Kanałami Patagonii


 

Po dwóch tygodniach intensywnych przygotowań w Puerto Natales byliśmy praktycznie gotowi do rejsu. Załoga była już komplecie. Pozostało nam jeszcze tylko zatankowanie paliwa w Puerto Williams, gdzie zakładaliśmy dotrzeć przed Świętami. 

Chcąc pływać po kanałach chilijskiej Patagonii trzeba wystąpić do marynarki wojennej po zezwolenie na żeglugę, określając szczegółową trasę, a następnie meldować co 12 godzin swoją aktualną pozycję. Armada bez problemu zaakceptowała nasz plan i 16 grudnia opuściliśmy Puerto Natales. 

Po kilku godzinach dotarliśmy do wąskiego Kanału Kirke. W dzień nie wyglądał tak groźnie, jak w nocy, kiedy płynęliśmy do Puerto Natales. Wpływaliśmy do niego tuż po wysokiej wodzie, dzięki czemu prąd nie utrudnił nam przejścia. 

Przez pierwszą dobę rejsu towarzyszyły nam gęste mgły, deszcz i zmienne wiatry. Mariusz postanowił zrezygnować z postoju na nocleg, skoro niewiele było widać. Popłynęliśmy nocą w strugach deszczu w kierunku szerokiej i przyjaznej Cieśniny Magellana. Miałam wrażenie, że ciężkie, stalowe chmury na dobre zadomowiły się nad Patagonią. Pogoda jest tu jednak bardzo zmienna. Drugi dzień żeglugi zaczynaliśmy jeszcze w deszczowej aurze i nic nie zapowiadało poprawy pogody, ale przed południem pogoda zmieniła się całkowicie. Chmury podniosły się odsłaniając bajeczne widoki, a ciepłe słońce pozwoliło nam złożyć Robertowi życzenia urodzinowe i wypić chilijskie bąbelki na pokładzie.

Na zwiedzanie Patagonii daliśmy sobie niecały tydzień i chcieliśmy ten czas wykorzystać jak najefektywniej, a do pokonania mieliśmy ponad 500 mil morskich. Często zatrzymywaliśmy się jedynie na kilka godzin lub wpływaliśmy w wybrany fiord, by zobaczyć niezwykłe krajobrazy i ruszaliśmy dalej w drogę. 

Urodzinową kolację Zefira przygotowaliśmy w Bahia Mussel, przy Wyspie Carlosa III w Cieśninie Magellana. Jest to jedyny w Chile morski park narodowy. U wejścia do zatoki przywitały nas wieloryby, często odwiedzające to miejsce. Jeszcze przed zmrokiem popłynęliśmy w kierunku Kanału Magdaleny. Zboczyliśmy z głównej trasy, by wpłynąć w północne fiordy Ziemi Ognistej. W 2011 roku wpłynęliśmy do wąskiego fiordu Seno Chico.

https://katharsis2.com/2011/03/05/seno-chico/.

Tym razem odwiedziliśmy bardziej spektakularny Seno Agostini. Zatrzymaliśmy się w Bahia Angelita, po czym pożeglowaliśmy w głąb Seno Agostini. Sceneria nas otaczająca była niesamowita. Byliśmy sami w towarzystwie kilku przepięknych lodowców schodzących prosto do wody. Tutaj pierwszy raz w tym rejsie natknęliśmy się na bryły z lodowców unoszące się na wodzie. Postanowiliśmy wyłowić kilka mniejszych kawałków lodu na pokład. Część trafiła do naszych szklanek, a reszta pod podłogę, gdzie zrobiliśmy tymczasową lodówkę ze świeżym mięsem. Seno Agostini rozgałęzia się na dwa kolejne fiordy. Zatrzymaliśmy się u wejścia do Seno Serrano, by spożyć kolację.

Z Seno Agostini pożeglowaliśmy Kanałem Cockburn do Kanału Brecknock. Na wysokości Caleta Becknock spotkaliśmy pierwszy w tym rejsie jacht. Popłynęliśmy dalej do Kanału Beagle’a i dotarliśmy do Fiordu Garibaldi, w którym w końcu zostaliśmy na noc. Tutaj Basia z Piotrem wskoczyli do wody na technicznego nurka – wymienili pod wodą anody i sprawdzili kadłub. Udało im się także zejść na dno, by zobaczyć las wodorostów i słynne kraby królewskie. 

Naszym kolejnym celem było Seno Pia, gdzie kotwiczyliśmy Katharsis II podczas naszego poprzedniego rejsu po Patagonii w lutym 2011 roku. 

https://katharsis2.com/2011/02/24/seno-pia/

W Seno Pia postanowiłyśmy z Darią pośmigać na nartach wodnych. Przy okazji sprawdziłyśmy też szczelność naszych kombinezonów ratunkowych. Spokojny postój wykorzystaliśmy z Mariuszem na przetestowanie naszych suchych skafandrów do nurkowania. Ostatni raz używaliśmy ich w kilka lat temu. Trzeba było sprawdzić, czy są szczelne i przypomnieć sobie nurkowanie w suchaczach. 

Z Seno Pia pożeglowaliśmy do Caleta Olla i dalej Kanałem Beagle’a do Puerto Williams. 

Kanał Beagle’a jest przepięknym miejscem. Krajobrazy są niezwykle urozmaicone – poprzez strzeliste góry z białymi szczytami, lodowce z wodospadami wpadającymi prosto do fiordu i zielone pagórki. Podczas wachty nie mogłam oderwać oczu od zmieniających się na horyzoncie obrazów. Trzeba tu jednak bardzo uważać na pogodę, gdyż warunki potrafią się zmienić drastycznie w ciągu kilkunastu minut. Podczas naszej żeglugi w Beagle’u wiatr był bardzo niestabilny. Żeglowaliśmy jedynie na żaglach przednich, by szybko móc je zrefować, jak schodziły z gór silne podmuchy. Gdy widzieliśmy na wodzie przemieszczające się wiry, wiedzieliśmy, że w każdej chwili może przyjść jeszcze silniejszy podmuch. I tak też się stało. Z niestabilnego wiatru około 20 węzłów nagle przywiało 60 węzłów. Widać było przemieszczającą się po wodzie białą ścianę. Zwinęliśmy zupełnie genuę, a podmuch wiatru przechylił jacht jakbyśmy płynęli pod pełnymi żaglami. Mariusz stojący za sterem siłował się jak w sztormie na pełnym morzu. Wiatr zrywając wodę z fal tworzył nad Kanałem Beagle’a piękną tęczę. Wyglądało to wszystko bardzo malowniczo i spektakularnie, jednak z całą pewnością groźnie, a nie sielankowo.

Do Puerto Williams dotarliśmy w niedzielę 22 grudnia. Udało nam się wpłynąć bez pilota, co jest tu wymogiem dla jachtu naszej wielkości. Stanęliśmy na kotwicy w porcie. Silny sztorm, który dał się nam we znaki w kanale ucichł na chwilę. Wychodząc z Mariuszem z budynku kapitanatu zauważyliśmy czarne chmury i błyski piorunów nad Wyspą Navarino. Ledwo zdążyliśmy dopłynąć na jacht, gdy rozpoczęła się kolejna odsłona sztormu. Kotwica puściła i musieliśmy powtarzać jeszcze dwukrotnie manewr kotwiczenia.

Mieliśmy tylko poniedziałek by załatwić przed Świętami formalności i zorganizować paliwo. Nie brakło nerwów. Najpierw okazało się, że musimy mieć jednak pilota, by przenieść jacht do nowego portu rybackiego na tankowanie. Na całej wyspie nie można było znaleźć pilota więc wystąpiliśmy z prośbą o wyjątek. Udało się, ale cysterna z ropą dla nas dotarła na nabrzeże dopiero w Wigilię o godzinie 18. Pomiędzy przygotowaniami do uroczystej kolacji, tankowaliśmy zbiorniki i robiliśmy ostatnie zakupy przed dwumiesięcznym rejsem. 

Był to niezwykle pracowity i wyczerpujący dzień. Na szczęście zdążyliśmy ze wszystkim na czas i wraz z pierwszą gwiazdką (po 22.) podzieliliśmy się opłatkiem i zasiedliśmy do Wigilii. Udało się nam przygotować 12 potraw. Każdy mógł się wykazać kunsztem kulinarnym. Na rozpakowanie prezentów nie starczyło nam już sił wieczorem i zgodnie z amerykańskim zwyczajem zajrzeliśmy pod choinkę w pidżamach w świąteczny poranek. Na godzinę 14. zapowiedziane mieliśmy w Armadzie opuszczenie Puerto Williams, więc nie było już czasu na celebrowanie Bożego Narodzenia. Czas było ruszać w morze. Po południu 25 grudnia oddaliśmy cumy i wraz z Katharsis II udaliśmy się w kierunku Antarktydy.

Kategorie:Ameryka Południowa, Chile, Nurkowanie

3 komentarze

  1. Dobrych wiatrów i dobrych chwil w 2020!!

    Czytam ten blog regularnie od Waszej Pętli Antarktycznej i jestem Waszym wielkim fanem!!
    Piękne zdjęcia, przygody i myślę, że piękni ludzie 😉

    Jeszcze raz wszystkiego dobrego!!!

    Basia Miczko

    PS. Zazdroszczę nieprzytomnie!

  2. Hej Załogo !
    Intensywnie tam u Was , nie ma co gadać. Ale rok kończycie i zaczynacie na wodzie , więc to wszystkie te trudu rekompensuje. Bądżcie zdrowi , uważajcie na siebie i konsekwentnie realizujcie swoje plany i marzenia. Pozdrawiam , Krzychu.

  3. Dużo zdrowia,realizacji fascynujących marzeń, pomysłów i podróży w całym 2020 r. życzą fani z Inowrocławia.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: