Napisane przez: Mariusz | 2018/01/04

Pierwsze dni Nowego Roku na Katharsis II

Mariusz:

Dni upływają nam bardzo szybko. Mogłoby się wydawać, że życie na morzu jest monotonne i czas stoi w miejscu. Nic bardziej mylnego. Cokolwiek byśmy nie robili, trwa to dłużej niż na lądzie. Jacht kołysząc się na falach wytwarza siły, którym trzeba się przeciwstawić, napiąć mięśnie, złapać równowagę. Przygotowanie chociażby obiadu dla 9 osobowej załogi zajmuje od dwóch do trzech godzin, mimo że korzystamy często z wcześniej przygotowanych składników. Kiedy tężeje wiatr i pogarszają się warunki więcej czasu potrzebujemy na regenerację sił. Najprostsza naprawa również musi uwzględniać pogodę i potrafi wypełnić cały dzień.
Wiatry sprzyjają nam ostatnio podczas żeglugi na południe. Są słabsze niż się spodziewałem. Daje to nam wprawdzie mniejsze dobowe przebiegi, ale oszczędza jacht i załogę. Na przebycie pierwszych 2000 mil morskich potrzebowaliśmy 12 dni. Bardzo dobrych dni, z przebiegami powyżej 190 mil, mieliśmy pięć. Trzy dni były normalne, kiedy przepłynęliśmy 170 – 190 mil morskich. Cztery dni mieliśmy wolniejsze, kiedy nie byliśmy w stanie przepłynąć 170 mil morskich, w tym pamiętny bez wiatrowy pierwszy dzień rejsu.
Pogoda dopisała nam również podczas Sylwestra. Przed zachodem nad horyzontem pojawiło się piękne słońce. Mogliśmy rok 2017 żegnać otuleni kolorytem nieba. Jachtem nie rzucało, tak jak zazwyczaj na wszystkie strony, co pozwoliło nam na przygotowanie kolacji pełnej smaków. Naczyniom nie groziło zsunięcie się ze stołu. Nie zabrakło tańców, jednak zabawa nie trwała do białego rana. Zapewne refleksja nad kończącym się rokiem oraz świadomość trudów trwającej wyprawy spowodowały, że rozeszliśmy się do kabin krótko po złożeniu sobie życzeń Noworocznych.
Sztorm uderzył w nas w nocy z 1-go na 2-go stycznia. Rozległy układ niżowy rozciągał się od brzegów Antarktydy po Afrykę. Dodatkowo wciskał się w stacjonarny wyż usadowiony na południowy wschód od Afryki Południowej. To z niego przyszło pierwsze uderzenie północnego wiatru.
Zanim ocean się wybudował, udało się nam przygotować i przetestować pierwszą z boi badawczych. Będą one działać w ramach międzynarodowego programu naukowego Argo. Wytypowaliśmy kilka sektorów o powierzchni zbliżonej do Polski, gdzie takich urządzeń jeszcze nie ma lub funkcjonuje co najwyżej jedno. Warunki do wykonania tej operacji nie były łatwe, ze względu na silny wiatr i dużą falę. Ustawiliśmy jacht do linii wiatru, by zmniejszyć jego prędkość. Gdy spadła ona do 2 węzłów bez najmniejszych problemów zwodowaliśmy boję. Ta początkowo zanurzyła się całkowicie, by po chwili pojawić się na powierzchni i wesoło kiwając się, pożegnać nas.
Druga odsłona sztormu dała nam się nieco we znaki. Podczas refowania grota straciliśmy jeden z wózków mocujących żagiel do masztu. Musieliśmy żagiel całkowicie zrzucić, by uniknąć rozdarcia na wysokości drugiej listwy. Sztormowaliśmy w ten sposób tylko na żaglach przednich. Zanotowaliśmy wiatr wiejący w porywach do 55 węzłów. Wysokie fale miotały jachtem, nie powodując jednak żadnych dalszych uszkodzeń. Grot wrócił do pracy po wymianie wózka, gdy ocean nieco ustąpił.
3 stycznia na horyzoncie pojawiła się pierwsza góra lodowa. Kilka dni wcześniej widzieliśmy olbrzymie echo na radarze w odległości kilkunastu mil. Domyślaliśmy się, że to może być wielka góra, ale nie byliśmy w stanie tego potwierdzić, z uwagi na mgłę. Góry lodowe potrafią wędrować daleko poza wody Antarktyki. Teraz nie mieliśmy wątpliwości – widzieliśmy unoszący się na falach blok lodu. Musimy być wyczuleni na każdy cień na radarze. Góry lodowe będą nam towarzyszyły przez kolejne tygodnie żeglugi. Życzymy sobie, jak najmniej mgły i ciemnych nocy, które nie pomagają w wypatrywaniu przeszkód. Mam świadomość, że mgły będą niestety występować nawet co drugi, trzeci dzień. Noce za dwa dni powinny ustąpić letniemu światłu. Ciemne godziny powrócą w lutym.
Im jesteśmy bliżej Antarktyki, tym woda jest zimniejsza i gęstsza. Wydaje się, że szybciej uspokaja się po sztormie. Ocean Południowy potrafi wytwarzać bardzo niebezpieczne fale. Czując respekt przed mocą fal decydowałem się na konserwatywną taktykę żeglugi. Nie przeszkodziło to nam jednak w przetestowaniu różnych kombinacji żagli. Zaczęliśmy używać ciężkiego spinakera, zamówionego specjalnie na tą wyprawę czy kombinacji wszystkich posiadanych żagli w ustawieniu na motyla. Będzie nam to potrzebne na głębokim południu, gdzie wiatry są wyjątkowo zmienne.


Responses

  1. Lekko czyta się każdy Twój wpis, Mariusz. Zapewne odwrotnie proporcjonalnie do warunków, które czasami buduje dla Was ocean. Tym niemniej czy to pióro Twoje, czy Hani, zawsze lektura Waszych wpisów budzi szacunek wobec Waszego doświadczenia i pokory.

    Dziękuję za kolejny udany wpis.
    Wszelkiej pomyślności dla Was, jachtu i Załogi.
    Marek

    • Dziękujemy! A pokorę wobec mórz i oceanów rzeczywiście mamy dużą!

  2. A ten spinaker to chodzi bez spibomu ? Bo widzę , że jest dosyć wąski ale za to wysoki no i gramaturę ma pewnie po zbóju , w sam raz na Antarktyczne gwizdki. No to ciśnijcie tam moi mili ile fabryka dała , a zamiast Amen w pacierzu używajcie Safety First.
    Krzychu.

    • Na ciężkie warunki mamy spinakera asymetrycznego, czy jak niektórzy wolą go nazywać – genakera. Jeździ bez spinbomu, przez co nie da się go wypuścić na tak pełne kursy jak spinakera symetrycznego, ale jest znacznie łatwiejszy w obsłudze i można go szybciej zgasić. No i ten nasz rzeczywiście jest ciężki 🙂 Oby nam służył na tych antarktycznych wodach!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: