Napisane przez: Mariusz | 2014/07/17

Vanua Levu

Mariusz:

Na początku maja nie byłem pewien, jak zniosę dwumiesięczny pobyt w jednym kraju. Fidżi nie jest tak rozległe, jak Polinezja Francuska. Z żeglarskiego punktu widzenia wydaje się małym akwenem. Jest to jednak błędne wyobrażenie. Na odwiedzenie większości zakamarków Fidżi potrzeba więcej niż jednego sezonu żeglarskiego. W tym kontekście dwa miesiące to niewiele. Musieliśmy dokonywać wyboru miejsc, które należy odwiedzić, by poczuć charakter tego ciekawego kraju.
Licząc dni, które pozostały nam do końca planowanego pobytu na Fidżi, zdecydowałem się na skręcenie na zachód. Na północ od Tevueni leży Vanua Levu. Wyspy te oddzielone są od siebie kilkumilowej szerokości cieśniną Somosomo Strait. Spore prądy powodują, że jest to jedno z trudniejszych i najciekawszych miejsc nurkowych na Fidżi. Nie mogłem odpuścić chęci zejścia pod wodę, pomimo niedyspozycji nurkowej Haneczki. Kotwicę rzuciliśmy w Viani Bay. Wejście do niej nie byłoby trudne, gdyby nie brak mapy tego fragmentu wyspy w naszym ploterze (nie pierwszy raz nam przytrafia się taki prezent od Navionicsa). Zawsze mam jednak backup, w tym przypadku mapy Maxsea na laptopie. Tak więc wpłynęliśmy z Hanią nawigującą spod pokładu, Arciem na dziobie wypatrującym podwodnych niebezpieczeństw i sonarem, który pokazuje kształt dna przed dziobem.
Kolejnego dnia ruszyliśmy z Tomkiem na rekonesansowe zejście pod wodę. Hania miała nas asystować z pontonu. Dzień był prawie bezwietrzny, wydawałoby się idealny na nurka za rafą. To co zobaczyliśmy po wypłynięciu w cieśninę zauroczyło nas ale i jednocześnie zmroziło. Gładkie morze wytwarzało szeroką na kilkadziesiąt metrów dolinę przed rafą, która zbliżając się do niej, szybko wypiętrzała się i zamieniając się w wysoką falę, przelewała z hukiem. Można sobie wyobrazić co mogłoby stać się z nami po wynurzeniu w pobliżu rafy. W tym przypadku brakowało nam lokalnej wiedzy o tym miejscu. Nie chciałem narażać nas na ryzyko i zarządziłem odwrót. W przesmyku spotkaliśmy na pontonie Jacka – mieszkańca Viani Bay. Sam nie nurkuje, ale zna doskonale tutejsze nurkowiska. Potwierdził, że w tych warunkach zejście pod wodę byłoby szaleństwem. Umówiliśmy się na następny dzień na wspólnego nurka z Jackiem i australijską załogą Aurora Star.
Rano zabraliśmy Jacka, Sarę i Brenta na nasz pokład. Zakotwiczyliśmy wewnątrz laguny na skraju rafy. Warunki były zgoła odmienne od tych z dnia wczorajszego. Po olbrzymich falach nie było śladu, jakby zostały wymazane czarodziejską różdżką. Niewielkie fale przelewające się przez rafę sprawiały radość dziewczynom i ich dziadkowi. Oddali się oni zabawie skakania z rufy i pokładu w przepływające pagórki. Nurkowie wybrali się za rafę. Po raz kolejny nie wziąłem ze sobą dużego aparatu, nie wiedząc z jakimi prądami przyjdzie nam się zmagać. Zrobiliśmy dwa nurki na Great White Wall i Pink Wall. Nazwy wywodzą się od mojego ulubionego i rzadkiego miękkiego korala. Zejście na ścianę jest poprzez tunel w rafie, którego wyjście znajduje się na 25 metrach. Warunki były wręcz idealne. Brak prądu i podwodnego zafalowania umożliwiły nam spokojne przepłynięcie tunelu. Takie warunki zdarzają się kilka razy w miesiącu. Po wyjściu z „rury” popłynęliśmy wzdłuż pionowej, ośnieżonej koralem ściany. Był to pierwszy tak ekscytujący nurek Tomka i muszę przyznać, że świetnie dał sobie radę. Okazał spokój, co zaowocowało godzinnym drugim nurkiem.
Jack zaprosił nas do siebie na typową fidżijską kolację – lomo, czyli potrawy pieczone w ognisku. Poza nami na plaży pojawiły się załogi kilku innych jachtów kotwiczących w zatoce. Świetna okazja do wymiany wrażeń. Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie z uwagi na liczebność naszej gromadki. Nieczęsto z jednej łódki na ląd wytacza się 12 osób. Dziatwa zawarła szybko znajomości z dziećmi z wioski. Pomogły im w tym zapewne słodycze, które wzięły na plażę. Jedzenie, coś w rodzaju grilla, tylko mięso zamiast w folii aluminiowej zawinięte było w liście bananowca. Na talerzach pojawił się tuńczyk, prosiak i kurczak. Całość z dodatkiem cassavy była całkiem zjadliwa, zwłaszcza po przyjęciu stosownej ilości czerwonego wina.
Po dwóch tygodniach przebywania w zacisznych miejscach popłynęliśmy do cywilizacji. Zaczęły kończyć się nam warzywa i owoce, a do tego chłopacy chcieli obejrzeć półfinały MŚ w Brazylii. Następnego dnia, mimo silnego, momentami 30 węzłowego wiatru, wyruszyliśmy do Savusavu. Cień Tevueni wygłuszał fale, dzięki czemu obeszło się bez choroby morskiej naszej załogi. Po 50 milach dopłynęliśmy do największej osady na tej drugiej co do wielkości wyspie Fidżi. Savusavu leży nad rzeką Nakema. Jest doskonale osłonięte od wszelkich wiatrów. Stąd popularność tego miejsca wśród żeglarzy. Gro z nich spędza tu sezon huraganowy. Z postawionych przez Copra Shed Marina bojek, tylko jedna nadaje się dla naszej łódki. Była oczywiście zajęta. Postanowiłem popłynąć w górę rzeki i rzucić kotwicę. Ściemniało już się i o mało co nie wpakowaliśmy się na rafę. Wąskie na dwadzieścia metrów przejście w kształcie litery S między dwiema rafami było oznaczone bojami i kolorowymi chorągiewkami. Konia z rzędem temu, który domyśliłby się, że skręt należy wykonać wpływając między żółtą i niebieską chorągiewkę. Rafy o zmierzchu nie można było już dostrzec gołym okiem. Tylko sonar podpowiadał, że płyniemy prosto w rafę. Tak duży jacht w wąskim przejściu wzbudził spore zainteresowanie. Zacząłem się powoli wycofywać, ale szybko podpłynął do nas jeden z żeglarzy i wskazał właściwe wrota. Obyło się bez zadrapań. Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, trzy jachty w ciągu ostatnich dwóch tygodni wpadły na tą rafę. Właściciel Savusavu Marina, do której należą bojki za tym niebezpiecznym zakrętem, obiecał zmienić oznakowanie. Sam przyznał się do czterokrotnego wejścia na rafę.
Dwa dni w Savusavu pozwoliły nam na uzupełnienie zapasów aż do następnego prowiantowania w stolicy Vanuatu. Po obejrzeniu drugiego z półfinałów ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku Yasawa. 120 mil, które mieliśmy do pokonania oznaczały, że czekać nas będzie nocne żeglowanie wśród raf leżących między Vanua Levu a Viti Levu …


Responses

  1. Wciagajace czytanie, choc ja sam ani nie nurkuje ani nie zegluje. Ale na zdjeciach to wyglada super wszystko. U mnie sie wlasnie zaczyna cyklon to wy tam tez na siebie uwazajcie


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: