Afryka za nami


Mariusz:

Wiosenne układy pogodowe potrafią zaskakiwać. Miejsce wyżu azorskiego zajął rozległy układ niżowy. To uniemożliwiło nam płynięcie w kierunku Azorów, ale pozwoliło stopniowo skręcać w prawo, w kierunku Wysp Kanaryjskich i Półwyspu Iberyjskiego. Rankiem 30 kwietnia o 0530 dotarliśmy do południka 026o41, najbardziej na zachód położonego na naszej trasie. Od tego momentu zaczęliśmy płynąć ze składową wschodnią. 

Dwie godziny wcześniej przecięliśmy naszą trasę z listopada 2009, kiedy podczas regat ARC płynęliśmy z Wysp Kanaryjskich na Karaiby. W ten sposób zamknęliśmy naszą wielką pętlę dookoła świata. Z celebrowaniem tego wydarzenia poczekamy do zakończenia rejsu i dopłynięcia do Gdańska, skąd rozpoczynaliśmy naszą wielką przygodę.

1 maja wiatr zaczął słabnąć. W ten sposób kończył się długi, 10 dniowy odcinek żeglugi podwiatrowej. Skręcając w kierunku Europy skracaliśmy trasę o około 500 mil morskich. Zbliżaliśmy się do niżu, w którym mieliśmy nadzieję znacząco przyspieszyć.

Hania: 

Po wyjściu z pasatu północno-wschodniego wjechaliśmy w wąski pas słabych wiatrów. Potrzebowaliśmy chwili na spokojnym morzu by móc przepompować paliwo z zapasowego zbiornika, który przymocowany był na dziobie. Początkowo myśleliśmy, że olej napędowy będzie można przelać do zbiorników na końcu strefy ciszy przy równiku. Zakładaliśmy, że strefa konwergencji tropikalnej z brakiem wiatru może ciągnąć się nawet przez 600 mil i będziemy się wówczas wspierać silnikiem. Okazało się, że wrysowała się raptem w 200-milowy odcinek, stąd takie oszczędności w paliwie. Dwa tygodnie temu nie było mowy, by zmieściło się 1000 litrów do naszych głównych zbiorników. Spokojny dzień przypadł na 1 maja. Brak zafalowania wykorzystaliśmy nie tylko na akcję paliwową, ale także na porządki pod pokładem, pieczenie chleba oraz przygotowanie uczty z okazji świąt majowych. Łatwiej skorzystać z piekarnika, gdy nie atakują wypadające blachy. Poza tym chleb lepiej wyrasta na spokojnej wodzie, jak nie podrzuca nim na każdej fali. W ferworze pieczenia zrobiłam także ulubione ciasteczka kapitana – owsiane z rodzynkami. Był to bardzo intensywny dzień. Tak jak wstałam na świtową wachtę o 4 nad ranem, kładłam się spać dopiero po północy. Tak dużo się działo, że nie było czasu na regeneracyjną drzemkę w ciągu dnia. Trzeba było maksymalnie wykorzystać dogodne warunki. 

W nocy z 1 na 2 maja wjechaliśmy w układ niżowy, który wybudował się na południe od Azorów. Nie jest to klasyczny schemat pogodowy dla tego rejonu, gdzie zazwyczaj siedzi zadomowiony wyż azorski. Dlatego nie mogliśmy obrać kursu na Azory, by minąć je prawą burtą i z baksztagowymi wiatrami w północnej części wyżu śmignąć do Europy. Wjeżdżając w południowy ogon niżu wykorzystaliśmy silne wiatry od rufy i pomknęliśmy w kierunku Półwyspu Iberyjskiego. Żeglowanie w niestabilnym układzie niżowym wiązało się z ryzykiem przechodzenia pod burzowymi chmurami.

O poranku 3 maja w odległości 12 mil od nas na radarze pojawił się mały obiekt, nie statek handlowy. Okazało się, że to francuski jacht Ohama zmierzający z Dakaru do Europy. Był to dopiero drugi płynący jacht, który zobaczyliśmy od opuszczenia Kapsztadu. Ocean jest tak duży, a my płynęliśmy kursami zbieżnymi. Gdy byliśmy na tyle blisko, by móc wypatrzeć żaglówkę, okazało się, że płynie pod spinakerem, co dawało mniejszą manewrowość i tym samym pierwszeństwo. W Mariuszu od razu obudził się duch regatowca i stanął za sterem, by podkręcić prędkość Katharsis II i z fasonem wyprzedzić francuską jednostkę. Dopiero jak mieliśmy punkt odniesienia w postaci innej łódki można było aparatem fotograficznym uchwycić wysokość fal, które normalnie obiektyw bardzo spłaszcza. Ohama raz pokazywała nam się cała, by wraz ze spłynięciem w dół fali schować cały kadłub z nadbudówką za masą wody. Dość szybko wyprzedziliśmy rywala i zostawiliśmy go za rufą walczącego z falami. 

Mariusz:

Pogoda w układzie niżowym trochę nas zaskoczyła. Było słonecznie, sucho i stosunkowo ciepło. Na niebie wprawdzie pojawiły się cirrusy, które zwiastują nadejście chłodniejszych mas powietrza, ale przez ponad dobę warunki do żeglugi mieliśmy wręcz wymarzone. Płynęliśmy szybko w baksztagowym wietrze wiejącym z prędkością 20-25 węzłów.

Uderzenie frontu przyszło 3 maja o 1400. Na horyzoncie pojawił się ciemny wałek chmur zwiastujący ulewę. Zwinęliśmy genuę, zostawiając grota na drugim refie. Drugi ref jest moim ulubionym w żegludze z niewielką załogą. Powierzchnia żagla jest wystarczająco duża, by równoważyć siły wiatru napierającego na genuę i pozwala na żeglugę z satysfakcjonującą prędkością. Jest jednak mniejszy o 40% od pełnego grota, co daje poczucie bezpieczeństwa w przypadku nadejścia szkwału oraz mniej boli uszy i duszę w przypadkach łomotania grotem na martwej fali.

Pierwsze uderzenie frontu było jednak wyjątkowo silne. Lodowaty wiatr szybko wzmógł się do 45 węzłów. Stopniowo też zaczął zmieniać kierunek, wykręcając o 60 stopni. Towarzyszyła mu ściana wody. Żałowałem, że nie zdążyliśmy zredukować grota do 3-go refu. Drugi ref to jednak trochę za dużo żagla, jak na tak silny wiatr, a redukowanie grota w takich warunkach groziło murowaną awarią. Obawiałem się wywózki i co z tym się wiąże zbyt dużego przeciążenia, mogącego uszkodzić takielunek, gdyby wiatr powiał nam z boku. Wiedziałem, że muszę trzymać kurs tak, by mieć wiatr centralnie od rufy. To groziło z kolei niekontrolowanym zwrotem od rufy. I tak źle i tak niedobrze. 

Opanowanie steru zapewniło mi porządny fitness. Jacht momentami płynął z prędkością 14 węzłów. Całkiem niezła zabawa, gdyby nie świadomość niebezpieczeństwa awarii. Na szczęście lubię ostrą jazdę i wyczuwam zachowanie Katharsis II na falach z zamkniętymi oczyma. Po ponad godzinnych zmaganiach wróciliśmy do żeglugi właściwym kursem. Ciągle wiało ponad 30 węzłów, co już pozwoliło nam na zredukowanie grota do trzeciego refu. Z tym ustawieniem żeglowaliśmy do wczoraj, wielokrotnie przechodząc przez chmury burzowe.

Minęliśmy prawą burtą w sporej odległości Wyspy Kanaryjskie i Maderę. Wczoraj wiatr zaczął słabnąć. Postawiliśmy całego grota, skręciliśmy na północny zachód w kierunku otwartego oceanu, by gonić uciekający ogon układu niżowego. Dzisiaj nad ranem wjechaliśmy z powrotem w silniejsze wiatry. Zredukowaliśmy się do 2-go refu i czekamy na zmianę kierunku wiatru, by obrać kurs na Wyspy Brytyjskie. Prognozy pogody pokazują nam bardzo silne, przeciwne wiatry w Kanale Angielskim począwszy od niedzieli. Niekorzystna sytuacja ma utrzymać się cały przyszły tydzień. Chyba tylko super księżyc, który jest dzisiaj w pełni może zmienić ten układ. Tak już niejednokrotnie bywało, że z dnia na dzień prognozy pogody przestawały być aktualne po pełni. Gdy jednak prognozy potwierdzą się, to pożeglujemy dookoła Wysp Brytyjskich nadkładając 300 mil morskich. To lepsze rozwiązanie niż halsowanie pod sztormowy wiatr w Kanale Angielskim i zawsze dla nas coś nowego.

Jest czwartek 7 maja 2020 roku, 42 dni od opuszczenia mariny w Kapsztadzie, godzina 1400 czasu UTC. Nasza pozycja: 42o32,9’N, 018o16,0’W. Płyniemy kursem 340o, pod wiatr o sile 14 węzłów z prędkością 6,5 węzła. 

Kategorie:Atlantyk, Morza i Oceany

3 komentarze

  1. Niesamowity rejs. Dobra żeglarska robota.
    Witajcie już w Europie!
    Cytat tygodnia:
    „Chleb lepiej wyrasta na spokojnej wodzie”
    JJC

  2. Jejku!
    Dreszcze po mnie biegają jak czytam Wasze opisy.
    Jesteście cudnymi żeglarzami!
    Tak by się chciało być tam z Wami…

    Dzięki za wspaniałe opisy!

    Mam nadzieję, że będzie jakaś seria spotkań – także na południu Polski 🙂

    Spokojnej żeglugi!

  3. Po opisie sądzę, że nie ma nudy. A ja k przez chwilę jest po równym, to lodówka do przeglądu. Cieszę sę, że dobrze Wam idzie.Coraz bliżej.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: