Napisane przez: Hanuś | 2014/08/17

Solomon Islands – Guadalcanal

Dwutygodniowy pobyt na Vanuatu pozwolił nam poczuć smak tego bardzo tajemniczego kraju. Szczególnie pobyt na Tanna i Malakula przybliżył nam egzotykę tego regionu. Chętnie zostalibyśmy dłużej, odwiedzając jeszcze chociażby Ambryn i Pentacost, czy Banks Islands na północ od Spirito. Ale taki to już urok żeglugi po morzach i oceanach, że zawsze musi pozostać pewien niedosyt, by chcieć powrócić w dane miejsce.

Wyspy Salomona, leżące kilkaset mil na północny zachód od Vanuatu były kolejnym celem naszego rejsu. Mariusz nigdy tu wcześniej nie zawitał i bardzo cieszył się z możliwości wpłynięcia na nieznane mu wody. Z drugiej strony obszar ten rzadko odwiedzany jest przez żeglarzy, ze względu na ograniczone poczucie bezpieczeństwa w rejonie Wysp Salomona, a zwłaszcza Papua Nowej Gwinei, co dodawało temu etapowi naszej podróży dodatkowy dreszczyk emocji. Na Wyspy Salomona składa się dziewięć prowincji. Początkowy plan zakładał odwiedzenie wschodnich prowincji, zmianę załogi w Honiara i żeglugę do zachodniej części archipelagu. Konieczność krótkiego naszego wypadu do kraju w drugiej połowie sierpnia wykluczyła Honiarę jako miejsce postoju Katharsis II, ze względu na brak bezpiecznego tam kotwicowiska. Stąd postanowiliśmy ze smutkiem płynąć od razu do odległego od Luganville o 800 mil Gizo, stolicy Western Province.

Prognozy pogody niestety w pełni się spełniły. Początek rejsu z Vanuatu na Wyspy Salomona odbywał się przy niewielkiej ilości wiatru, za to z dużymi, kwadratowymi falami. Pomimo, że nasza załoga była już przyzwyczajona do bujania, to rylanie na wszystkie strony i zabawa w bańkę wstańkę pokonała ich. Na posterunek wróciły wiadra i miski. Musieliśmy z Mariuszem ogarnąć jakoś to całe zamieszanie. Gdy zaczęło się rozwiewać i w końcu można było postawić żagle, sytuacja zaczęła się stabilizować i powoli wracały humory. Niestety nadciągnęła zapowiadana przez prognozy strefa konwergencji i pojawiły się ulewne deszcze, silne szkwały i morze znowu nieprzyjemnie (dla naszej delikatnej załogi) rozbujało się. Drugie uderzenie choroby morskiej, chociaż słabsze w dolegliwościach fizycznych, mocniej oddziaływało na psychikę. Pewnie dlatego, że każdy chciał się już dobrze czuć, a tu dopadała jakaś niemoc. Wszyscy się bardzo mobilizowali, jednak łatwo nie było. Mariusz postanowił zmienić plany i podzielić ten etap rejsu na więcej krótszych odcinków. Powróciła więc koncepcja odprawienia się w Honiarze i zakotwiczenia u brzegów słynnej z walk podczas bitwy o Pacyfik Guadacanal. Pozwoliło to skrócić męki załogi o półtora dnia, co spotkało się z entuzjazmem. Nowy plan zakładał zatrzymanie się na południowo-wschodnim krańcu Guadacanal. Znajduje się tam przepiękna laguna Marau, gdzie mieliśmy odpocząć, pozwolić naszej załodze zebrać siły, a następnie wzdłuż północno-wschodniego brzegu popłynąć do Honiary. Oznaczało to, iż nasz pierwszy postój na Wyspach Salomonach będzie nielegalny, gdyż przed odprawą celną, imigracyjną i kwarantanną. Mariusz nie lubi tak postępować, jednak wydawało się, że w tym dzikim zakątku świata nie będzie to miało wielkiego znaczenia i nikomu to nie będzie przeszkadzało. I rzeczywiście tak było. Musieliśmy jeszcze skontaktować się z Misiem, który był w drodze na łódkę i poinformować go, że odbierzemy go w Honiarze, a nie w Gizo. Wszystko udało się pozmieniać i dzięki temu spędziliśmy wspaniały czas w Marau. Po dopłynięciu wyprawiliśmy zaległe urodziny mojemu tacie, a cały następny dzień upłynął na plażowaniu i moczeniu się w kryształowo czystej wodzie laguny. W Marau doszło także do naszego pierwszego spotkania z mieszkańcami Wysp Salomona. Zasłyszane opinie innych żeglarzy o dużym zdystansowaniu i często wrogości lokalnej ludności rozminęły się z naszymi doświadczeniami. Widocznie mieliśmy szczęście, bo zostaliśmy miło przywitani. Od razu podpłynął do nas na swojej małej łódeczce Joe, który pokazał nam najlepsze miejsce do kotwiczenia i zaprosił do odwiedzenia swojej wioski. Stanęliśmy w pobliżu Wysp Marapa i Twa’Ihi. Na Marapa znajduje się wioska Marau, a na Twa’Ihi niewielki hotel Tavanipupu, będący własnością sympatycznej Amerykanki, którą spotkaliśmy później w Honiarze. Wizyta w wiosce wywarła na nas duże wrażenie. Tradycyjne domy budowane z materiałów pozyskanych z dżungli znacznie różniły się od tych odwiedzanych przez nas na Vanuatu. Technika budowlana wydała się znacznie bardziej wyrafinowana. Proste konstrukcje osadzone niemalże na ziemi z klepiskiem i dwuspadowym dachem na Vanuatu, zastąpione zostały na Salomonach domami na palach, z wydzieloną częścią tarasową. Ściany sprawiają wrażenie solidnych, a dachy składają się z kilku płatów. Nabrzeże również zostało dobrze zagospodarowane i zaopatrzone w solidny pomost. Do niego przycumowano łódki mieszkańców wioski, w tym także pirogi uczniów, którzy codziennie przemierzają lagunę w drodze do szkoły. Podczas, gdy my dopływaliśmy do wioski naszym pontonem wyposażonym w 50 konny silnik, do brzegu zbliżała się trójka adeptów szkolnych. Dwie dziewczynki dziarsko wiosłowały w tylnej części łódki, a młodzieniec na dziobie z werwą wybierał na bieżąco wodę. Jak się później dowiedzieliśmy dzieciaki codziennie dopływają do szkoły na drewnianych dłubankach z pni drzew, chyba że laguna jest mocno wzburzona lub bardzo pada. Przy złej pogodzie uczniowie zmuszeni są do wagarowania. Po wiosce oprowadzeni zostaliśmy przez ojca Joe, który przedstawiał nam sporą gromadkę swoich wnuków i opowiadał o życiu w wiosce. Poza porządnymi jak na takie warunki domami, to uderzała nas bieda tych ludzi. Starają się pozyskać jedzenie z dżungli i wody, ale nie zawsze okazuje się to łatwe. Skarżono się nam, że ostatnio było mało opadów i od razu wpłynęło to na plony bananów. No i ubrania… Większość dzieciaków chodziło na golasa i podejrzewam, że nie wygoda, czy upał na to wpływały… Ciężko było patrzeć na uczennicę, która musiała zdjąć dumnie noszony szkolny mundurek i zamienić go na szmatkę, która z trudnością przypominała spódniczkę. Joe próbując sprzedać nam rzeźby lokalnych artystów oraz muszle prosił nie tylko o pieniądze, ale przede wszystkim o ubrania. Po wizycie w wiosce, wszyscy przejrzeli swoje ciuchy i przygotowaliśmy sporą kupkę do przekazania do Marapa.

Wiatr zelżał podczas naszego pobytu w lagunie. Żegluga do Honiara odbyła się więc bez żadnych przygód. Stolica tego kraju nie jest osłonięta naturalną zatoką. Port jest niewielki, osłonięty z jednej strony falochronem przed przeważającymi wiatrami wschodnimi i rafą od zachodu. Wewnątrz znajdują się zaledwie dwie keje – jedna dla marynarki wojennej i druga dla niedużych statków. Nam nie pozostało nic innego jak rzucić kotwicę w samym środku portu, czym skutecznie zablokowaliśmy wejście. Doszło do wymiany poglądów między Mariuszem i portem, ale na szczęście dla nas, jedyna bojka dla statków była wolna i przestawiliśmy się bezpieczniejsze miejsce. W Honiarze spędziliśmy zaledwie jeden dzień. Cudem udało nam się w tak krótkim czasie (jak na tutejsze warunki) załatwić wszystkie formalności. Przez cały dzień krążyliśmy pomiędzy urzędami, aż w końcu uzyskaliśmy wszystkie podpisy, kwitki i niezbędne pieczęcie. Udało się nam uzupełnić zapas jajek, których nie mogliśmy dostać na Vanuatu oraz świeżych warzyw. Miasto nie wywarło na nas pozytywnego wrażenia. To miejsce nie sprzyjało dłuższemu pobytowi. Często zachodni żeglarze przesadzają w swych opisach, jednak kiepskie kotwicowisko, brud i bałagan po kwietniowym cyklonie Ita oraz obawa o bezpieczeństwo jachtu wymuszało na nas szybkie wypłynięcie. Na czas dotarł Misio i po kilku przywitalnych piwkach w jacht klubie opuściliśmy z ulgą Honiarę, by pożeglować na zachód.


Responses

  1. coraz to ładniejsze widoki i fotografie 🙂

  2. Jestem jednym z tych skrytoczytaczy co nieustannie czekają na kolejne wpisy:) Mam nadzieję, że omijacie wszystkie rafy i za chwilę coś opublikujecie.

  3. Kubuś! W dniu urodzin życzę Ci dużo zdrowia, szczęścia, wiatru w żagle i wszelkiej pomyślności . Buziaki dla całej załogi!

  4. Piękne fotografie ❤ czekam niecierpliwie na kolejny wpis !!
    A, że dziś są urodziny mojego Taty.. 😀
    to chciałabym mu życzyć wszystkiego co najlepsze,
    dużo zdrówka,
    szczęścia,
    pomyślności,
    żeby wszystkie problemy, które go męczą odeszły,
    żeby otaczali go tylko prawdziwi znajomi i przyjaciele,
    żeby spełniał swoje najskrytsze marzenia,
    żeby zawsze był taki uśmiechnięty,
    i żeby już zawsze był takim CIEPŁYM KUBUSIEM ❤
    KOCHAM CIĘ TATO NAJMOCNIEJ NA ŚWIECIE!!!!
    P.S. młodszy już nie będziesz, tak tylko mówię :* 😛

    Buziaczki dla całej załogi!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: