewara. Postanowiłem więc po raz kolejny postawić żagle i wpłynąć na Morze Bismarcka, by udać się w północne okolice Nowej Irlandii.
Nowa Irlandia jest wąską, ale długą na 200 mil wyspą. Na zachód od niej leży Nowy Hanower, który w większej części otoczona jest laguną. Miejsce to uznawane jest za najlepsze na Nowej Gwinei do spotkania oceanicznej ryby. Póki co ryby te dały nam się we znaki urywając większość przynęt.
Żegluga po wodach Papui Nowej Gwinei bardzo często wymusza używanie silnika. Okresy bezwietrzne występują tutaj niezwykle często. Morze Bismarcka leżące między Nową Brytanią a Nową Irlandią rzadko nawiedzają pasaty. Ale ten rok jest nieco inny, za sprawą El Ninio. Silny wiatr, którego nie zapowiadała żadna z prognoz, towarzyszył nam niemal od początku. Pozwoliło to na szybką żeglugę i mimo dużej redukcji powierzchni żagli, po 14 godzinach wpływaliśmy pomiędzy Nową Irlandię a Djaul Island. Przy brzegach tej ostatniej zamierzałem spędzić sobotni dzień, ale dopływaliśmy do niej jeszcze przed świtem, co wymusiło zmianę planów i popłynięcie w okolice Nowego Hanoweru. Na północy Nowej Irlandii leży stolica prowincji Kavieng. Nie chciałem tam zawijać, by uniknąć obowiązku dokonywania odprawy. Tutaj w każdym mieście, gdzie są celnicy powinniśmy odprawiać się. Nie dość, że zabiera to czas, to narażani jesteśmy na wymuszanie na nas nieformalnych opłat, czy to w formie kilku butelek wina, czy wręcz w gotówce. Tak wygląda tu organizacja życia.
Na temat miejsc do kotwiczenia w tym rejonie nie znalazłem żadnych informacji. Nic dziwnego, skoro prawie nikt tu się nie zapuszcza. Do tego nasza mapa Navionicsa przesunięta była o około milę w stosunku do rzeczywistości, a więc poza zakresem możliwości jej skorygowania. Tym razem mapy Maxsea były dokładniejsze i po analizie zdjęć satelitarnych z Google Map zdecydowałem wpłynąć Katharsis II w lagunę pomiędzy Nową Irlandię a Nowy Hanower w okolice kilku uroczych, małych wysepek, skąd mieliśmy mieć blisko do najlepszych miejsc nurkowych, w przesmykach między wyspami. Z pomocą Janka na bomie, Hani na dziobie i naszej sondy patrzącej do przodu bez większych problemów przeciskaliśmy się między rafami, by w końcu rzucić kotwicę w bezpiecznie wyglądającym miejscu. Stanęliśmy w równej odległości między Upos a Utokol Island bardzo blisko dwóch raf. Po kilku minutach mieliśmy na pokładzie pierwszego gościa, sołtysa (jak go nazwaliśmy) z Upos Island. Douglas radził nam byśmy się przestawili we wcięcie w rafie w samym przesmyku, gdyż nikt jeszcze w lagunę się nie zapuszczał. Ale myśmy stali wmurowani, jak w beton i nie było sensu ponowne przeciskać się między rafami, by stanąć w miejscu z silnymi prądami. Zgodziliśmy się co do wysokości opłaty za kotwicowisko i mogliśmy rozpocząć wakacje, jak nazwaliśmy naszą przerwę w żegludze po Papui Nowej Gwinei.
El Ninjo przyniósł ze sobą podwyższoną o jakieś 2 stopnie temperaturę wody. Woda była ciepła jak zupa, a jej temperatura miejscami przekraczała 30 stopni. W lagunie nie spotkaliśmy dużej ryby. Rekiny miały czekać na nas na zewnątrz. Nie mniej Agata i tak nie chciała wychodzić z wody, gdyż różnorodność rafowych ryb była porażająca. Miejsca do nurkowania w przesmykach Byron i Planet uznawane są za trudne. Trochę obawialiśmy się zabierać ze sobą niedoświadczonych nurków. Pierwsze zejście pod wodę zrobiliśmy tylko w trójkę z Hanią i Zbyszkiem. Woda przy Byron Wall była niestety średnio przeźroczysta, ale zrekompensowały to trzy żarłacze. Były bardzo ciekawskie i przez kilka minut krążyły wokół nas. Ciepła woda zniechęcała jednak innych przedstawicieli głębin do zbliżenia się do rafy. Mieliśmy w tym roku pecha, podobnie jak rok temu w Marovo Lagoon, gdzie dopiero druga wizyta po miesiącu odsłoniła urok tego miejsca.
Wielkich drapieżników nie spotkaliśmy, ale za to gości w postaci lokalnej ludności mieliśmy w nadmiarze. Mieszkańcy okolicznych wysp wyglądem przypominali tych z Wysp Salomona. Byli bardzo przyjaźni. Podpływały do nas nie tylko dzieci, ale i całe rodziny, ciekawe białych przybyszy i ich wielkiego jachtu. O mieszkańcach Nowego Hanoweru nie wypowiadali się inaczej, jak „Ci dzikusi”. Każdy ma w sobie widocznie poczucie pewnej wyższości i odrobinę rasizmu. To było widoczne i tutaj. Nie mniej handel szedł na całego. Wymienialiśmy nasze zapasy na owoce, kraby, homary, rafowe ryby, muszle. Pojawił się nawet osobnik z prawdziwym obrazem, przedstawiającym scenkę krajobrazową. Pewnie należał do jakiegoś niemieckiego osadnika, skoro były tu w swoim czasie Niemieckie Terytoria Zamorskie.
Papua Nowa Gwinea nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Dzięki złej reputacji turystyka kuleje, a odwiedziny żeglarzy należą do rzadkości. Wprawdzie pytani ludzie odpowiadają, że owszem, jachty często pojawiają się, ale gdy temat drążony jest głębiej, to okazuje się, że ostatnio przypłynął jakieś trzy lata temu. My w ciągu miesiąca pobytu spotkaliśmy tylko jedną jednostkę, na dobre zakotwiczoną w Rabaul. Pomni złych doświadczeń żeglarzy opisywanych na portalach, staraliśmy się pilnować i nie prowokować niebezpiecznych zdarzeń. Przyjęliśmy zasadę pojawiam się i znikam. Do pierwszej próby kradzieży doszło na Kirwinie, ale została udaremniona przez Hanię. Była na tyle bezczelna, że zdążyliśmy zareagować. Tym razem przybysze odwiedzili nas w środku nocy. Ponownie Haneczka została jako pierwsza wyrwana ze snu. Drobni rabusie zostali spłoszeni, oddalając się ze swoimi skarbami w kierunku Nowego Hanoweru. Najdziwniejszą ich zdobyczą był kosz z kremami do opalania. Wymknęło się nam kilka niepoprawnych politycznie określeń, ale straty nie były poważne i nie popsuły humorów i pozytywnego odbioru naszego pobytu.
Spenetrowaliśmy jeszcze trzy miejsca na północ i Zachód od Nowego Hanoweru. Mimo braku dokładnej mapy udało nam się znaleźć rafę, o której wiedziałem, że leży około kilometra od bariery rafowej przy North East Passage. Słynie z wielkiej ryby, gdyż mieszają się tu różne prądy. Widoczność pod wodą przekraczała 40 metrów. To rekompensowało brak oceanicznej ryby. Pływanie wśród ławic barakud, rogatnic, czy angel fish sprawiło nam wystarczająco dużo frajdy. Pod wodą doszło do spotkania z lokalnymi poławiaczami ryb, polującymi z kuszami i dzidami. Byli wniebowzięci, gdyż udało im się złapać 2-metrowego rekina. Szkoda ryby, ale w ich przypadku był to połów dla mięsa, a nie dla płetwy. Wracali wyraźnie podekscytowani niełatwą zdobyczą.
Mieszkańcy zachodniej części Nowego Hanoweru wcale nie okazali się dzikusami. Byli bardziej wycofani, nie nachalni. Pozwoliło nam to złapać chwilę oddechu i prawdziwie odpocząć. Spędziliśmy cały dzień przy bezludnej wyspie, czując się niczym Robinson Cruzoe.
W czwartkowy wieczór 23 lipca podnieśliśmy kotwicę z nad rafy przy Au Island i
udaliśmy się w kierunku Madang, gdzie mieliśmy zakończyć ten etap żeglugi.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/22

Nowa Brytania

Po dwóch intensywnie spędzonych dniach na Kiriwinie, w poniedziałek 13 lipca o zachodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Port Kaibola obierając kurs na północny kraniec Nowej Brytanii. Prognoza pogody po raz kolejny się nie sprawdzała. Zapowiadana była bezwietrzna aura, ale na nasze szczęście wiał silny południowy wiatr o sile powyżej 28 węzłów. Widząc, jakie mamy warunki, Mariusz postanowił postawić grota na drugim refie i staysaila. Niby nieduży zestaw żagli, ale przy tak silnym wietrze bez problemu osiągaliśmy prędkość 10 węzłów, a nierzadko śmigaliśmy z regatową prędkością 12 węzłów. Do pokonania mieliśmy dystans 300 mil morskich. Wiatry sprzyjały nam do samego końca, dzięki czemu udało nam się do Kokopo dopłynąć w 30 godzin. Dopływając do Kokopo wyszliśmy z kręgu kula i wpłynęliśmy do wulkanicznej krainy zamieszkiwaną w większości przez Tolai.
Mariusz planował, by dotrzeć do Kokopo w środę rano, kiedy to rozpoczynał się Festiwal Warwagira. Będąc o 2 nad ranem mieliśmy jeszcze chwilę na drzemkę. Festiwal corocznie rozpoczyna się od przypłynięcia na plażę w Kokopo Duchów Leśnych (dukduks) wraz z towarzyszami. Mieli oni pojawić się o wschodzie słońca, czyli około 5 nad ranem, a przypłynęli dopiero o 0630. Od świtu widzieliśmy tłumy czekające na pojawienie się pirogi z tancerzami. My czuwaliśmy w kokpicie, a dokładniej Mariusz z lornetką wypatrywał mające zbliżać się do plaży łodzie, ja drzemałam w kokpicie, a reszta załogi w kojach. Jak tylko delegacja pojawiła się na horyzoncie wskoczyliśmy z Mariuszem do pontonu i pomknęliśmy, by przyjrzeć się uczestnikom festiwalu z bliska. Cały konwój składał się z tradycyjnej pirogi oraz asekurujących ją kilku łodzi z silnikami. Pirogę zajmowały Duchy Leśne, czyli tancerze w strojach z liści ze szpiczastymi papierowymi maskami na głowach. Tańczyli oni w rytm wybijany przez grupę z bębnami znajdującą się na asekurujących łodziach. Wszyscy mężczyźni mieli odkryte torsy, a na pasie przewieszone laplapy. Twarze wysmarowane mieli popiołem. Ich postury wzbudzały respekt, głównie za sprawą rzeźby mięśni. Mężczyźni byli więksi, w porównaniu do mieszkańców południowo wschodniej Papui i mieli w swym wzroku coś elektryzującego i groźnego. Po wylądowaniu na plaży przybyłych przywitał tłum oczekujących. Wśród gapiów było wielu Tolai i znaczna grupa białych turystów. Pokazy festiwalowe odbywały się od godziny 1000 na placu nieopodal plaży. Grupy, które nie przypłynęły łodziami dojeżdżały na festiwal ciężarówkami. Przyglądać się występom pojechali Agata, Janek, Olka i Zbyszek. Mariusz i ja zostaliśmy na pokładzie. Kokopo ma bardzo złą reputację i kręci się tu mnóstwo łódek z szybkimi silnikami, dlatego nie chcieliśmy zostawiać Katharsis II bez opieki. W okolicach Kokopo dochodziło do napadów na jachty, dlatego zostaliśmy tam jedynie na jeden dzień bez dodatkowego noclegu, pomimo, że festiwal miał trwać do niedzieli. Te kilka godzin musiało nam wystarczyć, żeby nacieszyć się festiwalem, gdyż bezpieczniej było z Kokopo odpłynąć i przenieść się o kilkanaście mil w okolice Rabaul. Nasza delegacja na lądzie obejrzała kilka tańców Duchów Leśnych, odwiedziła targ i w pełni usatysfakcjonowana wróciła na jacht. Ekipa stwierdziła, że nie pasujemy do sporej grupki białych turystów, przybyłych na festiwal i jeden festiwalowy dzień w zupełności nam wystarczy.
Do Simpson Harbour przy Raboul wpłynęliśmy późnym popołudniem. W tych mało bezpiecznych rejonach, zwłaszcza przy większych skupiskach ludzkich, dobrą praktyką jest pojawianie się w nowym miejscu na noc i zostawanie tylko na jeden następny dzień. Przed kolejnym zachodem słońca dobrze jest już podnosić kotwicę i odpływać w nowe miejsce. Nie daje to możliwości lokalnej ludności, która może mieć złe zamiary (a wiemy, że incydenty się zdarzają – nawet na Kirwinie doszło do próby kradzieży i małej przepychanki), by zorganizować się przeciwko nam. Taką taktykę zastosowaliśmy w Raboul, pomimo, że ma opinię bezpiecznego miejsce. Po spokojnej nocy, wybraliśmy się na wycieczkę. W okolicach Yacht Clubu wiało pustką, ale Mariuszowi i Zbyszkowi udało się jakoś zorganizować transport. Niesamowitym jest to, jak miejscowi, przy braku konkurencji próbują naciągać turystów. Początkowa oferta na zwiedzanie okolic opiewała na 1300 kina, czyli około 2000 zł. Mariusz nie lubi się targować i stara się wspomagać, jak tylko można lokalną społeczność, ale to była przesada. Zgodziliśmy się na 500, co i tak było wygórowaną stawką.
Rabaul było niegdyś stolicą prowincji Wschodnia Nowa Brytania. Po zasypaniu miasta przez pył wulkaniczny po erupcji wulkanu Tavurvur w 1994 roku stołectwo przeniesiono do Kokopo. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od odwiedzenia gorących źródeł Rababa, do których droga prowadzi przez szaro-brązową pustynię pokrytą pyłem wulkanicznym, czyli miejsce, gdzie kiedyś było urokliwe miasteczko Rabaul. W niektórych miejscach widać było pozostałości po zasypanych budynkach. Widok jest przygnębiający, jeśli pomyśli się o tętniącym w tym miejscu życiu jeszcze 21 lat temu. W czasie erupcji zginęły zaledwie dwie osoby, dzień przed wybuchem ewakuowano większość mieszkańców. Życie miejskie przeniosło się w okolice portu, a półwysep, na którym stało miasto porastają pojedyncze drzewa i krzewy oraz trawy. Z perły Nowej Brytanii nie zostało nic. Wulkan odezwał się ponownie w sierpniu zeszłego roku, dorzucając do pyłu mnóstwo drobnych i większych kamieni wulkanicznych. Przy gorących źródłach przywitał nas właściciel tych ziem i grupka handlarzy pamiątkami. Od jednej z kobiet kupiłam loloi, czyli tutejsze tradycyjne pieniądze muszlowe. Zrobione są one z drobnych muszelek ciasno ponawlekanych i uformowanych w pierścień. Gorące źródła jaskrzyły się pomarańczowymi barwami, co pięknie kontrastowało z szaro-brązowym piaskiem wulkanicznym, szmaragdową wodą w zatoce, zielonym szczytem Turangunan oraz złoworogo dymiącym szarym wulkanem Tavurvur.
Nowa Brytania była częścią zamorskich posiadłości niemieckich. W czasie II Wojny Światowej bazę mieli tutaj Japończycy. Stacjonowało ich ponad 20000, z całą flotą okrętów. Zbudowali system tuneli o długości ponad 100 mil. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by odwiedzić bunkier, w którym przebywał japoński admirał Yamamoto. Podobno spędził tu ostatnią noc swojego życia, zanim wyruszył w kierunku Guadacanal, gdzie został zastrzelony przez Amerykanów. Osobiście nie przepadam za ciemnymi i ciasnymi pomieszczeniami, gdzie odczuwam klaustrofobię. Tunele również nie należą do moich ulubionych miejsc, ale zajrzeliśmy do nich w drodze ze stacji kontrolującej aktywność wulkaniczną. Ponoć w ciągu dwóch miesięcy wulkan ponownie da o sobie znać.
Mimo, że jeździliśmy odkrytym samochodem, upał dał nam się we znaki. Mieliśmy jeszcze wystarczająco sił, by odwiedzić lokalny targ i po uzupełnieniu zapasów świeżynki powrócić na łódkę. Zgodnie z przyjętą zasadą – pojawiam się i znikam – na noc udaliśmy się na odległą o kilkanaście mil, malowniczo poprzecinaną zatokami wyspę Duke of York.

Napisane przez: Hanuś | 2015/07/16

Trobriandy – Wyspy Miłości Malinowskiego

Po pobycie na Tewara przyszedł czas na odwiedziny Wysp Trobrianda. Do pokonania mieliśmy dystans 60 mil morskich. Akwen pomiędzy Wyspami Amphlett a Kiriwiną zmapowany jest jedynie w wąskim pasie. Głębokości w nim są niewielkie, po drodze kilka raf do ominięcia, więc musieliśmy się go ściśle trzymać i nieustannie analizować słup wody pod kilem, by nie narazić się na utknięcie na mieliźnie. Wiał znacznie silniejszy wiatr niż zapowiadały to prognozy pogody. Zamiast 15 węzłów doświadczaliśmy wiatru o sile ponad 30 węzłów. Mariusz zdecydował się na nocną żeglugę, co tylko podniosło poziom adrenaliny. Kotwicę podnieśliśmy sporo po zmroku i na miejsce planowaliśmy dotrzeć o świcie. Jednak silny baksztagowy wiatr i sprzyjające prądy pozwoliły nam pokonać trasę znacznie szybciej i już o 5 nad ranem rzucaliśmy kotwicę przy Louisa no południu Kiriwiny. Przy silnym południowo-wschodnim wietrze było to niekomfortowe miejsce na postój, gdyż całkowicie wystawione na wiatr i falę. Dodatkowo z kotwicowiska na ląd czekała nas 4 milowa przeprawa pontonem, gdyż południowy brzeg otacza płytka woda i nie mogliśmy Katharsis II podpłynąć bliżej lądu. Silny wiatr rozbudował falę i jazda pontonem wiązałaby się z zalewaniem nas przy niemalże każdej fali. Po krótkiej drzemce Mariusz podjął decyzję, iż płyniemy na północ, w okolice wioski Kaibola. Od urzędnika imigracyjnego z Alotau mieliśmy informację, iż niedawno wybudowano tam solidny pomost betonowy i że jest to dobre miejsce na kotwiczenie. Nie mieliśmy tej informacji potwierdzonej w żadnym przewodniku, ani nawet na Google Map, ale stwierdziliśmy, iż zaryzykujemy, gdyż stanie koło Louisa było fatalne. Dodatkowy atut Kaiboli to jej bliższe położenie względem Okamarany, do której się wybieraliśmy.
Warto było zaryzykować, gdyż Kaibola okazało się rewelacyjnym kotwicowiskiem przy tych warunkach pogodowych. Przy północnym brzegu byliśmy idealnie osłonięci od silnego południowego wiatru, a i informacja o pomoście się potwierdziła. Po rzuceniu kotwicy popłynęliśmy na ląd zorientować się , czy uda nam się zorganizować transport z Kaiboli do oddalonej o 8 km Omarakany. Jak tylko pojawiliśmy się na lądzie od razu zainteresowali się nami mieszkańcy wioski. Pokazywali nam swoje rękodzieła, delikatnie namawiając do ich kupna. To pierwsza wyspa, na której widać było zmiany w mentalności ludzi spowodowane kontaktami z turystami. Każdy z nas nabył przynajmniej jedną pamiątkę. Kiriwina słynie z rękodzieła. Poszczególne wioski specjalizują się w wytwarzaniu najróżniejszych rzeźb, stolików, mahoniowych lasek, naszyjników, miniatur piróg . Kupowanie wyrobów od lokalnej ludności, to nie tylko zbieranie pamiątek z podróży, ale także wspieranie mieszkańców, dla której handel z turystami, to często główne źródło dochodu. Mieszkańcy Kaibola są dobrze przygotowani do wymiany, gdyż regularnie przypływają tu duże statki wycieczkowe. Poza ciekawą wizytą w wiosce i kupnem pamiątek, udało nam się także zarezerwować busa na następny dzień, który miał nas zawieźć do Omarakany. Gdy wspominaliśmy, że jesteśmy z Polski i chcemy odwiedzić Omarakanę, bo tam 100 lat temu badania antropologiczne prowadził nasz rodak, mieszkańcy podawali nam jego nazwisko. Malinowski jest na Trobriandach bohaterem, którego pomimo upływającego czasu mieszkańcy wciąż rozpoznają. To niezwykłe dotrzeć do zakątka na Ziemi, można powiedzieć na koniec świata, i słyszeć zewsząd miłe opinie na temat swojego rodaka.
Spacerując po Kaibola spotkaliśmy tutejszego wodza i jego kanclerza, którzy zapowiedzieli się z wizytą na Katharsis II. Mariusz przywiózł ich pontonem. Usiedliśmy razem w kokpicie i po kurtuazyjnej pogawędce kanclerz Amos Mowana poinformował nas, iż wódz wioski Kaibola – Lukas Meyodibu z klanu Malasi oczekiwałby z naszej strony wsparcia pieniężnego dla lokalnej ludności. Statki turystyczne każdorazowo płacą wodzowi opłatę za postój jako dotację dla mieszkańców, więc i my powinniśmy. Stwierdziliśmy, że z przyjemnością to zrobimy. Kanclerz zaproponował kwotę 500 kina, czyli około 700 złotych. Wycieczkowce na 2000 turystów wnoszą dotację w kwocie 2000 kina. Stwierdziliśmy, że zaproponowana dla naszej 6-osobowej załogi kwota jest nieadekwatna do tej jaką przekazują statki turystyczne i zgodziliśmy się wspólnie z wodzem, że 300 kina będzie odpowiedniejszą kwotą. Wódz zaproponował także zaufanego człowieka, który za rozsądną kwotę miał z pomostu doglądać Katharsis II, podczas naszej wycieczki w głąb wyspy. Przystaliśmy na propozycję i po zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia odwieźliśmy wodza i jego kanclerza z synem na ląd.
Na drugi dzień, w poniedziałek 13 lipca, czekała nas wyczekana wyprawa do naczelnego wodza Pulayasiego Daniela z klanu Tubalu do wioski Omarakany. Nasz tegoroczny rejs po Papui Nowej Gwinei zbiega się z setną rocznicą pobytu na Trobriandach Bronisława Malinowskiego, znakomitego polskiego antropologa. Nasz rodak prowadził w tym rejonie wnikliwe badania, które zaowocowały ukazaniem się kilku książek, w tym „Życia seksualnego dzikich”. Książka ta przyniosła rozgłos Malinowskiemu, a przede wszystkim sprawiła, iż zwyczaje tej niewielkiej wyspy poznał cały świat. Istotną pozycją dla świata antropologii jest także książka „Argonauci zachodniego Pacyfiku”, w której Malinowski analizuje między innymi zwyczaj kula.
Planując rejs chcieliśmy odwiedzić miejsca, w których nasz rodak prowadził 100 lat temu tak ciekawe badania. Pojawił się jeszcze jeden ciekawy, bardziej aktualny aspekt… Agata z Jankiem szykując się na wyprawę Katharsis II starali się pozyskać jak najwięcej informacji i znaleźć ciekawe książki dotyczące Papui Nowej Gwinei. Podczas swoich poszukiwań natrafili na książkę Aleksandry Gumowskiej „Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później”, która jest wynikiem prowadzonych badań porównawczych na Kiriwinie. Autorka książki dotarła do naczelnego wodza Trobriandów i, tak jak Malinowski 100 lat wcześniej, mieszkała w Omarakanie podpatrując zwyczaje mieszkańców. Następnie opisała swoje spostrzeżenia odnosząc się to badań Malinowskiego. Przed wizytą na Trobriandach była to dla nas ciekawa lektura, gdyż pozwalała nie tylko przyjrzeć się zwyczajom lokalnej ludności w dzisiejszych czasach, ale także poznać konkretne osoby. Możliwe było, że tych ludzi dane nam będzie spotkać gdzieś na Kiriwinie.
Krótko przed wyjazdem Agata wpadła na pomysł, żeby skontaktować się autorką książki Aleksandrą Gumowską, by zapytać co powinniśmy ze sobą zabrać i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się na Trobriandy. Pomyślała także, że może pani Aleksandra będzie chciała przekazać przez nas przesyłkę komuś w Omarakanie. Wiadomość zwrotna od Pani Gumowskiej przyszła i była w niej mowa o przekazaniu od niej naczelnemu wodzowi świni, która jest cennym towarem na Trobriandach i niezbędnym elementem ważnych uroczystości. Gdy ta informacja dotarła od Agaty do nas, to najpierw nieźle się uśmialiśmy wyobrażając sobie biegającą po pokładzie Katharsis II świnię, a już po chwili zastanawialiśmy się jak to zrobić. Tomek od razu powiedział, że zwierzę nie może wolno chodzić, bo ma ostre kopyta i zniszczy drewno tekowe. Mariusz zaproponował, że zamówimy dla świni specjalną skrzynię i przymocujemy ją do specjalnych uchwytów na dziobie, do których przypięty był podczas wyprawy na Antarktydę 1000-litrowy zbiornik z paliwem. Następnie zaczęliśmy się zastanawiać czym będziemy pasażera karmić przez kilka dni rejsu i analizowaliśmy możliwość wystąpienia choroby morskiej. Gdy temat transportu, zabezpieczenia świni i jej zaprowiantowania był omówiony, zidentyfikowaliśmy największą przeszkodzę – Zbyszek!!! Stwierdziliśmy, że gdy nasz przyjaciel i ogromny miłośnik zwierząt zapozna się ze świnią, to na pewno ją polubi. Gdy następnie dowie się, że świnia ma być przekazana wodzowi, by stać się przy istotnej okazji najważniejszym daniem w menu uroczystości, to na pewno nie pozwoli nam zwierzaka na Kiriwinie zostawić. Omawiając trudności związane z przekazaniem przesyłki od pani Aleksandry i znajdując powoli rozwiązanie dla każdej z nich, dostaliśmy wiadomość od Agaty. Okazało się, że nie będziemy wieźli żywej świni, tylko ekwiwalent pieniężny, za który wódz będzie mógł kupić świnię i uświetnić nią uroczystość we wiosce. Z jednej strony nam ulżyło, ale już zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że będziemy mieli tak nietypowego pasażera na pokładzie.
W poniedziałkowy poranek, po zostawieniu Katharsis II pod okiem zaufanego człowieka od wodza Meyobidu, pojechaliśmy do Omarakany. Nasza wizyta została zapowiedziana przez Aleksandrę Gumowską i w dzień przed naszym przyjazdem do Omarakany dodatkowo przez jedynego lekarza na wyspie, który pomógł zorganizować nam transport. Nasz przyjazd nikogo nie zaskoczył. Wódz Palayasi Daniel wraz z ulubioną żoną, jak o Boyogimie mówi w swojej książce Gumowska, oraz dziećmi, wnukami i innymi członkami rodziny, czekał w swoim domu, gdzie nas przyjęto. Wódz siedział na krześle, a wszyscy pozostali, jak i my, siedzieliśmy na podłodze na matach z liści palmowych. Z kontaktach z wodzem ważne jest, by nigdy nie mieć głowy wyżej od niego. Było to trudne zadanie dla Mariusza, bo nawet jak siedział na macie na podłodze, a wódz na krześle, to musiał się pilnować i dodatkowo garbić plecy, bo wyprostowany przewyższał wodza. W imieniu wodza przemawiali Yogs i Patimo, siedzący pomiędzy nami i wodzem. Najpierw Mariusz podziękował wodzowi, za przyjęcie nas. Następnie przekazał list od nas, do którego poza wyrazami szacunku, dołączyliśmy dotację na rzecz ludności Omarakany (nauczeni już tego zwyczaju przez wodza Kaiboli). Pozwoliliśmy sobie także na przekazanie wodzowi czapeczki z daszkiem oraz koszulki z wyhaftowaną nazwą Katharsis II. Następnie Agata złożyła na ręce Patimo Pakalaki list od Aleksandry Gumowskiej do wodza wraz z pieniędzmi na wspomnianą świnię. Porozmawialiśmy chwilę o wiosce, o badaniach naukowych prowadzonych na Trobriantach przez polskich naukowców, o zwyczaju kula, o ważnym święcie yamu (najważniejszego warzywa w jadłospisie Trobrianczyków), które nie odbyło się wyjątkowo w tym roku, gdyż mieszkańcy Omarakany musieli oddać swoje plony na rzecz budowy kościoła. Rzeczywiście spichlerze yamowe były zaledwie w połowie pełne, mimo zakończenia zbiorów. A to one świadczą o majętności i ważności tutejszych mieszkańców.
Podczas pobytu w domu wodza przyglądałam się zgromadzonym tam ludziom i starałam się przyporządkować prawdziwych ludzi, do tych o których czytałam w książce Gumowskiej. Największe wrażenie wywarła na mnie żona wodza Boyogima. Jej uroda i szlachetne rysy oczarowywały w jakiś niewyobrażalny sposób. Patrząc na tą kobietę rozumiałam dlaczego ten sympatyczny i jakby beztroski z wyglądu mężczyzna, będący wodzem zgromadzonych wokół nas ludzi, upodobał sobie tą jedną z czterech żon i dla niej złamał zwyczaj życia w odosobnieniu w tradycyjnym wodzowskim domu i zamieszkał z nią pod jednym dachem.
Po wizycie w domu wodza oprowadzeni zostaliśmy po wiosce. Obejrzeliśmy tablicę pamiątkową poświęconą Bronisławowi Malinowskiemu. Znajduje się ona nieopodal domu wodza, w miejscu gdzie sto lat temu stała chata polskiego uczonego. Ufundowana została przez Uniwersytet Jagielloński i przywieziona na Kiriwinę przez polskich żeglarzy: Monikę Bronicką i Mariusza Dalgasa. Niesamowitym jest to, że tak niewielu żeglarzy gości w tym rejonie świata, ale przynajmniej kilku naszych rodaków odważyło się na rejs w ten rzadko odwiedzany rejon świata.
Spacerując po wiosce bardzo chciałam spotkać Barbarę – córkę wodza i jej męża Mosco, o których dużo pisała Aleksandra Gumowska. Była nawet przy porodzie ich najmłodszego dziecka. Wizyta w Omarakanie wywarła na nas wszystkich duże wrażenie. Niezwykle było znaleźć się w tak egzotycznym miejscu, będącym w jakiś sposób ważnym miejscem dla historii polskiej nauki.
Po wizycie w Omarakanie nasz kierowca Kenneth zabrał nas do Lousia położonej na południu, będącej najważniejszym ośrodkiem na wyspie. Musiał tam zatankować paliwo i przy okazji pokazał nam kawałek wyspy. Wracając do Kaibola zaproponował, iż zatrzyma się w swojej wiosce Oluwefa, gdzie akurat odbywają się ważne uroczystości. Jego siostra wyprawiała sagali za ich matkę, która zmarła w czerwcu. Jest to bardzo ważna dla Trobriandczyków uroczystość. Opisuje ją w swojej książce Gumowska, dlatego wiedzieliśmy jak ważny moment w życiu mieszkańców mogliśmy obserwować. Sagali jest uroczystością żałobną organizowaną przez rodzinę zmarłego, podczas której dziękuje się wszystkim, którzy pomagali przy pochówku i w czasie żałoby. Jest to skomplikowana i kosztowna procedura zbierania dóbr, a następnie rozdawania ich tym, którzy pomagali. Gdy byliśmy na sagali widzieliśmy jak na środku placu występowała jedna po drugiej z pomagających osób, której następnie znoszono najróżniejsze dary – laplapy (materiały na tradycyjne spódnice), garnki (tradycyjne gliniane i te nowoczesne aluminiowe), nununiga, czyli pieniądze kobiece (tylko kobiety mogą nimi dysponować), prawdziwe pieniądze. Ilość darów i osób obdarowywanych była oszałamiająca. Takie wydarzenie niejednokrotnie rujnuje finanse rodzinne, ale na Trobriandach dzielenie się swym bogactwem jest fundamentem relacji międzyludzkich. Matka Kennetha pochodziła z klanu Lukwasisiga – ważnego, bo tego samego co Boyogima. Może stąd taka wystawność uroczystości sagali.
Kobiece pieniądze nununiga robione są z liści palmowych. Na zielonych jeszcze liściach wytłacza się wzory, następnie się je suszy i tnie w paski, które składane są w wiązki. Im więcej kobieta nununiga zrobi, tym większy jej się szacunek należy. Agata chciała mieć kobiece pieniądze na pamiątkę i wychodząc z sagali udało jej się nowoczesne pieniądze (banknoty kina) wymienić na kilka nununiga.
Późnym popołudniem wróciliśmy na jacht, który przez kilka godzin naszej nieobecności był pod czujnym okiem wysłannika wodza. Podekscytowani wyprawą i spotkaniem z naczelnym wodzem, pełni wrażeń opuściliśmy Trobriandy przed zachodem słońca. Pośpiech spowodowany był rozpoczynającym się w Kokopo na Nowej Brytani festiwalu masek. Chcieliśmy być obecni na jego rozpoczęciu. Szkoda, bo na Trobriandach można by było spędzić niewspółmiernie więcej czasu.