To miała być cicha zatoka na Orkadach Południowych


Nasz pobyt w Arktyce dobiegał końca. Przed ruszeniem przez Ocean Południowy i Atlantyk do Afryki Mariusz postanowił zatrzymać się przy Orkadach Południowych. Prognozy pogody zapowiadały nadejście ciężkiego sztormu. Z trudnymi warunkami wolimy zmagać się zazwyczaj na otwartym morzu, a nie w pobliżu lądu. Jednak wciąż otaczało nas dużo lodu, a noce przynosiły już ciemne godziny. W takich warunkach przeczekanie sztormu w zatoce wydawało się lepszym rozwiązaniem. Poza tym zbliżały się moje urodziny, które załoga chciała mi wyprawić. W sztormowych warunkach na oceanie wśród gór lodowych nie byłoby to możliwe. Ja bardzo cieszyłam się z jeszcze jednego postoju, gdyż wciąż odczuwałam niedosyt Antarktydy. Obawiam się jednak, że mój apetyt na obcowanie z tym niezwykłym miejscem i przyrodą jest tak duży, że ciężko będzie mi się lodową krainą nasycić. 

Zbliżając się do Orkadów Południowych na horyzoncie pojawiało się coraz więcej lodu, a wiatr stopniowo tężał. Warunki robiły się z każdą godziną trudniejsze. Praktycznie na ostatniej prostej przed brzegami wysp na linii horyzontu zobaczyliśmy białą kreskę. Zbliżając się na żaglach wśród fal z niepokojem wypatrywaliśmy wolnej przestrzeni, by przeciąć barierę lodową. Gdyby okazało się, że musimy opływać lód, który zatrzymał się przy południowych brzegach Orkadów, mogłoby się okazać, że nie starczy nam czasu na dopłynięcie do zatoki przed uderzeniem sztormu. Na szczęście udało nam się znaleźć przesmyk między górami lodowymi i rzeką białego gruzu. Slalom na żaglach w tych warunkach był niezwykle emocjonujący. Gdy zbliżyliśmy się do brzegu, wiatr złowieszczo ucichł. Patrząc na chmury malujące na niebie wiry i kłęby jakby szarego dymu wiedzieliśmy, że sztorm depcze nam po piętach. Jeszcze przed miejscem, gdzie Mariusz planował się zatrzymać baraszkowały całe stada wielorybów. Ja aż przebierałam nogami, żeby do nich wskoczyć z burty Katharsis II. Niestety na takie zabawy nie było czasu. Początkowa cisza stopniowo zmieniała się w groźne świsty, by w niecałą godzinę przerodzić się w ryk pędzącego po wodzie wiatru. Będąc blisko lądu włączyliśmy silnik, by lepiej kontrolować prędkość i zwiększyć manewrowość jachtu. Po kilkunastu minutach włączył się alarm! Silnik znowu się przegrzewał. Wiesiek miał już sprawdzoną metodę odpowietrzania systemu, więc jak poparzony wyskoczył z koi, gdzie odpoczywał po nocnej wachcie i wpadł z narzędziami do maszynowni. Sytuacja robiła się nieciekawa… wiatr tężał, ląd był coraz bliżej, a na wodzie mnóstwo lodowych przeszkód. Na szczęście patent Wiesia zadziałał i wróciło chłodzenie silnika. Niestety po kilkunastu minutach pracy sytuacja się powtórzyła. Nasze kotwicowisko było już praktycznie przed dziobem Katharsis II. Wiesiek ponownie odpowietrzył system i zadziałało. Zatoka, do której mieliśmy wpływać, usytuowana była w ten sposób, że wiatr wypychałby nas z niej na otwartą wodę przy tym kierunku. Nie wyglądała ona zachęcająco, gdyż widać było, że wytwarzają się w niej wiatry spadowe. Ale z locji wiedzieliśmy, że ma idealną głębokość (kilka metrów) i podłoże bardzo dobrze trzymające kotwicę. Mariusz postanowił spróbować rzucić kotwicę, a gdyby nie utrzymało nas, musielibyśmy uciekać w morze i tam sztormować. Brak zaufania do silnika nie pomagał… Idąc z Basią na dziób, żeby rzucić kotwicę, czułyśmy ogromną odpowiedzialność. Wiedziałam, że kotwica musi być rzucano prawidłowo i skutecznie za pierwszym razem, gdyż na powtórki może nie być już czasu… Udało się! Kawał żelaza wbił się od razu w dno, a wyrzucone 80 metrów łańcucha dawało odpowiednie trzymanie na kilku metrach głębokości. Podmuchy wiatru były tak duże, że nawet na kotwicy łódkę przechylało na boki. Ciężko było utrzymać się na pokładzie. Gdy z Baśką przez zalane wodą gogle patrzyłyśmy na łańcuch i zakładałyśmy amortyzatory kotwiczne, Zefir nas asekurował ostrzegając przed nadchodzącym szkwałem. W momencie uderzenia kładliśmy się na pokład przytrzymując stałego takielunku. Zakładając linę od amortyzatorów wiedziałam, że długo nie wytrzyma. Jej żywot dokonał się podczas ostatniego sztormowania na kotwicy w Mikkelsen Harbour. Basia od razu pobiegła pod pokład po mocne liny ze spectry do założenia dodatkowych zabezpieczeń. Ledwo zdążyła je przynieść i zaczęłyśmy je wiązać, gdy lina od amortyzatorów pękła z hukiem. Zefir w tym czasie organizował kolejne liny. W takiej sytuacji potrzeba było więcej rąk do pomocy. Po chwili dołączyli do nas Kapitan oraz Tomek z Wiesiem. Wszystkie te ręce potrzebne były w akcji zabezpieczania kotwicy. Gdy walczyliśmy na dziobie z kotwicą, to jeden z podmuchów zerwał nam szpryc-budę. Zdarzało nam się to już wcześniej, ale zawsze za sprawą fali, która z impetem wpychała na pokład kilkanaście ton wody i pod jej ciężarem oraz siłą szpryc-buda rozrywała się. Tym razem zerwał ją sam podmuch wiatru. Dobrze, że stalowy stelaż nikogo nie zranił. Piotr zabezpieczył stalowe rurki oraz porwany materiał, by nie zwiało go nam do wody. Gdy sytuacja została opanowana i kotwica porządnie trzymała, to poczuliśmy ulgę. Jednak jeszcze przez następne kilkanaście godzin czuć było napięcie i skupienie pod pokładem. Dla bezpieczeństwa nie wyłączaliśmy silnika, by w razie zerwania kotwicy móc od razu zareagować. Wachta kotwiczna stojąca na zewnątrz czuwała przy kołach sterowych, by w każdej chwili móc zadziałać. Regularnie sprawdzaliśmy też zabezpieczenie kotwicy. Dopiero, gdy wiatr zaczął cichnąć i widać było, że kotwica trzyma jak zamurowana, Mariusz zdecydował się wyłączyć silnik. Cały następny dzień wiatr złowrogo wył w zatoce. W moje urodziny nie dane mi było zejść na ląd ani popływać w wielorybami. Ale aura nie zepsuła mi urodzin. Pomimo sztormowania na kotwicy, miałam swoje ulubione urodzinowe śniadanie, czyli omleta kapitańskiego, a na kolację ucztę krewetkową. Nie zabrakło też czekoladowego tortu ze świeczkami. To były niezwykłe, już czwarte, moje antarktyczne urodziny.

W dzień po moich urodzinach wiatr ucichł i nasze kotwicowisko – Shingle Cove ukazało zupełnie inne oblicze. Spokojny i suchy dzień pozwolił na suszenie przemoczonych sztormiaków i porządki pod pokładem. Tomek z Wiesiem walczyli w maszynowni z awarią pompy od odsalarki i systemem chłodzenia silnika. Dopóki wiało, nie było o tym mowy, gdyż silnik musiał być w pogotowiu. Piotrek postanowił wskoczyć do wody, żeby sprawdzić co skrywa dno. Basia, Daria, Doctore i ja ruszyliśmy na podbój lądu. Mariusz zapewnił nas asekurację z pontonu, podczas gdy nasza czwórka gościła u uchatek. Na brzegu i pobliskim wzniesieniu było ich tak dużo, że z trudem znajdowaliśmy wolną od nich drogę. Ich futro zlewało się z kolorystyką skał, a unosząca się mgła dodatkowo je maskowała. Po zejściu na ląd zrozumiałam skąd nazwa zatoki – Shingle Cove – Zatoka Dachówek. Plaża oraz wniesienie, na które się wspięliśmy, pokryte było kamieniami przypominającymi dachówki. Stąpając po nich miałam nawet wrażenie, jakbym chodziła po placu budowy po rozbiórce starego domu. Tylko kolorystyka inna – wszystko było stalowo-szare. 

Przed wypłynięciem z Orkadów zmieniliśmy kotwicowisko i wyskoczyliśmy jeszcze na ostatniego nurka przy górze lodowej. Zrobiliśmy też Katharsis II kilka zdjęć pod żaglami w towarzystwie gór lodowych i brzegów tych wulkanicznych wysp. 

Kategorie:Atlantyk, Film, Morza i Oceany, Nurkowanie

4 komentarze

  1. Twardziele z Was! Gratuluję!
    Zdjęcia niebieskich karmelków niesamowite.
    Ech, gdzie ja….

  2. Stopy wody i pomyślnych wiatrów w drodze do domu! Już czas na długi rejs!

  3. Absolutny obłęd. Niesamowity materiał. Mój jacht tam nie dopłynie, ale może chociaż zimą do Norwegii na zorze polarne. Budzą się kolejne marzenia i pragnienia.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: