Kolejna ekipa poznaje Polinezję Francuską


Pod koniec czerwca przyjechała do nas kolejna ekipa – Piotrek i Monika z dzieciakami: Hanią i Kubą oraz Robert i Joasia z synem Kacprem. Z Monią i Piotrkiem przyjaźnimy się od lat. Pierwszy raz na rejsie Katharsis II byli w Tajlandii w 2016 roku, a Piotr brał udział w dwóch rejsach na Katharsis (Jedyneczce) na Morzu Śródziemnym.

Z Joasią i Robertem zbliżyliśmy się dwa lata temu za sprawą podobnych przeżyć… Joasia, tak jak ja, chorowała na raka piersi. Robert i Mariusz przeszli przez chorobę nowotworową z nami. Byli przy nas i wspierali nas w tym trudnym czasie. Pewne doświadczenia potrafią zbudować nić porozumienia trudną do wyjaśnienia. Z Robertem łączą nas także zainteresowania. Jest on podróżnikiem, który stara się dotrzeć do każdego zakątka globu. Marzył o podróży dookoła świata, ale nie mógł wyjechać na kilka miesięcy, więc postanowił to zrobić etapami i tak powstał jego projekt „Świat na Raty” (https://www.facebook.com/blogswiatnaraty/) .

Mieliśmy spędzić razem najbliższe trzy tygodnie i chcieliśmy ten czas wypełnić niezapomnianymi wrażeniami. Robert i Piotr nurkują, dlatego chcieliśmy pokazać im unikalne miejsce, jakim jest Fakarava ze swoim południowym przesmykiem, w którym spotkać można setki szarych rekinów refowych. Jak pisałam wcześniej, płynięcie na Fakarava z Tahiti bywa czasami bardzo męczące. Silny pasat zmusił nas do zmiany planów. Wybraliśmy się najpierw na znaną nam już dobrze Moorea, gdzie zabraliśmy wszystkich na pływanie z płaszczkami. Poza wodnymi atrakcjami, ekipa zdecydowała się na trekking na punkt widokowy, z którego rozciąga się przepiękny widok na obie zatoki na Moorea: Opunohu i Cook’a.

Po trzech dniach wiatr zaczął lekko siadać co pozwoliło nam na szybką żeglugę jednym halsem na Fakarava. Większość ekipy zmagała się z chorobą morską, ale na szczęście z humorem i dobrym nastrojem. Po dopłynięciu na Fakarava prognozy zaczęły się zmieniać i widać było na mapach pogodowych nadciągający front ze strefą konwergencji. Niestety w tym rejonie jest to zwiastun silnych wiatrów oraz deszczy. Na szczęście nie od razu pogoda się pogorszyła. Udało nam się jeden dzień wykorzystać na plażowanie na różowych piaskach Fakarava. Gdy kolejnego dnia niebo zasnuło się gęstymi stalowymi chmurami, postanowiliśmy spędzić ten czas w wodzie – pływając w maskach i rurkach w przesmyku oraz nurkując. Gdy woda jest przejrzysta, to nawet z powierzchni widać stada rekinów zawieszone w prądzie przesmyku na 20-30 metrach. Nurki nas nie zawiodły – rekinów były setki.

Pogoda zaczęła się drastycznie psuć – zaczął wiał silny południo-wschodni wiatr i padać rzęsisty deszcz. Wszystko wskazywało, że aura ta utrzyma się przez następne kilka dni. Nie były to wymarzone warunki na spędzanie czasu na rajskich plażach… nie są one już wtedy takie rajskie. Na Bora Bora, leżącej w grupie Wysp Towarzystwa i oddalonej od Fakarava o niecałe 400 mil, słońce miało pojawić się za trzy dni. Prognoza zapowiadała wiatr do 30 węzłów. Dla ekipy nieprzepadającej za dużymi falami, oznaczało to ciężki przelot. Mariusz zdecydował jednak, że nie ma co siedzieć na Fakarava, moknąć i marnować czas, tylko trzeba ruszyć na Bora Bora. Zapowiadała się szybka jazda z wiatrem. Po opuszczeniu Fakarava wiatr zaczął tężeć… Wskazania wiatromierza szybko przekroczyły granicę 30 węzłów. Mimo pochmurnej pogody, o poranku 2 czerwca doświadczyliśmy zaćmienia słońca. Nieczęste to zjawisko, na pełnym morzu widzieliśmy je po raz pierwszy. Zjawiska, takie jak nów czy pełnia księżyca, często oddziałują na pogodę. Zaćmienie słońca najwyraźniej namieszało w prognozach. Podczas 44 godzin żeglugi z Fakarava na Bora Bora wiatr nie spadał poniżej 30 węzłów, a przez ponad 8 godzin wiatromierz pokazywał ponad 40 węzłów – wiała regularna 9 w skali Beauforta. Dla naszej ekipy taki sztorm był mocnym przeżyciem. Poza Robertem i Piotrem, którzy dzielnie stawiali się na swojej wachcie, nikt przez ten czas nie wyszedł spod pokładu. Joasia z Monią i dzieciakami leżeli w kojach niczym sardynki w puszkach. Nie można tego czasu nazwać wymarzonymi wakacjami…

Niestety, po dopłynięciu na Bora Bora, pogoda wciąż nie dopisywała – było pochmurno, chłodno i padało. Nietypowe warunki dla tego miejsca. Jeden z Francuzów, który mieszka na Bora Bora od 10 lat powiedział nam, że jeszcze nie widział, żeby przez 14 dni lipca codziennie padało…

Pomimo mało zachęcającej pogody postanowiliśmy podjąć próbę popłynięcia na plażę i kąpieli z kolorowymi rybkami nad rafą koralową. Niestety fale w atolu były tak duże, że nawet dla naszego dużego pontonu z 70-konnym silnikiem niemożliwością było pokonanie dystansu kilku mil bez zalewania nas. Fale z takim impetem wdzierały się na pokład, że Joasia postanowiła założyć maskę do snorklowania. Wyglądała uroczo – cała zmoczona, z ogromnymi oczami wpatrzonymi w Roberta i szepcząca: „zabierz mnie do domu…” –  taki to był raj! Trochę byliśmy z Mariuszem zmartwieni, gdyż pogoda naprawdę nam krzyżowała plany. Na szczęście front w końcu przeszedł i Bora Bora odsłoniła swoje turkusy, zielenie i błękity. Cudownie było usłyszeć od Joasi, że dla takich widoków mogłaby spędzić kolejne trzy dni w koi chorując i oglądając jedynie ściany kabiny oraz przelewające się przez bulaj fale. Sztorm na rajskiej Polinezji Francuskiej okazał się dużą próbą dla naszych przyjaciół. Już wiele razy przekonałam się, że morze weryfikuje nasze życie, relacje, przyjaźnie i związki. Tym razem historia potoczyła się romantycznie i bajkowo. Robert był tak wzruszony i pełen emocji, że postanowił nie czekać już dłużej i oświadczył się Joasi na Bora Bora, a ona przyjęła jego zaręczyny. Cudownie było przeżywać z nimi te wspaniałe chwile… Ja oczywiście popłakałam się jak stary siennik, gdy to usłyszałam!

Na Bora Bora odbywał się akurat festiwal tańców i śpiewów, tak zwana Heiva. Udaliśmy się na występy, by z bliska przyglądać się kulturze polinezyjskiej. Rozmach i dynamizm tańców oszołomił nas. Nasz pobyt na Bora Bora to dla mnie wspomnienie ważnych chwil i świętowania!!!

Z Bora Bora popłynęliśmy na Raiatea, by zobaczyć najważniejszą na Polinezji marae (miejsce kultu i obrzędów), a następnie pożeglowaliśmy na Huahine. Ostatnie kilka dni pogoda nam już dopisywała i był to czas wygrzewania się w słońcu, beztroskich kąpieli i rajskiego leniuchowania. Myślę, że dla wszystkich ten polinezyjski rejs był pełen niezapomnianych wrażeń.

We wpisie wykorzystaliśmy zdjęcia Piotra Stobieckiego (fot.PS) oraz Roberta Szulca (fot.RS).

Kategorie:Nurkowanie, Ocean Spokojny, Polinezja Francuska - Tuamotu, Polinezja Francuska - Wyspy Towarzystwa

4 komentarze

  1. Pieknie tam 😍 gratulacje dla narzeczonych 😊 pozdrawiamy z tajlandii 😘😘😘

  2. Ja dalej przy biurku w pracy.

  3. Piekne okolice. Wracaja super wspomnienia dzieki Waszym relacjom. Buziaczki i Pozdrowienia.
    Gerard Natanek

  4. Hania, nareszcie mogę Cię znowu czytać. Świtenie piszesz, miałam ciarki.

    Stawska

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: