Site icon Nie sprzedawajcie swych marzeń

Wody Antarktyki za nami

na staysailu płyniemy pod wiatr - Ocean Południowy

Tydzień temu opuściliśmy Morze Rossa. Trochę było mi żal, że lądy Antarktydy okazały się w tym roku tak nieprzystępne. Dane nam było jedynie posmakować ten zakątek świata. Lody otaczające kontynent stworzyły szczelną barierę, nie pozwalając na dotarcie do brzegów. Gdy dotarliśmy w okolice Cape Adare, gdzie dwa tygodnie wcześniej przedzieraliśmy się przez lody, krajobraz był nieco inny. Wciąż pozostawało tu dużo lodu, to się nie zmieniło. Ale atmosfera była jakaś odmienna, bardziej tajemnicza i złowroga. Lody, które nas witały pod koniec stycznia były oblane wesołymi promieniami słońca. Kry wydawały się bielsze i jakby bardziej miękkie – chcące się kruszyć, zapraszając na Morze Rossa. Mnóstwo też było pingwinów Adeli. Dwa tygodnie później jakby życie tu zamierało. Spotkaliśmy zaledwie 3 pojedyncze pary pingwinów i cztery wieloryby. Lód, jaki zastaliśmy w połowie lutego był twardy, ostry, jakby szykujący nową barierę. Do tego występował w akompaniamencie ciężkich chmur i pierwszych szarych wieczorów.
Lodowe zakątki świata mają w sobie coś bajecznego i niesamowitego. Jak raz się je pozna, to działają jak narkotyk, każą do siebie wracać. Opuszczając je, z jednej strony pojawia się nieokreślona ulga, chęć powrotu do domu, do bezpiecznych stron, a z drugiej już mości się w sercu ziarenko tęsknoty, które będzie powoli kiełkować i przypominać o magii białych krain Arktyki i Antarktydy.
Opuszczając Morze Rossa nie byliśmy pewni gdzie popłyniemy – czy będzie to Nowa Zelandia, czy może ciepłe wyspy Polinezji Francuskiej. Z tego południowego krańca świata można wybrać najróżniejsze drogi powrotu do cywilizacji. Dystans do pokonania do Nowej Zelandii jest niewątpliwie najmniejszy, ale okupiony podwiatrową jazdą po najwietrzniejszym z oceanów. Kusiło nas Tahiti, leżące niecałe 1000 mil dalej niż Auckland, ale pozwalające płynąć pod lepszym kątem do większości hulających tu wiatrów. Tahiti wciąż jest jeszcze w strefie huraganowej i bezpiecznie będzie tam dopiero w maju. Kolejną opcją, najlepszą jeśli chodzi o wiatry mógłby być Cape Horn i Patagonia. Z Pacyfiku nie chcieliśmy jeszcze uciekać, dlatego wybraliśmy męczącą trasę na północ, ku brzegom Nowej Zelandii.
Po opuszczeniu pasa paku lodowego chroniącego bram Morza Rossa jeszcze przez pięć dni góry lodowe przypominały nam, że jesteśmy na wodach Antarktydy. Przez całe dni wypatrywaliśmy na wodzie białych przeszkód i je wymijaliśmy. Najtrudniejszym czasem była noc, która jest coraz dłuższa i towarzyszy nam od opuszczenia Cape Adare. Góry lodowe można wypatrzeć na radarze. Jednak te mniejsze kawałki, które mogłyby wyrządzić nam niewyobrażalne szkody przy dużej prędkości, są dla wynalazków techniki niewidzialne. Dlatego każdej nocy redukowaliśmy żagle do minimum i płynęliśmy ostro pod wiatr, by zmniejszyć prędkość do 2 – 3 węzłów. Staraliśmy się wypatrywać lód, jednak gdy było zupełnie ciemno, liczyliśmy na to, że minimalna prędkość przy ewentualnym spotkaniu z lodem uchroni nas przed uszkodzeniem. Zawsze to lepiej wjechać w przeszkodę dziobem, niż stojąc w dryfie być rzucony burtą na lodowy growler. Liczyliśmy przy tym na to, że jeśli w promieniu sześciu mil nie widać na radarze żadnej przeszkody, to i drobiazgu lodowego być nie powinno. Najwięcej growlerów widzieliśmy w ciągu naszych pierwszych dwóch dni, kiedy góry towarzyszyły nam przez cały czas płynięcia. Kiedy wydawało nam się, że wyszliśmy z zasięgu lodu, po prawie całym dniu czystej jazdy, piątego dnia na horyzoncie ujrzeliśmy olbrzymią, postrzępioną górę lodową. Powitaliśmy ją stekiem przekleństw, po czym mieliśmy kolejną nadwyrężającą nerwy noc.
Pierwszy sztorm, jaki przetoczył się nad nami dał nam się we znaki. Przede wszystkim ze względu na strach przed lodem czyhającym wśród wysokich fal. Z napięciem wysiadywaliśmy na wachtach wyostrzając wzrok do granic możliwości. Podczas jednej z nocy Doktore zaczął opowiadać mi o testach łódek, które czasem przegląda w sieci. Nowe modele poddawane są różnym wypadkom, na przykład zderzeniom z innym obiektem… Takie historie nie uspakajały. Przez te dni czuło się w powietrzu napięcie, pomimo, że wszystkim nam dopisywały humory. Przejmujące zimno jakie niósł silny wiatr potęgowały chlusty lodowatej wody, przelewającej się przez pokład przy podwiatrowej żegludze. Fale wpadały do kokpitu zamieniając go na kilka chwil w wannę wypełnioną wodą. Jedna z fal przetoczyła się z taką siłą, że odpaliła Doktorowi stojącemu za sterem kamizelkę ratunkową. Nie był to może najsilniejszy ze sztormów (wiatr do 53 węzłów), jednak wymęczył nas. Świadomość obecności lodu kryjącego się między białymi grzywami wzburzonego Oceanu Południowego dręczyła i przerażała. Nocne piłowanie pod wiatr z minimalną prędkością było wyczerpujące przede wszystkim psychicznie. Ale mamy to już za sobą. Dzisiaj pierwszy raz świeci piękne słońce i ocean zmienił kolor ze stalowego na przepięknie granatowy. Nad ranem wiatr odkręcił i w końcu nie płyniemy pod wiatr, tylko spokojnie suniemy z 35 węzłowym wiatrem po białych grzywach fal. Fale zmalały z dochodzących do 10 metrów do 6 metrowych.
Warunki w kambuzie znacznie się poprawiły. Już nie trzeba zapierać się nogami i jednocześnie łapać przedmioty, które wyrzucane były w powietrze przez fale złośliwie uderzające w burty. Pomimo trudnych warunków przy podwiatrowej jeździe przez te dni ani razu nie uciekliśmy do zapasów liofilizowanej żywności, którą wystarczy zalać wrzątkiem i obiad gotowy. Codziennie wachty kambuzowe przygotowują normalne posiłki. Tylko czasem wyzywają fale, które po raz kolejny wywracają durszlak z makaronem lub próbują wylać wrzątek z garnka.

Jest sobota 21 lutego, godzina 1600 czasu łódkowego (UTC+11). Nasza pozycja 55 26S 173 06E. Do Auckland pozostaje nam jeszcze około 1300 mil morskich.

Exit mobile version