Mariusz:
Dzisiaj rano zadzwonił telefon satelitarny na łódce. Zdruzgotany głos Wojtka Małeckiego oznaimił nam tragiczną wieść, w którą do tej chwili nie mogę uwierzyć – Kuba Fedorowicz nie żyje.
Drogi nasze przecięły się na końcu świata – w Ushuaia, dokąd Kuba dotarł po ponad rocznej samotnej wędrówce przez kontynent Południowej Ameryki. Przypadek, czy przeznaczenie spowodowały, że Hania zaprosiła go na pokład. Wszyscy byliśmy zauroczeni jego charyzmą, otwartością i humorem. Mimo młodego wieku sprawiał wrażenie bardzo doświadczonego i do tego przy całej swojej spontaniczności – opanowanego i zrównoważonego. Od razu go polubiłem i nie zawahałem się mu zaproponować wspólną podróż na pokładzie „Katharsis II” na Antarktydę.
Spędziliśmy razem ponad cztery miesiące –płynąc z Ushuaia poprzez lody Antarktydy, cieśniny Patagonii, wybrzeża Argentyny i Brazylii aż do Rio de Janeiro, gdzie Kuba postanowił zakończyć swą podróż i wrócić do kraju. Wspólnie obchodziliśmy jego ostatnie – 24te urodziny.
Nie znam nikogo na kim Kuba nie wywarłby niesamowicie pozytywnego wrażenia. Perfekcjonista, dobry żeglarz i jeszcze lepszy alpinista. Nie mogliśmy obejść się bez jego hiszpańskiego w Chile i Argentynie, a nawet w portugalsko języcznej Brazylii. Do tego urodzony lider i doskonały inspirator oraz nauczyciel. Uczył nas z pasją wspinaczki po lodowcach. Ja odwdzięczyłem się mu lekcjami nurkowania. Dał się też nauczyć odróżniać wino białe od czerwonego. Z dziecięcym podnieceniem graliśmy razem na Playstation. Bardziej na poważnie w tenisa. Cokolwiek by Kuba nie robił, robił to z niesamowitym zaangażowaniem i zarażał tym innych. Nie miało znaczenia czy opwiadał o alpinizmie, parkurze albo kręceniu filmów, czy o piciu Yerba maty. Rozbawiał nas do łez swoistym, szalonym stylem tańca.
Te kilka wspólnie i bardzo intensywnie spędzonych miesięcy spowodowało, że Kuba stał się kimś więcej niż członkiem załogi i dobrym kumplem. Został przyjacielem i członkiem rodziny. Brakowalo nam go po jego wylocie do kraju. Ale wiedziałem, że nasze drogi znowu się zejdą. Mogła to być jeszcze w tym roku podróż na Grenlandię.
Oj młody, wszystkiego się mogliśmy spodziewać po Tobie, ale nie takiego numeru! To jak czarny sen, z którego chciałoby się obudzić. Boli strasznie.
Trzymaj się w tych zaświatach!

