Napisane przez: Mariusz | 2012/07/30

Uwięzieni w lodach w Ilulissat

Mariusz:

Czekając na przyjazd Romeczki, Kubusia i Martynki obserwowaliśmy, jak wzbudza się wskazówka wiatromierza. Wiatr szedł górą, nie było go czuć na pokładzie. Najpierw pojawiła się z przodu dwójka, potem trójka –wiatr wiał z prędkością ponad trzydziestu węzłów ze wschodu, czyli od lądu.
Około 2100 zauważyliśmy pierwsze growlery wpływające do portu. Są to odłamki gór lodowych nie wystające na więcej niż 1 metr nad wodę i wielkości do 5 na 5 metrów. Taki kawał lodu mający średnio metr zanużenia może ważyć nawet 25 ton. Lód wpływał mimo wiatru od lądu i odpływu. Cała prawa burta narażona była na uderzenia. Dwa kolejne growlery odepchnęliśmy bosakami od dziobu. Zapowiadała się noc z wachtami lodowymi. Godzinę później zostaliśmy poproszeni, by się przestawić, gdyż jest to miejsce zarezerwowane dla lokalnego promu. Mogliśmy się do niego z powrotem przytulić do rana.
Pokręciliśmy się trochę po porcie, by w końcu stanąć po drugiej stronie, przed wejściem do wewnętrznego portu rybackiego. Znowu nastawialiśmy całą prawą burtę. Nie mogliśmy stać wzdłuż głównego nabrzeża, gdyż zajął je Clipper Adventurer – polarny wycieczkowiec. Byłem ciekaw czy lód przestanie napływać, gdy zacznie się przypływ. Trochę to bez sensu, ale skoro wpływa podczas odpływu, to może woda inaczej chodzi górą, a inaczej przy dnie. Nic z tego. Lód ciągle wpływał i gdy zobaczyłem zbliżający growler wielkości (nie growlerowej, tylko małej góry lodowej) kilkunastu na kilkunastu metrów, czyli wadze ponad 100 ton, postanowiłem wyjść z portu. Nie bardzo się ten pomysł nam podobał, ale co robić w takiej sytuacji. Groziło nam staranowanie. Jedno, drugie naparcie na lód, przytarcie pontonem statku ratowniczego, do którego byliśmy przytuleni i wydostaliśmy się z objęć lodu.
Minęła północ, słońce zaszło minutę przed 2400, ale na tej szerokości podczas krótkiej nocy nie robi się ciemno. Mżyło, było ponuro, ale przynajmniej przestał wiać szalony wiatr. Sytuacja w zatoce była diametralnie inna od tej z przed 12 godzin, kiedy wpływaliśmy. Wtedy byliśmy podnieceni widokiem olbrzymich gór lodowych, teraz przerażeni ilością drobnego lodu. Zaczął się wolny slalom między bryłami, growlerami, małymi górami lodowymi. Nie byliśmy w stanie płynąć szybciej niż 1 węzeł. Na dziobie cztery bosaki poszły w ruch, by torować drogę wśród lodu. Co jakiś czas musiałem dawać całą wstecz, bo wjeżdżaliśmy w lód, który poruszł się szybciej od nas. Przed dziobem obserwowaliśmy kilka nurtów, każdy płynący w innym kierunku. Lód płynął z prędkością 1 – 2 węzłów i nie sposób było w takich warunkach manewrować. Do tego na horyzoncie pojawiła się mgła – zmora żeglarzy. Po dwóch godzinach zmagań z lodem postanowiłem zawrócić. Rzadko mi się to zdarza, ale stwierdziłem, ze w tych zwariowanych warunkach będziemy mimo wszystko bezpieczniejsi w porcie.
O trzeciej nad ranem przykleiliśmy się do kutra, który stał przy króciutkim, roboczym nabrzeżu przy bazie paliwowej. Miejsce średnie, z uwagi na trudność cumowania, ale najlepiej osłonięte przed napierającym lodem, bo usytuowane za załomem, przy wejściu do portu. Jak tylko wpłynęliśmy dogoniła nas mleczna mgła. Ale mogliśmy czuć się bezpiecznie, chociaż przez jakiś czas i mieć nadzieję na zmianę warunków.
O 0700 pozwoliliśmy niebieskiemu kutrowi odejść od nabrzeża. Schował się w niedostępnym dla nas, ze względu na nasze zanurzenie, wewnętrznym porcie. Po godzinie port był pełen lodu i ten ani myślał odpuścić. Mieliśmy bezpieczne schronienie przynajmniej do poniedziałku. Oba miejsca, w których staliśmy wcześniej były zawalone spiętrzonym lodem. Chociaż taka satysfakcja, że tam nas nie ma.
W południe lód zaczął nieco odpuszczać, ale po godzinie wrócił. Dowiedzieliśmy się, że Clipper Adventurer, za którego rufą staliśmy będzie próbował wyjść z portu na wysokiej wodzie o 1630. Powinniśmy ruszyć się, gdyż mielenie wody wprowadzonej w ruch przez śruby tego statku mogło spowodować niezłą bonanzę w porcie. Ale jak to zrobić, gdy między growlery nie da się szpilki wcisnąć. Zrobiłem małą naradę z kapitanem Clippera. Zaprosił mnie do siebie na mostek. Przeanalizowaliśmy mapy pogodowe, wymieniliśmy poglądy. Kapitan miał obawy, czy uda mu się wykręcić i czy nie narobi szkód próbując wypchnąć część lodu z portu. Umówiliśmy się, że będziemy w kontakcie radiowym.
Skóra zaczęła cierpnąć, gdy ruszyły śróby statku. Na początku delikatnie, wytworzyły pęd wody, który zaczął poruszać i odpychać od jego rufy growlery. Oznaczało to, że pojadą na nas. Cztery bosaki dzielnie broniły dostępu do naszej burty, niemniej co któremuś kawałkowi lodu udawało się wjechać w nas. Nie wyglądało to wesoło, ale byliśmy uwięzieni. Clipper oddał cumy, zostawiając przedni spring, tak by móc odjechać rufą od nabrzeża. Po kilkunastu minutach zmagań udało mu się stanąć pod kątem 30 stopni do nabrzeża. Przynajmniej wypychany lód wystrzeliwany był już w nie naszym kierunku. Kapitan próbował wypłynąć tyłem ale utknął. Musiał wrócić i obrócić się w porcie. W tym momencie puściliśmy cumy, gdyż zaczął zagarniać olbrzymi płat lodu. Ten na pewno uszkodziłby nam burtę. Ruch wirowy wody spowodował, że lód wykręcił kilka metrów przed naszą burtą. Byliśmy uratowani i szybko ponownie zacumowaliśmy się. Clipper Adventurer wyszedł z portu, a przez jego kapitana delikatnie przeprowadzony manewr długo jeszcze komentowaliśmy. Obserwując jego zmagania na AIS widziałem, że przez kolejne dwie i pół godziny walczył w lodach Disco Bay. Nam nie pozostało nic innego jak czekać na zmianę sytuacji w porcie.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: