Wybierając mniejsze zło


Super księżyc w pełni, który rozjaśniał w maju jak szalony nocne niebo nad Atlantykiem, tym razem nie wpłynął drastycznie na zmianę pogody. Na południe od Islandii usadowił się duży układ wyżowy, który ściskany przez okalające go niże rozdmuchał się na całym akwenie północnego Atlantyku. Prognozy zapowiadające wiatry sztormowe w Kanale Angielskim potwierdziły się, dlatego zrezygnowaliśmy z przedzierania się przez zatłoczony szlak wodny, w którym przyszło by nam walczyć z wiatrem w nos o sile 9 w skali Beauforta i wysoką stromą falą uniemożliwiającymi posuwanie się do przodu. Wybraliśmy dłuższą drogę wzdłuż Irlandii i dookoła Wielkiej Brytanii z łagodniejszym sztormem, pozwalającym płynąć jednym halsem. 

Pomiędzy silnymi wiatrami towarzyszącymi nam na wysokości Zatoki Biskajskiej a sztormem, który miał w nas uderzyć przy zachodnich wybrzeżach Irlandii znaleźliśmy kilkanaście godzin względnie łagodnej pogody i spokojnego oceanu. W tym czasie odwiedziło nas stado delfinów. Jak tylko je wypatrzyliśmy, to pobiegłam na dziób jachtu, gdyż delfiny lubią wyprzedzać nas i tam właśnie figlować. Zachęcam je do tego pukaniem w burtę i okrzykami radości, które może nie mają przyciągnąć zwierzaków, ale są nie do opanowanie przeze mnie, jak jestem tak blisko tych uroczych wodnych stworzeń. Za każdym razem, gdy delfiny towarzyszą nam w żegludze to cieszę się jak dziecko i zazwyczaj kończę to spotkanie wzruszona ze łzami w oczach. 

Spokojne warunki na oceanie pozwoliły nam na przejrzenie zapasów w lodówce i wymyślenie menu. Buraki wołały już by je natychmiast zjeść, a do tego mieliśmy wciąż jeszcze słoik zakwasu, który Wiesiek przygotował na Wigilię podczas naszego rejsu po Patagonii, więc wybór był oczywisty: barszcz. Za kapitanem chodziło z kolei mięsiwo z sosem grzybowym. Drogą kompromisu padło na uszka z grzybami do barszczu. Do świąt Bożego Narodzenia jeszcze sporo czasu, ale za to temperatury na zewnątrz i pod pokładem mieliśmy coraz bardziej zbliżone do tych grudniowych, więc gorący barszcz z uszkami pasował idealnie. Farszu udało mi się przygotować niewielką porcję, tak by była na jeden porządny obiad. Trudniej było z ciastem pierogowym… Po wyklejeniu uszek, okazało się, że ciasta zużyliśmy zaledwie małą jego część. Nie lubimy, gdy marnuje się jedzenie i szkoda nam było wyrzucić ciasto, które z zaangażowaniem zostało wyrobione przez kapitańskie ręce. Przypomniałam sobie jak moja babcia Jasia robiła makaron domowy… No i Mariusz zabrał się ochoczo za wałkowanie, zwijanie i krojenie ciasta. Cienkich makaronowych pasków przybywało, a ja zastanawiałam się, gdzie to wszystko wysuszyć przed sztormem, kiedy to makaron zamieni się w serpentyny zdobiące ściany i podłogę w kambuzie. Gdy wykorzystałam obie drewniane duże deski kuchenne i blachy z piekarnika, ostatnią porcję rozwiesiłam na drewnianym wieszaku na ubrania, co okazało się najlepszym miejscem do suszenia. Przed uderzeniem sztormu udało mi się makaron schować. Barszcz z uszkami jedliśmy zabezpieczając talerze, by zupa nie wypłynęła wraz z przechodzącymi falami. W niedzielę zrealizowaliśmy jeszcze kapitańską zachciankę na mięso – była jagnięcina w marynacie rozmarynowej z warzywami duszonymi z masłem na patelni oraz odsmażanym makaronem z chilijskim oregano.

Zdążyliśmy z niedzielną ucztą w samą porę, gdyż około południu zaczęły budować się wysokie i strome fale, a żagle wypełniał coraz silniejszy północno-wschodni wiatr. Fale były większe i bardziej zdradliwe niż mogło to wynikać z siły wiatru. Sytuacja taka związana była z prądami, jakie występują wzdłuż brzegów Irlandii. Gdy prąd morski jest przeciwny do wiatru i fali jaką wytwarza, wówczas morze robi się, jak to nazywamy, „kwadratowe”. Tutaj na szczęście prąd miał prędkość do około 1,5 węzła, dzięki czemu fale nie wypiętrzały się tak niebezpiecznie, jak to miało miejsce podczas naszej żeglugi w sztormie w Kanale Mozambickim, gdzie prądu przeciwnego do fali było nawet 4 węzły. Sztorm nie był może bardzo silny, bo 8 w skali Beauforta (32-35 węzłów wiatru), niemniej żegluga pod wiatr i zdradliwą falę mocno nas zmęczyła. 

Z ulgą patrzyliśmy na uspakajający się w poniedziałek popołudniu ocean. I wtedy właśnie pojawił się okręt Marynarki Wojennej Irlandii. Pomimo, że byliśmy ponad 70 mil od brzegu, patrol podpłynął do nas, by nas skontrolować. Wywołano nas przez radio i wypytano o wszystkie szczegóły, czyli dane jachtu, ilość członków załogi, a następnie skąd płyniemy i dokąd zmierzamy oraz poinformowano nas o zamknięciu wszystkich portów Irlandzkich. Gdy irlandzcy marynarze sprawdzili naszą trasę byli pod wrażeniem żeglugi i szczerze nam pogratulowali. Na koniec rozmowy życzyli bezpiecznego powrotu do domu. Już drugi raz w tym rejsie przepływając w okolicy lądu, bez zatrzymywania się przy nim, towarzyszyła nam eskorta sił zbrojnych danego kraju. W czasach przed korona wirusem takie historie nam się nie zdarzały. Spotkania te i rozmowy z policją morską przy Wyspach Zielonego Przylądka, czy teraz oficerem Marynarki Wojennej Irlandii były bardzo miłe i życzliwe, niemniej zmienia to atmosferę żeglugi po otwartych wodach i kładzie cień na naszą wolność, do której tak bardzo przywykliśmy na morzach i oceanach. 

Jest czwartek 14 maja 2020 roku, 49 dzień od opuszczenia mariny w Kapsztadzie, godzina 1030 czasu UTC. Nasza pozycja: 58o46,0’N, 006o02,3’W. Płyniemy kursem 070o, z wiatrem o sile 20-26 węzłów z prędkością 8,5 – 9,5 węzła.

Kategorie:Atlantyk, Europa, Morza i Oceany

10 komentarzy

  1. Teraz żeglujcie na wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja…
    Do zobaczenia.

  2. Trwaj chwilo bo jesteś piękna.

  3. Ach – tez piszczę z radości przy delfinach!
    Jakże dzielni z Was żeglarze i kucharze.

    Trzymam kciuki za żeglowanie w spokojniejszych warunkach i dogodnym kursem.

    Dobrych wiatrów!

    BM

  4. Troche zimniej , troche dalej ale duzo spokojniej,,, i juz zaczyna byc z gorki.
    Serdecznie pzdrawiam

  5. 50 dni samotnej żeglugi non stop przez wszystkie strefy klimatyczne.
    Tylko we dwoje.
    Coraz bliżej domu… Co nie znaczy że łatwiej.
    Dobrych wiatrów…
    P.S. Może warto pomyśleć o żeglarskiej książce kucharskiej?
    Zdjęcia ilustracyjne są i tytuł też już chyba jest: „Makaron na wieszaku” 😉

Odpowiedz na „Gerard NatanekAnuluj pisanie odpowiedzi

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: