Napisane przez: Hanuś | 2011/05/16

Dzień w Brazylii u Brazylijczyków w brazylijskim stylu (07.05)

W Ushuaia, przed naszą wyprawą na Antarktydę, Mariusz poznał bardzo życzliwego Brazylijczyka – właściciela jachtu Swane Lake, który zacumował przy naszej burcie. Albetro przymierzał się już drugi raz do rejsu na biały kontynent, jednak podróż z Brazylii do Ushuaia zajęła mu zbyt dużo czasu i po raz kolejny zmuszony został do przełożenia tej wyprawy. Trudne warunki i wiele sztormowych dni sprawiły, że czas, który miał wykorzystać na przeprawę przez Cieśninę Drake’a i przemierzanie wód antarktycznych spędził walcząc z wiatrami i falami wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej. Gdy my szykowaliśmy się do wyprawy na Antarktydę, on planował krótki rejs po Patagonii, by zdążyć do Brazylii na karnawał. Żałował, że nie może popłynąć na południe, ale dopingował naszą wyprawę i zaproponował Mariuszowi zestaw map argentyńskich i chilijskich, które skompletował, a które Mariusz planował kupić w Ushuaia. Był to bardzo miły gest, gdyż taki komplet do nie błaha sprawa. Mariusz zobowiązał się, że przypłynie w maju do Brazylii, żeby móc osobiście oddać mapy. I tak właśnie znaleźliśmy się w Ilhabela, gdzie Alberto ma domek letniskowy.
Mariusz od dawna aranżował spotkanie z Alberto, który gorąco namawiał nas do odwiedzenia Ilhabela. Na szczęście terminy udało się dograć i umówieni byliśmy na wspólne spędzenie soboty. Alberto przypłynął po nas swoją małą motorówką, którą używa do poruszania się wokół wyspy. Zabrał nas na przejażdżkę wzdłuż wschodniego i północnego wybrzeża. Wyspa jest przepiękna. Urzekły mnie strzeliste góry pokryte soczystą zielenią. Brzeg tworzą granitowe skały poprzecinane piaszczystymi plażami. Mając porównać to miejsce to innych, które przez ostatnie półtora roku miałam okazję oglądać, to powiedziałabym, że jest do połączenie markizjańskich wysp z tajlandzkimi. Górzyste wnętrze wyspy oblane nieprawdopodobną zielenią to wspomnienie z Markizów, zaś plaże przypomniały mi te widziane na Phuket i Phi Phi.
Jedynym minusem Ilhabela są występujące tu muszki, które potwornie gryzą wywołując alergie. Alberto nas przed nimi przestrzegał i nawet wyposażył w Off’a, ale my odzwyczajeni po Antarktydzie i Patagonii od insektów trochę zbagatelizowaliśmy problem i daliśmy się pożreć tym małym potworom. Efektem tej beztroski były popuchnięte kostki oraz bąble na całym ciele. U Kuby pojawiła się gorączka, a u Kaśki kilkudniowy i uporczywy obrzęk stopy trzeba likwidować antybiotykiem.
Po wycieczce motorówką Alberto zabrał nas do swojego domu letniskowego, gdzie czekała na nas jego żona Monika. Dom położony jest na skarpie, do którego prowadzi stroma ścieżka. Dla Kaśki był to niezły wyczyn wdrapać się tam z samej plaży. Warto było się jednak wspinać, gdyż z ogrodu rozciąga się cudowny widok na zatokę oraz góry na lądzie.
Alberto z Moniką urządzili nam wspaniałą brazylijską ucztę. Zaczęli od poczęstowania nas tradycyjnym drinkiem „Caipirinha”, przyrządzanego z wódki robionej z trzciny cukrowej (Cachaca), do której dodaje się kruszony lód, sok ze świeżo wyciśniętych limonek oraz cukier. Degustowaliśmy także inną wersję tego drinka – z majakują, która mi bardzo zasmakowała. W Brazylii Caiphirinha podawana jest jako aperitif, ale nie tylko – można się nią raczyć w każdej chwili, ale trzeba uważać, gdyż poza kruszonym lodem i sokiem z limonek nie ma tam żadnego rozcieńczacza. Do Caiphirinha podano poza orzeszkami i krakersami z lokalnym twarożkiem przepyszne pastel z serem. Są tą pierożki nadziewane przeróżnym farszem i smażone na głębokim oleju.
To był jednak dopiero początek uczty. Po aperitifie zostaliśmy zaproszeni do stołu, gdzie podano nam najpierw przystawkę – zapiekane pod kołderką serową mięso z krabów. Jako danie główne Monika postanowiła nam zaserwować tradycyjne danie kuchni brazylijskiej. Może być przyrządzane z mięsa lub owoców morza, które duszone są z warzywami (papryką, cebulą i pomidorami), a następnie podlewane mlekiem kokosowym. My mieliśmy okazję skosztować wersję z krewetek i ryby. Gdy podano główne danie, ja już byłam właściwie najedzona, ale oczywiście wpałaszowałam z przyjemnością ten brazylijski przysmak. „Kropką nad i” był deser: jabłka w cieście, do tego lody waniliowe oraz półmisek świeżych owoców. Wszystko było przepyszne. Jednak nie jedzenie było w tym wszystkim najważniejsze, tylko atmosfera i ciekawe rozmowy.
Alberto i Monika są cudownymi ludźmi, pełnymi życzliwości i pogody ducha. Ich gościnność i serdeczność nas oczarowała. Byliśmy pod dużym wrażeniem ich wiedzy na temat Europy, a szczególnie Polski. Przyzwyczailiśmy się, że po drugiej stronie Atlantyku o naszym kraju niewiele ludzie wiedzą. Dobrze jak kojarzą chociaż, że Polska leży w Europie. A nasi Brazylijscy przyjaciele byli świetnie zorientowali. Znali nie tylko sytuację polityczną, ale także polskie kino – na przykład filmy Wajdy. Okazało się, że w czasach studenckich dopingowali przemiany ustrojowe w Polsce. Z zza oceanu wspierali ruch niepodległościowy z Lechem Wałęsą na czele. Podróżując po różnych krajach przekonałam się, że najczęściej rozpoznawanymi Polakami są Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Brazylijczycy solidaryzowali się z naszym społeczeństwem, gdyż sami zmagali się w tym okresie z reżimem wojskowym. Alberto bardzo interesowała historia Polski, aż od genezy. Mariusz miał niezły sprawdzian z historii naszego kraju. Opowiedział Alberto historię Polski w pigułce – od Mieszka I i chrztu, przez najważniejsze dynastie, czasy chwały, kiedy Polska na mapie Europy rozciągała się od Bałtyku po Morze Czarne oraz gdy jej na mapie nie było po rozbiorach. Poza opowieściami o Polsce dużo rozmawialiśmy oczywiście o żeglarstwie. Alberto zachwalał nam wybrzeże Brazylii i miejsca, które koniecznie podczas naszej wyprawy wzdłuż wybrzeża Ameryki Południowej musimy jeszcze zobaczyć. Tych miejsc jest tak wiele, że spokojnie moglibyśmy w Brazylii spędzić kolejny rok. Niestety uda nam się odwiedzić tylko kilka z nich, gdyż do listopada Katharsis musi dotrzeć na Karaiby. Jest to jeszcze kawał drogi, a czas nie jest z gumy. Ale póki co zamierzamy nacieszyć się urokami Brazylii, poznać ją jak najlepiej, oczywiście wszystko z pokładu Katharsis.
Jest teraz z nami Zbyszek, który robi mnóstwo zdjęć. Niektóre z nich umieszczamy na blogu – te z dopiskiem ZS są autorstwa stałego bywalca Katharsis Zbyszka Świderskiego.


Responses

  1. Malowniczo! Wymienię tydzień pobytu w Mongolii na jeden dzień w Brazylii.

  2. Nie mozecie mnie przygarnac jako psa pilnujacego lodki ? 😛 bedziecie mieli wiecej czasu dla siebie a ja bede pilnowal lodki i gryzl kazdego kto stanie na niej nieproszony 😛 piekne zdjecia i przygody, od poczatku przeczytalem calego bloga, Eh jakbym mial takie mozliwosci. Pozdrowienia z Warszawy 🙂

  3. najlepszą Caipirinha piłam w Bambergu na naszej pamiętnej imprezie w trójkę z Maryśką:)))

    • oj tak! dobrze byłoby to powtórzyć! ale może lepiej bez tulipanów 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: