Neko Harbour i Danko Island


Czas wrócić w naszych relacjach do rejsu na Antarktydę. Ostatni post z tej wyprawy opisywał nasz magiczny pobyt w Port Charcot oraz pływanie z pingwinami i wielorybami w zatoce zwanej Cmentarzem Gór Lodowych. Jest to jedno z moich najcudowniejszych wspomnień, które przywoływane w myślach wciąż wywołuje u mnie gęsią skórkę z emocji. Mogłabym tam zostać na wiele dni i pewnie nie miałabym dość. Mieliśmy w planach postój w kilku miejscach przy Półwyspie Antarktycznym, być może wpłynięcie na Morze Weddella, a czekała nas jeszcze droga przez Atlantyk do Afryki. Trzeba było pożegnać się z naszym uroczym zakątkiem, podnieść kotwicę i ruszyć w dalszą drogę.

Port Charcot opuściliśmy rankiem 21 stycznia i obraliśmy kurs na Paradise Bay. Jest to malownicza zatoka otoczona białymi górami i często wypełniona majestatycznymi górami lodowymi. Dla mnie ma ona szczególne znaczenie, gdyż właśnie tutaj obchodziłam swoje pierwsze urodziny w Antarktyce podczas rejsu w 2011 roku (https://katharsis2.com/2011/02/08/boskie-slonce-w-paradise-bay-03-02/ ). Wówczas po kilku dniach pochmurnej aury jaka towarzyszyła nam na Szetlandach Południowych, w Paradise Bay w dniu moich urodzin zaświeciło słońce i oblało krajobraz ciepłymi promieniami. Pamiętam, jak mówiłam, że to prezent od Neptuna. Tym razem było na odwrót. Po kilku dniach pełnych słońca przyszedł czas na nieco szarości. Muszę powiedzieć, że w tej kolorystyce Paradise Bay wyglądała równie pięknie. Wszyscy spędziliśmy praktycznie cały dzień na pokładzie obserwując z zapartym tchem otaczające nas krajobrazy.

W Paradise Bay nie ma bezpiecznego kotwicowiska. Zrobiliśmy spacer jachtem przez zatokę i popłynęliśmy dalej na północ do Neko Harbour. Jest to jedno z nielicznych miejsc w okolicach Półwyspu Antarktycznego z dogodnym zejściem na ląd. Można tutaj postawić stopę na kontynencie, dlatego jest to dość popularne kotwicowisko wśród jachtów i wycieczkowców przypływających z turystami. Neko Harbour opisywane jest także jako miejsce pełne płynącego wciąż lodu. A to dlatego, że kotwicę rzuca się nieopodal cielącego się lodowca, od którego odrywający się lód niesiony prądami napływa na stojące jednostki. Unoszący się na powierzchni i przemieszczający się lód tworzył tutaj niepowtarzalny klimat, ale także wymagał niezwykłej czujności na wachtach kotwicznych. Wciąż trzeba było odpychać tyczkami większe i mniejsze bryły napływający na łańcuch kotwiczny lub kadłub jachtu. Bliskość cielącego się lodowca sprawia, iż kawałek kamienistej plaży, na której się ląduje, potrafi zalać fala tsunami. Dlatego nie zostawia się tutaj pontonu na brzegu, a po usłyszeniu trzasku trzeba jak najszybciej podbiec na wzgórze. Od ostrzegawczego huku spadającego do wody lodu do momentu, jak woda zalewa plażę jest wystarczająco dużo czasu, by uciec. Trzeba być jednak na to przygotowanym i wiedzieć jak się zachować. Podczas naszego postoju w Neko Harbour lodowiec ocielił się kilkukrotnie. Raz podczas naszego pobytu na lądzie. Znajdowaliśmy się akurat na wzgórzu i widzieliśmy spadający do wody lód, a następnie rozchodzącą się od niego falę tsunami. Wystraszone pingwiny fala zmywała z plaży i porywała do wody. Po chwili wszystko wracało do normy.

W Neho Harbour spotkaliśmy się z wycieczkowcem La Boreal, którego kapitan odwiedził nas z jednym ze swoich załogantów. Przyjęliśmy naszych francuskich gości cytrynówką przepisu Wieśka, zrobioną z własnoręcznie pędzonego na pokładzie spirytusu na bazie wody z lodowca oraz świeżo upieczonymi ciasteczkami orzechowymi. Załoga wycieczkowca odwdzięczyła się nam skrzynką ze świeżymi warzywami oraz francuskimi chrupiącymi bagietkami z ich piekarni. 

Naszym następnym celem była Danco Island. Tutaj także zeszliśmy na ląd, by wspiąć się na wzgórze. Jest to zawsze pretekst, by się poruszać. Spędzając dużo czasu na jachcie mam wrażenie, że mięśnie odpowiedzialne za chodzenie zanikają, pomimo, że wciąż przemieszczamy się po pokładzie, a nie leżymy w kojach. Na Danco Island przyglądaliśmy się kolonii pingwinów białobrewych. Zaskoczyło mnie, że pisklaki były w tym stadzie w różnym wieku. Niektóre wciąż jeszcze chowały się w wysiadywanych jajach, inne były malutkie, a jeszcze inne całkiem już duże. Słodko wyglądały pisklaki, które jakby przytulały się do jaj. Wyobrażałam sobie, że czekają na rodzeństwo. 

Podczaj postoju przy Danco Island postanowiłam spróbować wskoczyć do wody w mokrej piance z płetwami i maską z rurką. Chciałam poczuć wolność jaką w wodzie daje freediving. Suchy skafander daje oczywiście duży komfort termiczny, jednak czuję się w nim jak ludek z reklamy opon Michelline , któremu gumowe stawy krępują ruchy. Nie mówiąc już o możliwości zanurzenia się bez „tony” ołowiu.  W wodzie wytrzymałam zaledwie kilka minut i nie odważyłam się zanurzać zbyt głęboko, gdyż nie znam swoich możliwości w tak zimnej wodzie, niemniej przeżycie było wspaniałe. Woda była idealnie krystaliczna i dała mi poczucie wolności. Dobrze, że kra, na której wylegiwał się leniwie lampart morski mijała nasz jacht dużo później. Widziałam zdjęcia nurków z lampartami w wodach Antarktyki, jednak chyba nie byłam jeszcze gotowa na takie emocje. 

Wachta kotwiczna w tym miejscu była równie ciekawa jak w Neko Harbour. W kanale między wyspami Danco i Ronge zaparkowanych było kilka dużych gór lodowych. Stojąc w płytkiej zatoce nie musimy się obawiać, iż napłyną na nas duże góry, gdyż ich część znajdująca się pod wodą jest za duża, by mogło im się udać wpłynąć w miejsce, gdzie jest kilkanaście metrów. Tym razem staliśmy na głębszej wodzie i z uwagą obserwowaliśmy, czy aby nasi biali sąsiedzi nie rozpoczną wędrówki. Na wysokiej wodzie, gdy poziom wody się podniósł góry lodowe ruszyły. Oznaczało to, że i my będziemy musieli podnieść kotwicę. Na mojej i Zefira wachcie rozpoczął się ruch. Jedna z gór minęła nas w bezpiecznej odległości. Jednak gdy ta stojąca kilkadziesiąt metrów przed naszym dziobem także postanowiła pozwiedzać okolicę, obudziliśmy kapitana i podnieśliśmy kotwicę.

Przepływając koło Cuerville Island podziwialiśmy jej kolorowe od porostów brzegi oraz kolonie pingwinów białobrewych. Tuż przed naszym dziobem u jej brzegów zauważyliśmy dwa śpiące na wodzie wieloryby. Żałowałam, że nie miałam na sobie suchego kombinezonu, żeby móc od razu do nich wskoczyć. Postanowiłam uniknąć tego błędu i resztę wachty byłam w gotowości, czyli stałam za sterem w suchym kombinezonie, płetwach i w masce z rurką. Jak na naszym kursie pojawiały się wiel

Kategorie:Antarktyda

2 komentarze

  1. Świetne foty! Dzięki

  2. Znowu piekny rejs i piekne zdjecia, Srerdeczne Pozdrowienia, Gerard i Kasia

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: