Napisane przez: Hanuś | 2014/07/04

Kadavu razy dwa

Trochę się ostatnio u nas działo. A im więcej zamieszania dookoła, tym mniej czasu na siedzenie przed monitorem i brak wieści od nas. Czyli cisza mogła by oznaczać, że nic nowego i ciekawego się na Katharsis nie wydarzyło, a często jest wręcz przeciwnie.

Podczas ostatnich dwóch tygodni przepłynęliśmy z Fulaga na Kadavu, następnie do Suva, i znowu na Kadavu. Teraz jesteśmy już na północy 180 mil na północny-wschód – kotwiczymy przy Taveuni. Ale najpierw chciałabym wrócić do naszych dwóch pobytów na Kadavu.

Kadavu leży 40 – 50 mil na południe od Viti Levu i jest trzecią co do wielkości wyspą Fidżi. Słynie z upraw kava oraz z doskonałych miejsc nurkowych. Kadavu i sąsiadujące z nią mniejsze wyspy otoczone są rafą Astrolab Reef. Z Fulagi mieliśmy do pokonania 180 mil. Silna bryza pozwoliła nam pokonać trasę w niecałą dobę. Wpłynęliśmy do środka laguny przez Naigoro Passage i stanęliśmy w najbliższej zatoce przy wiosce Vatulutu. Miejsce nie było tak urokliwe, jak na Lau, ale świat podwodny miał nam to zrekompensować.
Nie mieliśmy jednak wiele czasu na zwiedzanie tej części Fidżi, gdyż spieszyliśmy się na główny ląd, czyli do Suva, skąd wylatywała cała ekipa. Pomimo ograniczonego czasu i mało sprzyjającej pogody udało nam się zaliczyć śliczne snorklowanie przy czwartej co do wielkości rafie koralowej na świecie. Było wietrznie, momentami deszczowo, a wzburzone morze zalewało nam rurki, jednak nie poddaliśmy się i weszliśmy do wody. Natalka z zapałem fotografowała podwodny świat, czego efekty zamieściłam na naszym blogu.
Kadavu nie ugościło nas słońcem, ale za to zrekomensowało nam niepowodzenia wędkarskie z wcześniejszych dwóch tygodni. Od wypłynięcia z Suva i podczas żeglowania po Lau nie udało nam się złowić żadnej ryby, chociaż wykorzystywaliśmy każdą okazję na zarzucenie wędek. Natalka wciąż pytała kiedy będzie carpacio z tuńczyka, pieczone mahi, sushi lub inne rybne smakołyki, a na haczyku nie widać było żadnej sztuki… Aż tu nagle przy Kadavu ryba za rybą łapała się na przynętę! Walka była nierówna, gdyż niektóre okazy uciekały z haczyka lub zrywały przynętę, ale ogromne wahoo i dwa mahi-mahi pozwoliły zaspokoić apetyty na świeżą rybkę. Można powiedzieć, że wynik był w pełni zadowalający. Mariusz wyczarował swoje popisowe carpacio (raz z mahi, innym razem z wahoo), a Tomek nakręcił wyśmienite sushi.
Podczas kilkugodzinnego płynięcia z Kadavu do Suva doszło do pewnego historycznego dla nas wydarzenia. Mianowicie Mariusz po raz pierwszy odpalił drona w czasie żeglugi. Emocji było sporo, gdyż podmuchy wiatru znosiły naszą osę i baliśmy się, czy uda się ją ściągnąć z powrotem na pokład. Cała akcja zakończyła się sukcesem i mamy kilka świetnych ujęć z tej zabawy.
Powrót do Suva uczciliśmy butelką szampana i kolacją w uroczej knajpce na wodzie. Starą jednostkę przemieniono na pływającą restaurację Tikos tworząc klimat jak na starych statkach pasażerskich. Było to przemiłe dopełnienie rejsu. W ciągu dwóch tygodni udało się nam zrobić małą pętlę po wodach Fidżi, przepłynąć 600 mil i odwiedzić kilka miejsc nie tkniętych turystyką.
18 czerwca prawie wszyscy się rozjechali. Natalka, Adam, Tomek i Jarek pofrunęli ku swoim domom, a Mariusz na kilka dni wyskoczył do Kanady. Ja z Tomkiem zostałam na Katharsis, by przygotować się na przyjazd kolejnej ekipy. Tym razem zjechać się miała moja wesoła rodzinka – rodzice oraz siostry z mężami i dziećmi. Tomek kilka następnych tygodni spędzi w Polsce ze swoją rodziną, a Mariusz poprowadzi moją bandę barbarzyńców (tak ich pieszczotliwie nazywam, gdyż 10 osobowa ekipa z czwórką dzieci, to naprawdę wesoła grupa) przez Fidżi, Vanuatu aż ku Wyspom Salomona.
Przed kolejnym rejsem czekało nas uzupełnienie zapasów. A wiadomo, że zaprowiantowanie dla 12 osób na miesiąc nie jest łatwym zadaniem. Na szczęście wszystko przebiegło sprawnie. Pewnie dlatego, że moja rodzinka mogła to już przećwiczyć w Meksyku półtorej roku temu. Wracającego na Katharsis kapitana przywitaliśmy chlebem i solą. Mój szwagier Artur zdążył się zaopatrzyć w Suva w tradycyjny strój fidżijski, czyli malo (koszulę) oraz sulu (spódnicę za kolana). Także Mariusza witało pachole w stroju ludowym. Po powitalnych rytuałach mogliśmy ruszyć w morze.
Naszym pierwszym celem było odwiedzenie Kadavu. Mariusz odczuwał pewien niedosyt i chciał tam jeszcze wrócić. Tym razem pogoda była jak dzwon. Nie dość, że towarzyszyła nam jedynie delikatna bryza, która pozwoliła spokojnie na żaglach dotrzeć do Astrolabe Reef, to jeszcze przez kilka kolejnych dni słońca nie zasłaniała żadna chmurka. Po dopłynięciu do Dravuni na Kadavu udaliśmy się ze świeżo zakupionymi w Suva korzeniami kava na ląd na sevusevu. Przyjęci zostaliśmy wraz z załogami trzech innych jachtów w bure przy plaży. Pomimo, że wódz nie dał rady dotrzeć na spotkanie z nami, sevusevu się odbyło. Przekazaliśmy kava, poczęstowani zostaliśmy w zamian grogiem i udzielono nam pozwolenia na korzystanie z uroków Dravuni, kilku innych małych wysp oraz otaczających ich wód.
Jeden dzień spędziliśmy na plaży przy wiosce na Dravuni, a na kilka kolejnych przenieśliśmy się w okolice bezludnej Namara Island. Znaleźliśmy tam zaciszne miejsce z niesamowicie przejrzystą wodą oraz żywą i kolorową rafą przy samej plaży. Godzinami można było nie wychodzić z wody. Dla dzieciaków wiadomo było, że będzie to podwodny raj. Jak spławiki siedzieli przez cały dzień w wodzie obserwując podwodne życie i mocząc się w ciepłej wodzie. A i moi rodzice pierwszy raz dali się namówić na pływanie w masce z rurką. Myślałam, że nie wyciągniemy mojego taty z wody… tak mu się spodobało.
Warunki były na tyle sprzyjające, że robiliśmy pontonem wypady na oddaloną od naszego kotwicowiska o dwie mile Astrolabe Reef. Snorklowanie było tam tak przepiękne, że nawet nie odczuwaliśmy z Mariuszem potrzeby zejścia pod wodę ze sprzętem do nurkowania. Mariusz testował swoje nowe płetwy do freedivingu i na bezdechu schodził na kilka metrów, by podziwiać uroki rafy. Moje siostrzenice próbowały naśladować Mariusza i nawet całkiem nieźle im szło. Byłam z nich dumna.

Pusta plaża na bezludnej Namara okazała się także idealnym miejscem na zorganizowanie pikniku. Chłopacy rozpalili z suchych liści palmowych i bambusów ognisko, na którym upiekliśmy rybę oraz szaszłyki. Ucztowaliśmy siedząc na palmowych liściach w cieniu tropikalnych drzew. Było po prostu rajsko. A do tego pogoda nas wprost rozpieszczała.


Responses

  1. Patrząc na zdjęcia obecne i te wstecz można odnieść wrażenie, że najczęściej łowioną rybą na Katharsis II jest mahi-mahi, prawda ? 🙂

    • Tak to może wygląda, gdyż mahi-mahi zawsze robi wrażenie na załodze i jest zawsze fotografowane. Najczęściej łapiemy tuńczykowate. Trochę to też zależy od miejsc, w których jesteśmy. Na pełnym morzu czasami łapie się marlin, ale ten zazwyczaj wygrywa z nami.

      • Hanuś, wasza pozycja na dzień 14/15.07 to Nadi na Fiji (zachodnia część wyspy) czy Matagi Island na wschód od Fiji ?

      • 15.07 byliśmy w Lautoka na odprawie granicznej na zachodzie Fidżi 🙂

      • Lautoka ~Nadi , obie lokalizacje bardzo blisko siebie 🙂 Pytałem, ponieważ chciałem zweryfikować wiarygodność jednej z aplikacji do śledzenia AIS`a na jachtach . Można powiedzieć , że z małym błędem ( wynikającym z opóźnienia czasowego) ale działa 🙂 Pozdrowienia do … Port Vila, Efate 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: