Napisane przez: Mariusz | 2012/09/02

Sztorm w Cieśninie Beringa na zakończenie Przejścia Północno Zachodniego – relacja

Mariusz:
Tak jak już Hania pisała we wcześniejszym wpisie postanowiłem kontynuować podróż na południe od Point Barrow, mimo braku korzystnych wiatrów. Znów mieliśmy mieć w nos. Nie było sensu czekać na wiatr ze składową północną aż 4 dni. Po drodze czekały nas dwa niże, z których pierwszy wydawał się do przejechania. Chciałem sprawdzić jak w tych warunkach będzie zachowywać się łódka bez grota. Okazało się, że daje sobie dzielnie radę. Jesteśmy w stanie płynąć ostro pod wiatr, mając wystarczająco dużo mocy w żaglach.
Zawsze uwzględniam w naszym pływaniu komfort pod pokładem oraz żywotność żagli i osprzętu, stąd nie żyłowaliśmy jachtu. Konsekwencją była średnio zadawalająca prędkość do celu, na której obniżenie wpływał jeszcze przeciwny prąd.
I tak w ciągu dwóch kolejnych dni zbliżyliśmy się do celu o 250 mil, przy czym po wodzie przejechaliśmy około 400 mil.
Drugi z niży miał być silniejszy i zapowiadał wiatr o sile 8B. Z takim wiatrem, gdy nie ma innej możliwości, lepiej się nie zmagać. Liczyłem na to, że uderzenie przyjdzie we wtorkowy wieczór. Do tego czasu chciałem dopłynąć w cień Cape Lisburne. W poniedziałek o 2000 mijaliśmy Icy Cape. Kierunek wiatru był na tyle korzystny, że w końcu prawie mogliśmy płynąć jednym halsem. Prawie, oznaczało odłożenie się w morze na 1 godzinę, by 6 kolejnych móc płynąć we właściwym kierunku. Mile znacznie szybciej w ten sposób mijały, przybliżając nas do schronienia przed zapowiadanym małym sztormem. Icy Cape oznaczał również definitywny koniec lodów, które na południe od niego już nie występowały.
Około 2000 oczom naszym ukazał się brzeg, który wyłonił się zza unoszących się do góry chmur. Kilkusetmetrowej wysokości wzgórza pokryte były mchami w niespotykanym do tej pory odcieniu soczystej zieleni. Ten widok był zapewne spotęgowany ciemnym kolorem chmur oraz nieśmiało przebijającym się słońcem. Na brzegu nie było widać żadnej osady, tylko militarne instalacje, niczym z tajemniczych filmów sensacyjnych. Nie mając amerykańskiej odprawy, nie chcieliśmy za bardzo narażać się i stanęliśmy nieco z boku. Nikt nas jednak przez radio nie wywołał i nie przegonił. Wyprawy na ląd nie chciałem ryzykować. Płytka zatoka dała nam schronienie nie tylko przed falami ale i od wiatru. Dopiero w nocy zaczęło dmuchać i kotwica ciężko pracowała. Łódka pod naporem wiatru przechylała się na boki, pod pokładem słychać było groźne mruczenie. Byliśmy jednak bezpieczni.
Około południa podnieśliśmy kotwicę. Kolejny niż, który miał nadejść wchodził w Morze Czukockie swoją zachodnią połową. A to oznaczało, że w końcu popłyniemy z wiatrem, a nie jak od kilku dni pod. Tyle tylko, że miał on być jeszcze silniejszy niż te dwa poprzednie (ciśnienie w środku niżu 992 hPa). Amerykańska prognoza zapowiadała 40 węzłów, a grib to potwierdzał. Nie chciałem na ten front czekać, tylko wykorzystując ciszę między niżami podgonić na silniku i skrócić nieco dystans do przewężenia w Cieśninie Beringa. Z prognozy wynikało, że najsilniejszy wiatr ma wiać w 24 godziny po jego pojawieniu się i że będzie intensywniejszy w północnej części cieśniny.
Wiatr pojawił się w okolicach Cape Hope (Przylądka Nadziei). Stąd do najwęższego miejsca w Cieśninie Beringa mieliśmy jeszcze około 170 mil, czyli mniej więcej dobę płynięcia. Najbardziej obawiałem się fal, które na tych płytkich wodach są krótkie, strome, łatwo załamują się i bywają kwadratowe, czyli uderzają nie tylko z kierunku, z którego wieje wiatr. Do tego zderzając się z przeciwnym prądem, którego już doświadczyliśmy, dodatkowo wypiętrzają się. W tym obszarze czekała nas jednak miła niespodzianka. Marek zauważył spadek temperatury wody o kilka stopni. A to oznaczało, że do Cieśniny Beringa wlała się z północy rzeka arktycznej wody a wraz z nią mieliśmy dodatni prąd.
Noc upłynęła nam na spokojnej i szybkiej żegludze. Od rana wiatr ustabilizował się na 35 węzłach. To więcej, niż zapowiadała prognoza w tym stadium niżu. Fale na płytkich wodach bardzo szybko zaczęły rosnąć. Do napędu musiał wystarczyć nam sztaksel. To duże zmniejszenie powierzchni żagla, ale przy tym silnym wietrze nie miało to już takiego znaczenia. Siły, które działają na jacht rosną z kwadratem prędkości wiatru. To oznacza, że przy 51 węzłach na żagle napiera siła 8-krotnie większa niż przy 17 węzłach. Przy 17 węzłach jesteśmy w stanie rozpędzić się do 10 węzłów przy 300 metrach kwadratowych naszych żagli. Przy 50 węzłach nie powinniśmy mieć jednak więcej niż 35 metrów. Refowany sztaksel pozwala nam na zachowanie kontroli nad prędkością jachtu.
Teraz najważniejszym było zachowanie sterowności przy zachowaniu bezpiecznej prędkości 8-10 węzłów. Pływanie z większą prędkością daje dużo radości, ale nie w warunkach sztormowych. Trudniej jest ustawiać się rufą do fali z uwagi na duże opory na sterze. Nie mniej, jestem zwolennikiem aktywnego sztormowania. Uważam, że przy uważnym sterowaniu jest ono o wiele bezpieczniejsze dla łódki niż spowalnianie za wszelką cenę prędkości jachtu. Jacht wolno płynący łatwiej wprawdzie poddaje się falom, ale znacznie trudniej przychodzi mu wybronić się z pod fali, która przychodzi z boku. Grozi to położeniem jachtu na wodzie, a nawet wywrotką.
O 1230 (czasu łódkowego UTC-8, a o 0930 czasu lokalnego, czyli zgodnie z szerokością geograficzną UTC-11) przekroczyliśmy północne koło podbiegunowe. Była to okazja do krótkiej celebracji. Opuszczaliśmy Arktykę, przez którą przewędrowaliśmy w ekspresowym tempie. Mimo niewielu postojów nie brakło nam wrażeń. Za nami były groźne lody, ale przed nami jeszcze sporo do przepłynięcia w niełatwych żeglarsko wodach. Wypiliśmy butelkę szampana i wina podarowanego nam na tę okazję przez Krzysia Sieranta z Nowego Jorku. Neptun też dostał kapinkę obu trunków. Oddajemy w ten sposób szacunek władcy mórz i oceanów. Na rozsiadanie się nie mieliśmy jednak czasu. Wiatr nie schodził już poniżej 40 węzłów. Wiała regularna dziewiątka, w porywach dziesiątka (powyżej 47 węzłów).
Wiatr i fale pchały nas w kierunku brzegu Alaski. Zaczynało to groźnie wyglądać. W pewnym momencie, gdy zbliżyliśmy się do płytszej wody, fale zaczęły wariować. Dno na 30 mil przed Fairway Rock ma wiele wypłyceń. Skok głębokości z 50 metrów do 20 spowodował dodatkowe skotłowanie wody. Fale przestały być regularne i zaczęła nas zewsząd otaczać piana. Dwukrotnie fala wdarła się na pokład, wyrywając przymocowane do relingów lewej burty skrzynie z żywnością. Czas był na ostrzejsze sterowanie i odpadanie przy tylko groźnie wyglądających falach. Na kursie mieliśmy 7 metrowe wypłycenia Prince of Wales Shoal. Tomek przejął ster i popłynęliśmy ostrzejszym kursem w kierunku środka cieśniny. Sztormowanie w pobliżu brzegu podnosi znacznie poziom adrenaliny. Zdecydowanie bezpieczniej można czuć się na otwartym morzu, kiedy to można poddać się rytmowi fal. Tu musieliśmy się im przeciwstawić. Po godzinie tej zwariowanej żeglugi mogliśmy poczuć się znowu bezpieczniej. Wprawdzie wiatr nie słabł, ale morze było bardziej regularne.
W czwartek 30.08.2012 o godzinie 1937 (UTC-8 naszego i lądowego alaskańskiego letniego czasu; 1537 czsu lokalnego) przepłynęliśmy linię między Fairway Rock w Cieśninie Beringa a Cape of Prince Wales na Alasce. W deszczu i ograniczonej widoczności nie dane nam było zobaczyć lądu. W ten sposób zamknęliśmy, zgodnie z definicją Amundsena, Przejście Północno Zachodnie. Byliśmy w środku Cieśniny Beringa, która oddziela Morze Czukockie od Morza Beringa, a tym samym Ocean Arktyczny od Pacyfiku. Po raz drugi tego dnia sięgnęliśmy po szampana. Sztorm nie odpuszczał, ale i nie przeszkodził nam w rytuale palenia cygar maczanych w maltowej whisky.
Rockendrollowa jazda trwała jeszcze do 1300 następnego dnia. Trochę nas poobijało. Jedna z fal wybiła mnie znad stołu nawigacyjnego. Rękoma trzymałem się krawędzi, ale nogi i ciało poszybowały w powietrze. Zgodnie z prawem grawitacji trzasnąłem o schody zejściówki i jeszcze teraz czuję swe żebra. Podobnych przygód było kilka, ale na szczęście żadna nie zakończyła się kontuzją. Tym razem wytrzymały, dzięki nowym blokadom, drzwi od lodówki na wino. Straciliśmy za to ważniejsze z naszych kół ratunkowych – JonBuoy, które fala wyrwała z relingu.
Ostatnie 24 godziny, to spokojna żegluga w lekkim wietrze. Od kilku godzin musimy wspierać się silnikiem. Nasz cel to Dutch Harbour na Aleutach, do którego mamy jeszcze 400 mil. Na naszej drodze spodziewam się jeszcze jednego sztormu (niż 982 hPa), którego siła zapowiada się na większą od poprzedniego. Zaatakuje on wschodnim wiatrem, a więc w poprzek naszego kursu. Jeśli prognoza się potwierdzi (sprawdzam za chwilę), to staniemy w cieniu Nunivak Island, do której mamy zaledwie 25 mil i przeczekamy najgorsze przez następne półtora doby. Po przejściu wschodniej nawałnicy na kilka dni powinien ustabilizować się północny wiatr wiejący około 25 węzłów.
Niestety nowa prognoza pokazała kolejny niż, tym razem jeszcze głębszy – 972 hPa. Ma on zdominować obszar południowej części Morza Beringa w ciągu 48 godzin. Zmieniam szybko plan i pędzimy w kierunku Wysp Profilob oddalonych od nas o 240 mil. Tam w zależności od rozwoju sytuacji pogodowej oraz naszego ustawienia w stosunku do obu niżów będziemy sztormować w cieniu Wyspy St. George lub płynąć bezpośrednio do Dutch Harbour.

Jest sobota 1 września 2012 roku godzina 1600 (UTC-8), nasza pozycja: N 60 st. 40 min.W 167 st. 47 min., prawie brak wiatru, kurs rzeczywisty 194 st., prędkość 8 węzłów.


Responses

  1. Gratuluję po raz kolejny! 😀
    Jesteście niesamowici w tym co robicie!!
    Od czasu, kiedy razem z Ciocią wyjechałyśmy, ciągle śledzę Wasze zmagania z nortwest passage 🙂 i bardzo się Cieszę, że chociaż przez chwilkę mogłam w tym uczestniczyć :>
    Dziękuję ślicznie ;*
    Gorąco pozdrawiam ; )
    Buziaki dla moich wachtowiczów!!! ❤

    P.S. eeee…. :< jutro szkoła !! Tatusiu boję się.. :p

  2. Congratulations on a successful 2012 East to West Northwest Passage aboard S/V KATHARSIS II

  3. To prawda jesteście niesamowici !!! jeszcze raz gratulacje !!! oglądając zdjęcia dostałam gęsiej skórki lód,niedźwiedzie , wieloryby, sztorm, ogromne fale , kipiel ,piana …itd przeżycia prawdziwych wilków morskich .
    Na wasze tak szczęśliwe i zadowolone twarze warto było czekać tyle tygodni
    Mareczku wiesz co chce ci powiedzieć 🙂 jestem szczęśliwa razem z tobą 🙂
    Buziaki i uściski Kasia.

  4. Gratulacje!!! Z zapartym tchem obserwujemy Wasze zmagania z potężnym Neptunem. Trzymamy kciuki. Dzięki Waszej wyprawie (oraz dzięki cudownemu internetowi) możemy prawie być z Wami.
    Jeszcze raz życzenia szczęśliwego dokończenia tego ambitnego przedsięwzięcia życzy załoga z Inowrocławia

  5. Po co tam popłynęliście ? Może po to…..

    „Aby po rejsie, z cichą radością w sercu, uścisnąć dłoń i pożegnać przyjaciela, do niedawna zwykłego znajomego. I aby zaznać radości powrotu do domu, od którego odzywa się czasem tak daleko, aby zrozumieć, jak bardzo bliski…[..].
    Tam łatwiej klarują się nawet trudne sprawy i same wracają do właściwych proporcji. Na lądzie szystko jest zniekształconym zwierciadłem, na morzu człowiek ma wrażenie, że myśli prawidłowo. Bo czuje się wolny…[..]
    (z książki „Razem bracia do lin” M.Siurawskiego)

    Gratulujemy Wam Sukcesu !!!!!!!!!!!

  6. „szczęście mnie (też) rozpiera” patrząc na zdj.46. Gratulujemy. Trzymajcie się.

  7. GRATULACJE!!!

  8. No, drodzy moi! Gratuluję wielce : )) Czytam sobie siedząc w kuchni bez jednej ściany na termometrze 33C, ale ciepło się robi dopiero gdy oglądam Wasze Posty z NWP. Pozdrowienia serdecznie dla wszystkich i każdego z osobna.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: