Mariusz:
Podczas naszego zaledwie dziesięciodniowego pobytu w południowej części Nowej Zelandii przeszły obok nas trzy sztormy, w tym jeden ciężki. My w tym czasie konsumowaliśmy naszą wyprawę do najdalszego zakątka Ziemi, upajając się niesamowitymi widokami, zdobytymi darami morza i płynami własnej produkcji. Zacząłem wątpić w to, czy ukończymy naszą wyprawę w Auckland, czyli zgodnie z planami. Z Milfordsound do Cieśniny Cooka mieliśmy dwa dni płynięcia. Na tyle zazwyczaj pozwalają układy pogodowe wokół Nowej Zelandii. Planowałem popłynąć więc do Nelson w Zatoce Tasmana albo do Picton w Malborough Sound. Uwielbiam wracać do wcześniej poznanych miejsc, ale to oznaczałoby logistyczne problemy dla załogi, która miała wykupione bilety powrotne z Auckland na 15 marca.
Neptun potrafi jednak pozytywnie zaskoczyć. Otworzył nam wyjątkowo duże okno na płynięcie bezpośrednio na północ. Tak korzystny układ okupiony był niebezpieczeństwem spotkania się ze schodzącym z tropików cyklonem Pam. Zassał wystarczająco dużo powietrza, zostawiając nam rzadko spotykane tutaj słabo wietrzne warunki. Postanowiłem zaryzykować i popłynąć na północ Wyspy Północnej, okrążyć Przylądek Reigna i od nietypowej strony, jak na powrót z Antarktydy, wpłynąć do Auckland. Mimo końca lata, układ pogodowy rozpieścił nas. Na słońce wyszły nagie torsy, a naszą kartę potraw wzbogaciło kilka złowionych tuńczyków.
Cyklon Pam przesuwał się powoli na południe, niszcząc po drodze wyspy południowego Vanuatu. Zwolnił na tyle swoje tempo, że pokusiłem się na postój w Russell Town i pokazanie mojej ekipie najstarszą osadę w Nowej Zelandii. Relaks nie mógł być zbyt długi, cała Nowa Zelandia trzęsła się ze strachu przed nadchodzącym cyklonem kategorii 5.
Moja ulubiona marina w centrum miasta gościła jachty biorące udział w Volvo Ocean Race. Start kolejnego etapu został opóźniony ze względu na nadchodzący cyklon. Nie mieliśmy się więc gdzie schować. Zadzwoniłem do stoczni Orams Marine, w której obie Katharsis upiększały się. Znalazło się tam dla nas miejsce. Zostaliśmy powitani tak, jak we własnym domu. Nawet Michele przyleciała z Sydney i spędziliśmy razem dwa miłe dni.
Cyklon Pam, który postawił całą Nową Zelandię na nogi, oddalił się na tyle od Auckland, że poza ulewnym deszczem nie dał się nam we znaki.
Niezwykły rejs zakończył się szczęśliwie dla nas 14 marca 2015. Takich wypraw nie zapomina się nigdy. Każdy etap był wyjątkowy. Przedbiegiem był bardzo sztormowy odcinek z Brisbane do Sydney. Pierwszy etap to podniecająca jazda pod pełnymi żaglami w zmiennych warunkach wyścigu Rolex Sydney – Hobart. Drugi to poznawanie Oceanu Południowego, jego groźnego, morskiego oblicza oraz niezwykle ciepłe przyjęcie na Macquarie Island. Trzeci to przygoda z niemal zamkniętym Morzem Rossa, brawurowe przebicie się przez barierę lodową na wejściu, dotarcie do najdalej na południe położonego żeglownego miejsca w trudnych warunkach sztormowych i bezpieczny odwrót. Czwarty to trudna podwiatrowa jazda w towarzystwie gór lodowych i sztormów w kierunku Nowej Zelandii. Piąty to wypoczynek w jednym z najciekawszych i rzadko odwiedzanych przez żeglarzy zakątków świata, jakim jest Wyspa Stewarta i Fiordland oraz spokojny i komfortowy powrót do cywilizacji.
W ciągu trzech miesięcy przepłynęliśmy 8470 mil morskich, zmagając się z ośmioma sztormami. Zasadnicza wyprawa to etap z Hobart do Bluff, od 17.01 do 26.02 o długości 5860 mil morskich. Mimo postojów przy Brunny Island, Macquarie Island i Franklin Island wykręciliśmy niesamowitą przeciętną dobową – 147 mil morskich. To sporo mniej niż nasz 260 milowy rekordowy dobowy przelot podczas regat Sydney – Hobart, ale uwzględniając ciężkie warunki, lód i mocno zrefowane żagle to z pewnością dobry wynik.
Cała ekipa wyjątkowo dobrze zniosła trudy rejsu. Zazwyczaj podczas długich i ciężkich wypraw dochodzi do przesileń, napięć czy nawet podziałów wśród załogi. Drobnych incydentów nie dało się uniknąć, ale nie były one na szczęście powodowane wzajemną, narastającą podczas rejsu niechęcią. System trzech wacht z wachtą czuwającą sprawdził się podczas regat. Cały czas dwie trzecie załogi była gotowa do działań przy manewrach. Organizacja czterech wacht z wachtą czuwającą w trakcie wyprawy dały możliwość godziwego wypoczynku. Gdy do tego dołożymy ciepło pod pokładem, wystarczającą ilość wody, by móc wskoczyć codziennie pod gorący prysznic, to ciężkie warunki panujące na pokładzie nie wpływały deprymująco na morale. Do tego wszystkiego Katharsis II dawała poczucie bezpieczeństwa, swoją solidną konstrukcją zarówno podczas sztormów, jak i akcji w lodach. Na dobry humor miał też wpływ kambuz, który tylko raz sięgnął po liofilizowaną żywność. Z powstających podczas rejsu potraw można by napisać całkiem ciekawą książkę kucharską. Hania obiecała Doktore, że w czasie przerwy popełni chociaż jeden kulinarny wpis.
Wszystkie etapy od Brisbane do Auckland zaliczyli: Tomek Grala – pierwszy oficer, mechanik znający Katharsis II na wylot i najbardziej doświadczony żeglarz w całej ekipie, Hania Leniec – drugi oficer, moje największe wsparcie, w tym logistyczne, bosmańskie, blogowe i kulinarne oraz Wojtek Małecki – wachta Tomka, twardziel od ciężkich zadań, a przy tym romantyk. Od Sydney płynęli z nami: Michał Barasiński – trzeci oficer, spowiednik i dobry przyjaciel (musiał opuścić nas w Bluff), Adam Żuchelkowski – wachta Hani na regatach, IV oficer podczas wyprawy, siła spokoju, pogody ducha i doświadczenia żeglarskiego, Mariusz Magoń –wachta Hani, doktor wyprawy, potrafiący rozładować każdą sytuację ciętą ripostą, Robert Kibart – wachta Michała, operator filmowy i filozof. W Hobart dołączyła do nas Ania Gruszka – wachta Adama, królowa z Selmy zawsze ze śrubokrętem w ręku. Na etapie regatowym wzmocnili nas: Maćka Żuchelkowska – wachta Tomka, najlepszy kompan jakiego można sobie wymarzyć podczas rejsu i Irek kamiński – wachta Michała, niesamowicie pozytywnie zakręcony (korba) regatowiec. W takim to towarzystwie przyszło nam spędzić ostatnie 3 miesiące na pokładzie Katharsis II.
Teraz przed nami chwila przerwy potrzebna na doprowadzenie jachtu do doskonałej formy. Opuścimy Nową Zelandię na początku czerwca. Dokąd nas poniosą wiatry? Kto będzie chciał z nami popływać? Tego jeszcze nie wiemy.

