Napisane przez: Hanuś | 2014/08/03

Vanuatu – drodze na Malakula

Po ekscytującym pobycie na Tanna ruszyliśmy na północ ku brzegom Erromango. Wyspa ta słynie z lasów kauri. Dotąd drzewa te kojarzyły mi się jedynie z Nową Zelandią. Tam nie udało nam się z Mariuszem ich zobaczyć, dlatego chcieliśmy odwiedzić tutejszy las z drzewami-gigantami, z których budowano łodzie i maszty. Całodniową wyprawę pieszą można zorganizować z jednaj z wiosek na zachodnim wybrzeżu. Niestety wiejący silny zachodni wiatr uniemożliwił nam zakotwiczenie po tej stronie wyspy. Lasy kauri może przyjdzie nam jeszcze gdzieś zobaczyć. Schronienie znaleźliśmy przy wschodnim wybrzeżu Erromango w pobliżu wioski Potnarvin w zatoce o uroczej nazwie – Polonia Bay. Wysokie wzgórza wyrastające niczym z wody przypominały nam Pitonsy na St. Lucia na Karaibach. Całe porośnięte zielenią górowały nad zatoką dając świetną ochronę od zachodnich wiatrów. Kotwicę rzuciliśmy późnym popołudniem. Pobyt w Port Resolution i obcowanie z wulkanem przypłaciliśmy zasypaniem łódki wulkanicznym pyłem. Będąc jeszcze przy Tanna spłukaliśmy tylko część brudu z kokpitu, planując generalne porządki już z dala od dymiących wzgórz Yasur. Nasz pobyt przy Erromango upłynął nam na porządkach. Od rana wszyscy zabraliśmy się do roboty. Nawet Antoś biegał z przydzieloną mu szmatką i bardzo chciał wszystkim pomagać. A było co robić… Szaro-czarny piasek próbował wedrzeć się we wszystkie zakątki na Katharsis. Na szczęście będąc w Port Resolution ogłosiliśmy zakaz otwierania okien, więc pod pokładem nie było aż tak źle, ale i tam nie brakowało śladów po wizycie przy wulkanie.
Po pracowitym dniu nie bardzo mieliśmy siły na eksplorowanie lądu. Chcieliśmy się wybrać do wioski, tym bardziej, że rano podpłynął do nas wódz, żeby się przywitać i zaprosić do siebie. Zapewniał, że jesteśmy bardzo mile widziani w jego zatoce. Jako, że najczęściej wieją tu wschodnie i południowo-wschodnie wiatry, a poza tym na zachodnim wybrzeżu przyciągają żeglarzy lasy kauri, niewiele łódek tu zagląda. Chęci mieliśmy na wyprawę na ląd, ale sił zabrakło. Trzeba się było zrelaksować, gdyż jeszcze tego wieczoru opuścić mieliśmy przytulną Polonia Bay. Wódź podpłynął jeszcze do nas z krótką wizytą popołudniową. Nasz wódz pogawędził z lokalnym przywódcą, przygotowaliśmy trochę podarków dla mieszkańców wioski, a przede wszystkim dla ośmiorga dzieci wodza i tam zakończyła się nasza przygoda z Erromanga.
21 lipca o godzinie 2200 podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do stolicy Vanuatu – Port Villa położonej na Wyspie Efate. Na miejsce dotarliśmy po 13 godzinach żeglugi. Dla Dorotki, Arcia i Zośki był to port końcowy w tym rejsie. Na 23 lipca zaplanowany mieli powrót do kraju.
Do mariny w Port Villa nie zdecydowaliśmy się wpływać – wybraliśmy ulubione przez nas kotwiczenie. Stanie w porcie bywa wygodna ze względu na dostęp do wody i prądu, czy łatwość w przedostawaniu się na ląd, jednak pobyt na kotwicy daje poczucie wolności i niezależności. Po rzuceniu kotwicy wybraliśmy się wszyscy do centrum Port Villa. Ostatnim naszym kontaktem z większym miastem był pobyt w Suva na Fidżi pod koniec czerwca. Suvasuva było raczej senną wioską. Po miesięcznym oderwaniu od zgiełku miejskiego wszyscy byli zadziwieni jak jest głośno i gwarno. Na pierwsze zimne piwko i lody na Vanuatu usiedliśmy w kafejce przy najważniejszej arterii stolicy Vanuatu. Oczywiście główna ulica Port Villa, to nie Marszałkowska w Warszawie, ale i tak ruch samochodów, spaliny, natłok ludzi wydał się wszystkim niezwykle męczący. Trochę się z siebie śmialiśmy, że kilka tygodni na łonie natury, a nam już w małym Port Villa za głośno.
22 lipca wyprawiliśmy na Katharsis uroczystą kolację dla załogi w komplecie, a następnego dnia ze smutkiem żegnaliśmy się z Dorotką, Arciem i Zośką. Każdemu kręciła się łezka w oku, bo dobrze nam było razem. Gdy wyjeżdżająca trójka wsiadła do taksówki, to Antek zaczął płakać, jakby dopiero do niego dotarło, że jego ciocia Dorotka wyjeżdża. Następnego dnia w zmniejszonym składzie popłynęliśmy na zachodnie wybrzeże Efate. Po drodze mijaliśmy Wyspę Eretoka, nazywaną Kapeluszem. Jest to miejsce tabu dla mieszkańców Vanuatu i bez specjalnego pozwolenia nie wolno na nią wchodzić. Legenda głosi, iż w 1265 roku pochowany tam został słynny wódz Roy Mata. Zasłynął on zaprowadzeniem pokoju i zjednoczeniem kilku klanów. Został on otruty przez zazdrosnego brata w jaskini Feles na Wyspie Lelepa. Na znak solidarności i oddania mu czci pochowanych zostało wraz z nim 18 wodzów zjednoczonych klanów wraz z 21 żonami. Część z nich została odurzona mocnym kava i pochowana żywcem. Nawet kobiety, dla których kava była zabroniona, zostały poczęstowane tym narkotycznym trunkiem, by mogły z godnością znieść hołd oddawany kochanemu wodzowi. Ci, na których kava nie podziała odpowiednio mocno zostali przed zakopaniem poszlachtowani. W latach 60-tych ubiegłego wieku francuski archeolog Jose Garanger postanowił sprawdzić autentyczność tych lokalnych przekazów. Na Hat Island odnalazł on 41 szkielety. Jeden z nich ozdobiony był wieloma bransoletami wokół kostek i naszyjnikami z kłów dzikich świń, co wskazywało by na bardzo ważną osobistość. Mogły to być szczątki wodza Roy Mata.

Przed planowanym noclegiem na kotwicy w Havannah Harbour położonym pomiędzy północno-zachodnim brzegiem Efate a Wyspą Moso zatrzymaliśmy się na nurka przy Paul’s Rock. Po przerwie nareszcie zeszłam pod wodę. Miejsce zaskoczyło mnie ilością ryb, zarówno tych maleńkich, takich w sam raz na patelnię, jak i całkiem dużych okazów. Nie brakowało też najróżniejszych rodzajów koralowców i uroczych ukwiałów z błazenkami.
Ostatni dzień w okolicach Efate Mariusz postanowił spędzić przy Wyspie Lelepa. Poza rajską plażą, która była wyłącznie dla nas, dużą atrakcją było zwiedzanie jaskini, w której podobno otruto wodza Roy Mata.
Po dniu spędzonym przy Lelepa Island popołudniu pożeglowaliśmy do Lamen Bay na północno-zachodnim krańcu Wyspy Epi. Zatoka ta jest domem dla dużych żółwi morskich i morświnów. Na miejsce dotarliśmy o świcie. Mariusz zaplanował w Lamen Bay krótki postój na snorkling. Na poszukiwanie żółwi i diugoni wybraliśmy się wczesnym rankiem. Diugoń, to taki duży ssak z rzędu syren, podobny do foki ale niezdolny do życia na lądzie. Nie wiem czy pora była niewłaściwa, ale żadnego diugonia nie spotkaliśmy. Jednak widok pływających dostojnie żółwi i bogate życie w zatoce wystarczająco uatrakcyjniło pływanie z maską i rurką.
Jeszcze tego samego dnia tuż po 1200 podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy ku brzegom Malekula, gdzie planowaliśmy spędzić następne dni. Neptun zafundował nam piękną żeglarską pogodę – 30 węzłowy wiatr od rufy i słońce. Na samej genui pomknęliśmy po falach do Banam Bay.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: