Napisane przez: Hanuś | 2015/06/26

W połowie drogi między Nową Zelandią a Papuą Nową Gwineą

Nasze wypłynięcie z Auckland mocno przesunęło się w stosunku do planów. Zakładaliśmy najpóźniej 15 czerwca żegnać się z Nową Zelandią, by zanim 5 lipca dopłyniemy na Papuę Nową Gwineę, gdzie dołączają do nas nasi przyjaciele, zawitać choć na kilka dni na Vanuatu. Bardzo chcieliśmy odwiedzić rodziny, które poznaliśmy podczas zeszłorocznej żeglugi i zawieźć im trochę niezbędnych rzeczy. Vanuatu nawiedził w marcu tego roku silny huragan Pam i dokonał ogromnych zniszczeń, pozbawiając tysiące ludzi dachów nad głową i całego dobytku. Z Nowej Zelandii do Papui w linii prostej jest 2200 mil morskich, a gdyby zawinąć do brzegów Vanuatu trzeba by raptem dołożyć około 400 mil, co dla naszej Katharsis nie stanowi problemu. Niestety nie udało nam się wypłynąć w połowie czerwca. Na łódce wciąż było coś do zrobienia, a poza tym czekaliśmy na Olkę – córę Doktore Magonia, która będzie z nami żeglować przez dwa miesiące. Olka jest studentką i pomimo, że bardzo się spięła i zaliczyła wszystko przedterminowa, to jednak nie była w stanie dolecieć do nas przed sobotą 13 czerwca. Gdyby nie konieczność polecenia z paszportami całej naszej czwórki do Wellington, by uzyskać wizy na wjazd do Papui Nowej Gwinei, to w poniedziałek 15 moglibyśmy wypływać. A tak, zamiast jachtem na północ, ruszyliśmy z Mariuszem samolotem na południe do stolicy. Wciąż jednak pozostawała szansa, że zdążymy na Vanuatu, jak sprawnie wypłyniemy z Auckland i bez zwłoki odprawimy się po drodze w Opua w Bay of Island. Jeszcze w Auckland nakupowaliśmy ubrań i najróżniejszych sprzętów, które mogłyby się przydać mieszkańcom Vanuatu. Gdy już byliśmy gotowi i mieliśmy ruszać na północ, prognozy pogody popsuły nam szyki. Front, który akurat przetaczał się nad nami przyniósł silne wiatry północne powyżej 45 węzłów. Mariusz postanowił nie rozpoczynać rejsu w sztormową pogodę, by nie męczyć łódki i załogi. Jeśli można uniknąć złych warunków, to lepiej to zrobić i nie ryzykować niepotrzebnych uszkodzeń. W ten sposób przeczekaliśmy na kotwicy w Opua trzy dni i dopiero wieczorem 20 czerwca opuściliśmy Bay of Islands. Nawet celnicy, u których przesuwaliśmy odprawę, ze względu na pogodę, nie mieli nic przeciwko zmianom umówionych terminów i popierali Mariusza decyzję widząc co dzieje się na morzu.
Wypływając z czterodniowym opóźnieniem nie starczyło niestety już czasu, by płynąć na Vanuatu. Smutno mi było, ale zawsze staram się widzieć pozytywne strony każdej sytuacji. Po pierwsze, kupione dla mieszkańców Vanuatu rzeczy się nie zmarnują, bo z pewnością przydadzą się ludności na Papui Nowej Gwinei. A my postój w Opua wykorzystaliśmy na zorganizowanie dwóch wycieczek, które chodziły nam po głowie podczas wcześniejszych pobytów w Bay of Islands, a których dotąd nie udało się zrealizować. Jednego dnia pojechaliśmy do Waitangi, gdzie znajduje się Treaty House i maoryski dom spotkań. Jest to bardzo ważne historycznie miejsce, gdyż tutaj w 1840 roku Maorysi podpisali traktat z Brytyjczykami, który uważany jest za narodziny społeczeństwa nowozelandzkiego.
Drugą wycieczką była wyprawa do Waipoua Kauri Forest, gdzie na powierzchni 2500 ha rozciąga się las starych drzew kauri, będący największym ich skupiskiem na ziemi. Pnie drzew kauri wykorzystywane były przez Maorysów do budowy tradycyjnych piróg wojennych, a po przybyciu do Nowej Zelandii Europejczyków, znalazły zastosowanie w szkutnictwie jako maszty i inne drzewce na żaglowcach. Obecnie drzewa kauri objęte są całkowitą ochroną. W Waipoua znajdują się dwa największe okazy: Te Matua Nghahere (Ojciec Lasu) liczący 2 000 lat z obwodem pnia 16 metrów oraz Tanemahuta (Pan Lasu) mający 1 200 lat i 14 metrów obwodu. Te kolosy strzeliście rosnące ku niebu wśród niezwykłej roślinności tutejszej puszczy onieśmielały mnie swoją potęgą, rozmiarem oraz wiekiem. Cieszę się, że udało nam się w końcu pojechać do lasów kauri, bo od pierwszej wizyty w Bay of Island w listopadzie 2013 roku chciałam zobaczyć te legendarne dla Nowej Zelandii drzewa.
Wracając z Waipoua Mariusz postanowił zjechać z głównej drogi i przedrzeć się nad wybrzeże Morza Tasmana. Znalazł w ten sposób wspaniałą miejscówkę przy ujściu rzeki Waimumaku z malowniczymi krajobrazami, gdzie urządziliśmy sobie zwyczajowy już podczas naszych nowozelandzkich wycieczek piknik. Siedząc na ogromnym pniu, mianowanym na naszą ławeczkę piknikową, z jednej strony mogliśmy podziwiać piękną złotą plażę z falami Morza Tasmana, a z drugiej zielone doliny schodzące ku płynącej do morza rzeki. W taki oto sposób pożegnaliśmy się z Nową Zelandią.

Od 6 dni jesteśmy w morzu. Od wypłynięcia z Auckland pokonaliśmy już ponad 1260 mil morskich. Przeczekanie sztormu w Opua było z pewnością słuszną decyzję. Po wyjściu z Bay of Islands, gdy najsilniejsze wiatry już się przetoczyły i wiało jedynie 20 węzłów, mogliśmy sobie tylko wyobrażać, co tu się działo, widząc niezwykle rozkołysane wzdłuż wybrzeża morze. Neptun chyba wynagrodził nam naszą pokorę i cierpliwość, gdyż cały czas mamy pomyśle wiatry, pozwalające nam płynąć na żaglach wyznaczonym do celu kursem. Jedyne dzisiaj rano musieliśmy na jakiś czas włączyć silnik, gdyż wielka chmura deszczowa, która przez dwie godziny fundowała nam obfite płukanie łódki w strugach ulewnego deszczu, zassała całe powietrze i spowodowała początkowo zmianę kierunku wiatru o 120 stopni, po czym wyłączyła nam wiatr. W takich warunkach można tylko zrzucić żagle, gdyż ich łopot na rozkołysanym morzu budzi grozę, że za chwilę coś się rozerwie lub wyrwie.
Z każdym dniem robi się cieplej i stopniowo ilość warstw odzieży, które nosimy pod sztormiakami się zmniejsza. Zima w Nowej Zelandii nie przynosi ujemnych temperatur, do których jesteśmy przyzwyczajeni w kraju, ale mimo tego wilgotne, chłodne powietrze przenikało nieprzyjemnie przez nasze odzienie. Wczoraj po raz pierwszy przesiedzieliśmy cały dzień na zewnątrz bez bluz i kurtek. Od wypłynięcia z Opua staramy się łowić ryby. Za rufą ciągniemy dwie żyłki z przynętami, na które liczymy złapać tuńczyka, mahi-mahi lub wahoo. Przynętami zainteresowały się raz ptaki i po raz pierwszy mieliśmy na haczyku zamiast ryb drób! Tomek nieźle się namęczył, żeby oswobodzić petrela, który złapał się na przynętę, gdyż ptak dziobał Tomka po rękach, myśląc, że chcemy mu zrobić krzywdę. Na szczęście ptaka udało się uwolnić i bezpieczny odfrunął nie interesując się więcej naszymi żyłkami. Wczoraj z kolei mieliśmy prawdziwą wędkarską przygodę. Jeden z haczyków połknął sporych rozmiarów marlin. Z reguły taka duża ryba od razu zrywa żyłkę, gdy łódka mknie z prędkością 10 węzłów. Tym razem udało nam się zwolnić do 2 – 3 węzłów nie tracąc w międzyczasie zdobyczy. Walka z tą silną i waleczną rybą trwała ponad trzy godziny. Gdy Tomek próbował nawinąć na kołowrotek trochę żyłki, ryba wyrywała kolejne metry i starała oddalić się od łódki. I tak Tomcio z marlinem się mocowali – raz jeden pociągnął, za chwilę drugi zdobywał trochę linki. Gdy walka wydawała się mieć ku końcowi i Tomkowi udało się podciągnąć rywala pod samą pawęż, a Mariusz stał z zaostrzoną osenką, na którą miał złapać rybę i wciągnąć ją ta pokład, ta wyskoczyła z wody, naprężyła żyłkę i zerwała ją zdobywając wolność. Z jednej strony było nam żal, a drugiej baliśmy się, czy poradzimy sobie z tym dużym okazem w naszym czteroosobowym składzie. Moglibyśmy nie podołać całej rybie, bo ważyła na oko jakieś 40 – 50 kilogramów, więc może dobrze, że uciekła. Marlin wygrał, a my mieliśmy niezłą zabawę. Na naszą pierwszą zdobycz musimy jeszcze poczekać.

Jest 26 czerwca 2015 roku, godzina 1730 czasu łódkowego (UTC+11), nasza pozycja: 23°15’S, 159°43’E. Płyniemy kursem 310° z prędkością 9-11 węzłów. Wieje silny wiatr z południowego wschodu o sile 7B. Prawą burtą mijamy w odległości 300 mil Nową Kaledonię, lewą płyniemy równolegle do brzegów Australii, mając 360 mil do Wyspy Frasera. Przed naszym dziobem pierwsze rafy Morza Koralowego – Wyspy Chesterfielda. Mamy nadzieję pojawić się na wodach Papui Nowej Gwinei w środę 1 lipca. Ale to już zależy od przychylności Neptuna.


Responses

  1. fajnie że znowu płyniecie, przygoda jak z opowiadania”Stary człowiek i morze”, następnym razem Wam się uda. Pozdro od podkarpaciaków dla całej załogi. Ola zapomniała spakować pilniczek, ojoj. jacek śwagier


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: