Napisane przez: Hanuś | 2011/11/14

Bonaire

Po kilku sielskich dniach spędzonych wśród lazurowych wód i białych piasków wenezuelskich wysp popłynęliśmy na Bonaire, gdzie do naszej ekipy dołączył Jarek.
Bonaire wraz z Curacao i Arubą tworzą Małe Antyle (Wyspy ABC) i stanowią holenderską gminę zamorską. Ciekawe jest na Karaibach zobaczyć nazwę: Kralendijk (stolica Bonaire) oraz charakterystyczne, kolorowe domki holenderskie. A jeszcze bardziej zaskakująca jest różnorodność języków – urzędowe są dwa: holenderski i papiamento (język kreolski stworzony na bazie języków portugalskiego i hiszpańskiego z wieloma zapożyczeniami z niderlandzkiego), a w powszechnym użyciu występują jeszcze dwa: angielski i hiszpański. Podczas odprawy celnej urzędniczka zwracała się do nas po angielsku, gdy zadzwonił telefon rozmawiała po holendersku, a gdy zwracała się do kolegi zza biurka, to używała języka hiszpańskiego, a przechodzącą przez biuro koleżankę pozdrawiała w języku papiamento!
Ale za nim udało nam się do urzędu celnego dostać, to musieliśmy zorganizować miejsce w marinie, co nie było łatwe… Bonaire objęte jest ochroną Parku Narodowego i nie wolno przy jej brzegach kotwiczyć. Udostępnione są jedynie boje cumownicze wzdłuż wybrzeża, ale tylko dla jachtów o długości do 55 stóp. Dla większych jachtów przewidziana jest marina, niestety z niewielką ilością miejsc. Gdy Mariusz był tutaj kilka lat temu, marina była praktycznie pusta, a teraz ciężko było znaleźć miejsce. Na szczęście pojawił się sympatyczny i bardzo pomocny (w odróżnieniu do kierownika mariny) pracownik Parku Narodowego, który porozmawiał z władzami mariny, zorganizował przesunięcie dwóch łódek i miejsce dla Katharsis sie znalazło.
Czas na Bonaire upłynął nam pod hasłem nurkowania, poza jednym dniem, kiedy to wybraliśmy się na wycieczkę. Mariusz wynajął pick-up’a i cała nasza ośmioosobowa załoga wybrała się w podróż wokół wyspy. Zaczęliśmy od oglądania wielkich piramid z soli, znajdujących się po południowej stronie wyspy. Niesamowita paleta kolorów: z jednej strony lazur z granatem Atlantyku, a z drugiej różowe wody z solankami oraz białe góry.
Dzień był bardzo upalny i ekipie siedzącej na pace (czyli Jarkowi, Tomkowi i mi) zaczęło doskwierać grzejące słońce, więc Mariusz postanowił przeczekać największy swar w sympatycznej knajpie przy plaży, gdzie zjedliśmy mały obiad. Posileni tuńczykiem, krewetkami i kalmarami ruszyliśmy na poszukiwania flamingów, które licznie występują na Bonaire. Raz spotkaliśmy samotnie brodzącego przy plaży osobnika, aż w końcu natrafiliśmy na całe, duże stado. Po pstryknięciu kilku zdjęć, których wykonanie wymagało przedzierania się przez śmierdzące mokradła, za którymi usadowiły się te urocze różowe chude ptaki, pojechaliśmy na północny brzeg wyspy. Krajobraz usiany jest tu kaktusami, a plaże są urwiste. Po drodze, zmęczeni ponownie upałem, zatrzymaliśmy się w jednej z miejscowości we wnętrzu wyspy – Rincon, gdzie uraczyliśmy się zimnym piwem w lokalnej knajpie tuż przy największym budynku – kościele.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: