Ostatnia prosta z Antarktydy do Kapsztadu


Mariusz:

Ostatni odcinek żeglugi z Antarktydy do cywilizacji miał około 3000 mil morskich i wiódł nas do Kapsztadu –  portu, z którego wypływaliśmy na wyprawę dookoła lodowego kontynentu w grudniu 2017 roku. Prawie wszystkie jachty żeglujące wzdłuż Półwyspu Antarktycznego wybierają najkrótszą drogę powrotu –  do Ameryki Południowej. Orkady Południowe dzieli od Patagonii trzykrotnie krótszy dystans, ale wiąże się z męczącą żeglugą pod często sztormowy wiatr. Dłuższa droga w kierunku Afryki przebiega za to w korzystniejszych dla płynięcia układach pogodowych za sprawą wiatrów baksztagowych.

Orkady Południowe opuściliśmy 6 lutego 2020 roku, a następnego dnia pożegnaliśmy oficjalnie wody Antarktyki przekraczając równoleżnik 60. Miałem sporą ochotę zatrzymać się po drodze przy Wyspie Cooka. Należy ona do grupy Sandwich Południowy, rozciągających się długim łukiem w odległości około 600 mil morskich od Orkadów Południowych. Wyspa Cooka wygląda na rozpołowiony wulkan, zachęcający do zanurkowania w jego wnętrzu.

Po wyjściu z wód Antarktyki dopadły nas sztormowe wiatry. Zaczęły wypychać nas na północ od Wyspy Cooka. Nie były to korzystne warunki do próby udania się w jej kierunku, nie mówiąc o kotwiczeniu w kalderze, która nie daje schronienia przed silnymi południowo-zachodnimi wiatrami. Po trzech dniach przecięliśmy pas Sandwich Południowy, przepływając w pobliżu Visokoi Island. Tam po raz ostatni w tym rejsie dostrzegliśmy w promieniach zachodzącego słońca baraszkujące w wodzie pingwiny i uchatki.

Opuszczenie wód Antarktyki nie oznaczało pożegnania z górami lodowymi. Te towarzyszyły nam jeszcze przez cały tydzień. Już za Sandwich Południowy natknęliśmy się na sporej wielkości wyspę lodową. Nie miała może rozmiarów tej spotkanej na Morzu Dumont D’urville podczas naszej wokół antarktycznej pętli, ale i tak zrobiła na całej załodze nieziemskie wrażenie. Pływało wokół niej sporo gruzu lodowego. Po raz kolejny pomocnym okazał się brak szprycbudy, znacząco poprawiający widoczność, a tym samym nasze bezpieczeństwo.

Niestety gór lodowych było więcej niż byśmy sobie w tych warunkach życzyli. Kilka godzin po minięciu wyspy lodowej mieliśmy 15 gór w promieniu 6 mil. Pojedyncze góry można mijać w bezpiecznej od nich odległości. Inaczej to wygląda, gdy jest się nimi otoczony. Towarzyszyły nam już ciemne, do tego bezksiężycowe noce. 

10 lutego o 2200 stało się to, czego się najbardziej obawiałem w żegludze w lodach. Na ekranie kamery termowizyjnej dostrzegliśmy przed dziobem kawał lodu. Jak zawsze w takich sytuacjach przekazałem polecenie wachcie będącej na pokładzie, by skorygować kurs. Płynęliśmy pełnym kursem, co umożliwiało zmianę kierunku tylko w jedną stronę, ze względu na groźbę zaliczenia niekontrolowanego zwrotu przez rufę. Zbyt późna reakcja jachtu na manewr wyminięcia growlera doprowadziła do kolizji. Uderzyliśmy centralnie dziobem w lód. Huk był przeogromny. Towarzyszył mu szum wody pchanej przez zakotwiczony lód. Przez chwilę brzmiało to tak, jakby woda wlewała się pod pokład. Jacht podrzuciło do góry, a lód turlając się wzdłuż burty, wyswobodził się z klina dziobu. Masa jachtu była większa od masy lodu i nawet specjalnie nie zwolniliśmy. Szybko okazało się, że nic złego się nie wydarzyło. Skończyło się na strachu. Nie musieliśmy testować w warunkach lodowych szczelności grodzi dziobowej. Katharsis II sama wyszła z opałów, udowadniając po raz kolejny, jak jest solidnie zbudowaną jednostką. 

Skierowałem jacht bardziej na północ, by szybciej wyjść z rejonu gór lodowych. Mimo tego spotkaliśmy jeszcze jedną wyspę lodową. Mocno zerodowane góry lodowe pojawiały się nam aż do 49 równoleżnika. Pierwszym dniem, kiedy lodu nie doświadczyliśmy były Walentynki. Radości tego dnia było co niemiara.

Sześć dni później, 22 lutego 2020 roku, wpłynęliśmy do mariny V&A Waterfront w Kapsztadzie. O emocjach z tym związanych pisaliśmy wcześniej: 

„Nie obyło się bez emocji w samej końcówce rejsu. Ciągle mieliśmy ograniczone zaufanie do silnika, który potrafił przegrzać się ni z tego ni z owego. Na podejściu do Kapsztadu wiatr wiał w porywach do 40 węzłów. Spychani wiatrem krążyliśmy po porcie czekając na otwarcie dwóch mostów. Silny boczny wiatr wymusił brawurowe wejście do mariny. Manewry w takich warunkach, nawet ze sprawnym silnikiem, nie należą do łatwych. Na szczęście silnik nie zawiódł i zacumowaliśmy bez zadrapania. Cała załoga biła brawo naszemu kapitanowi za tak sprawnie wykonany manewr.”

Zakończyliśmy kolejną, już czwartą wyprawę antarktyczną Katharsis II. Od wypłynięcia z Puerto Natales w Chile 16 grudnia 2019 roku do zacumowania w Kapsztadzie 22 lutego 2020 roku przemierzyliśmy ponad 6200 mil morskich. 

Było to wspaniałe doświadczenie, które mogliśmy dzielić z grupą przyjaciół, naszą dzielną załogą: Tomkiem i Basią Borda, Robertem Kibartem (Zefirem), Piotrem Kuklińskim (Profesorkiem), Mariuszem Magoniem (Doctore), Darią Rybarczyk oraz Wiesiem Jutrzenką.

Za każdym razem wracając z Antarktydy mamy podobne uczucia – było cudownie, ale wciąż mało i mało… Te lodowe krainy rozkochują w sobie i uzależniają.

Kategorie:Afryka, Antarktyda, Atlantyk, Morza i Oceany, Ocean Południowy, Republika Południowej Afryki

2 komentarze

  1. I po tym wpisie idę po szklaneczkę brandy 🥃 Za Was 👍

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: