Napisane przez: Hanuś | 2015/08/09

Oblężenie na Karkar przed spokojem na Hermit Island

Po kilkudniowym pobycie w okolicach Madang czas było ponownie ruszyć w drogę. Oficjalnie byliśmy już odprawieni i gotowi na opuszczenie Papui Nowej Gwinei. Jednak przed popłynięciem na Palau, chcieliśmy jeszcze odwiedzić dwa archipelagi papuaskie wysunięte najdalej na północ – Hermit Island i Ninigo.
Hermit Island oddalone jest od Madang o niecałe 200 mil morskich. Z Nagada Harbour wypływaliśmy rano i czekała nas ponad doba żeglugi. Archipelag Wysp Szczęśliwych, jak nazywane są wysepki przy Madang, żegnały nas gorącym słońcem i delikatną bryzą. Po wyjściu za pierścień raf przy lądzie wiatr wzmógł się. Postawiliśmy pełne żagle i z fasonem pomknęliśmy na północ. Wiatr nam sprzyjał i mile szybko uciekały. Chcąc wykorzystać w pełni dzień, Mariusz postanowił zatrzymać się na krótki postój z kąpielą w morzu przy wulkanicznej wyspie Karkar, której zarys podziwialiśmy będąc na Bagabag. Nie mieliśmy zaznaczonego na mapie żadnego kotwicowiska. Mariusz intuicyjnie wybrał jedno z zagłębień w lądzie, wyglądające na małą zatokę, która miała nam dać osłonięcie od wiatru i fal. Miejsce okazało się idealnym na krótki postój i pływnie z maską i rurką, gdyż woda była niezwykle przejrzysta, a i małych ryb do oglądania nie brakowało. Poza tym z pokładu mieliśmy wspaniały widok na wyspę, na środku której wyraźnie rysował się krater wulkanu.
Jeszcze płynąc powoli wzdłuż brzegu zauważyliśmy spore poruszenie spowodowane naszą obecnością. Z zarośli puszczano do nas refleksy odbitego światła w lusterkach, a dziatwa z krzykiem biegła plażą w naszą stronę. Chwilę po tym jak rzuciliśmy kotwicę, z lądu zaczęły w naszym kierunku płynąć łódki – tradycyjne pirogi i jedna otwarta łódź z silnikiem zaburtowym. Ci, którzy nie posiadali łodzi, postanowili przypłynąć wpław. Nim się zorientowaliśmy otoczni byliśmy z każdej strony Niugińczykami. Akurat mieliśmy siadać do obiadu pod pokładem, ale atmosfera zrobiła się na tyle niekomfortowa, że ktoś musiał zostać na zewnątrz, by kontrolować sytuację, gdyż przybysze zaczęli wchodzić bez pozwolenia na pokład. Pierwsza zaatakowana została rufa, ale już po chwili kolejni ciekawscy zaczęli wspinać się po burtach, a nawet po łańcuchu kotwicznym. Wszyscy mieli radosne i szczere uśmiechy. Nie widać było, by ktoś miał złe zamiary. Zainteresowanie nami wynikało z nieokiełznanej ciekawości. Ogólnie na Papui niewielu można spotkać żeglarzy, tym bardziej nie odwiedzają oni Karkar, która nie ma do zaoferowania bezpiecznego kotwicowiska. Najprawdopodobniej byliśmy pierwszym jachtem jaki kiedykolwiek zatrzymał się przy tej niewielkiej wiosce. Widząc takie oblężenie cieszyliśmy się, że zaplanowany mamy w tym miejscu krótki postój. Na kąpiel podzieliliśmy się na dwie tury, by część ekipy pilnowała łódki rozmawiając z przybyszami i nie dopuszczając do abordażu. Mariusz pozwolił na kilka wycieczek po pokładzie Katharsis II. Najliczniejszą grupą była gromadka dzieciaków. Przypłynęli wpław z Jamesem, który posiłkował się nadmuchaną dętką. Każdy chciał by robić mu zdjęcia. Dwóch młodzieńców przypłynęło na pirodze z telefonami komórkowymi i fotografowali się z naszą Olką. Zamieszanie na pokładzie było spore. Gdy wszyscy byliśmy już po kąpieli i udało nam się wyprosić ostatnich gości, podnieśliśmy kotwicę. Najpierw musiałam poprosić, by dzieciaki zeszły z łańcucha kotwicznego, by nie zrobić im krzywdy. Raptem po dwugodzinnym pobycie opuściliśmy Karkar. Był to niezwykle krótki postój, ale wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, gdy zostawialiśmy za rufą niewielką zatokę z pięknym widokiem na wulkan, na wodzie której kotłowało się kilkanaście piróg i grupa pływaków, gotowych wskoczyć na pokład pojawiającej się jednostki. Nasza nowa ekipa miała dość intensywne pierwsze spotkanie z wyspiarzami…
Do brzegów Hermit Island dopłynęliśmy popołudniu następnego dnia. Zbliżając się do pierścienia laguny widzieliśmy na horyzoncie kilka wraków statku. Na szczęście zdążyliśmy wykorzystać światło dzienne wpływając w wody laguny. Mapy okazały się niedokładne, a w wielu miejscach czyhały pod wodą głowy korali. Kilka razy Mariusz musiał ostro wyhamowywać, by nie wpłynąć w podwodną przeszkodę. Po rzuceniu kotwicy przy urokliwej plaży wypatrywaliśmy łódek z mieszkańcami. Jednak nikt nie pojawił się na horyzoncie. Jak się okazało, zatrzymaliśmy się przy bezludnej wyspie. Jeszcze przed zachodem słońca udało nam się popływać z maskami i rurkami. Woda była mętna, ale za to na pobliskiej rafie było mnóstwo przydaczni w najróżniejszych kolorach i rozmiarach oraz mnóstwo kolorowych ryb, niczym w akwarium.
Na drugi dzień rano przenieśliśmy się na nowe kotwicowisko w pobliże Manta Pass. Płynąc po lagunie po raz pierwszy podczas naszego rejsu po Papui Nowej Gwinei mijaliśmy inny jacht (nie licząc jednostki w Rabaul, która stała w tamtejszym porcie na kotwicy). W opiniach żeglarzy, które udało się Mariuszowi znaleźć w Internecie na temat Hermit Island, pisano, że praktycznie każdego dnia można w tym przesmyku spotkać manty.
Zakotwiczenie przy Manta Pass nie należało do łatwych. Z jednej strony przesmyku było zbyt głęboko, a druga usiana była rafami. Wpłynęliśmy w niewielką zatoczkę utworzoną z rafy koralowej. Widok był obłędny, gdyż za rufą mieliśmy rajską plażę z palmami, po bokach turkusowo-szmaragdową wodę z rafami koralowymi, a przed dziobem granat głębokiej wody przesmyku. Nie było tu wystarczająco dużo miejsca na rzucenie kotwicy tak, by swobodnie móc kręcić się dookoła niej w razie ustania wiatru bądź zmiany kierunku silnego prądu. Musieliśmy zastosować manewr rzucenia kotwicy „na krótko i sztywno” i przymocowania cumy rufowej na lądzie. Przy 20 węzłowym wietrze nie był to łatwy manewr. Adam, Paweł i ja popłynęliśmy pontonem z cumą na plażę, a reszta ekipy walczyła na pokładzie. Silny boczny wiatr znosił Katharsis i utrudniał założenie cumy. Na szczęście kotwica dobrze trzymała i po kilku próbach udało się przywiązać linę do jednego z drzew na plaży, blokując możliwość obracania się Katharsis. Miejsce na postój było wprost bajeczne.
Nie marnując czasu postanowiliśmy jak najszybciej sprawdzić, czy rzeczywiście są tu manty. Gdy forsowaliśmy pontonem fale w przesmyku, na cyplu z drugiej strony pojawił się człowiek. Pomachał na nas i pokazał nam kanał w rafie, który umożliwił podpłynięcie na samą plażę. Na lądzie przywitał nas właściciel tego skrawka ziemi – Bob ze swoją żoną Eweliną. Usiedliśmy przed ich chatą. Okazało się, że nieopodal cypla znajduje się stacja czyszcząca mant, które przypływają tu zawsze podczas odpływu. Niestety zaczął się już przypływ i szansa na zobaczenie mant była dopiero następnego poranka. Umówiliśmy się z Bobem, że będzie naszym przewodnikiem i pokaże nam miejsce, gdzie pojawiają się manty. Przy okazji obejrzeliśmy domek, który Bob przygotowuje dla gości. Planuje w tym miejscu zorganizować małą bazę noclegową dla turystów.
W oczekiwaniu na pływanie z mantami na następny dzień, popołudnie spędziliśmy snorklując na rafach koło jachtu i spacerując po rajskiej plaży. W niedzielny poranek czekaliśmy z niecierpliwością na Boba, by ruszyć na poszukiwanie mant. Ze względu na silny wiatr woda była w lagunie była bardzo zmącona, co pogarszało widoczność. Niemniej nie zniechęcało nas to. Nasze poszukiwania rozpoczęliśmy jeszcze podczas stojącej wody. Widoczność była wtedy nienajgorsza. Jednak Bob znający zwyczaje tutejszych mant, wiedział że trzeba poczekać, aż woda z laguny zacznie wypływać. Adam zapowiedział, że nie ruszy się z tego atolu, jak nie zobaczy manty.
Posiedzieliśmy chwilę na plaży z Bobem rozmawiając o trudach życia na Hermit Islands. Jakby nie było w tłumaczeniu są to Wyspy Pustelnicze. Najbliżsi sąsiedzi to oddalony o 60 mil Atol Ninigo. Cywilizacja, czyli duża Wyspa Manus leży 100 mil na wschód. W warunkach silnego pasatu jest niemożliwością dotarcie do niej małymi motorowymi łódkami. Nasłuchaliśmy się opowieści o narażaniu życia, dryfowaniu łódek na Kiribati itp. Bob w lutym sam ledwo uszedł z życiem, gdy silnik łódki odmówił posłuszeństwa, a niestabilna jednostka zaczęła nabierać wodę. Teraz ma nadzieję na lepsze życie, gdy postawi pięć domków dla turystów. Miejsce rajskie, tylko przy braku lotniska i jakiegokolwiek stałego morskiego połączenia z cywilizacją ciężko będzie komukolwiek tutaj dotrzeć. Trzymając kciuki za sukces jego przedsięwzięcia wspomogliśmy Boba paliwem do piły mechanicznej, którą chciał wypożyczyć w wiosce.
Gdy na powierzchni wody pojawiły się marszczenia oznaczało to, że zaczął się odpływ. Wszyscy wskoczyliśmy do przesmyku. Po chwili pojawiły się manty dostojnie unoszące się pod nami. Olka nazwała je pływającymi dywanami. Mi zawsze kojarzą się z czarnoksiężnikami w rozłożystych szatach. Wszyscy byliśmy podekscytowani tym doświadczeniem i z poczuciem satysfakcji mogliśmy wrócić na Katharsis, by oddać cumę, podnieść kotwicę i ruszyć ku kolejnej przygodzie.

PS. Mała legenda do galerii. Jeśli w podpisach do zdjęć są dopisane inicjały, to znaczy, że nie są to zdjęcia moje ani Mariusza, tylko: AM – Olki, AP – Agnieszki, PK – Pawła lub AD – Adama.


Responses

  1. Paweł gratulacje za zdjęcie opony 😉 z Jamesem i dziećmi, jest świetne.
    Pozdrowienia dla całej załogi.
    Robert


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: