Napisane przez: Hanuś | 2010/12/06

Rapa Iti

Przez pierwsze kilka godzin po opuszczeniu Raivavae plynelismy z wiatrem. Postawilismy motyla, ktory w tych warunkach jest najlepsza kombinacja zagli. Mariusz ostrzegal przed mozliwoscia naglej zmiany kierunku wiatru, nawet o 120 stopni. Taka zmiana moze stanowic zagrozenie dla bomu spinakera, ktory wypycha genue. Przed polnoca wiatr odkrecil z polnocno-zachodniego na poludniowy. Szybko odpadlismy, by genua nie dostala uderzona wiatrem hamujacym, zwinelismy motyla i ustawilismy zagle na jazde pod wiatr. Z kazda godzina sila wiatru spadala. W konsekwencji ostatnia dobe zmuszeni bylismy motorzyc – wspomagajac sie silnikiem.

Mala predkosc dawala za to wieksze szanse naszym wedkarzom. Po wschodzie slonca Marek zarzucil wedki. Po paru minutach na duzym kolowrotku uslyszelismy swist wysuwajacej sie zylki. Mariusz na ten dzwiek wyskoczyl w bokserkach z koi i stanal na rufie gotowy do wylowienia ryby oseka. Marek probowal zmeczyc rybe raz luzujac zylke, a to znowu ja wybierajac. Ja w miedzy czasie zwinelam genue i zmienialam kurs (wyostrzylam), zeby lodka wytracila predkosc. Myslelismy, ze juz z nia wygralismy, gdy znalazla sie na rufie. Za ogon przywiazana zostala do relingu (dostawszy uprzednio przywitalnego drinka jak kazda ryba na Katharsis). Podczas plukania przez Marka pokladu ze sluzu i krwi w celu przygotowania sobie miejsce do wyfiletowania naszego dorodnego wahoo, ta jakims cudem wyswobodzila sie i umknela do wody. Marek o malo co nie wskoczyl za nia do wody. Nastepnego popoludnia z kolei Mariusz mial kolejna szanse na zlapanie ryby. Na przynete zlapala sie olbrzymia mahi-mahi. Niestety udalo jej sie wyswobodzic tuz przed wyciagnieciem. Sa to bardzo waleczne ryby i bronia sie do samego konca.

W czwartek o 1400 zakotwiczylismy w Zatoce Ahurei na Rapie. Krajobraz zupelnie inny niz na Raivaivae, czy Tahiti, bardziej surowy. Miejsce palm zajmuja drzewa iglaste. Zatoka Ahurei jest wnetrzem krateru wulkanu, wypelnionego ogromnym jezorem wody. Zatoke okalaja strzeliste gory, tworzace przepiekny krajobraz. Najwyzszy szczyt Perau wznosi sie ponad 700 m n.p.m. Temperatura powietrza i wody znacznie spadly w stosunku do tych na Raivaivae.

Mnie jednak to zupelnie nie zniechecilo. Zaraz po doplynieciu wskoczylam do wody i poplynelam do oddalonej o 100 m od lodki rafy. Woda miala 23 stopnie i byla dosc metna, ale rafa za to przepiekna zywa, z mnostwem malych rybek. Po chwili zobaczylam bardzo duzego tunczyka i krzyknelam do ekipy na lodce, ze sa tu tunczyki. Gdy wrocilam, to na rufie Katharsis juz byly przygotowania do polowania. Mariusz szykowal kusze, a Wojtek aparat fotograficzny. Ubralismy pianki, maski, rurki, pletwy i poplynelismy na rafe. Po chwili zamiast tunczyka ujrzelismy tuz przy nas rekina. Towarzystwo wydalo nam sie malo atrakcyjne i czym predzej, plynac blisko siebie, wrocilismy na lodke. Rekin byl tak mily, ze eskortowal nas do samego konca. I tak sie zakonczyly kapiele w wodach Rapy.

W piatek po sniadaniu, do ktorego Mariusz zaserwowal szampana z okazji moich pierwszych urodzin, wybralismy sie na wycieczke na lad. Po doplynieciu pontonem do wioski Ahurei zostalismy przywitani przez tutejsze dzieciaki. Wojtek, Marek i Robert oprowadzeni zostali po najwazniejszych miejscach. Zobaczyli kosciol, szkole, dom Amerykanina. Wesola gromadka krecila sie kolo nas i zastanawialismy kto tu dla kogo jest atrakcja turystyczna…

Rapa jest najbardziej na poludnie wysunieta wyspa Polinezji Francuskiej, oddalona o prawie 700 mil morskich od Tahiti. Nie odwiedzana przez turystow, bez lotniska, zachowuje swoja autentycznosc. Nie czesto zawijaja tu statki. Raz w miesiacu przyplywa statek z zaopatrzeniem, a poza tym cisza. zeglarze nie zawijaja do jej brzegow, gdyz nie lezy na zadnym popularnym szlaku, a dotarcie do niej utrudniaja warunki atmosferyczne. Jak juz wspominalismy, Rapa byla 11 lat temu celem pierwszego rejsu Mariusza po Pacyfiku. Jednak silne sztormy nie pozwolily na zrealizowanie tego planu. Tym razem sie udalo, chociaz dla odmiany wiatru nie bylo prawie wcale.

Gdy w XVIII wieku do brzegow Rapy doplyneli pierwsi zeglarze, mieszkalo na niej ponad 2000 osob, podzielonych na 12 walczacych ze soba klanow. sladem po tych wojowniczych rodzinach sa fortyfikacje pobudowane na szczytach gor. Na jedna z takich twierdz postanowilismy sie wspiac. Im bylismy wyzej, tym piekniejsze roztaczaly sie przed nami widoki. Bylo takze coraz bardziej stromo. Okazalo sie, ze buty trekingowe Zefira wcale nie byly przesada, a nawet najlepszym wyborem. Wojtek na dole lekko podsmiewywal sie z Roberta, jego obuwia i wielkiego plecaka. Ale po dotarciu na szczyt, byl Robertowi wdzieczny za lyk zimnego piwa, ktore ten dzwigal na plecach. To byl cudowny dzien, piekno tej wyspy jest nie do opisania. Zdjecia tez nie sa w stanie oddac tego klimatu, przestrzeni, kolorow.

Wracajac z gor postanowilismy zrobic zakupy w lokalnym sklepie. Mysle, ze nie bylibysmy w stanie sami go odnalezc wsrod malych domkow na bocznej uliczce, gdyby nie jedna z mieszkanek, ktora nas tam zaprowadzila. Sklep, to maly domek z kilkoma polkami, na ktorych jest to, co dowiezie statek. Ale udalo nam sie kupic kapuste i pomidory, bedacymi plonami z lokalnych ogrodkow. Od wlascicielki sklepu dostalismy kilka filetow tunczyka. Nasza przewodniczka wyjasnila nam, ze tradycja Rapy jest to, ze ryby sa dla wszystkich za darmo jako dar natury. W kazda sobote ojcowie z synami wyplywaja na polowy, a po powrocie dziela sie zlowionymi rybami ze wszystkimi mieszkancami. Piekna tradycja.

Tym razem Tomek postanowil zarzucic wedke. Bylo juz po zmroku, ale wokol jachtu moglismy dostrzec cienie sporych ryb. Na haczyk Tomek nadzial kawalek z podarowanego nam tunczyka. Juz po paru minutach zylke az wyrwalo z kolowrotka…. Tomek walczyl z wedka a Mariusz stal na rufie gotowy do wylowienia okazu. Okazalo sie, ze zdobycza jest rekin. Wszyscy czulismy sie nieswojo, bo lowimy tunczyki, wahoo, mahi-mahi, ale nie rekiny. Mi sie nawet lezka w oku zakrecila jak tak lezal na pokladzie. Lezac na rufie, mimo kilku lykow spirytusu co chwile sie podrywal do ucieczki. Tomek wyjal mu haczyk, a on po chwili jeszcze podskoczyl. Ryba na pokladzie, to trzeba ja oprawic. Panowie postanowili wypic najpierw pare drinkow dla odwagi. Przygotowaniem filetow na obiad zajal sie Tomek z Wojtkiem. Na drugi dzien Magda z Mariuszem przygotowali rekina duszonego z warzywami bialym winie. Reszte smazonych filetow Tomek wrzucil do zalewy octowej. Mieso bylo miekkie i soczyste. Balismy sie, ze bedzie twarde jak zaglicy (sailfish), ktora zlapalismy na Pacyfiku plynac z Galapagos. Ale rekin milo nas zaskoczyl.

Sobota uplynela nam na generalnych porzadkach Katharsis i przygotowaniach do wyplyniecia. Poczatkowy plan zakladal podniesienie kotwicy jeszcze tego wieczoru. Ale pogoda znacznie sie pogorszyla. Popoludniu zaczelo wiac 25 wezlow, padal deszcz. Mariusz postanowil przeczekac noc i wyjsc rano. Plyniecie pod wiatr, a tak nam sie to bedzie z pewnoscia ukladalo, przy sile wiatru powyzej 25 wezlow jest meczace zarowno dla lodki, jak i dla zalogi. Czeka nas ponad 12 dni rejsu i Mariusz nie chcial nas meczyc od samego poczatku. I tak nas zdazy jeszcze do Hornu wybujac i zmoczyc.

Piekne gory Rapy zostawilismy w niedziele o 0900. Przed nami 1850 mil morskich do Wyspy Wielkanocnej. Niestety przewazaja wiatry wschodnie, wiec nie damy rady plynac najkrotszym kursem. Bedziemy musieli halsowac i tak naprawde mamy do pokonania wiecej mil. A ile, to sie jeszcze okaze. Wszystko zalezy od wiatru, jego kierunku i sily.

Mariusz:

Drugi raz z rzedu udaje nam sie uniknac frontu opozniajac nieco nasze wyplyniecie. To dodatkowa korzysc z pobytu na Wyspach Astral. Na wschod od nich uklady baryczne powinny byc nieco stabilniejsze. Plynac pod wiatr mozna robic czeste zwroty wzdluz najkrotszej trasy lub poplynac zdecydowanie w jednym kierunku, z nadzieja na korzystniejsze wiatry. Rozwazalem poplyniecie w kierunku polnocno-wschodnim ku cieplejszym wodom. Dalo by to nam szanse na jeszcze jeden postoj, u wybrzezy Wyspy Pitcarn, ktora dala ostateczne i skuteczne schronienie buntownikom z Bounty. Wybralem jednak trase poludniowo-wschodnia. Powinna byc szybsza. Czas nam ucieka i jest coraz bardziej prawdopodobne, ze rowniez i Nowy Rok spedzimy na wodach Pacyfiku. Plynac ku chlodnym wodom poludniowego Pacyfiku bedziemy oddalac sie od naszej trasy pod katem 30 45 stopni. Licze na to, ze po dwoch dniach takiego plyniecia zlapiemy wiatr zachodni (chociaz prognoza tego nie potwierdza). Mniej optymistyczny wariant zaklada spotkanie nizu, w ktorego ogonie (wiatr polnocno-zachodni) mozna by zrobic korzystny zwrot. Pozyjemy, zobaczymy.


Responses

  1. Pieknie, ogladamy i zazdroscimy:)

    Serdecznie pozdrawiamy wszystkich a najbardziej Mareczka, zyczymy Wesolych zdrowych i pogodnych Swiat Bozego Narodzenia ( tak wczesnie bo nie wiem jak dlugo bedziecie mieli dostep do internetu)
    Mareczku sciskamy mocno i pozdrawiamy z zasniezonego i mroznego Berlina
    siostra z rodzinka

  2. Trzymam kciuki za powodzenie tej wspaniałej wyprawy 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: