1200 mil wolności za nami


Mariusz:

Żeglarz zna miejsce i czas rozpoczęcia rejsu, ale nie może być pewnym, gdzie i kiedy dopłynie. Ta sentencja jest szczególnie prawdziwa w naszym przypadku. Nie zdarzyło mi się do tej pory wyruszać w morze nie mając zaplanowanej szczegółowej trasy. Plany mogą ulegać modyfikacji, ale trzeba je mieć. 

Lecąc z Hanią do Kapsztadu nie przypuszczaliśmy, że rząd RPA będzie tak szybko i zdecydowanie reagował, by ograniczyć skutki pandemii korona-wirusa u siebie. Wprowadzenie całkowitego zamknięcia kraju, łącznie z zamknięciem wszelakiej działalności gospodarczej i wprowadzeniem wojska na ulice wymusiło na nas podjęcie natychmiastowej decyzji o wypłynięciu. Nie chcieliśmy zostać uwięzieni w pustej marinie, bez możliwości jej opuszczenia, z nadzieją, że tak drastyczne posunięcia władz nie doprowadzą do powstania napięć społecznych, których skutki trudno przewidzieć. 

Sami jesteśmy zaskoczeni tym, że tak sprawnie uporaliśmy się z uzupełnieniem zapasów, które zostały nam jeszcze po wyprawie na Antarktydę. Nie wszystko co chcieliśmy kupić udało nam się dostać z uwagi na szturm mieszkańców na sklepy spożywcze. Mimo tego czujemy się komfortowo z tym co mamy pod pokładem. Możemy być samowystarczalni przez pół roku. 

Początkowo mieliśmy dylemat, w którą stronę popłynąć. Kusił nas rejs w kierunku Australii. Od dawna planowaliśmy zrobić pętlę wokół tego najmniejszego z kontynentów świata. Ale Australia zamknęła swoje drzwi przed żeglarzami. Dochodzą do nas informacje o narastającej ksenofobii. Żeglarze wpisują się w schemat myślenia –  to ci obcy, których należy unikać, gdyż mogą być roznosicielami zarazy. 

Od ponad tygodnia jesteśmy w morzu. W międzyczasie dojrzeliśmy do decyzji, że powinniśmy płynąć do kraju. Będziemy żeglowali non-stop bez zatrzymywania się po drodze. Na lepsze czasy odkładamy odwiedzenie mijanych wysp. Nie wykluczamy przepływania w ich pobliżu, licząc na to, że nikt do nas nie będzie z tego powodu strzelał. Tak jak wspominała Hania, obraliśmy kurs na Wyspę Świętej Heleny, leżącą 1700 mil na północny zachód od Kapsztadu.

Pogodę na południowym Atlantyku kształtuje rozległy stacjonarny wyż. Wciska się on w afrykański kontynent wywołując wzdłuż jego brzegów stosunkowo silne wiatry. Pozwoliły one nam na szybką żeglugę przez pierwsze cztery dni. W miarę stabilny wiatr w początkowej fazie żeglugi pomógł nam w adaptacji do rytmu życia na morzu. Nie musieliśmy wykonywać w nocy czynności wymagających obecności naszej dwójki na pokładzie. Płynąc we dwoje podzieliliśmy się wachtami czterogodzinnymi tak, by zawsze jedno z nas czuwało nad bezpieczeństwem żeglugi. Mamy w ten sposób po 3 wachty w ciągu doby. Podczas wacht nocnych drugie z nas śpi solidnie przez 3,5 godziny, co jest naszym podstawowym odpoczynkiem. W trakcie pozostałych przerw w wachtowaniu łapiemy krótkie drzemki tak, by w sumie zaliczyć około 6 godzin snu na dobę. Mnie taka ilość snu w zupełności wystarcza, Haneczka potrzebuje jego nieco więcej. 

Poza koniecznością wymiany jednego z prostowników dających prąd ładowania akumulatorów, nie zaliczyliśmy dotąd żadnej awarii. Oby tak dalej. Czasu na leniuchowanie nie mamy jednak zbyt wiele. Lista prac serwisowych i porządkowych jest długa. Do tego dochodzi przygotowywanie posiłków i regularne przeglądanie zapasów. Haneczka dwoi się i troi, by nie marnować świeżych warzyw. Stąd na razie nasza dieta oparta jest przede wszystkim na warzywach i owocach. Musimy się nimi nacieszyć teraz, bo po Wielkanocy niewiele z nich będzie nadawało się do spożycia. Prawie codziennie na śniadanie gotujemy jajka w koszulkach na podkładzie z brokułów, zielonej fasolki lub szparagów. Na obiad jadamy sałatki, a jak gotujemy risotto, to z gruszką. Pysznie to wszystko wygląda i smakuje. Tak zamierzamy wytrzymać do Wielkanocy, kiedy na stole pojawi się w końcu mięsiwo. 

Na wysokości Namibii wiatr zaczął siadać. Doświadczyliśmy sporej zmienności zarówno siły, jak i jego kierunku. Wiatr zaczął wiać nam od rufy, przez co płynęliśmy na granicy łopotania żagli. Lekką zmianę kierunku wiatru do dziobu można ignorować, ale zmianę do rufy już nie, gdyż grozi to niekontrolowanym zwrotem. Stąd częste zmiany kursu, zwłaszcza w nocy, kiedy wiatr bywa mniej stabilny. Kilkakrotnie zmiany kierunku wiatru były na tyle znaczące, że wymuszały na nas wykonanie zwrotu przez rufę. Jest to jeden z tych manewrów, które wymaga naszej wspólnej obecności na pokładzie.

Od Wyspy Świętej Heleny dzieli nas już tylko 500 mil morskich. Powinniśmy przepływać w jej pobliżu w środę. Powoli myślimy o Wielkanocy, ale o tym napiszemy w kolejnym wpisie. Wczoraj, 04.04.2020 o 22:00 wpłynęliśmy na półkulę zachodnią.

Jest niedziela 5.kwietnia 2020 roku, godzina 12:00 UTC. Nasza pozycja: 23o16,9’S, 01o33,7’W. Płyniemy kursem 340o, z wiatrem 10-12 węzłów i prędkością 6,5-7,0 węzła. 

Kategorie:Atlantyk, Morza i Oceany

5 komentarzy

  1. Tak sobie czasami myślę ile gwiazdek w Przewodniku Michelin dostałby katharsisowy kambuz ? Nosz , od samego patrzenia zaczyna mnie ssać w żołądku. Mariuszu , czasami brak planu to też jakiś plan chociaż na oceanie to chyba jak najrzadziej należy z tego rozwiązania korzystać. Pomysł , żeby tak ciupasem cisnąć do Polski ( pozwolę sobie wypowiedzieć swoje zdanie ) jest dobrym rozwiązaniem , bo daje czas na unormowanie się sytuacji epidemicznej. A potem się zobaczy. Żeglujące bezpieczne i uważajcie na siebie wzajemnie. No , to teraz idę żonce skopać warzywniak i przygotować miejsce pod tunel foliowy na pyszne pomidorki. To takie typowe żeglarskie zajęcia gdy nie można pojechać na jacht popracować.
    Krzychu.

  2. Dziękuję za Wasz kolejny wpis 🙏. Macie niezmiennie siebie – niewiele jest takich par w dzisiejszych (lądowych) czasach, gdzie relacja nie musi być dla ludzi najważniejsza. Niestety często liczy się egoizm. Na wodzie jest zdecydowanie inaczej, wiecie to po stokroć lepiej :)!
    Dbajcie o siebie wzajemnie ❤️. Szczęśliwego powrotu do domu. Waszego Domu ☺️.

  3. I nigogo do pomocy
    Trzymajcie sie kochani

  4. Official virus name: SARS-CoV-2 spoken as Severe Acute Respiratory Syndrome Corona Virus
    Common disease name: COVID-19 spoken coronavirus disease

  5. A my na niedzielny lunch pozwoliliśmy sobie na pierś z kaczki pekińskiej marynowanej w oliwie i sosie sojowym, pieczonej ciach, ciach w paseczkach. To wszystko na rukoli, roszponce, kawałeczkach pomarańczy. Dressing: sok malinowy, cytryna, odrobina miodu i musztardy francuskiej, imbiru i czosnku, octu balsamicznego i oliwy Monini. Tak się żyje na wsi polskiej. Tyko jak długo jeszcze ;-((
    Buziaki
    R

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: