Świnia na Ninigo Islands symbolicznym pożegnaniem z Papua Nowa Gwinea


Po wizycie na Hermit Island naszym kolejnym celem był Archipelag Wysp Ninigo. Do pokonania mieliśmy ponad 50 mil morskich. Prognoza pogody zapowiadała 20 węzłowy wiatr południowo-wschodni. Przy takich warunkach potrzebowaliśmy około 6 godzin. Musieliśmy wypływać z Hermit Island najpóźniej w południe, by dotrzeć na miejsce przed zachodem słońca. Jednak nasze podglądanie mant w przesmyku przedłużyło się i nie udało nam się wypłynąć zgodnie z planem. Kotwicowisko opuszczaliśmy po godzinie 13. Wiatr w ciągu dnia zaczął siadać poniżej 20 węzłów oraz odkręcać do wschodniego, więc nasza prędkość nieco spadła. Ninigo zobaczyliśmy już w promieniach zachodzącego słońca. Na szczęście przesmyk, w który wpływaliśmy miał 400 metrów szerokości i mapy pokrywały się z rzeczywistością. Dodatkowo wspierał nas księżyc w pełni, który doskonale oświetlał horyzont. Bob z Hermit Island pokazał Mariuszowi na mapie, gdzie jego zdaniem najlepiej stanąć przy silnym południowo-wschodnim wietrze. Skorzystaliśmy z jego rady mimo, że nasze mapy pokazywały w tym miejscu rafę i zakotwiczyliśmy na zewnątrz laguny od zachodniej strony przy Wyspie Logan. Gdy sondowaliśmy w ciemnościach akwen i szukaliśmy wypłycenia do rzucenia kotwicy, na horyzoncie pojawił się przemieszczający się punkt. Po chwili okazało się, że to mieszkańcy pobliskiej wioski z Logan Island wypłynęli nas przywitać i zaoferować pomoc przy wchodzeniu do laguny. Było to niezwykle miłe. Jeden z mężczyzn miał nawet ukulele i przygrywał na powitanie. Mariusz nie zdecydował się jednak na wchodzenie do wnętrza. Wyspiarze z pewnością dobrze znają swój akwen, ale nie wiadomo, czy głębokość byłaby odpowiednia dla Katharsis. Poza tym od zachodniej strony wyspy osłonięci byliśmy od wiatru, na co nie mogliśmy liczyć w lagunie. Gdy kładliśmy się spać widzieliśmy kontury palm w świetle księżyca. Ciekawa byłam jakie widoki czekają nas następnego dnia.
Pijąc poranną kawę upajaliśmy się sielankowym widokiem – dookoła nas była przepięknie granatowa woda, a kawałek dalej zaczynała się cała paleta turkusów, zieleni i błękitów, zakończona paskiem złotej plaży i zielenią palm. Była to wspaniała niespodzianka na rozpoczęcie dnia.
Nasze poniedziałkowe aktywności rozpoczęliśmy od szorowania pokładu i klaru pod pokładem. Czuję się dużo lepiej, gdy łódka pachnie od czystości. Po skończeniu porządków popłynęliśmy do wnętrza laguny, by sprawdzić tamtejsze kotwicowisko. Zgodnie z przewidywaniami Mariusza w lagunie zafalowanie było większe niż na zewnątrz oraz hulał wiatr. Do tego woda była mętna. Postanowiliśmy wrócić na zachodnią stronę Logan Island. Tym razem zakotwiczyliśmy bliżej lądu na 6 metrach głębokości na czystym piasku. Kotwica rewelacyjnie trzymała. Palmy na wyspie osłaniały nas od wiatru, a nieopodal mieliśmy rafę do snorklowania. Idealne miejsce na postój i relaks.
Gdy szykowaliśmy się do skoku do wody, zaczęli pojawiać się wyspiarze z towarami na wymianę. Jeszcze w nocy poprosiłam witających nas mężczyzn o homary i świeże kokosy. I moje życzenie zostało spełnione, gdyż jeszcze przed południem na pokładzie mieliśmy 20 homarów, kilka ryb oraz kokosy gotowe do picia.
Cały dzień upłynął nam na kąpielach w lazurowej wodzie, rozmowach z przypływającymi na pirogach mieszkańcami wioski i ogólnie pojętym wypoczynku. Na ląd tego dnia już nie dotarliśmy.
Wtorek 4 sierpnia był niezwykle intensywnym dniem. Ruch w kambuzie zaczął się już o 0600 rano, kiedy to Agnieszka, Olka, Paweł i Adam zaczęli szykować tort urodzinowy oraz śniadanie dla Tomka. Adam dzielnie ćwiczył płuca dmuchając masę balonów, a reszta szykowała ciasto i naleśniki. Niespodzianka się udała, gdyż Tomek był zaskoczony jak zobaczył przystrojoną mesę i tort ze świeczkami. Mieliśmy ochotę zanurkować z rana, ale wyglądałoby to trochę, jak lekceważenie gospodarzy, więc wybraliśmy się na ląd.
Najpierw odwiedziliśmy Campbella, rybaka który wraz ze swoimi synami (tudzież zięciami) przywiózł nam najwięcej homarów i ryb. Obejrzeliśmy jego piękną nową łódź, którą szykował na regaty żeglarskie mające odbyć się we wrześniu na Ninigo. Łódź była bardzo solidna, dokładnie wykończona, wymalowana i oklejona taśmą fluorescencyjną. Nie miała jeszcze tylko nazwy. Campbell, który został moim ulubionym rybakiem z Logan, zapytał naszego kapitana, czy mógłby ochrzcić swoją łódź imieniem Mariusza jachtu. Było to niezwykle miłe i wzruszające. Z tej okazji przygotowaliśmy dla Campbella i jego chłopaków nasze koszulki z nazwą Katharsis. Możliwe, że po wodach Ninigo będzie teraz regularnie pływać Katharsis…
Po miłym spotkaniu na plaży na zachodnim brzegu Logan poszliśmy w głąb wyspy i po kilkudziesięciu metrach znaleźliśmy się na drugiej stronie. Od razu natrafiliśmy na dom Oskara, który witał nas podczas naszego przypłynięcia i przedstawił się jako przedstawiciel wioski. Posadzono nas pod zadaszeniem, pełniącym funkcję miejsce spotkań, po czym odśpiewano powitalne piosenki. Chwilę porozmawialiśmy z Oskarem i jego rodziną, po czym poszliśmy na spacer po wiosce i do tutejszej szkoły. Duże wrażenie zrobił na mnie porządek panujący na wyspie, równe i zagrabione ścieżki, ładne domostwa oraz zadbane ogródki. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę u Oskara. Podczas rozmowy zaskoczył mnie pytaniem o jedzenie świni. Zanim dobrze przemyślałam odpowiedź i zastanowiłam się nad sensem tego pytania, palnęłam, że oczywiście wieprzowinę jadamy….. No i po chwili zaproszeni zostaliśmy na uroczysty obiad dla uczczenia naszego spotkania. Pokazano nam świnię, która miała uświęcić to wydarzenie i stanowić główną atrakcję menu. Pamiętając historię ze świnią (a ściślej ekwiwalentem), którą mieliśmy dostarczyć do Omarakany na Trobriandach i wiedząc jaki to jest duży wysiłek i koszt dla mieszkańców wysp, przeraziłam się, że z naszego powodu będzie takie zamieszanie. Nie wypadało się jednak już wykręcać i odmawiać, gdyż moglibyśmy urazić naszych gospodarzy. Gdy wracaliśmy do pontonu Oskar wziął Tomka na stronę i zaproponował mu, by został na wyspie. Miał dla niego kandydatkę na żonę i chatę na wyspie. Wieczorem żartowaliśmy, ze może ta uczta ze świnią ma być uroczystością weselną Tomka, a żona nietypowym prezentem urodzinowym.
Po powrocie na jacht zrobiliśmy zaległego nurka. Po raz pierwszy zeszli z nami pod wodę podczas tego wyjazdu Paweł i Tomek. Zajęliśmy się też przygotowaniem kolacji urodzinowej dla Tomka. Mariusz podjął się zadania grillowania hamburgerów, Agnieszka upieczenia specjalnych bułek, a Olka usmażenia frytek. To dopiero było zamieszanie w kambuzie! Ale widząc minę Tomka, jak zobaczył kolację niespodziankę, wiedzieliśmy, że trafiliśmy z urodzinowym menu w dziesiątkę.
W dzień umówionego obiadu mieliśmy z rana ruszyć na nurka w odległym o 6 mil przesmyku między atolami. Jest to ciekawe miejsce, zawsze z idealnie przeźroczystą wodą i dużymi ławicami ryb. Chcieliśmy wrócić jak najszybciej i przygotować ciasta oraz polskie jedzenie na obiad we wiosce. Gdy już mieliśmy wskakiwać do pontonu koło Katharsis pojawił się Oskar z całą nogą świni. Przekazał ją nam, byśmy przygotowali ją według naszego przepisu. Ja byłam zaskoczona i nawet trochę przestraszona, bo jeszcze nigdy nie widziałam mięsa w takiej postaci – całej nogi z racicą. Paweł z Mariuszem od razu zabrali się za oglądanie i oprawianie mięsa. Stwierdzili, że jest to wyśmienity kawałek. Początkowo myśleliśmy o upieczeniu szynki w całości, ale na to potrzeba dużo czasu na marynowanie. Nie pozostawało nam nic innego, jak pokrojenie na kawałki i usmażenie. Mięso zostało posolone, popieprzone, posypane majerankiem, natarte czosnkiem i odstawione na 3 godziny. W czasie, gdy mięso nabierało aromatu, udało nam się zrealizować nurkowy plan. Nurek był obłędny, ale mniejsza z tym. W zamrażalniku mieliśmy przygotowane dwa kilogramy bigosu, które rozmroziliśmy, dodaliśmy dodatkowe 6 kilogramów kapusty kiszonej (jeszcze z zapasów z Morza Rossa). Na dużej patelni na domowej roboty smalcu ze skwarkami smażona była cebula z boczkiem, które trafiły do bigosu. Mięso ze świni zostało usmażone. Nie przepadam za wieprzowiną, ale męska część załogi zachwycała się smakiem samego mięsa. Trochę go było szkoda dodawać do kapusty, ale w wyniku tego powstał wyśmienity bigos. Przez zapachy kiszonej kapusty i pieczonych ciast mieliśmy wrażenie, jakbyśmy na tym końcu świata szykowali polską Wigilię.
Udało nam nie spóźnić się. Wizytę rozpoczęliśmy od odwiedzin szkoły, w której czekali na nas wszyscy uczniowie z nauczycielami. Zaśpiewano dla nas piosenki w ich rdzennym języku oraz po angielsku. Następnie każdy z nas dostał bukiet kwiatów wpleciony w liść palmowy. Jedynie liść Tomka ułożony został w kształcie serca, co wskazywałoby, że nasza teoria z imprezą weselną może nie była do końca wyssana z palca.
Po szkolnych występach udaliśmy się do domu Oskara, gdzie czekała na nas uczta. Posadzeni zostaliśmy przy stole z dyrektorką szkoły, obecnym nauczycielem i emerytowanym. Siedzieliśmy pod zadaszeniem, a reszta stała w różnych zakątkach podwórka. Okazało się, że dla nas przygotowane są specjalne dania i to my mieliśmy rozpocząć obiad. Było to krępujące, gdyż reszta uczestników uroczystości przyglądała się nam. Ale nie mieliśmy wyjścia, bo gdybyśmy nie zaczęli jeść, wszyscy musieliby i tak czekać na nas.
Jedzenie było smaczne, ale jak to stwierdzili chłopacy – „nasz bigos najlepszy”. Z pewnością jest to w dużej mierze kwestia przyzwyczajenia do swoich smaków. W daniach przygotowanych przez mieszkańców wioski dominował kokos i nie było innych przypraw, nie licząc odrobiny czosnku, o który poprosiła mnie poprzedniego wieczoru żona Oskara.
Pobyt na Logan Island zamykał szczęśliwą klamrą naszą przygodę z Papuą Nową Gwineą. Zaczęliśmy od ciepłego przyjęcia na Luizjadach i kończyliśmy równie serdecznym pożegnaniem na Ninigo.
Podczas naszego pięciotygodniowego rejsu po Papui odwiedziliśmy 25 różnych miejsc, rzucając kotwicę 35 razy i przepływając 1300 mil morskich.

Kategorie:Oceania, Papua Nowa Gwinea

4 komentarze

  1. Załogo Katharsis, jak czytam Wasze przygody na drugim krańcu świata, to duszna Warszawa zamienia się na piaszczystą plażę z palmami w tle. Przy Was można chwilę odetchnąć 🙂 Pozdrwienia dla całej załogi, bawcie się dobrze 🙂
    Olin
    P.S.- Gamoń, czuję się zazdrosna o małą Jennifer! 😉 <3

  2. Niesamowite miejsca. Pozdrowienia dla wszystkich.

  3. Tomek wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i wielu kolejnych fantastycznych wakacji. Trochę dziwię się, że nie skorzystałeś z oferty Oskara pozostania na wyspie , bo kandydatka na żonę wspaniała 🙂 .Słyszałeś, że teraz wielu młodych wyjeżdża z Polski a Ty miałbyś to już z głowy ;). Widzę, że Paweł I Aga spełniają się kulinarnie. Smacznego
    Pozdrowienia dla całej załogi
    Robert

  4. Fajne Was spotykają historie. Swietna opowieść Hanuś, kapitalne zdjęcia. Oglądając i czytając dopada wzruszenie, że jednak – qrczę – reprezentujecie Polskę, jesteście naszymi ambasadorami. I se radzicie. Pozdrowienia dla całej Załogi. A jak tam zdrowie? 😛

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: