Punta Arenas – końcowy przystanek po wielkiej wyprawie i dłuższy postój Katkarsis II


Po spokojnej nocy w kolejnej pięknej zatoce Patagonii czas było obrać kurs na Punta Arenas i zakończyć pewien etap naszych przygód, żeby już zacząć myśleć o kolejnych….
Punta Arenas zamyka naszą wielką wyprawę, która zaczęła się już w listopadzie 2010 roku na Tahiti. Od tego czasu pokonaliśmy szalejące wody południowego Pacyfiku, odwiedziliśmy bajeczną Raivaivae, dziką Rapa Iti, tajemniczą Wyspę Wielkanocną, opłynęliśmy legendarny przylądek Horn, zobaczyliśmy niepowtarzalną Antarktydę, żeglowaliśmy po malowniczych kanałach Patagonii. To było ogromne przedsięwzięcie, które pozwoliło nam zrealizować wielkie marzenia. Na taki rejs można się wybrać tylko ze świetnym kapitanem i sprawdzoną załogą, bo tutaj nie ma żartów i miejsca na beztroskę i błędy. Myślę, że wszyscy uczestnicy tej przygody, nie tylko ja, jesteśmy Mariuszowi ogromnie wdzięczni, że mogliśmy przyłączyć się do niego i wspólnie zrealizować to, co on planował od lat, a o czym my tylko marzyliśmy.To była przepiękna przygoda. Nie zawsze było łatwo, ale o to też między innymi chodzi. Żeby się sprawdzić, żeby zobaczyć jak radzimy sobie w ekstremalnych warunkach, żeby poczuć ten dreszczyk emocji i zobaczyć jacy jesteśmy po tym wszystkim.
Od paru dni stoimy w Punta Arenas. Załoga wyjechała. Zostałam na łódce tylko z Kubą Podróżnikiem. Całe dnie upływały nam, wydawałoby się tylko, na sprzątaniu Katharsis po tej długiej wyprawie. Ja tak naprawdę przede wszystkim uporządkowałam swoje myśli i uczucia. Czasem proste zajęcia, nie wymagające specjalnego zaangażowania umysłu, pozwalają puścić myśli swobodnie gdzieś w przestrzeń… może nawet zahaczyć o to, co siedzi głęboko. Przez ostatnie miesiące działo się tak wiele, było nas tak wielu, zobaczyliśmy tak wiele miejsc, przepłynęliśmy tak wiele tysięcy mil morskich, przeżyliśmy tak wiele, powiedzieliśmy sobie tak wiele, doświadczaliśmy tak wiele…. Ta intensywność wszystkiego pochłaniała mnie całą. Nie znajdowałam miejsca ma głęboką refleksję, na stanięcie z boku i przyjrzenie się co się ze mną dzieje. Ciągle przebiegały tysiące myśli i uczuć, ale nie było tego „stop” i analizy. Ostanie dni i czas tylko z samą sobą dał szansę na refleksję. Że jestem przeszczęśliwa, to nie musiałam do tego dochodzić. Każdego dnia budzę się z tą myślą i towarzysz mi do zaśnięcia, a i w snach często jest ze mną. Od najsilniejszych sztormów i największych fal trudniejsze do pokonania są codzienne sprawy i troski. W warunkach ekstremalnym potrafimy się zmobilizować, odnaleźć siły, żeby wszystko pokonać, żeby się zjednoczyć. A błahe, codzienne sprawy mogą nas rozłożyć na łopatki. Teraz wiem, że każdy dzień chce traktować jako wielkie wyzwanie i nic nie lekceważyć, ale z drugiej strony mieć wielki dystans….. właśnie to tych codziennych, ludzkich błahostek. Najważniejsze to (w co zresztą wierzę od zawsze i ani na chwilę nie przestało mi przyświecać) to cieszyć się każdym dniem, doceniać to co mamy i dawać z siebie to co najlepsze. Ktoś może powiedzieć, że łatwo mi powiedzieć, bo tyle spotyka mnie szczęścia. Ale wydaję mi się, że zawsze należy patrzeć na siebie i znajdować szczęście wokół siebie i w tym co mamy.

Kategorie:Ameryka Południowa, Chile

1 komentarz

  1. Czesc

    Wszystkiego dobrego dla Ciebie Haniu i dla Kuby Podroznika.
    Dzialo sie duzo i nastala cisza…….

    Niesprzedawajcie swych marzen….
    i do zobaczenia gdzies tam ….gdzie wielka woda….

    pozdrawiam
    Marek

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: