Napisane przez: Hanuś | 2011/05/02

Na Wielkanoc do Brazylii

Celem kolejnego etapu miało być Rio Grande w Brazylii. Tam postanowiliśmy spędzić święta Wielkanocne, już drugie na Katharsis. Wypływając z Buenos wiedzieliśmy, ze czeka nas kilka dni ciężkiej żeglugi. Do pokonania mieliśmy 450 mil morskich, a prognoza zapowiadała na piątek sztorm.
Początkowo Mariusz planował spędzić w Buenos święta. Jednak tydzień w centrum dużego miasta wydało nam się zbyt długim postojem. Poza tym na początku maja mamy być w okolicach Sao Paulo, a to wciąż kawał drogi, zważywszy że pogoda na Atlantyku przy Ameryce Południowej często utrudnia żeglugę. Niże dające wiatry południowo-zachodnie pozwalają szybko piąć się na północ, jednak trzeba się wówczas liczyć ze sztormową pogodą. Wyże zapewniają umiarkowane wiatry, ale za to z kierunku północnego. Halsowanie pod wiatr znacznie wydłuża podróż, a poza tym pogarsza komfort życia pod pokładem. Mariusz martwił się jak Kasia zniesie trudy kilkudniowego rejsu. Wcześniej żeglowała po wodach wokół Phuket w Tajlandii oraz wysp Greckich na Jedynce, a także na Katharsis II po Karaibach i Polinezji Francuskiej. Żaden przelot nie trwał jednak dłużej niż dobę. Obawy okazały się niepotrzebne, gdyż Kasia od razu się przystosowała. Choroba morska jej nie dokuczała, a jak wiało ponad 40 węzłów, to z zachwytem oglądała przelewające się fale. Tami, która pierwszy raz płynęła żaglówką, przechyły i bujanie odebrała jako świetną zabawę (trochę jak na karuzeli w wesołym miasteczku). Z naszych nowych załogantów najtrudniejsze pierwsze dni były dla Agnieszki. Żeglowała już wcześniej i wiedziała, że jej organizm będzie potrzebował czasu do przystosowania się. Dzielnie zniosła sztorm i została Prezesem naszego rejsu (osobą, która jako pierwsza podzieliła się z Neptunem posiłkiem).
Puerto Madero opuściliśmy w czwartek o 1800. Znowu mieliśmy pilota na pokładzie, tym razem Mariusz nie zgodził się by wysiadł bezpośrednio na łódź pilotową. Nie chcieliśmy dopuścić do podobnej sytuacji, jaka miała miejsce przy wpłynięciu do Buenos Aires, gdzie pilot o mało nas nie staranował. Wsadziliśmy go do naszego pontonu i odstawiliśmy pod dziesięciometrową burtę masowca stojącego na redzie. Pilot nie protestował, woda była zafalowana i była to z pewnością bezpieczniejsza operacja, niż stykanie się burtami dwóch rozkołysanych jednostek.
Pogoda w pierwszą noc oraz piątkowy poranek pozwoliła na szybką żeglugę. Nad ranem minęliśmy Montewideo. Michał miał nadzieję na krótki postój. Mariusz nie miał jednak ochoty na spędzenie kilku godzin na załatwianiu formalności celno-paszportowych. Zapewne nie zdążylibyśmy wówczas dopłynąć do Rio Grande na niedzielę rano.
W ciągu dnia wiatr zaczął słabnąć i wiał od dziobu. O północy, dokładnie jak zapowiadała prognoza, wiatr odkręcił o 180 stopni do południowego. Jednak fala, którą wybudowały wiejące przez ostatnie dni wiatry północne zupełnie uniemożliwiała płynięcie. Wiatr od rufy, fala od dziobu, no i efekt był taki, że pod pokładem wszystko latało z burty na burtę, a poruszanie się wymagało nie lada balansowania ciałem i trzymania się czego się dało. Z każdą godziną wiatr tężał, a w sobotę wiało 30-40 węzłów. Pogoda nie stwarzała pod pokładem idealnych warunków do świątecznych przygotowań, niemniej nie poddawaliśmy się i nakroiliśmy misę sałatki jarzynowej, sosu tatarskiego. Robienie pisanek postanowiliśmy przygotować już „na równym“, bo w sztormowych warunkach wyszłyby jedynie mocno abstrakcyjne, jeżeli w ogóle by przetrwały i nie wytłukły się.
Wieczorem, gdy wiatr zaczął powoli cichnąć, zabraliśmy się z Mariuszem za przygotowanie wielkanocnej baby. Było to moje pierwsze pieczenie takiego ciasta w życiu. Po całej łódce roznosił się przepyszny zapach, a sam wypiek prezentował się wyśmienicie. Jak się później okazało, był to jedyny z niego pożytek, gdyż babką można było co najwyżej kaczki w stawie zabić, taki miała twardy zakalec. Babka, w przeciwieństwie do Kasi i Tami, dużych fal i bujania nie polubiła. Ale za to możemy powiedzieć, że mieliśmy babkę na święta i stanowiła, wraz z przywiezionymi przez Agnieszkę palemkami wielkanocnymi, świetną dekorację stołu.
Do Rio Grande, jednego z najbardziej na południe położonego portu w Brazylii, dopłynęliśmy o 0400 w Niedzielę Wielkanocną. Samo miasto znajduje się dziesięć mil wewnątrz laguny prowadzącej do stolicy prowincji Porto Alegre. Wejście w nocy zawsze wzbudza emocje, zwłaszcza gdy woda koło mariny ma zaledwie 3 metry głębokości, tyle co zanurzenie Katharsis. Minęliśmy port i centrum miasta trzymając się blisko nabrzeża. Wejście do mariny było nieoświetlone i Mariusz zdecydował się zawrócić. Na szczęście przed mariną, zobaczyliśmy nowo wybudowany pomost, do którego bezpiecznie przycumowaliśmy. W ramach relaksu wypiliśmy „welcome drink“ w Brazylii, czyli całą butelkę whiskey.
Po 58 godzinach rejsu wszyscy potrzebowaliśmy chwili odpoczynku, dlatego do świątecznego śniadania zasiedliśmy dopiero w południe. Wcześniej przygotowaliśmy kolorowe pisanki i zagrzaliśmy białą kiełbasę, którą Michałowi udało się cudem wwieźć do Argentyny, pomimo surowych zakazów i ścisłej kontroli na lotnisku. Marina w Rio Grande okazała się bardzo miłym i spokojnym miejscem, gdzie wśród drzew i trawników mieści się basen oraz korty tenisowe. Jak Michał dowiedział się, że na łódce są dwie rakiety, to odwiódł nas od wyprawy do oddalonego o 2 km miasta. Słoneczną i ciepłą niedzielę spędziliśmy przy kortach tenisowych. Do miasta udaliśmy się dopiero wieczorem, by uczestniczyć w ostatnim dniu corocznych dni morza. Zgiełk festynu szybko nas jednak zmęczył.
Następnego dnia Mariusz nie zapomniał, iż jest to lany poniedziałek. Najbardziej zdziwioną i zdezorientowaną minę miała Tami, gdy nagle została oblana wodą. W Brazylii nie mają tego zwyczaju, a nikt z nas wcześniej jej o tym nie powiedział. Tami stwierdziła, że mamy znacznie weselsze święta i bardziej dbamy o tradycję niż w jej kraju. Oni spotykają się jedynie przy grillu w ciągu dnia, a i na to nie każdy znajduje czas. Powinniśmy być dumni z polskich tradycji i o nie dbać. Dlatego cieszę się, że pomimo, iż byliśmy na drugim końcu świata, to na Katharsis II polskich zwyczajów (tak jak i w zeszłym roku) nie zabrakło. Trochę mi tylko żal było, że Tami, która uwielbia słodycze, nie mogła spróbować wielkanocnej baby…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: