Kierunek na Elephant Island – emocji coraz więcej


 

Mariusz:

Zbliżał się koniec stycznia i coraz częściej pojawiała się myśl, że to już prawie koniec wyprawy. W planach miałem jeszcze wpłynięcie w głąb Morza Weddella, odwiedziny Wyspy Słoniowej (Elephant Island) i Orkadów Południowych. Realizacja napiętego planu zależała od wystąpienia korzystnych warunków pogodowych.

Minąwszy Cuerville Island skierowaliśmy jacht do Zatoki Wilhelminy, gdzie przy Endouver Island leży wystający z wody wrak statku Gouvernoven. Jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc na postój w rejonie całego Półwyspu Antarktycznego. Gouvernoven był statkiem wielorybniczym, który w wyniku pożaru w 1914 roku osiadł na płyciźnie w niewielkiej odległości od wyspy. Jego kadłub stanowi naturalny falochron. Cumowanie do prawej burty wydawało się prostym zadaniem, ale do lewej już nie. Stanęliśmy więc na krótki postój na kotwicy, by naszym pontonem spenetrować wąskie przejście między wrakiem a wyspą. Zarówno głębokość wody, jak i szerokość wejścia okazały się wystarczające dla Katharsis II. Z dreszczykiem, ale bezproblemowo zacumowaliśmy do lewej burty, bacząc na rufową część wraku znajdującą się niebezpiecznie płytko pod wodą.

Nasza trasa ponownie przecięła się z wycieczkowcem La Boreal. Stanął na kotwicy nieopodal nas, by pontonami odwiedzić wrak. Niechcący staliśmy się atrakcją turystyczną dla jego pasażerów. Pływali wokół nas popijając francuskiego szampana. Piotrek stwierdził, że należy nam się jakieś zadośćuczynienie za to, że robimy za małpy w Zoo. W ten sposób na naszym pokładzie wylądowały dwie butelki szampana, które niechybnie skonsumowaliśmy.

Ląd nie zachęcał do odwiedzin. Nie znaleźliśmy w okolicy żadnej kolonii pingwinów. Na cyplu zadomowiły się kormorany niebieskookie. Mają śliczne łebki, zwłaszcza w słońcu, ale woń ich siedliska przyprawiała o mdłości. Za to całej ekipie nurków udało się zejść pod wodę w tym kultowym miejscu. W okolicach śruby wraku dostrzegliśmy nawet jadalnych rozmiarów rybę. 

Nadchodził sztorm, a jednocześnie zbliżały się urodziny Wiesia. Wybrałem na postój Mikkelsen Harbour na południu Trinity Island. Ten naturalny port wydawał się najbezpieczniejszym miejscem po wyjściu z Cieśniny Gerlacha na przeczekanie załamania pogody. Ze względu na coraz silniejszy wiatr wiejący od dziobu wpłynęliśmy do Mikkelsen Harbour już po zmroku. Wnętrze zatoki pełne było lodu z cielącego się nieustannie lodowca, ale za to wiatr znacząco ucichł. Rzuciliśmy kotwicę w pobliżu mielizny przy niewielkiej D’Hainaut Island. Szybko musieliśmy ją z powrotem podnosić, gdy ruszyła na nas kawalkada lodu. W końcu udało się nam znaleźć w miarę bezpieczne miejsce, częściowo osłonięte przed głównym nurtem płynących growlerów. 

Pobyt na Trinity Island znacznie się wydłużył. Postawiliśmy nogę na małej wysepce, która dawała nam częściową ochronę przed pływającym lodem. Uczciliśmy urodziny Wiesia, po czym rozpętał się wiatr. Szalejący sztorm w Cieśninie Bransfielda nie chciał ustąpić. Nawet w osłoniętej zatoce wiatr dochodził do 40 węzłów. O płynięciu w głąb morza Weddella nie było mowy. Wachty kotwiczne nie narzekały na brak zajęć. Lód osiadał się w większych ilościach na prawo od dziobu Katharsis II na niskiej wodzie. Na wysokiej wodzie ruszał i od kierunku wiatru zależało, czy będzie tylko muskał prawą burtę jachtu, czy zaatakuje nas centralnie.

Przedłużający się pobyt wykorzystaliśmy na produkcję spirytusu z lodu z lodowca. To była już druga tak limitowana wersja naszego produktu. Pierwszy zacier z lodowca robiliśmy jeszcze w Zatoce Małgorzaty. Muszę przyznać, że nasz zestaw Turbo 500 kupiony jeszcze w 2014 roku w Nowej Zelandii nigdy nie wyprodukował tak wyśmienitego trunku. Dopiero pod wieczór 29 stycznia, po 5 dobach pobytu, postanowiłem podnieść kotwicę, gdyż pojawiła się szansa na spokojne morze w okolicach Wyspy Słoniowej.

Elephant Island zawdzięcza swą sławę temu, że dała schronienie załodze uwiezionego, a następnie zatopionego w lodach Morza Weddella statku Endurance. Stąd Ernest Shackleton wyruszył w otwartej łodzi po pomoc wielorybników stacjonujących na Południowej Georgii. Nie jest to przyjazne człowiekowi miejsce. Mimo sporych rozmiarów brak na niej dogodnych kotwicowisk, a lądowanie na brzegu wymaga uwagi nawet przy spokojnej pogodzie.

Dotarliśmy w okolice Cape Lookout 31 stycznia. Próba znalezienia kotwicowiska po wschodniej stronie przylądka spełzła na niczym z uwagi na sporą falę przybojową. Rzuciliśmy kotwicę po drugiej stronie, ale i to miejsce nie można by było nazwać przyjaznym. Bujało nami na wszystkie strony. Próbę lądowania na plaży udaremnił lampart morski. Olbrzymi osobnik uznał nas za intruzów i dosłownie rzucił się na nas. Słyszeliśmy historie o rozerwanych na strzępy pontonach. Dwukrotna próba kończyła się podobnie. Nie chcieliśmy jednak odpuszczać, gdyż na brzegu roiło się od uchatek. Te śliczne, aczkolwiek agresywne zwierzęta zobaczyliśmy po raz pierwszy dopiero tutaj. W końcu udało się nam znaleźć w miarę bezpieczne lądowisko na skałach, w innym zakątku zatoki. Tu też w końcu pojawił się dreszczyk emocji. Kończąc pobyt drugiej tury na lądzie, zauważyliśmy w wodzie nieopodal naszego lądowiska uchatkę ze świeżo krwawiącym okiem. Po chwili pojawił się i lampart, ale tym razem obserwował ponton z bezpiecznej odległości.

Wyspa Słoniowa wywarła na nas olbrzymie wrażenie. Sprawiała wrażenie groźnej i nieprzyjaznej. Z drugiej strony zaskoczyła nas bogatym życiem na lądzie. Zobaczyliśmy tam nie tylko dużą liczbę uchatek, ale i słonie morskie oraz sporych rozmiarów kolenie pingwinów. Czas było jednak ruszać w kierunku naszej ostatniej antarktycznej destynacji – odległego o 400 mil morskich archipelagu Orkadów Południowych.

Kategorie:Antarktyda, Cieśnina Drake'a, Morza i Oceany, Nurkowanie

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: