Napisane przez: Hanuś | 2013/10/07

Powracamy do rejsu – Maupiti

Po powrocie Mariusza na Katharsis planowaliśmy jak najszybciej kontynuować nasz rejs. Czas zaczynał już naglić, gdyż przed nami mnóstwo mil do przepłynięcia. W połowie października na Samoa, którą dzieli od Bora Bora ponad 1200 mil morskich dolecieć ma do nas kilka osób. Początkowo planowaliśmy odwiedzić po drodze trzy wyspy z Archipelagu Wysp Cooka i Pago Pago w Amerykańskiej Samoa. Z tych atrakcji, z uwagi na uciekający czas, zostawiliśmy sobie tylko Atol Suwarrowa.
Jednak nie tak łatwo było oddać cumy. W środę, zaraz po przylocie Mariusza, na pokładzie Katharsis doszło do spotkania z rodakami przy porannej kawie. Wpadły do nas załogi jachtów Tapasya, Teoś i czarterowanego katamaranu. Nie zabrakło morskich opowieści. Wieczorem z kolei żegnaliśmy się na pokładzie Tapasya, a następnego dnia, chociaż mieliśmy już być w morzu, wpadliśmy w ciągu dnia na pożegnalnego drinka do kultowego baru – Bloody Mary’s, gdzie przy barze słychać było jedynie rozmowy po polsku.
Nie tylko miłe spotkania towarzyskie przesuwały moment oddania cum z bojki przy Klubie Jachtowym Maikai. Parę spraw technicznych na łódce opóźniało wypłynięcie Katharsis II, przede wszystkim awaria komputera jachtowego. W zeszłym tygodniu padł jego dysk twardy, a tym samym między innymi połączenie z Internetem przez satelitę. Kotwicząc blisko cywilizacji, można sobie jakoś radzić. Zazwyczaj daje się gdzieś złapać darmowy sygnał WiFi lub znaleźć kafejkę internetową. Jednak w morzu, sprawy mają się inaczej – satelitarne łącze to najlepszy sposób na uruchomienie Internetu (można jeszcze przez radio, ale kiepsko to działa). Bez Internetu można funkcjonować, ale do takich spraw, jak chociażby ściąganie Gribów pogodowych, jest niezbędny. No i jeszcze kwestia wysyłania wieści na bloga…. Mariusz lubi by wszystko działało i chciał to naprawić, a wymagało to kilku zabiegów, jak instalowanie, ustawianie, przeprogramowywanie itd. … Na szczęście Internet odpalił.
Do tego trzeba było trochę odpocząć przed rejsem. Mariusz był nieco skołowany – miał co odsypiać. Podczas jednego tygodnia spędził ponad 70 godzin w samolotach i kilkanaście w samochodzie. Poza tym stresy związane ze stanem zdrowia jego siostry spalały go.
Po dwóch dniach od Mariusza powrotu na Katharsis II, czyli 4 października po 9 rano opuściliśmy Bora Bora. Jedynym postojem w drodze do Apia na Samoa miał być należący do Wysp Cooka, oddalony o 680 mil Atol Suwarrowa. Jednak plany są po to, żeby je zmieniać… Zaraz po wyjściu z laguny, Mariusz stwierdził, że na kilka godzin zatrzymamy się jeszcze przy Maupiti. Jest to górzysta wyspa otoczona podobnie jak Bora Bora turkusową laguną i oddalona od niej o zaledwie 30 mil. Czytaliśmy, że jest to przepiękna wyspa – podobna do sąsiadki, czyli Bora Bora, z tą różnicą, że bez turystów! Przewodniki żeglarskie straszą wąskim i przez to niebezpiecznym wejściem do laguny, zwłaszcza przy wiatrach południowych, które tworzą trudne do sforsowania fale. Jest ono (jedyny przesmyk znajduje się na południu – Onoiau Pass) jednak świetnie oznakowane i przy zachowaniem zasady wchodzenia przy stojącej wodzie, w celu uniknięcia silnych i zdradzieckich prądów oraz stromych fal, można bez problemu dostać się do wnętrza laguny. Trudno było oprzeć się pokusie wpłynięcia do środka, zwłaszcza że mieliśmy idealną pogodę – lekka bryza z kierunku wschodniego i słoneczne niebo. Po 4 godzinach byliśmy na miejscu.
Już pierwsze widoki, jakie ujrzeliśmy uświadomiły nam, że przypłynięcie na Maupiti było słuszną decyzją. Szkoda, że podczas tylu wizyt na Bora Bora, dopiero teraz odkryliśmy to przepiękne miejsce! Ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale.
Zakotwiczyliśmy na wschód od przesmyku przy Motu Pitahe gdzie stały już trzy inne jachty znane nam z Moorea i Bora Bora. Jak to powiedziała Rebecka, żeglująca po świecie z mężem i dwójką dzieci – „przemieszczające się sąsiedztwo“. Po wycieczce pontonowej w głąb laguny i spacerze po tutejszej plaży, nasze plany uległy zmianie po raz kolejny… Zamiast zostać na Maupiti na trzy godziny, zabawiliśmy do następnego popołudnia. A to za sprawą królewskich mant, które odwiedzają stację czyszczącą nieopodal miejsca, w którym rzuciliśmy kotwicę.
Przed zachodem słońca na Maupiti dotarł także Wojtek. Popłynęliśmy pontonem na spotkanie z nim. Gdy witaliśmy go na wejściu do laguny był bardzo zdziwiony! Jak tylko zakotwiczył nieopodal Katharsis wyciągnęliśmy go na plażę na drinka przy zachodzie słońca, na którego umówiliśmy się z załogami sąsiadujących z nami jachtów. Wieczorem urządziliśmy sobie w trójkę morską ucztę. Wojtek poczęstował nas wyśmienitą zupą rybną z mahi mahi, a Mariusz przygotował swoje pokazowe risotto z krewetkami i prawdziwkami.
Po śniadaniu, do którego dołączyli oprócz Wojtka także Steve i Claire z Oystera 55 Almacantar zeszliśmy pod wodę. Na Bora Bora kilkakrotnie nurkowaliśmy w poszukiwaniu mant z umiarkowanym sukcesem. Te ogromne płaszczki preferują mętną wodę i trudno je w niej wypatrzeć. Kilkakrotnie mignęły nam gdzieś w toni. Widoczność po wodą na Mautipi również sprzyjała mantom – wynosiła mniej niż 10 metrów. Po godzinie kręcenia się w kółko przy kilku koralach chcieliśmy już się poddać, gdy nagle naszym oczom ukazało się ogromne ciało królewskiej manty. Wyjątkowo nie dała się spłoszyć i mogliśmy przez kilka minut nacieszyć nasze zmysły jej obecnością. Pływała z majestatyczną godnością. Piękny i niezapomniany widok, wynagrodził nam nurkowanie w mętnej wodzie.
O 1500 w sobotę wyruszyliśmy w końcu w morze. Wschodni wiatr z lekką nutką północnego nie dawał nam możliwości płynięcia po wyznaczonym kursie. Musieliśmy trzymać się 15-30 stopni powyżej obranej trasy. Do tego słaby wiatr pozwalał nam na płynięcie z prędkością zaledwie 6 – 7,5 węzłów. Nie wróżyło to szybkiej i przyjemnej żeglugi. Wiatr wzmógł się pierwszej nocy. Ale nie był stabilny. Wiał spod deszczowych chmur, zmieniając prędkość (od 8 do 30 węzłów) i kierunek (od północnego do południowo-wschodniego). Umęczyliśmy się, czujnie reagując na każdą zmianę. Płynęliśmy niezłym zygzakiem. W niedzielę wiatr siadł do 10 – 12 węzłów, a rozbujały ocean trzepotał naszymi żaglami. Nie było innego wyjścia, jak całkowicie zrzucić żagle i odpalić silnik. Ale mamy nadzieję, że jeszcze pożeglujemy, słuchając jedynie szumu fal i wiatru, mimo nie najlepszych prognoz.
Jest poniedziałek 7 października 2013 godzina 0400 (UTC-10, 12 godzin różnicy do czasu polskiego). Nasza pozycja: 14st.48min.S 156st.35min.W. Wieje wschodni wiatr o sile 16-18 węzłów. Płyniemy kursem 280 z prędkością 7,5 węzła. Do naszego pośredniego celu, czyli Atolu Suwarrowa mamy jeszcze 390 mil morskich.


Responses

  1. Śledzimy zdrowie ROMY codziennie , trzymamy kciuki, modlimy sie, buzka..

  2. Widoki jak w raju.. Stopy wody w drodze do atolu:) Z niecierpliwością czekam na dalszą relację. Mam nadzieję, że tam u Romy będzie już tylko coraz lepiej.. Pozdrowienia!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: