Site icon Nie sprzedawajcie swych marzeń

Sztorm przed podejściem do brzegów Afryki Południowej

turkus wody po rozbiciu fali

Zapowiadane silne uderzenie wiatru z północy nadeszło, zgodnie z prognozami pogody, w piątkowy wieczór. Po 30 węzłowym wietrze w nos i przed kolejnym, tym razem od rufy, Neptun dał nam kilka godzin spokojnej aury. Wykorzystaliśmy ten czas na przygotowania do sztormu – sprawdzaliśmy sztauowanie rzeczy pod pokładem, mocowanie pontonu, klar na pokładzie. Zjedliśmy też obiad w względnie komfortowych warunkach, gdyż morze pamiętało jeszcze wiatr z poprzedniej nocy.
Spodziewaliśmy się silnego 35-węzłowego uderzenia od rufy, dlatego postanowiliśmy zrzucić zupełnie grota i sztormować na samym sztakslu. Do 35 węzłów z wiatrem Mariusz preferuje żeglugę na zrefowanym grocie i przednim żaglu. Jednak przy silniejszych wiatrach i zjazdach z dużych fal bom wyłożony na burtę może zahaczyć o wodę i się złamać. Nie chcieliśmy ryzykować, tym bardziej, że akwen ten słynie ze spektakularnych fal.
W piątek popołudniu wiatr od dziobu zaczął wykręcać idealnie do rufy i tężeć z każdą godziną. Gdy siła wiatru utrzymywała do 39 węzłów płynęliśmy na zrefowanej genui. Dopiero gdy po północy zaczęła pojawiać się „4” z przodu Mariusz zamienił genuę na sztaksla. Prognoza przewidywała wiatr do 35 węzłów, a my już mieliśmy regularne 40. Ale apogeum przyszło dopiero na mojej porannej wachcie, gdzie wiatr wciąż tężał, aż rozkręcił się do stałej 50. Wtedy zrefowałam nawet naszego małego sztaksla. Gdy było jeszcze ciemno, tylko w blasku księżyca widziałam grzywy fal rozbryzgujące się powyżej naszych burt. Prawdziwe przedstawienie zaczęło się po wschodzie słońca, gdy wiała regularna 50. Fale wyrastały za rufą niczym wodne ściany, po czym z impetem wjeżdżały pod łódkę i z nieprawdopodobną mocą przelatywały pod nami. Niektóre gejzery rozbijając się tuż przed dziobem zawracały przetaczając się przez pokład Katharsis II. Jacht wspaniale sobie radził. Aż miło było patrzeć, jak łódeczka tańczy z rozbawionym oceanem. Jedynie nasza szpryc buda nie podołała spotkaniu z silnym wiatrem i rozdarła się. Płótno było już mocno nadwyrężone po wietrznym pobycie na Malediwach i w Kapsztadzie planowaliśmy jego regenerację. A wygląda na to, że będziemy musieli w pośpiechu szykować nową szpryc budę, by dała sobie radę w antarktycznych warunkach.
Wiatr nie dość, że rozpędził morze i kreował ogromne fale, to zaczął już zrywać wodę z powierzchni. W promieniach porannego słońca widać było jak krople słonej wody niesione są nad falami i oblewają ocean jakby białym pyłem. Z zapartym tchem patrzyłam na to widowisko. Cieszyłam się, że jedziemy z wiatrem, bo za nic nie chciałabym w tym momencie płynąć w przeciwnym kierunku i z innej perspektywy oglądać te wodne góry.
Od około 1100 wiatr zaczął siadać i mogliśmy wrócić do żeglugi na genui. Wszystko zgodnie z prognozą, no może poza siłą wiatru. Popołudniu zaczęło cichnąć do kilku węzłów. Jedynie morze przypominało historie poprzedniej nocy. Ale ten spokój, to była jedynie cisza przed burzą. Wieczorem przyszło kolejne uderzenie.

Exit mobile version