Od wejścia na Morze Rossa czas upływa nam przy całkiem spokojnej żegludze. Zaistniała póki co jeszcze jedna mocno stresująca sytuacja. Gdy wieczorem 31 stycznia przebiliśmy się przez gęsty pak lodu i przed północą wpłynęliśmy na czyste wody, wydawało się, że czeka nas spokojna noc. Kładliśmy się wszyscy spać sprzed 0200 zostawiając na wachcie Tomka z Wojtkiem. O godzinie 0330 zerwały nas z łóżek dźwięki uderzającego o burty lodu i zgrzytanie skrzyni biegów. Za oknem intensywnie świeciło słońce, jakby było samo południe. Gdy wybiegliśmy na pokład, obraz na horyzoncie był olśniewający…. ale zarazem przerażający. Z każdej strony otaczał nas gęsty pak bielusieńkiego lodu. Miny chłopaków, stojących na pokładzie były nietęgie. Za sterem stał Tomek skupiony do granic możliwości, Wojtek pilotował z bomu, a Michał z Robertem stali na burtach obserwując sytuację i czekając na przejęcie wachty. Chłopacy nieopatrznie weszli we wnętrze jęzora paku, który zaczął ich zamykać. Na szczęście do wolnej wody mieliśmy zaledwie 200 metrów. Niby niedaleko, ale jednak bardzo daleko…. Kilkadziesiąt następnych minut trzymało nas w napięciu. Katharsis II dzielnie przepychała kry wielkości boisk. Gdy wróciliśmy na wolną wodę wszyscy odetchnęli. Następnie wróciliśmy kontrkursem do miejsca, gdzie weszliśmy w jęzor i obraliśmy kurs na bezpieczną wodę. Od tego czasu napotykamy jedynie na pojedyncze kawałki lodu. Pierwszy dzień lutego przyniósł wspaniałą aurę – piękne słońce i idealnie przejrzyste powietrze pozwalające podziwiać majestatyczne szczyty górskie na kontynencie antarktycznym. Wiatru było jak na lekarstwo i tylko przejściowe podmuchy wykorzystywaliśmy do płynięcia na żaglach. Kolejny dzień wiatrowo wyglądał podobnie – 8-12 węzłów ze zmiennych kierunków, spokojne morze. Tylko zalane słońcem niebo zajęły ciężkie chmury. Brak zafalowania sprzyjał kuchennym ekscesom. Tym razem Doktore postanowił wyczarować devolaile, do którym dostałam zadanie przygotowanie zestawu trzech surówek.
Wciąż nie wieje i nie ma fal. Dzisiejszy poranek zaczął się dla mnie cudownie. Zostałam obudzona na urodzinowe śniadanie, na które stawiła się cała załoga, pomimo nocnych wacht. Mariusz przygotował moje ulubione omlety z warzywami, które popijaliśmy lampką szampana. Gdy byłam już zupełnie zauroczona tą poranną ucztą, to Tomciu zaskoczył mnie jeszcze bardziej… wszedł do mesy z tortem z płonącymi świeczkami!!! Okazało się, że nie spał całą noc, tylko piekł biszkopty, ubijał śmietanę, szykował galaretkę, w między czasie przepędzając zacier, który był już gotowy. Moje urodziny rozpoczęliśmy cudownie. Ale to jeszcze nie koniec! Mariusz zaraz wyjmuje z piekarnika pieczeń wołową i będziemy jeść urodzinową kolację.
Mariusz:
A z poważniejszych tematów, to przekroczyliśmy 76 równoleżnik. Zbliżyliśmy się do 180 południka, po to tylko by przekonać się, jak dokładne są mapy lodowe. Okazuje się, że musimy patrzeć na mapy z przed tygodnia, by poprawnie oceniać sytuację. Płyniemy do Bay of Whales teoretycznie czystą wodą tylko, że w miejscu gdzie lód występował tydzień temu, ciągle jest. Kluczymy więc w trakcie celebrowania Hani urodzin. A czas nagli, gdyż nadchodzi głęboki niż z ciężkim sztormem. W podobnym sztormie w 2011 roku zatonął tragicznie tu norweski jacht Berserk. Tak w ogóle to znane mi są tylko trzy jachty, które tutaj zawitały, z czego jeden zatonął (Berserk), drugi (rosyjski Scorpius) ciężko się pokiereszowany przekroczył 77 równoleżnik, trzeci to Nilaya, którym Jarlie Andhoy próbował odnaleźć pozostałości Bersrka. Nie lubię bez sensu dramatyzować, ale sytuacja wygląda na nietuzinkową. Selma Expedition na razie odpuściła sobie wejście przez zaporę lodową i wybrała bezpieczną opcję sztormowania na Oceanie Południowym, by później próbować raz jeszcze wpłynąć na te trudne wody. Trzymamy za Piotra, Krzysia, Tomka, z którymi mam stały kontakt mejlowy, i całą załogę kciuki. Dla nas zachodnie wybrzeże nie daje schronienia ze względu na lód, w którego sąsiedztwie nie chciałbym walczyć z wiatrem przekraczającym 70 węzłów. Jedynym miejscem, które wydaje mi się względnie bezpieczne jest południowo wschodnia część Morza Rossa, gdzie powinniśmy być częściowo osłonięci od wiatru. Wydaje mi się to najbezpieczniejszym miejscem na całym akwenie. Bezpieczeństwo jest najważniejszą rzeczą dla mnie. Dlatego tam gnamy, a nie czekamy na rozwój wypadków.
Przeszliśmy 180 południk (godzina 1750 czasu lokalnego) i wróciliśmy do 2 lutego. Tak więc jutro będziemy ponownie celebrować Hani urodziny. Czy można sobie wyobrazić ciekawszy scenariusz?
Ps. Czy ktoś zna inną Polkę, która obchodziła urodziny na Morzu Rossa? Nawet dwukrotnie??

