Napisane przez: Hanuś | 2016/07/19

Wakacje na Malediwach

Zmiana załogi na Katharsis II nastąpiła 30 czerwca. Na Malediwy przylecieliśmy z Mariuszem, a wraz z nami Mariusza chrzestna – Zenia i moi rodzice – Lucyna z Tomkiem oraz Antoni – syn mojej siostry. Pierwsze dni upłynęły nam na aklimatyzowaniu się do tropikalnych upałów oraz zakupach. Podczas wieczornego wypadu na ląd po napoje spotkaliśmy w Hulhumale Polaków – Marcina i Kasię oraz Darka. Sytuacja była o tyle komiczna, że miałyśmy z Kaśką identyczne spodnie. Niebieskie jeansy nie byłyby niczym szczególnym, ale fioletowe spodnie materiałowe w kolorowe kwiaty nie tak często się widuje. Kiedy Kaśka zauważyła mnie na ulicy, postanowiła do mnie podejść, no i okazało się, że trafiła na rodaczkę! I tak Kasia z Marcinem trafili do nas następnego dnia na kolację. Lubię takie spotkania Polaków na końcu świata.
Po trzech dniach organizowania się, w niedzielę 3 lipca o 1200 podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy w rejs. W planach było niespieszne żeglowanie po południowych atolach, z plażowaniem na rajskich plażach i kąpielach w niezwykle turkusowej wodzie. Zakładaliśmy popłynięcie na samo południe Malediwów, do Gan poniżej równika. Plany nie zawsze dają się jednak zrealizować.
Pierwsze postoje zaliczyliśmy w Południowym Atolu Male. Turystom na Malediwach nie jest dane swobodnie poruszać się po lądzie. Jeszcze do niedawna bez specjalnej zgody nie wolno było odwiedzać wiosek. Przepisy te nieco złagodniały, ale na plaże nie można wchodzić, chyba że jest to wytyczona plaża publiczna. Wówczas zabronione jest występowanie w bikini. Jeżeli z kolei plaża jest prywatna i należy do któregoś z hoteli, to trzeba otrzymać zgodę resortu na wstęp na plażę. Kotwicząc koło Wyspy Guraidhoo zadzwoniliśmy do hotelu, żeby zarezerwować stolik w knajpeczce i zapytać o możliwość skorzystania z plaży (odpłatnie oczywiście). Niestety nie pozwolono nam. Pozostała nam kąpiel na rafie lub przy łódce. Następnego dnia Mariusz postanowił zatrzymać się przy niewielkiej łasze piachu w Atolu South Male, oddalonej o kilka mil od wiosek i hoteli. Tutaj nie pytaliśmy nikogo o zgodę (chociaż pewnie któryś z resortów zarządza tym kawałkiem piachu) i bez problemu popłynęliśmy pontonem na ten mikro ląd, by nasza plażowa ekipa mogła dotknąć złotego piasku. Kolor wody jest na Malediwach wyjątkowo piękny i intensywnie turkusowy. Nawet jak przychodzą ciemne chmury i zachodzi słońce lub jest późne popołudnie, to woda ma wciąż obłędny kolor. Nie mogę się temu nadziwić.
Kolejne kotwicowisko w Atolu Vavae miało być miejscem na krótki postój przed kilkugodzinnym przelotem do Atolu Ari, dokąd mieli do nas dolecieć Olka (w piątek) i Zbyszek (w niedzielę). Po zakotwiczeniu usłyszałam, że hydraulika wydaje przedziwne dźwięki podczas opuszczania pontonu. Dla mnie nowe, inne dźwięki i zapachy na łódce, to zawsze sygnał alarmowy. Pobiegłam na pokład do Mariusza, który akurat spuszczał ponton do wody, by powiedzieć co słyszę. I w tym momencie hydraulika przestała działać. Na szczęście ponton był już na wodzie i tylko pasy zwisały i nie dawały się podciągnąć do góry. Przypięliśmy je szeklami i zaczęliśmy sprawdzać co też mogło się stać. Awaria hydrauliki na Katharsis II to poważna sprawa. Bez niej nie można podnosić i opuszczać 350-kilogramowego pontonu, rozwijać i zwijać żagli, podnosić i zrzucać w łatwy sposób kotwicy. Spadło ciśnienie w systemie hydraulicznym, a to oznaczało wyciek. By zlokalizować dziurę w przewodzie potrzebny był zapas oleju, a tego niestety nie mieliśmy na pokładzie. Bez dużego zapasu oleju hydraulicznego i specjalnych węży ze złączkami do wysokiego ciśnienia nie byliśmy w stanie usunąć awarii. Znajdowaliśmy się z dala od cywilizacji i musieliśmy do niej wrócić. Na podniesienie kotwicy opracowaliśmy z Mariuszem patent z wykorzystaniem dwóch dużych kabestanów elektrycznych na pokładzie (podniesienie ręcznie korbą 70 metrów łańcucha i kotwicy, co waży ponad 350 kilogramów jest niewykonalne dla nas). Mieliśmy dwie opcje – płynąć do Atolu Ari i próbować w tamtejszej wiosce znaleźć potrzebne rzeczy do naprawy, co najprawdopodobniej zakończyło się lotem do stolicy. Druga opcja wydawała się logiczniejsza – wrócić do Male, znaleźć tam fachowca, kupić wszystkie części, usunąć awarię i przy okazji odebrać Olkę i Zbyszka z lotniska. Mariusz nie lubi zawracać, ale w tym przypadku takie rozwiązanie wydawało się najlepszym. Była środa, ostatni dzień ramazanu (Eid al-Fitr), czyli wielkie święto na Malediwach. Czwartek z kolei był pierwszym dniem po czterotygodniowym poście, czyli wielka feta i wolny dzień. A piątek na Malediwach to tak jak u nas niedziela, więc przez te dni nie byliśmy w stanie nic załatwić. W związku z tym nie było sensu ruszać się z naszego bezpiecznego kotwicowiska, gdzie mieliśmy rewelacyjną plażę z rafą pełną ryb, które można było z łatwością oglądać podczas snorklowania. Do Hulhumale wróciliśmy w piątek. Na pokład zamusztrowała się Ola. Jeszcze w piątek wieczorem próbowaliśmy dodzwonić się do mechanika, ale bezskutecznie. W sobotę od rana ruszyliśmy do Male. My z Mariuszem biegaliśmy po warsztatach i sklepach specjalistycznych, a nasza załoga zwiedzała miejsca z pamiątkami i lokalne kawiarnie. Polecony przez naszego agenta mechanik nie odbierał telefonów, a dostawca olejów hydrauliczny przedłużył pracownikom wolne o sobotę. Przez cały dzień nie udało nam się o krok zbliżyć do rozwiązania naszego problemu. Dopiero w niedzielę sprawy się ruszyły. Rano przyleciał Zbyszek i od razu został wciągnięty w wir prac. Pojechaliśmy po olej hydrauliczny. Mariusz i Zbyszek w asyście moich rodziców, cioci Zeni i Antosia uzupełniali olej i szukali przecieku, a my z Olką ruszyłyśmy na zakupy do Male. Po raz kolejny podjęłam próbę znalezienia fachowca. W sklepie żeglarskim (w którym byliśmy z Mariuszem już w sobotę) po raz kolejny pytałam o mechanika. Przedstawiłam całą sytuację chyba na tyle dramatycznie, że panowie zza lady zdecydowali mi się pomóc. Na ten sam dzień na 1930 mieliśmy umówionego fachowca. Przeciek został zlokalizowany, olej był na pokładzie a my wyczekiwaliśmy na naszego zbawiciela. Jak po 20 jeszcze go nie było, to zaczęliśmy się denerwować… Pojawił się przed 22. Mój tata z ciocią Zenią nie mogli się nadziwić na taki system pracy. Nasz fachowiec wpadł, rozeznał sytuację i zapowiedział, że za jakiś czas wróci. Nie byliśmy pewni, jak to będzie, ale po 23 przypłynął i z werwą zabrał się do pracy. Około 2 nad ranem stwierdził, że na ten moment nie jest w stanie nic więcej zrobić i że wróci jutro wieczorem z odpowiednim wężem i złączkami, żeby dokończyć robotę. I tak też się stało. Muszę przyznać, że godziny pracy Ismila są nietypowe, ale fachowiec z niego świetny. Jeśli będziecie kiedykolwiek potrzebować mechanika na Malediwach, to gorąco polecam (Ismil 9773635).
Gdy już awaria była usunięta mogliśmy wznowić nasz rejs. Niestety jak łódka była sprawna, to pogoda zaczęła płatać nam figle. Prognozy zapowiadały silne wiatry i deszcze. Mariusz nie chciał moich rodziców i cioci Zeni narażać na trudy podwiatrowej żeglugi przez kilkanaście godzin, więc zrezygnowaliśmy z płynięcia do Atolu Ari. Poza tym Ari nie zapewniało bezpiecznego kotwicowiska przy pogodzie jaka miała nadejść. Postanowiliśmy ruszyć sprawdzoną trasą, by na uderzenie najsilniejszego wiatru schronić się w przetestowanym miejscu w Atolu Vavae. Po wypłynięciu z Hulhumale dopłynęliśmy na późne popołudnie na południowy kraniec Atolu South Male. Wyskoczyliśmy na ląd na szybką kąpiel, a na drugi dzień rano, w strugach ulewnego deszczu podnosiliśmy kotwicę, by przenieść się do Vavae i tam znaleźć bezpieczne schronienie. Zanim przyszło zupełne pogorszenie pogody zdążyliśmy nacieszyć się Naszą Plażą na Vashiri, jak zaczęliśmy ją nazywać. Kolejne dwa dni byliśmy praktycznie uwięzieni na łódce. Wiatr wiał z siłą ponad 30 węzłów i co chwilę przechodził ulewny deszcz. Spodziewaliśmy się zmiennej pogody w tym okresie na Malediwach, jednak te kilka dni wykraczały poza wszelkie przewidywania. Jak się okazało, załapaliśmy się na liźnięcie pierwszego sztormu tropikalnego w tym sezonie. Meteorolodzy nadali mu imię Abela. Tak wczesne sztormy tropikalne wystąpiły poprzednio w 1971 i 1997 roku. To trzeba mieć szczęście… Dobrze, że wszystkim dopisywały humory i te deszczowe dni spożytkowaliśmy na odpoczynek. Nie zawsze musi świecić słońce na niebie, żebyśmy byli uśmiechnięci.


Responses

  1. Malediwy w deszczu jak widac sa rowniez urokliwe,
    pozdrawiamy A&M


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: