Site icon Nie sprzedawajcie swych marzeń

Wyspa Franklina – czyżby pierwszy i ostatni postój na Morzu Rossa?

góry lodowe przed Wyspą Franklina

Po dotarciu do Zatoki Wielorybiej nie udało nam się niestety zbliżyć do szelfu, nie mówiąc o próbie postawienia na nim stopy. Prognoza pogody nie dawała nam szans na podjęcie takich prób jeszcze przez kilka dni. Czas nieubłaganie ucieka i nierozsądnym jest zbyt długo bawić na Morzu Rossa. W drugiej połowie lutego pojawiają się pierwsze ciemne noce, co nie sprzyja żeglowaniu w lodach. Rośnie też prawdopodobieństwo występowania ciężkich sztormów. Ale i teraz pogoda nas nie rozpieszcza.
Po opuszczeniu Bay of Whales Mariusz zakładał płynięcie na zachód wzdłuż szelfu, by zahaczyć o Wyspę Rossa. Jednak szalejący sztorm narobił tyle zamieszania lodowego, że część zachodnia Morza Rossa wraz z Zatoką Mc Murdo i zazwyczaj wolną od lodu w tym okresie Zatoką Terra Nova zostały usłane białym szaleństwem. Jedynym miejscem wolnym od lodu wydawała się Wyspa Franklina. Mogliśmy myśleć o zakotwiczeniu u jej brzegów, gdyż nie jest rezerwatem objętym ochroną. Nie ma ona wprawdzie naturalnej zatoki, jednak prognoza wskazywała, że nie powinno przy niej mocno wiać. Na zachód i wschód zapowiadane było ponad 30 węzłów, a przy Wyspie Franklina ukształtował się pas spokojnej pogody. Możliwe, że oddalony o 80 mil wulkan Erebus na Wyspie Rossa w jakiś sposób osłaniał Franklin Island. Ale to tylko nasze hipotezy.
Płynięcie z Zatoki Wielorybiej do Wyspy Franklina zajęło nam 3 dni, pomimo iż jest to dystans 400 mil. Wiatr był bardzo niestabilny i często zupełnie siadał. Morze było z kolei bardzo rozbudowane po ostatnich kilku sztormowych dniach, co nie ułatwiało żeglugi. Mile upływały powoli, jednak bardzo miło. Brakuje nam już słońca, którego nie widzieliśmy od kilku dni. Wraz z płynięciem na północny-zachód zaczęły pojawiać się na niebie ptaki i mknące po wodzie wieloryby minke. Niestety nie miały one nastroju do zabawy. Sprawiały wrażenie, jakby gdzieś bardzo się spieszyły. My za to spokojnie żeglowaliśmy ku Wyspie Franklina. W sobotę postanowiliśmy przygotować specjalną kolację, by uczcić naszą wizytę w Bay of Whales. Warunki nie sprzyjały pracy w kambuzie, gdyż rozbujane morze rzucało łódką na wszystkie strony. Niemniej tatar Mariusza i jajka faszerowane Żuchelka zagościły na stole.
W niedzielne popołudnie ujrzeliśmy na horyzoncie Wyspę Franklina. Najpierw przywitały nas majestatyczne góry lodowe, a następnie wyłonił się kawałek czarnego lądu obłożonego lodowcem. Daleko na horyzoncie widać było także szczyt Erebusa, górujący nad Wyspą Rossa, odległego od nas o ponad 80 mil. Spokojne i bezpieczne do zakotwiczenia miejsce znaleźliśmy przy południowo-zachodnim brzegu wyspy. Błąd na mapach i w locji wynosi aż 3,5 mili. Ciekawi jesteśmy, jakie rozjazdy czekają na nas na zachodnim wybrzeżu Morza Rossa. Kotwicę rzuciliśmy na 15 metrach głębokości nieopodal plaży zamieszkałej przez kolonię pingwinów Adeli. Po przygotowaniu pontonów (jeden dowożący na ląd, drugi stanowiący zabezpieczenie) Mariusz, Doktore, Wojtek i ja pojechaliśmy na ląd. Reszta ekipy stwierdziła, że „z łódki też dobrze widać”. Miejsce warte było odwiedzenia, jak z resztą chyba każdy nowy kawałek na ziemi.
Trudno nam było znaleźć informacje na temat tej wyspy. Jej unikalność polega na tym, że jest jedyną tak odległą zarówno od bariery lodowej, jak i kontynentu. Jest rzadko odwiedzana mimo, że żyjąca tutaj kolonia pingwinów jest całkiem sporych rozmiarów, a lądowanie na plaży stosunkowo bezpieczne. Powitani zostaliśmy charakterystycznym zapachem pingwinowiska. Pingwiny Adeli wcześnie wylęgają się. Stąd gniazda zbudowane z kamyczków były w większości rozsypane. Pingwiny zamieszkiwały nie tylko całą plażę, ale i otaczające ją zbocza. Poprzyglądaliśmy się młodym, świeżo wypierzającym się pingwinom Adeli i rozłożonym na plaży fokom Weddella. Adeli są bardzo wdzięczne do podglądania. Są bardzo ruchliwe i ciągle gdzieś się spieszą. Wykorzystują przy tym swoje brzuchy, na których ślizgają się, jak na sankach, odpychając się tylko nóżkami. Przeuroczo wyglądają w wodzie, pływając w niewielkich grupach. W trakcie naszego spaceru zaczął sypać gęsty śnieg, który padał aż do rana. Dzisiejszy dzień musieliśmy rozpocząć od akcji odśnieżania pokładu. Katharsis II pokryta była kilkunastocentymetrową warstwą białego puchu.
Podczas odśnieżania i podciągania pontonu Misio nieźle mnie wystraszył. Poślizgnął się zeskakując z pontonu na pawęż i trzymając się jedynie cumy od pontonu wpadł do wody. Zamoczył się jedynie po pas, co i tak nie było miłym doświadczeniem, zważywszy, że woda jest poniżej zera…Szybko doskoczyłam z Doktore, żeby pomóc Michałowi wejść na pokład i po chwili był z powrotem na pawęży.
Od kilku godzin jesteśmy gotowi do wypłynięcia, ale jakoś nam się nie spieszy, żeby podnieść kotwicę i ruszać w hulającą dookoła zawieruchę śnieżną. Wiatr, zgodnie z prognozą stężał od rana. Przy Wyspie Rossa mocno wieje i jest dużo lodu, a i Terra Nova wciąż wietrzna i ustrojona w biel. Póki co relaksujemy się pod pokładem, ale lada chwila ruszymy dalej w rejs.

Exit mobile version