Napisane przez: Hanuś | 2012/09/10

Pogodne dni w Dutch Harbor na Aleutach

W ciągu ostatnich dni wszystko potoczyło sie zgodnie z planami, tzn. w środę opuściliśmy kotwicowisko przy St. George i pożeglowaliśmy do Dutch Harbor, gdzie dotarliśmy w czwartek. Pogoda była rewelacyjna. Wiało od 20 do 30 węzłów, a kierunek pozwalał nam płynąć baksztagiem lub półwiatrem, dzięki czemu pokonaliśmy te 190 mil w zaledwie 22 godziny. Poza tym świeciło słońce, które wprawiało nas w doskonałe nastroje. Można stwierdzić, że były to idealne warunki do płynięcia, czego z pewnością nie można by powiedzieć o dwóch wcześniejszych dniach. To była świetna decyzja z przeczekaniem tego ostatniego sztormu. A że był silny, to czuliśmy na kotwicy. W okolicach Dutch Harbor, zgodnie z prognozami, okazał się jeszcze potężniejszy, co potwierdziła załoga Billy Buud’a. Zdążyli dotrzeć do portu jeszcze przed uderzeniem sztormu. Jednak w głównym porcie, który wydaje się dobrze osłonięty nie mogli czuć się bezpiecznie i przeniesiono ich do nowego portu rybackiego położonego w innej zatoce. Poza tym jak już byliśmy na miejscu, to wszyscy spotkani mieszkańcy mówili, że dobrze iż przypłynęliśmy teraz, a nie dzień wcześniej, bo była fatalna pogoda. Musiało mocno wiać, skoro rybacy z Dutch Harbor, którzy do silnych wiatrów i sztormów są przyzwyczajeni, ten akurat wspominali i o nim mówili.
Do Zatoki Constantine – nazwa rosyjska (nazwa amerykańska – Unalaska Bay) wpływaliśmy o świcie, dzięki czemu brzegi wyłoniły nam się na horyzoncie w przepięknych złotych barwach. Najpierw o brzasku dostrzegliśmy wysokie góry, których szczyty wyglądały jakby osnute chmurami. Dopiero, gdy zrobiło się jaśniej Marek zwrócił uwagę, obserwując horyzont przez lornetkę, że na szczytach zalega śnieg. W zatoce przywitały nas wieloryby. Przepływały całymi stadami blisko burty Katharsis, prychając i z gracją prezentując grzbiety i ogony. Miłe to było powitanie.
Dutch Harbor jest natualnym portem położonym w Zatoce Iliuliuk na Wyspie Unalaska. Jest to największy port rybacki w Stanach Zjednoczonych. Historycznie była to baza wielorybników, a teraz skupia wielu poławiaczy krabów. Stąd na wody Morza Beringa wypływają rybacy, których profesję zaliczono do jednego z najniebezpieczniejszych zawodów świata. Sezon na kraby królewskie jeszcze się nie zaczął. W porcie cumowało kilka kutrów, a wzdłuż nabrzeża poustawiano wysokie sterty klatek na kraby. Jest też mnóstwo kontenerów – chłodni, do przewożenia owoców morza. Atmosfera w porcie była senna, za to miasteczko wydało nam się ruchliwe i żywe.
Jedyna ulica była w trakcie wymiany nawierzchni. Ruch wahadłowy puszczano co pół godziny. Trzeba niezwykłej cierpliwości, by przejechać z jednego końca miasteczka na drugi. Osada Unalaska mimo zaledwie kilku tysięcy mieszkańców ma co najmniej sześć kościołów. Ani jeden katolicki, za to najokazalszym jest cerkiew prawosławna. Cały ten region ekplorowany był od XVIII wieku przez Rosjan. Musieli oni niemalże spacyfikować tutejszą bojowniczą ludność. Unanganowie (rdzenna ludność Aleutów) w ciągu zaledwie trzech lat zabili około dwustu rosyjskich myśliwych i zatopili cztery ich statki. Unalaska wraz z resztą Wysp Aleuckich i Alaską została sprzedana Amerykanom w 1867 roku.
Czas w porcie szybko upłynął. Po ponad dwutygodniowym pobycie w morzu udaliśmy się na długi spacer. Krajobrazy zapierają tu dech w piersiach. Z każdej strony otaczały nas wysokie zielone góry, a w oddali widać było ośnieżone szczyty. Najwyższy ma ponad 2000 metrów wysokości. Aleuty są archipelagiem wulkanicznym i rzeczywiście widać wiele charakterystycznych stożków ze ściętymi czubkami, z których kiedyś tryskała lawa. Nie spodziewaliśmy się aż tak urozmaiconej rzeźby. Na spenetrowanie wyspy mającej kilkadziesiąt mil długości potrzeba by było kilku tygodni. Chyba tylko nieprzychylna pogoda nie uczyniła z tego zakątka ziemi miejsca atrakcyjnego turystycznie.
Przez środek miasteczka przepływa rzeka, do której na tarło wpływają stada łososi. Nieopodal głównej drogi oglądać można ławice płynące w górę rzeki. Są niemal na wyciągnięcie ręki. Część z nich pada wykończona tarłem. Reszta skacze i wije się, jak by była w transie. Aż chciałoby się po jednego łososia sięgnąć podbierakiem, ale oczywiście są chronione i nie zamierzaliśmy tego robić. Mrożone filety kupiliśmy w tutejszym sklepie, z resztą świetnie zaopatrzonym.
Mieliśmy problem, żeby znaleźć urokliwe miejsce do posiedzenia przy piwku. Lokalny Fast Food wydał się wystarczająco atrakcyjny i oddał trochę uroku alaskańskiego. Jednak prawdziwy folklor był dopiero w barze, do którego w piątkowy wieczór wybrali się Kuba, Tomek, Wojtek i Zefir. Opowiadali, że działy się tam sceny niczym z filmów amerykańskich. Co chwilę ktoś przy barze zaliczał zjazd na ziemię. Wtedy przychodzili dwaj ochroniarze i wystawiali delikwenta za drzwi. Na parkiecie królował RAP, w rytm którego poruszali się kolesie w podkoszulkach z obowiązkowo obróconym do tyłu daszkiem baseballówki. Chłopacy na parkiecie nie poszaleli, za to stanęli do pojedynku na piłkarzyki z tutejszymi rybakami, który wygrali.
Przez cały pobyt w Dutch Harbour pogoda nam dopisywała. Prawie nie było deszczu, nie licząc kilku przelotnych opadów. Pomogło nam to w wejściu na prawie 500-metrowe wzgórze Mt. Ballyhoo osłaniające port od północnego zachodu. Na jego szczycie w czasie II Wojny Światowej zbudowano Fort Schwatka, element systemu umocnień przed japońską inwazją. Dwukrotnie był on bombardowany przez Japończyków. Do inwazji nigdy nie doszło, nie mniej zginęło tu kilkudziesięciu żołnierzy.

Ta krótka przygoda z Aleutami pozwoliła nam polubić Alaskę – aż chciało by się zobaczyć więcej. Ale nie ma na to czasu. Zbliża sie jesień, a my musimy gnać do Vancouver, skąd większość załogi wróci do domu. Po sielkim odpoczynku w Dutch Harbor znowu jesteśmy w morzu. Płyniemy na stały kontynent do kanadyjskiego Prince Rupert. Do pokonania mamy 1270 mil morskich. Na razie jest bezwietrzna pogoda i wspieramy się naszym dieselem. Paliwo mamy zatankowane pod kurek, więc można szaleć na silniku.
Jest niedziela, 9 września 2012 roku, godzina 1400. Nasza pozycja: N 54 st. 22 min. W 161 st. 30 min.


Responses

  1. i pomyśleć, że Dutch Harbour leży na tej samej szerokości geograficznej co Hel czy Władysławowo….
    Łososie i orły wymiatają, wieloryby zresztą też. No i ta atmosfera w pubie przy piwie Alaskan…..
    Jesteśmy z Wami…..

  2. Śliczne zdjątka 🙂
    Kiedy patrzę na Wasze uśmiechnięte twarze to sama do siebie się uśmiecham :>
    Buziaczki i pozdrowionka dla Wszystkich i każdego z osobna 😀
    Szczególne pozdrowionka dla mych wachtowiczów ;**
    Trzymajcie się gorąco

  3. wypas fotki ! pozdro z Poznania

  4. Dzięki za te niesamowite zdjęcia i przybliżenia kawałka nieznanego świata. Śledzę was z nieustającą fascynacją 😉 i już zaczynam żałować, że wasza przygoda dobiega końca. Zdradzicie jakieś dalsze plany? 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: