Napisane przez: Hanuś | 2013/05/12

Dotarliśmy do Archipelagu Gambier

Ostatnia doba rejsu okazała się bezwietrzna. W czwartek popołudniu wiatr zaczął cichnąć, a o północy zmuszeni byliśmy zrzucić żagle i już do samego celu ciągnąć na silniku. Piątkowe warunki pogodowe, czyli brak wiatru i spokojny ocean, sprzyjały przygotowaniom do spotkania z cywilizacją. Udało nam się wyszorować pokład po dwutygodniowej żegludze i posprzątać pod pokładem.
Niestety zabrakło nam niespełna dwóch godzin, by do Archipelagu Gambier dotrzeć przed zmrokiem. Popołudniu na horyzoncie wyłoniły się zarysy wysp, ale w przesmyk prowadzący do wnętrza atolu wpływaliśmy już po ciemku (o 1900). Noc była niezwykle ciemna. Z piątku na sobotę księżyc był w nowiu i nie mogliśmy liczyć na jego pomoc. Podejście na kotwicowisko przy głównej wyspie Mangareva wije się między zdradliwymi koralowcami i wypłyceniami. Mariusz nie chcąc ryzykować spotkania z którąś z tych przeszkód lub zupełnie nieoświetlonymi łódkami na kotwicach (niestety żeglarze czasem zapominają o włączeniu świateł kotwicznych, myśląc może, że świetnie ich widać…) zdecydował się przeczekać przy rafie wewnątrz atolu. Wolno przepłynęliśmy kilka mil od południowego wejścia do środka i o 2045 w piątek 10 maja po 15 dniach i 6 godzinach żeglugi, pokonaniu 3000 mil morskich rzuciliśmy kotwicę.W nocy zupełnie nie wiało, więc to słabo osłonięte miejsce dawało nam wystarczające schronienie. Rano przenieśliśmy się na kotwicowisko przy Ritikea na Mangarave, gdzie popołudniu spotkać się mieliśmy z dolatującym do nas Piotrkiem. Jest to jeden z trzech pozytywnie zakręconych nurków, których poznaliśmy na Antarktydzie w styczniu 2010 roku.
Archipelag Gambier położony jest na południowy-wschód od Tuamotu i Wysp Stowarzyszanych Polinezji Francuskiej. Od Tahiti oddalony jest o 900 mil morskich. Pierwsi Polinezyjczycy przybyli na wyspy najprawdopodobniej z Markezów w XIIIw. W historii Europejczyków istnieje od 1797 roku, kiedy to odkrył je kapitan Wilson na statku Duff. Swoją nazwę archipelag otrzymał od nazwiska organizatora tej ekspedycji. Wcześniej na wyspy zawitał najprawdopodobniej angielski pirat Edward Davis w 1687 roku.
Mieszkańcy archipelagu przeżyli ciężkie czasy podczas chrystianizacji, jakiej na tych terenach podjęli się Jezuici. W latach ich panowania od 1834 do 1871 populacja zmalała z przeszło 5000 do 463 (liczba mieszkańców odnotowana w 1871, gdy przełożony misji i pomysłodawca działań na Gambier ojciec Honore Laval został oddalony na Tahiti). Polinezyjczycy zmuszani byli do ciężkich prac przy budowie katedry na Mangarave, dziewięciu innych kościołów na pozostałych wyspach archipelagu oraz kaplic, wież widokowych, nabrzeży, budynków mieszkalnych i innych niezbędnych, jak się wydawało ojcu Laval, zabudowań. Do zagłady większości społeczności lokalnej przyczyniły sie także choroby przywożone na wyspy przez wielorybników i innych Europejczyków. Działania Jezuitów przyczyniły sie także do zniszczenia wszystkich symboli i pamiątek związanych z wierzeniami lokalnej ludności.

Dzisiaj jedyną na stałe zamieszkałą wyspą jest Mangarave. W Ritikea żyje około 1000 Polinezyjczyków. Zajmują się oni głównie hodowlą czarnych pereł. Na własne potrzeby uprawiają warzywa i owoce. Turystyka nie rozwinęła się tu. Nie ma żadnego hotelu, ani nawet większego pensjonatu, a jedynie dwa domy z pokojami gościnnymi (po 2-3 pokoje w każdym). Raz w miesiącu przypływa z Tahiti statek z zaopatrzeniem, a jeden mały samolot ląduje raz w tygodniu. Takim właśnie sobotnim lotem dotarł do nas Piotr, z którym udaliśmy się na popołudniowy spacer po wiosce. Już z pokładu Katharsis podziwialiśmy bujną zieleń wyspy, ale dopiero będąc na lądzie można się było wszystkiemu przyjrzeć. Ilość drzew i kwiatów jest oszałamiająca. A do tego z każdego najmniejszego listka czy płatka tryska intensywność tej flory. Miejsce jest zaczarowane, jak cała z resztą Polinezja.

Niestety poza bujną przyrodą niczego innego tu nie ma. Nawet z dokupieniem świeżynki będziemy mieli problem, gdyż w sklepie się tego po prostu nie nabywa. Mieszkańcy mają warzywa i owoce we własnych ogródkach. Gdy zobaczyłam na drzewach pomelo, które tak bardzo lubię, od razu zapytałam się w sklepie, gdzie można takich trochę kupić. Sprzedawca nie za bardzo mógł mnie zrozumieć, ale z pomocą przyszedł mi Francuz, robiący akurat zakupy. Gdy wyjaśnił o co mi chodzi, sprzedawca nadal miał zdziwioną minę… Mój tłumacz wytłumaczył mi, że oni nie sprzedają owoców. A jeśli mam ochotę na pomelo, to mam zapytać właściciela posesji , na której drzewo rośnie i na pewno mnie poczęstuje… Sklepikarz zaraz zaprowadził mnie na swoje podwórko, gdzie nazbierałyśmy z Basią kilka dojrzałych owoców. Ale wciąż nie mamy świeżych pomidorów, jabłek i innych smakołyków. Chyba będziemy musieli się bez nich obejść przez jakiś czas. Większy dostęp do świeżynki mieliśmy na Grenlandii, czy w Arktyce w Cambridge Bay… Na Galapagos również nic nie dało się dokupić. Mamy jeszcze kilkanaście pomidorów z Kostaryki, które fantastycznie się trzymają. Póki co złożyliśmy zamówienie na jajka. Mamy nadzieję, że uda nam sie ich trochę tu kupić – mają być na poniedziałek rano. Pewnie sklepikarz zbiera je w weekend od mieszkańców. Ile ich będzie, tego nie wiemy, ale z pewnością mniej niż 100, a tyle nam by się marzyło dostać.
Z paliwem też nie jest najlepiej…. Niestety przez bezwiatrową pogodę zużyliśmy go znacznie więcej niż planowaliśmy. Na Tahiti, gdzie bez problemu można zatankować łódkę, będziemy dopiero pod koniec maja. Przez najbliższe tygodnie zamierzamy żeglować pomiędzy małymi i często niezamieszkałymi atolami Taumotu, gdzie na stację paliw z pewnością nie natrafimy. Tutaj też takowej nie ma. Mieszkańcy mają beki z paliwem, które dostarcza przypływający raz w miesiącu statek. Nasz sklepikarz ma nam poza jajkami także zorganizować ropę na poniedziałek. Nie ukrywam, że ilość 500 litrów, o które poprosiliśmy nieco zszokowała tubylców. Cena za ten deficytowy towar, jak łatwo się domyślić, nie będzie specjalnie konkurencyjna, ale karta przetargowa jest tylko po jednej stronie… Oby tylko pożądane towary były jutro dostępne.
Jest niedziela 12 maja 2013 roku, godzina 1400. Stoimy na kotwicy przy Rikitea, Mangarave, Archipelag Gambier. Nasza pozycja: 23st.07min.S, 134st.58min.W. Zaraz ruszamy na pierwszego nurka. Ciekawe co uda nam się zobaczyć…


Responses

  1. Zawitaliscie do raju na ziemi, wiec i o rope trudno 😉
    Ciesze sie ze przelot przez ocean minal Wam zgodnie z nazwa tego oceanu, teraz pora na odkrywanie raju…
    Czekam(y) na smakowite relacje!

  2. MILO WIDZIEC MOJEGO KOLEGE CALO I ZDROWO WSROD ZALOGI KATHARSIS II, WIERZE ZE BEDZIE ROWNIE GODNIE REPREZENTOWAL NURKOW Z ARCTOWSKIEGO , POZDRAWIAM TADEUSZ

  3. Miejsce na pewno kultowe. Jedno pytanie nie daje mi spać. Czy lepiej smakował Alaskan w Dutch Harbour czy Hinano w Rikitea?
    Co za świat – piwo bez problemu, a ropa i warzywa – jak widać.
    Udanych nurków.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: