Napisane przez: Mariusz | 2012/01/17

Z St.Kitt’s na Anguillę

Mariusz:

Żegluga w kierunku Anguilli dała nam dużo radości. Płynęliśmy z wiatrem od baksztagu do półwiatru. Pozwoliło to na szybką jazdę. Rozpoczęliśmy dzień ze zredukowanym grotem do drugiego refa, mając w pamięci wietrzny piątek i ostatnią noc. Ale, gdy po wyjściu z cienia wyspy okazało się, że pogoda się ustabilizowała, zrzuciliśmy refy i poszybowaliśmy pod pełnymi żaglami. Przy wietrze o sile 6B płynęliśmy z prędością 11 węzłów.
Zdążyliśmy jeszcze zjeść na obiad Hani ulubioną zupę Tom Yam Gong, kiedy dogoniły nas ciężkie czarne chmury. Szybko zrefowaliśmy genuę i grota do drugiego refa. Nie jest to zadanie, które można wykonać w minutę, zwłaszcza przy dwuosobowej załodze na 22 metrowym jachcie, ale zdążyliśmy. Z rozległej chmury powiał wiatr o sile 8B – powyżej 32 węzłów. Po dziesięciu minutach wiatr ucichł, ale niebo nie wyglądało już tak przyjaźnie, jak o poranku. Usiane było goniącymi nas chmurami burzowymi. Już nie stawialiśmy pełnych żagli, mimo że wiatr między szkwałami siadał nawet do 8 węzłów. Pogoda ustabilizowała się ponownie po trzech godzinach, gdy byliśmy w pobliżu St. Marin. Rzuciliśmy kotwicę jeszcze przed zachodem słońca w zatoce Road Bay na Anguilla.
Dwa lata temu płynąc z St. Martin na BVI zatrzymaliśmy się tutaj tylko na noc. Taki był i nasz plan, by uniknąć kolejnej odprawy. Ale niedziela powitała nas błękitnym niebem i plan się zmienił. Postanowiliśmy zejść na ląd by odcisnąć swe stopy w złotym piasku plaży.
Anguilla reklamuje się, że jest kulinarną stolicą Karaibów. Po obfitym omlecie na śniadanie, które jedliśmy bardzo wcześnie, ze względu na pobudkę o świcie, nie było w południe śladu w żołądkach. Nie chcąc szukać nie wiadomo jak wyszukanych restauracji we wnętrzu wyspy, zdecydowaliśmy się na bar na plaży. Oboje zamówiliśmy smażoną świerzą rybę – całkiem niezłego red snappera. Obiad zamienił się jednak w długie posiedzenie. Okazało się, że bar jest miejscem, w którym w niedzielne popołudnie koncertują miejscowi muzycy. Klasyka jazzowa, genialnie zaśpiewane utwory Armstronga i Ray’a Charlsa, zatrzymały nas w barze przez kilka godzin. Przed wyjściem z łódki Hania wyciągnęła z zamrażarki antrykot jagnięcy. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak zakończyć dzień sytą kolacją. I w ten sposób na kulinarnej rozpuście, połączonej z dobrą muzyką minęła nam niedziela.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: