Napisane przez: Mariusz | 2010/07/12

mali agenci na Isabeli (07-10.07)

7. lipca godzina 7.00; dwóch ochotników (x i y Koper) stawiło się na lotnisku San Cristobal gotowych na eksplorowanie nowych lądów;

po kilkunastu minutach pojawiło się dwóch poważnych panów, którzy sprawdzili nasze bilety i zawartość bagaży; po dokładnej analizie mojego peelingu do ciała udało nam się odzyskać walizkę; po symbolicznej odprawie (jako że bramka, pod którą przechodziliśmy, nie była nawet podłączona do prądu) ruszyliśmy w stronę pasu startowego razem z pozostałą piątką pasażerów; pilot dołączył do nas, jadąc na rowerze; po załadowaniu się do awionetki pozostało nam już tylko czekać na trzy, dwa, jeden i …

czterdzieści minut później dotarliśmy do naszego hotelu; wnętrze Casa de Marita zupełnie przerosło nasze oczekiwania; widzieliście film o Fridzie? dokładnie poczuliśmy się jakbyśmy gościli u jakiejś nieeeesamowitej artystki; mnóstwo obrazów, dekoracyjne meble, a cała przestrzeń otwarta i przepełniona dziennym światłem; z kolei na tarasie witała nas już plaża, która oddzielała gości hotelowych od oceanu;

pierwszy dzień spędziliśmy na spacerze wzdłuż plaży, podczas którego natrafiliśmy na ogromne stada legwanów morskich; kiedy rozglądnęliśmy się już po okolicy, dotarło do nas, że miasteczko jest właściwie martwe; to przecież szczyt sezonu, a wszystkie bary i restauracje były puste lub zamknięte; chciałabym zaapelować do wszystkich potencjalnych turystów: tu jest NIESAMOWICIE!

następny dzień miał nam upłynąć intensywnie; udaliśmy się na „spacerek” na wulkan o drugim co do wielkości kraterze na świecie (tytuł największego krateru należy do Ngorongoro wTanzanii); niestety w hotelu nikt nas nie ostrzegł, jak wygląda droga na wulkan, dlatego nie świadomi niebezpieczeństw ubraliśmy się po prostu wygodnie; u podnóży wulkanu dotarło do nas, że sandały i buty żeglarskie nie komponują się zupełnie z błotem i śliskim podłożem; wycieczka okazała się wyzwaniem jeszcze z jednego powodu; mieliśmy tylko po małej butelce wody na osobę, a po godzinie walki z mgłą ukazało nam się słońce, które już nas nie opuściło, przez co przez pozostałe cztery godziny musieliśmy się zmagać z ogromnym pragnieniem;

na Isabeli jest więcej niż jeden wulkan; my zaczęliśmy wspinaczkę od Sierra Negra, by po dotarciu na jego szczyt iść wzdłuż krawędzi krateru w kierunku pozostałych wulkanów; w ten sposób doszliśmy do Volcano Chico, który jeszcze w 2005 roku wybuchł i pokrył lawą okoliczne tereny; ze szczytu Chico mogliśmy podziwiać cały krajobraz wyspy i Pacyfik; zachwyceni widokiem daliśmy się namówić przewodnikowi na wycieczkę do tuneli, którymi lawa wypływała do wody;

następnego dnia rano razem z naszym przewodnikiem wyruszyliśmy z małego portu jeszcze mniejszą motoróweczką w poszukiwaniu nieznanego;

na nieznane natknęliśmy się wyjątkowo szybko; ujrzeliśmy skałę pełną głuptaków; najwięcej było tu nazca boobies; od pozostałych głuptaków różnią się one wielkością; największe osobniki osiągają nawet 90 cm; dwa pozostałe gatunki to: blue-footed booby i red-footed booby, których cechy charakterystyczne, jak łatwo się domyślić, to kolor łapek;

w drodze do tuneli spotkaliśmy jeszcze mantę, największą z płaszczek, głuptaki niebieskostope i … pingwiny; jeszcze na Katharsis wszyscy żałowaliśmy, że nie wiemy, jak dotrzeć do pingwinów równikowych; żyją one tylko na Galapagos, ale została ich zaledwie garstka, więc nie każdy turysta na Galapagos otrzyma gwarancję bliskiego spotkania z nimi… a tu proszę bardzo!

postój w tunelach zaowocował kolejnymi podbojami; między kawałkami zastygłej lawy wulkanicznej zobaczyliśmy mnóstwo żółwi wodnych; zdaje się jednak, że nasza obecność ich płoszyła, także nie mieliśmy okazji bliżej się z nimi zaprzyjaźnić; w przeciwieństwie do żółwi ninja nieśmiałością nie grzeszyły głuptaki niebieskostope, które tu spotkaliśmy; pozwalały się fotografować nawet z odległości jednego metra; wydawały przy tym specyficzne świergotanie, zadzierały skrzydła do góry i jakby strzepywały coś ze swoich głuptasich nóżek; przewodnik zdradził nam, że takie zachowanie świadczy o manifestowaniu swojego zakochania;

snorklowanie też nas nie zawiodło; chociaż nie ma tu rafy, życie rybne kwitnie; rybki, które zwykle spotyka się na rafie, czyli takie płaskie i trójkątne, tutaj osiągały gigantyczne wielkości (pół metra to dużo, prawda?); spotkaliśmy też w międzyczasie super-ultra dużego homara; obeszliśmy się ze smakiem i popłynęliśmy dalej, aż natknęliśmy się na kolejną niespodziankę; pod nami przepłynął pingwin; oczywiście śmignęliśmy za nim; zaprowadził nas do całej swojej rodziny; i w ten sposób poznaliśmy aż cztery nowe pingwiny;

przewodnik zaproponował nam jeszcze jedno miejsce na snorkling, gdzie mieliśmy spotkać rekiny; długo się wzbraniałam, bo po co ryzykować życie, nie? liczne zapewnienia o bezpieczeństwie takiego nurkowania przekonały mnie ostatecznie; woda, do której wskoczyliśmy od razu wydała nam się podejrzanie mętna; odważnie jednak podeszliśmy do sprawy i podpłynęliśmy do skały, wokół której rekiny zwykle szukały swoich ofiar; rekiny whitetip rzeczywiście ukryły się w podwodnej grocie; w pewnej chwili jeden z nich wypłynął, uśmiechnął się żarłocznie i przepłynął pod naszymi brzuchami; sprawdziliśmy jeszcze czy w owej grocie nikt nie oczekuje od nas pomocy i ze spokojem brydżysty zawróciliśmy na motorówkę; dopiero wieczorem wikipedia uświadomiła nam, że igraliśmy z losem;

[dla miłośników cytatów: whitetip is responsible for more fatal attacks on humans than all other species combined]

pozdrawiam wszystkich, którzy nie sprzedali swych marzeń,
Natalia;)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: