Machając Świętej Helenie


 

Od ponad dwóch tygodni jesteśmy w morzu. Początkowo był to rejs w nieznane. Jednak kilka dni temu podjęliśmy decyzję o płynięciu non-stop do Polski. Oznacza to, że jeszcze przez co najmniej 6 najbliższych tygodni nie postawimy nogi na lądzie. Nasz codzienny rytm życia wyznaczają wachty nawigacyjne oraz wspólnie przygotowywane posiłki. Ja wachtuję w godzinach 0400-0800, 1200-1600, 2000-2400. Tym samym nocne spanie mam od 0000-0400, a Mariusza noc wypada od 0400-0800. W ciągu dnia staramy się spędzać czas razem, chociaż każdy z nas musi jeszcze wygospodarować chwilę na drzemki regeneracyjne, gdyż na dłuższą metę nie da się funkcjonować śpiąc po niecałe 4 godziny na dobę. Póki co pogoda pozwala nam na spokojną i komfortową żeglugę z wiatrem. Trudniejsze i bardziej wymagające warunki zaczną się pewnie po powrocie na półkulę północną. Teraz delektujemy się ciepłą aurą i sielskim płynięciem. 

W czwartek 9 kwietnia mieliśmy okazję poczuć zapach ziemi. Już w środę przed zachodem na horyzoncie wyłonił się z wody kawałek lądu. Niewysokie brzegi Wyspy Świętej Heleny połyskiwały w promieniach żegnającego się z nami słońca. Przez całą noc na radarze widzieliśmy zbliżające się echo lądu. Na mojej porannej wachcie wyspa wyłoniła się z ciemności. Początkowo cała była okryta deszczowymi chmurami. Jednak wraz ze wstawaniem nowego dnia jakby kurtyna odsłaniała się i Wyspa Świętej Heleny pokazała swoje oblicze. Nie wznosi się ona zbyt wysoko ponad poziom wody (najwyższe wzniesienie Mount Actaeon ma 820 m n.p.m.), jednak zbocza brzegów wychodzą malowniczo z wody, tworząc strome ciemne klify. Szczyty wzniesień mieniły się kolorami zieleni oraz czerwieni. Ląd zapraszał, by go dotknąć, poznać. Jednak obecne obostrzenia związane z pandemią korona wirusa i obowiązek kwarantanny odwiodły nas od początkowego zamiaru zatrzymania się tutaj. Tymczasowe przepisy służb sanitarnych nakładają obowiązek pozostawania na pokładzie jachtu przez 14 dni od dopłynięcia do brzegów Świętej Heleny. Na kotwicowisku koło głównej miejscowości Jamestown widzieliśmy kilkanaście jachtów. Na wszystkie jednostki nałożono kwarantannę, nawet na te, które dopłynęły do Świętej Heleny jeszcze przed wprowadzeniem obostrzeń. Żeglarze są jakby uwięzieni nie mogąc ani ruszyć dalej w drogę ani zejść na ląd. Pewnie dwa tygodnie szybko im przeminą w tych uroczych okolicznościach przyrody. My jednak woleliśmy zachować swoją wolność i pożeglowaliśmy dalej. Wywołał nas przez radio kapitanat portu. Byli nieco zaskoczeni, że jedynie mijamy wyspę. Wszyscy, którzy płynęli z Afryki, po kilkunastodniowej żegludze chcieli odpocząć i zrobić sobie postój, a my płyniemy dalej. Życzono nam pomyślnych wiatrów i dobrej żeglugi. Mariusz porozmawiał też przez radio z kapitanem Oyster’a Ostrika. Żeglarze czekają aż upłynie im kwarantanna, ale i tak wciąż nie wiedzą, gdzie płynąć. Ich plan zakładał dotarcie na Karaiby, ale tam wciąż porty pozamykane, więc może tak jak my ruszą ku Europie do domu. Jakże inne jest żeglowanie w czasach pandemii.

Bliskość lądu wykorzystałam do wskoczenia do wody. Zwinęliśmy genuę i stanęliśmy w linii wiatru, by wytracić prędkość. Zaopatrzona w maskę, rurkę, płetwy i kamerę podwodną zanurzyłam się w krystalicznie czystej wodzie Atlantyku. Ależ to była ciepła odmiana po moich ostatnich kąpielach na Antarktydzie! Brakuje mi bardzo wody. Nie jej widoku oczywiście, bo nim mogę się napawać teraz każdego dnia, ale pływania i nurkowania. Wyobrażam sobie, jak musi być ciężko tym wszystkim, którzy przez epidemię zostali odcięci od możliwości spacerowania po parkach, lasach, chodzenia na basen, nad jezioro. Odwykliśmy już od ograniczania naszej wolności lub nigdy wcześniej w naszym życiu się z nim nie spotkaliśmy…

Ostatnie kilka dni upłynęły nam na intensywnych przygotowaniach do Wielkanocy i świętowaniu. Pomimo, że jesteśmy jedynie we dwoje i mamy dość ograniczone możliwości, jeśli chodzi o wyprawienie świąt, to staraliśmy się zadbać o atmosferę tego wyjątkowego czasu. Jeszcze po wypłynięciu z Kapsztadu nastawiłam zakwas na żurek i na próbę kiełki rzodkiewki, by imitowały rzeżuchę. Pierwsza tura kiełków wyszła świetnie. Jednak bliżej świąt znajdowaliśmy się w cieplejszym klimacie, a tutaj kiełki nie chciały rosnąc i musiałam zrezygnować z zielonego elementu na stole. Kolejnym wyzwaniem było zrobienie twarogu na sernik. Pierwszą próbę podjęłam z mleka jakie miałam w lodówce – niestety jedynie 1 litr. Mleko zsiadło się wzorcowo i udało się zrobić z niego twaróg, jednak jego ilość mogłaby nadać się jedynie na sernik dla krasnoludków. Za to świetni smakował na śniadanie ze śmietaną. Drugą próbę podjęłam według przepisu żeglarki z Lady Twin. Anka robi biały ser z jogurtu naturalnego. Tym razem udało mi się pozyskać aż 400g twarogu. Do świątecznych ciast przygotowałam własnej roboty kandyzowaną skórkę pomarańczową. Poza tradycyjną sałatką jarzynową i gotowaną szynką, przygotowaliśmy galat z kurczaka oraz pasztet truflowy i faszerowane na dwa sposoby jajka. Dużą niewiadomą była kiełbasa. Nie mieliśmy tradycyjnej polskiej białej, ale w Kapsztadzie kupiliśmy lokalny wyrób. Po ugotowaniu z dużą ilością czosnku i majeranku świetnie spisała się w roli białej kiełbasy. W sobotni poranek upiekłam mazurka, którego Mariusz pięknie ozdobił skórką pomarańczową. Za pisanki odpowiedzialny był kapitan. Precyzyjnie nakładał wosk na ugotowane jajka, a następnie barwił je w farbkach kupionych w ostatniej chwili przed wypłynięciem z Kapsztadu. Ja także ozdobiłam symbolicznie jedną z pisanek. Jak na rysowanie woskiem w czasie płynięcia i bujania jachtem, byliśmy z efektów końcowych całkiem zadowoleni. Jedynie nie starczyło nam już czasu na upieczenie sernika. Myślę, że będzie to nasz poświąteczny dodatek.

W niedzielny poranek każdy z nas zdrzemnął się po nocnych wachtach i dopiero około 11 zasiedliśmy do świątecznego stołu. Jak już wszystko zostało ustawione i mogliśmy sobie złożyć życzenia, to byliśmy oboje bardzo wzruszeni. Myślę, że emocje związane były w dużej mierze z napiętą sytuacją, jaka opanowała teraz cały świat. Jesteśmy na środku oceanu wolni i niezależni, ale to co dzieje się na lądzie bardzo nas niepokoi i martwi. Z drugiej strony cieszyliśmy się, że udało nam się dotrzymać tradycji i nie odpuściliśmy celebrowania świąt Wielkiej Nocy, chociaż wymówki z pewnością by się znalazły. 

Jest poniedziałek wielkanocny 13.kwietnia 2020 roku, godzina 1600 UTC. Nasza pozycja: 07o32,6’S, 011o06,4’W. Płyniemy kursem 325o, z wiatrem 15 węzłów i prędkością 7,0 węzłów. Za chwilę robimy zwrot przez rufę w kierunku Wyspy Wniebowstąpienia, od której brzegów dzieli nas 200 mil morskich.

Kategorie:Afryka, Atlantyk, Morza i Oceany, Święta Helena

9 komentarzy

  1. Poświąteczne życzenia zdrowia i pomyślności!
    Brawa za pisanki, sernik, mazurek. Jesteście genialni!

    Z Wami – choćby… zaraza (oby jak najdalej od Was).

    BM

  2. Podziwiam i pozytywnie zazdroszczę! Uwielbiam Wasze relacje a czytając je i oglądając super zdjęcia czuję się jakbym tam była! Przeżywacie super czas, super życie. Nie znam Was osobiście, ale gdyby była możliwość popłynięcia z Wami w rejs, nie wahałabym się ani sekundy! Wszystkiego dobrego!

    • Dziękujemy. Takie wiadomości zawsze mobilizują nas i dodają energii w przeglądaniu tysięcy zdjęć, które robię jak wariatka widząc wszystkie cudowne miejsca i przyrodę, by przygotować kolejną relację. Pozdrawiamy

  3. Dużo obowiązków, ale satysfakcja, że jesteście wolni – bezcenna. Nie musicie chodzić w maseczkach, bać się wyjścia do lasu, przestrzegać wielu często wzajemnie się wykluczających nakazów. W każdej chwili zmęczenia pamiętajcie o tym. Trzymamy za Was kciuki.

  4. Szczęśliwości dla Was obojga – wietrzny Mokotów pozdrawia ;).
    M

  5. Niesamowite, jak dajecie sobie radę… Gdy czyta się wasz tekst, to czuję się panującą atmosferę…

  6. Wielkanocny Śmingus Dyngus od tych co zamknięci na lądzie dla tych co wolni na morzu 😉
    Ale poza wszystkim – super pisanki.
    Dobrych wiatrów!

  7. No to Wesolych Świąt!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: