Seno Chico


Po intensywnych zajęciach z zakresu wspinaczki górskiej przyszedł czas na dzień kinowo-barowy. Zapowiadany w prognozach rozległy niż napłynął nad Brecknock przynosząc obfite opady i silne wiatry. W dobrze osłoniętej zatoce powiewało ponad 40 węzłów, więc można sobie tylko wyobrazić co działo się na zewnątrz. Co jakiś czas zerkaliśmy czy cumy wytrzymują silne podmuchy. Poza kotwicą i standardowo założonymi dwiema cumami rufowymi przymocowanymi do brzegu, wspieraliśmy się dodatkowo szpringami. I tak bezpiecznie, oglądając wspólnie w salonie filmy, popijając drinki i racząc się smakołykami z kuchni naszej ulubionej restauracji „Katharsis II” przeczekaliśmy hulający nad Patagonią sztorm. Czasem przydaje się taki „dzień leniucha”. Chociaż gdzieś w głębi żal i niepokój, że tak czas ucieka między palcami, jak dookoła tyle pięknych miejsc i ciekawych rzeczy do zrobienia. Bez wątpienia, ta deszczowa pogoda była dla wszystkich wymówką do nic nie robienia.
Następnego ranka okazało się, że sztorm ucichł i można ruszyć w dalszą drogę. A ciągle mieliśmy spory kawałek do pokonania. Jako kolejne miejsce postoju, ostatnie już przed Punta Arenas, Mariusz wybrał Seno Chico. U zbiegu kanałów Cockburn i Magdaleny otwiera się malowniczy, długi na 6 mil fiord otoczony wysokimi górami. Ze zboczy których spływają setki wodospadów niosących wodę z topniejących lodowców. U wejścia do Seno Chico goniły nas ciężkie chmury. Płynąc na koniec fiordu, by zobaczyć chowający się tam jęzor lodowca, dopadł nas ulewny deszcz, który znacząco pogorszył widoczność. Nie zawsze musi być słonecznie… Często deszcz potrafi dodać uroku, a na pewno tajemniczości i grozy. Z Seno Chico odchodzi długie na 1,5 mili ramię – Fiord Alacauf. Tutaj także kryje się piękny lodowiec. Jest to miejsce wskazywane jako ewentualne kotwicowisko, chociaż nie najbezpieczniejsze. Dlatego na noc Mariusz postanowił popłynąć do małej zatoki blisko wejścia do Seno Chico, a mianowicie Caletta Lago. Zacumowaliśmy na pająka przymocowując cumy rufowe do drzew na brzegu.
Patagonia słynie, poza jagnięciną, z przepysznych krabów królewskich zamieszkujących wody kanałów. Mieliśmy okazję smakować te delikatesy w Ushuaia. Stojący koło nas w Brecknock Francuz miał na pokładzie zbudowaną przez siebie klatkę na kraby i co wieczór zarzucał ją w zatoce. Rano miał już menu na obiad. Nasza ekipa pomysłowych konstruktorów, czyli Marek, Mariusz i Kuba, mając w pamięci ten wyśmienity smak i widząc sukcesy sąsiada, postanowiła zmajstrować własną klatkę. Niestety nie mieli za dużo budulca, więc największym wyczynem było wymyślenie z czego tę klatkę zrobić. Za stelaż posłużyły tyczka do odpychania brył lodu oraz tyczki od transparentu Piotra. Siatkę Mareczek uplótł z naszej ostatniej szpuli linki żeglarskiej. Na wejście do klatki poświęcona została jedna z łódkowych misek, w której wycięto dno. Po kilku godzinach pracy klatka była gotowa. Jako przynętę służyły pokruszone małże, umieszczone w podziurawionej butelce po wodzie mineralnej. Klatka obciążona została ołowiem i oznakowania linką z bojką kotwiczną. Nasi poszukiwacze skarbów z dumą wywieźli klatkę na zatokę i pozostawili ją na noc. Rano grupa zwiadowcza pojechała sprawdzić co też tam się ukrywa…. Niestety żadnemu krabowi nasza konstrukcja nie przypadła do gustu. Kraba królewskiego tym razem na obiad nie jedliśmy. Za to była pyszna pieczeń wołowa z zapiekanymi ziemniakami i gotowanym kalafiorem. Do tego Romka przygotowała wyśmienity sos diabelski, w skład którego wchodziła duszona na białym winie cebula, śmietana oraz dwa gatunki sera.

Kategorie:Ameryka Południowa, Chile

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: