Napisane przez: Hanuś | 2012/10/06

Northwest Passage – trochę liczb i podsumowań

W Vancouver zakończyła się nasza wyprawa Northwest Passage 2012. Mariusz zakładał, że zaczniemy na początku lipca w St. John’s w Nowej Fundlandii, a zakończymy do 30 września w Vancouver w Kolumbii Brytyjskiej. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. W trakcie rejsu dokonywaliśmy oczywiście modyfikacji trasy, czy terminów wypłynięcia z poszczególnych miejsc, ale tak to już jest na morzu, gdzie zawsze trzeba się liczyć z Neptunem i jego nastrojem, a tym samym pogodą i warunkami panującymi poza portem. Samo przejście Północno-Zachodnie liczy się umownie (według Amudsena) od wejścia w cieśniny kanadyjskiej Arktyki do Fairway Rock w Cieśninie Beringa. My mówimy jednak o całej wyprawie, gdyż nie można się po prostu teleportować jachtem do miejsca A, tylko trzeba tam dopłynąć. Można powiedzieć, iż płynięcie do Arktyki zaczęliśmy po opuszczeniu Puerto Morelos na początku maja, kiedy to zostawiając za rufą Meksyk obraliśmy kurs na północ, a zakończymy już za parę dni w San Diego. Od maja jestem nieprzerwanie na pokładzie Katharsis i jest to dla mnie jeden rejs. Do tego najdłuższy w moim żeglarskim życiu, bo trwający 155 dni, w którym przepłyniemy 11560 mil morskich. Gromadzenie zapasów rozpoczęliśmy jeszcze w Nowym Jorku w polskiej hurtowni żywności i alkoholu. Praktyczne przygotowania do Northwest Passage zaczęły się już w Halifaxie pod koniec czerwca, gdzie wystartowaliśmy z akcją zaprowiantowania łódki. Zaopatrzyliśmy się tam w większość suchego prowiantu oraz mięs i owoców morza, które trafiły do zamrażalnika. Do Mariusza i do mnie do Halifaxu jako pierwszy z uczestników wyprawy dołączył Michał. Po załadowaniu ponad 800 kilogramów żywności ruszyliśmy do St. John’s, gdzie 5 lipca dolecieli z kraju kolejni członkowie załogi: Tomek, Robert, Marek i Wojtek. W tym składzie, po dorzuceniu jeszcze prawie 400 kilogramów świeżynki, 40 kilogramów polskich kiełbas dostarczonych samolotem z Toronto oraz zrobieniu 72 słoików z mięsami na obiady (nasze weka) oraz 12 słoików z pasztetem z indyka, zanatkowaniu łódki do pełna (2000 litrów w zbiornikach oraz 240 litrów w beczkach na pokładzie) i usunięciu wszystkich drobnych usterek ruszyliśmy 12 lipca 2012 roku siedmioosobową ekipą w rejs przez wody Arktyki. Na Grenladnię niespodziewanie dolecieli do nas kolejni uczestnicy – Kuba, który był z nami do końca wyprawy oraz Roma z Martyną, które przepłynęły z Ilulissat do Cambridge Bay w Arktyce (na pokładzie Katharsis II od 27 lipca do 18 sierpnia).

Dla mnie wyprawa dzieli się na następujące etapy: baśniowy w Grenlandii, lodowy w Arktyce, sztormowy na Morzu Beringa i sielankowy w Kolumbii Brytyjskiej. Wszystkie one mają swój niepowtarzalny urok i według mnie nie da się ich porównać. Nie potrafię wskazać jednoznacznie, które miejsce było najpiękniejsze, a który moment najmilszy. Każdy dał mi inne przeżycia i nauczył różnych rzeczy. Ale niewątpliwie wszystkie miejsca i spędzony na morzu czas – od Nowej Fundlandii do Vancouver tworzą dla mnie całość. Pomimo takiej różnorodności, zarówno krajobrazowej, jak i pogodowej poznanie i zobaczenie tego ogromnego kawałka naszego globu daje mi poczucie przeżycia i uczestniczenia w Northwest Passage.

Zaczynaliśmy piękną pogodą w Trinity Harbour, gdzie 14 lipca ostatecznie pożegnaliśmy się z Nową Fundlandią i pożeglowaliśmy na Grenlandię, do brzegów której dopłynęliśmy 17 lipca. Dwutygodniowy pobyt na Zielonej Wyspie to czas łapania ryb, podziwiania fiordów, lodowców i gór lodowych. Tutaj też przeżyliśmy pierwszą prawdziwą przygodę z lodem w Ilulissat, kiedy to białe siły uwięziły nas w porcie. Niesamowite krajobrazy i majestatyczne góry lodowe Grenlandii zostawiliśmy za rufą Katharsis II 1 sierpnia, by po 4 dniach żeglugi przez wody Zatoki Baffina dotrzeć do Cieśniny Lancastera. Minięcie Przylądka Sherard 5 sierpnia to początek przedzierania się przez groźne i tajemnicze wody Arktyki. Daleka dla mnie Północ okazała się bardzo pięknym i urozmaiconym krajobrazowo miejscem, czego szczerze mówiąc wcale się nie spodziewałam. Wyobrażałam sobie, że przez kilka tygodni patrzeć będę na wody poprzecinane lodem i nizinne lądy otulone pokrywą śnieżną. Już pierwsze chwile w Arktyce zmieniły moje wyobrażenia, gdy na horyzoncie wyłoniła się Wyspa Devon ze swymi stromymi klifami. Płynąc wzdłuż jej brzegów podziwiałam nie ziemsko wyglądające zbocza wyrzeźbione przez surowy klimat. Tutaj przedzieraliśmy się przez pola lodowe i przywitał nas niedźwiedź polarny, których potem spotkaliśmy jeszcze kilka. Na Arktycznej ziemii po raz pierwszy stanęliśmy na Beechey Island w Erebus and Terror Bay, gdzie zimowała wyprawa Franklina. Na szczycie wzniesienia tej wyspy znaleźliśmy miejsce dla naszego przyjaciela Kuby Podróżnika. Następne kilkanaście dni to emocjonujące chwile wypatrywania lodu, wielorybów i niedźwiedzi oraz odwiedzanie miejsc wcześniej poznanych przez wielkich polarników. Zatrzymaliśmy sie w Pasley Bay, gdzie zimował wraz ze swoją załogą Henry Larsen oraz zostawiliśmy po sobie ślad w Fort Ross. Najtrudniejsze lodowo chwile przeżyliśmy w Cieśninie Wiktorii, kiedy lód dosłownie otaczał nas z każdej strony i zaczynał powoli więzić. Na szczęście udało nam się znaleźć przejście w lodach i bezpiecznie dopłynęliśmy do Cambrigde Bay. Wraz z opuszczeniem tej jedynej odwiedzonej przez nas osady innuickiej w Arktycznej Kanadzie pożegnaliśmy się z lodami, by stawić czoła sztormom na morzach Beauforta, Czukockim i Beringa. Po 25 dniach od wpłynęcia w Cieśniny Arktycznej Kanady, dokładnie 30 września mijając Fairway Rock, świętowaliśmy symboliczne zamknięcie Przejścia Północno-Zachodniego. Była to cudowna chwila. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi i razem przeżywaliśmy to ważne dla nas żeglarskie dokonanie. Jednak na morzu wciąż trwał rejs i walka z żywiołem. Domknięcię Northwest Passage i ostateczny uścisk dłoni kapitana nastąpił w porcie na Aleutach. Dopłynięcie do Dutch Harbor to zamknięcie także etapu sztormów, z wiatrami powyżej 40 węzłów i falami wielkimi jak domy. Droga do Vancouver i żeglowanie po Kolumbii Brytyjskiej to już chwile spokoju, relaksu i wyciszenia. Poziom adrenaliny podnosiły nam jedynie świeże ślady niedźwiedzich łap, zostawione na plażach, po których spacerowaliśmy.

Trasa Katharsis II NWP 2012


Nasza wyprawa trwała 76 dni, w trakcie których przepłynęliśmy 7577 mil morskich. Przeliczając ten dystans na kilometry wychodzi 14032, co daje w przybliżeniu 20-krotność trasy z Gdańska do Zakopanego. Od wypłynięcia z St. John’s do zacumowania w Vancouver zatrzymaliśmy się w 28 miejscach, w tym w 1 jeszcze w Nowej Fundlandii, w 6 na Grenlandii, w 8 w Arktyce, w 13 w Kolumbii Brytyjskiej. Sumując godziny postoju daje to 32 doby w portach lub na kotwicowiskach. Silnik i generator pracowały odpowiednio 520 i 245 godzin, spalając 7300 litrów ropy (w zużyciu paliwa swój udział miało także ogrzewanie, które pobiera na godzinę 2 litry paliwa, jednak nie da się określić, ile godzin pracowało w czasie od 12 lipca do 26 września).
Z zapasów, które przygotowaliśmy na wyprawę wiele rzeczy jeszcze zostało i będą nam one przypominać Arktykę przez najbliższe miesiące. Chociaż pewnie lepiej, że zostało trochę jedzenia, niż miałoby zabraknąć. Makarony, kasze, czy puszki mogą z nami jeszcze długo pływać, a całe zapasy świeżej żywności zostały spożytkowane. Ostatnią cebulę (z 56 kilogranów załadowanych w St.John’s) skroiłam do jajecznicy przygotowawanej na śniadanie z okazji dopłynięcia do Vancouver. Świetnie sprawdził się patent trzymania masła w słoiczkach, gdyż nie popsuło się do końca, a miejsca w zamrażarce na 20 kg tego smarowidła nie mieliśmy. Po stanie zapasów mogę powiedzieć, że byliśmy niezmiernie mięsożerną załogą. Podczas rejsu uporaliśmy się z ponad 90 kilogramami mięsa oraz około 60 kilogramami złowionych i dokupionych ryb i owoców morza. Dużym powodzeniem cieszyły się także jajka. Zjedliśmy ich ponad 800 sztuk (na szczęście na Grenlandii i na Aleutach udało sie uzupełnić ich zapasy, gdyż z Nowej Fundlandii zabraliśmy raptem 540 sztuk).

Rejs uważam za ogromny sukces żeglarski. Główne trofea należą się Mariuszowi, jako kapitanowi, a także pomysłodawcy i organizatorowi tej wielkiej dla mnie wyprawy. Jednak pozwalam sobie nam wszystkim, czyli całej załodze, pogratulować, że daliśmy radę i mieliśmy z tego niekończącą sie radość i przyjemność. Jest to też sukses, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie i współżycie ze sobą różnych charakterów i poglądów. Powierzchnia łódki, nawet tak dużej jak Katharsis II, to zawsze ograniczona przestrzeń, na której przez długi, nieprzerwany czas żyje ze sobą kilka osób. Udało nam się dopłynąć w zgodzie i w pełnym składzie do celu. Dopiero pod koniec pojawiły się małe napięcia, ale myślę, że było to już zmęczenie materiału i u niektórych potęgująca tęsknota za domem i bliskimi. Może i brak papierosów oraz piwka pod koniec nie pomagały. Całość zakończyła się pozytywnie i wszyscy czule się żegnaliśmy. Nikt nie chciał wyskoczyć za burtę, ani nie zrodziły się konflikty, w wyniku których pojawiliby się zaciekli wrogowie i trwałe podziały. Rozstawaliśmy się jako zgrana załoga żeglarska i zżyta ekipa, no może czasem bardziej, a czasem mniej.
Gdzieś ciągle pokutuje, że jestem płci żeńskiej i nie mógł to być do końca męski wyczyn i męska wyprawa. Jako stały członek załogi brałam udział w całym przedsięwzięciu od samych jego początków aż do najdalszego portu. I to nie wszystkim niestety odpowiada zwłaszcza wtedy, gdy wyrażam swoje zdanie w tematach żeglarskich. Nie jest łatwo być traktowanym, jak przysłowiowa blondynka, którą z resztą jestem. Ale jakoś sobie z tym radzę, przede wszystkim dzięki osobom, które nie mają tak, nazwę to, specyficznego podejścia do roli kobiety we współczesnym świecie. Na szczęśnie osoba, dzięki której to wszystko się odbyło, odbywa i która spełnia marzenia, nie tylko moje, ale także wielu innych osób, nie neguje obecności kobiet na pokładzie i mam tu swoje miejsce oraz czuję się potrzebna i przydatna. Jestem niesamowicie wdzięczna Mariuszowi, że mogłam po raz kolejny przeżyć razem z nim, na pokładzie wspaniałej Katharsis II, tak cudowną przygodę. Dla mnie każdy dzień na morzu to wspaniałe przeżycie i cieszę się każdą chwilą tu spędzoną. Ostatnio na nocnej wachcie po raz chyba setny zachwycałam się fosforyzującym planktonem, który mienił się w fali rozbijającej się o burtę łódki. Dzień wcześniej oczarowało mnie niebo, jakże inne niż przedwczoraj… I tak to już jest, że każda doba jest inna, morze i niebo wciąż się zmieniają i nie pozwalają znudzić się swoim widokiem. Wielka woda ciągle mnie fascynuje i pociąga. Nigdy się chyba nie zgodzę z opinią, że morze to nuda, bo ciągle woda i woda, fale i fale. To jest nieprzenikniony dla mnie żywioł, który wciąż pozwala się odkrywać na nowo. Zachwyca, porywa, a w miom przypadku uzależnia.

Chciałabym bardzo podziękować dobrym duchomom naszej wyprawy, czyli tym wszystkim którzy nam kibicowali i przeżywali z nami tą wspaniałą przygodę czytając bloga. Niestety nie na wszystkie komentarze i wiadomości udawało mi się na bieżąco odpisywać, ale za wszystkie dobre słowa dziękuję. Komenarze od Was oraz frekwencja na blogu mobilizowały mnie do systematycznego przeglądania zdjęć oraz dzielenia się naszymi przeżyciami i bieżącego publikowania relacji z rejsu.

Zakończył się pewien etap, konkretna wyprawa. Ale to nie koniec naszych przygód. Mariusz już przegląda atlasy i przewodniki, planując kolejne trasy dla Katharsis II. Dalej będziemy pływać i poznawać świat z perpektywy mórz i oceanów. Nasz blog będzie żył z nami.

Zamieszczam klip, przygotowany przez Mariusza. Nie sposób w tak krótkim czasie przejrzeć około 3000 ujęć, składających się na ponad 55 godzin materiału filmowego (to zadanie dla Zefira…). Niemniej chcieliśmy w ramach krótkiego podsumowania pokazać kilka obrazów z naszej wyprawy. Najpierw prezentujemy część pierwszą obejmującą ujęcia z Grenlandii. Część druga jest w przygotowaniu. W klipie Mariusz wykorzystał szantę „Nordwest Passage” w wykonaniu Smugglersów. Mała zmiana… Próbowałam zamieścić klip, ale niestety nie udało się to przez Interent satelitarny. Dołączę go jak tylko dopłyniemy i będę miała dostęp do szybkiego łącza.Będzie to w poniedziałek lub wtorek.


Responses

  1. Hanuś, zrobisz kiedyś z bloga książkę ? Obiecaj proszę, tego nie można nie pokazać światu.
    Pozdrawiam,
    Aduś

  2. GRATULUJEMY. DZIĘKUJEMY. ŻYCZYMY POMYŚLNOŚCI. I czekamy na cd. 🙂

  3. Gratulacje raz jeszcze i wielkie dzieki ze pozwalacie nam choc na ekranie uczestniczyc w Waszym odkrywaniu swiata!
    Stopy wody i czekam z wytesknieniem na kolejne „odcinki”

    P.S. Cyklady byly wspaniale, choc to tylko tydzien byl 🙂

  4. Gratuluję i bardzo się cieszę, że mogłam, razem z Wami, uczestniczyć w tym rejsie. Była to najpiękniejsza przygoda w moim życiu. Dziękuję Wam ŚLICZNIE 😀
    Pozdrawiam Martyna 😀
    Buziaki ze Szczecina

  5. napisze krótko dzięki

  6. Wszystkie wpisy były niezwykle interesujące, to najciekawsze lekcje geografii
    jakich kiedykolwiek doświadczyłam.
    Zazdroszczę Wam pasji 🙂
    Dane statystyczne zawarte w dzisiejszym blogu są
    imponujące – zawsze podziwiałam Wasze zdolnosci logistyczne.
    Ja też będę czekała na cd

  7. Hanuś – dzieki Tobie i Mariuszowi teraz kazdy dzien zaczynam od zerkniecia na Wasz blog i na nowe wpisy i zdjecia.
    Poprostu jestem juz uzalezniony 🙂
    Gratulacje !!!

  8. absolutnie proszę nie wracać do domu i pływać dalej 🙂 Tu się czeka na kolejne opisy i zdjęcia! Z niecierpliwością 🙂 Gratuluję z całego serca!

  9. Gratulacje ogromne!!!! i wielki szacun dla całej ekipy
    Haniu!!! Dla mnie jesteś mega odważna i zapewne masz więcej „jaj” niż niejeden facet, przecież to widać, słychać i czuć 🙂 więc niech panowie nie marudzą 😉
    Dla mnie i kilku moich koleżanek jesteś totalnie niesamowita. Ciesz się tymi przygodami, nikt ci już tego nie odbierze.
    Jestem bardzo ciekawa co dalej. Nie przestawajcie pisać. Wasz blog to mój nałóg.

  10. Hanuś,

    Szczere gratulacje ze ten wielki, żeglarski wyczyn. A drugie gratulacje za te wiele dni na morzu z dala od domu. Zyczę Ci Hanuś dalszych, nawet jeszcze większych sukcesów. Baw się, korzystaj z życia i przyjemności jaką daje Ci pływanie. No i nie zapominaj o pisani – czytam zawsze 🙂

    ps. czekam na jakiś kolejny piękny album… Ten z Galapagos zajmuje szczególne miejsce u mnie na półce..

    Pozdrawiam,
    Paweł Premicz

  11. Łał !!! Podane przez Was dane tak jakoś wypełniają przyziemnością ten wyczyn ale jednocześnie staje się przez to bardziej materialny. raz jeszcze gratuluję Wam tego niewątpliwego Sukcesu. ale żeby nie było Wam za dobrze ja również się pochwalę , zakończyłem mój sezon MTB na 23 miejscu w generalce, startowałem w 12 zawodach, i przejechałem 5300 km na rowerze. skoro już się pochwaliliśmy to na razie i do zobaczenia 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: