Napisane przez: Hanuś | 2013/04/20

Ostanie chwile w Kostaryce

Po niesamowitym tygodniu spędzonym przy Isla del Coco czas było wracać na stały ląd. Nikomu nie chciało się opuszczać tej rajskiej krainy, pomimo że przez trzy ostatnie dni często padał ulewny deszcz, a nad wyspą kłębiły się ciężkie chmury. Zmiana pogody pozwoliła nam zobaczyć Coco w innej odsłonie, bardziej tajemniczej i mrocznej. Przeżyliśmy nawet wieczór przypominający film “Ptaki” Hitchcocka. Ulewny deszcz połączony z burzą zaskoczył stado głuptaków polujących w morzu. Zamiast wracać na ląd wybrały za miejsce schronienia osłonięty przez bimini kokpit Katharsis. Nasza początkowa ciekawość przemieniła się w przerażenie, gdy jeden z ptaków wcisnął się przez lekko uchyloną zejściówkę pod pokład do mesy. Szybko zasunęliśmy klapę, a Kubie udało się sprawnie złapać intruza. W kokpicie panował zgiełk i wrzask. Ptaszyska widząc światło z wnętrza łódki, drapały pazurami i biły dziobami pleksę odzielającą ich od nas. Na dodatek do zgrai głuptaków dołączyła fregata. Te ptaki nie za bardzo się lubią, w efekcie czego z pokładu dochodziły do nas odgłosy walczących ze sobą stworzeń. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko rozgonić to towarzystwo. Zadania podjęli się Kuba, Wojtek i Piotr przy gorącym proteście Zbysinka, miłośnika zwierząt. Chłopcy wyszli na pokład przez luk w kambuzie i po kilku minutach pokład był czysty od nieproszonych gości. Ślady ich bytności musieliśmy jednak długo sprzątać. Cały pokład usłany był zwymiotowanymi rybami i kałamarnicami, które były ciekawym urozmaiceniem ptasich odchodów.
Jednak Coco nie będzie kojarzyła nam się z ptakami, pomimo tego mrocznego wieczoru, ale przede wszystkim w rekinami i cudownym światem podwodnym. Tutaj przeżyłam jedne z najpiękniejszych, jak i najbardziej ekscytujących nurkowań w moim życiu. Unoszenie się w toni błękitnego oceanu ze stadem rekinów młotów na zawsze pozostanie w mojej pamięci i będzie mi przypominał moment, kiedy w pewien sposób zakochałam się w tych stworzeniach, które dotąd wydawały mi się odrażające. A nocne nurkowania z żerującymi refowymi rekinami białopłetwymi to z kolei wspomnienie podniecającego obcowania z szybkimi i nieco niezdarnymi zwierzakami, które zamiast przerażać, ciekawiły i trochę bawiły, nie mogąc dogonić uciekającej ryby. Z pewnością bardzo się oswoiłam z rekinami, ale respekt i szacunek to tych zwierząt tylko się umocnił. Na Coco miałam też swoje małe nurkowe święto – po raz 100 zeszłam pod wodę. Z tej okazji dostałam na pamiątkę od Chipopa’y monetę 100-colonową.
Nasz pobyt na Coco nieubłagalnie się kończył. Pozwolenie nam wygasło, a i plany zakładały wymianę załogi. W piątek, w dzień naszego wypłynięcia, kręciliśmy się po łódce i odkładaliśmy moment oddania cumy łączącej nas z bojką, a tym samym z wyspą. Chipopa’ie chyba żal było opuszczać Katharsis, bo zostawił na niej swoje płetwy. Nie wracał z nami do Quepos, gdyż w niedzielę przypłynąć miała kolejna łódź, na której miał być przewodnikiem.
W końcu, po kilku wezwaniach strażników i przypomnieniu nam, że czas ruszać, pożegnaliśmy się z Coco i pożeglowaliśmy na południowy-wschód. Na początku nawet trochę wiało, ale był to tylko wiatr spod chmur zgromadzonych nad wyspą. Znowu czekała nas jazda na silniku.
Do mariny Paz Vela w Quepos dotarliśmy w niedzielę rano. Jak zawsze stało tu niewiele jachtów, a nasze miejsce, do którego już nawet przywykliśmy, było wolne. Dla nas dziwne to uczucie wracać do tej samej mariny. Nie często się to zdarza, gdyż zazwyczaj gnamy do przodu, trasą wcześniej ustaloną, mającą cel gdzieś daleko, daleko…
W Quepos mieliśmy zabawić przez następny tydzień. Miało to być miejsce wymiany załogi oraz baza do przygotowania Katharsis do kolejnego długiego rejsu. Jednak ku naszemu zdziwieniu, w tygodniu marina miała sie zapełniać, a to za sprawą odbywających się w następny weekend zawodów wędkarskich. Na szczęście znalazło się dla nas miejsce w marinie Los Suenos w Zatoce Herradura. W związku z tym w Quepos spędziliśmy zaledwie jeden dzień. Poszliśmy na pożegnalną kolację do naszej ulubionej restauracji, wyprawiliśmy Piotra, Małgosię i Zbynia do San Jose, odebraliśmy Basię z Tomkiem i w poniedziałek ruszyliśmy do Los Suenos. Jeszcze przez dwa dni towarzyszyli nam Romka z Kubą oraz Iwona z Wojtkiem.
A od środy zabraliśmy się ostro za przygotowania do rejsu. Basia z Tomkiem ruszają z nami na Pacyfik. Będziemy w niewielkim, bo tylko czteroosobowym składzie, ale przed nami 6 tygodni żeglugi, więc troche płynów i żywności trzeba na łódce zasztauować. Niemało stresu kosztowało nas zdobycie baniaków na paliwo.Te kupione jeszcze w Ushuaia przeciekały i już od jakiegoś czasu nie było ich na pokładzie. W rejs na Pacyfik Mariusz nie chciał ruszać bez zabezpieczenia w postaci dodatkowych kanistrów na paliwo. Z jednej strony chciał mieć rezerwę ropy poza zbiornikami, a przede wszystkim pojemniki do transportu paliwa. Stacja paliw dla jachtów będzie dopiero w Papeete, a do tego czasu tankowanie odbywać się będzie pewnie poprzez ponton i te właśnie cenne baniaki. Mariusz objeździł okoliczne sklepy, ale dostępne były tylko kilkulitrowe. Takimi tankowalibyśmy Katharsis przez kilka dni… Już robiło się niewesoło, ale na szczęście właściciel stacji w marinie zorganizował dla nas używane baniaki po koncentracie do wytwarzania Pepsi – jeden 75 litrowy i cztery 50 litrowe, co daje nam dodatkowych 275 litrów ropy i możliwośc dodatkowania łódki w zaledwie kilka kursów na stację benzynową. Z takim zabezpieczeniem czujemy sie znacznie lepiej i mogliśmy ruszyć w morze!
W drodze z Kostaryki na Tahiti do pokonania mamy 5000 mil morskich. Nasza trasa nie wiedzie szlakiem najpopularniejszym wśród żeglarzy, czyli przez Wyspy Galapagos i Markezy. Ten wariant Mariusz przerabiał już dwukrotnie, w 2004 roku Jedyneczką i w 2010 Katharsis II. Tym razem planuje zapuścić się bardziej na południe, odwiedzając Wyspy Pitcairn, Gambier oraz Tuamotus. Pierwsze tysiąc mil to słynna strefa ciszy (ang. doldrums). Charakteryzuje się ona słabymi wiatrami o zmiennych kierunkach, bardzo niestabilną pogodą i gwałtownymi burzami. Dopiero na południowy zachód od Galapagos można liczyć na stabilny pasat i sprzyjający prąd.
Marinę Los Suenos opuściliśmy w poniedziałek 15 kwietnia o godzinie 1616. Podczas rejsu pełnić będziemy trzygodzinne wachty. Podzieliliśmy się w następujący sposób: 0000-0300, 1200-1500 Mariusz, 0300-0600, 1500-1800 Tomek, 0600-0900, 1800-2100 Hania, 0900-1200, 2100-2400 Basia.
Zanim jednak wyruszyliśmy w długą podróż, postanowiliśmy zatrzymać się na krótki techniczny postój na kotwicy. Konieczne było zejście pod wodę, by odetkać lewy wlot do manifoldu, odpowiedzialnego za chłodzenie zawrażalnika i klimatyzacji oraz pobór wody do odsalarki, w którym morskie stworzenia urządziły sobie domek. Dno kadłuba także wymagało wyczyszczenia. Stanowczo przyjemniejszym miejscem dla takich prac wydała nam się Isla del Coco, niż zatoka przy marinie. Do Chatham Bay dotarliśmy rano 17 kwietnia. W drodze na Cocos niestety nie udało nam się jeszcze postawić żagli – znowu naszą siłą napędową był silnik. Burzowe chmury wciąż kłębiły sie nad nami i podczas nocnej wachty Tomka pioruny tak blisko nas uderzały w wodę, iż postanowiliśmy zabezpieczyć elektronikę, w razie bezpośredniego wyładowania atmosferycznego w maszt Katharsis. Takie uderzenie wywołuje silny impuls elektromagnetyczny, który niszczy wszystko, co elektryczne. W tym celu ręczny GPS, radio VHF oraz nasze komputery zawinęliśmy w folię aluminiową i schowaliśmy je do piekarnika – takiej puszki Faradaya.
Co prawda nie mieliśmy pozwolenia na pobyt wymaganego przez władze Parku Narodowego, ale strażnicy bez problemu pozwolili nam na postój, w celu usunięcia drobnych usterek. Zostaliśmy na jeden dzień. Przy okazji oddaliśmy Chipopa’ie jego płetwy, które u nas zostawił. Jego pobyt na Cocos przedłużył się, dzięki asyscie przy ekipie filmowej z BBC, która kręciła materiał z żerowania rekinów tygrysich.
Pogoda bardzo nam dopisała. Świeciło słońce, a w zatoce nie było zafalowania, które z pewnością utruniłoby nam prace podwodne. Miło było spędzić kilka chwil koło tej rajskiej wyspy. W czwartek 18 kwietnia ostatecznie pożegnaliśmy Kostarykę i ruszyliśmy w rejs. Plan zakładał, iż od razu obierzemy kurs 230 stopni, na oddalony o ponad 3000 mil morskich Pitcairn. Jednak wiatry wcale nam tego nie umożliwiały i w jakiś magiczny sposób gnają nas ku Galapagos. Wcale nas to nie martwi, wręcz przeciwnie! Jak to Mariusz stwierdził, nie pierwszy z resztą raz, że plany są po to by je zmieniać. Jest sobota 20 kwietnia 2013 roku godzina 1200. Naszym najbliższym celem jest San Cristobal oddalony od nas o 166 mil. Wieje południowo-wschodni wiatr o sile 10 węzłów pozwalający nam zbliżać się do Galapagos z pędkością 7,5 węzła. Nasza pozycja: 01st. 46min. N 088st. 51min.W, kurs 195 st.


Responses

  1. zaraz się popłaczę 🙂 🙂 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: