Napisane przez: Hanuś | 2015/01/15

Między dwoma wielkimi wydarzeniami

Od osiągnięcia mety regat Sydney Hobart upłynęło już kilkanaście dni. Można powiedzieć, że to mnóstwo czasu, szczególnie patrząc na szybkość przepływu informacji. Jest trochę tak, że gdy na bieżąco nie przekazujesz co się u Ciebie dzieje, to jakby ciebie nie było. Często spotykam się z głosami, że relacje wysłane z opóźnieniem nie mają tak dużej wartości jak te słane „na gorąco”. Nie jest to już ciekawa informacja, bo dzisiaj tylko ta przekazywana na bieżąco się liczy. Wiem, że tak jest, ale nie zawsze znajduję czas i refleksję, żeby usiąść i napisać tekst oraz dobrać zdjęcia. W takich chwilach zazdroszczę wielkim odkrywcom sprzed wieków, którzy podróżowali, poznawali, starali się zrozumieć, analizowali, spisywali swoje relacje i potem się nimi dzielili.
Dla mnie czas od zakończenia regat do teraz był nieprawdopodobnie szybką smugą w czasoprzestrzeni, niczym kometa spadająca podczas gwieździstej nocy. Mam wrażenie, że dopiero co mijamy metę i spotykamy się ze wspaniałym przywitaniem. Już na wodzie z pontonu witają nas Michały z jachtu Cristal, a z nabrzeża dobiegają nas okrzyki sióstr Anny i Małgorzaty oraz Agnieszki z Konradem – „biało-czerwoni” … oraz powiewający w światłach latarni orzeł. Nikt z nas nie spodziewał się takiego powitania. A najbardziej wzruszające było to, że gdy po rzuceniu cum zaczęliśmy dziękować za powitanie, usłyszeliśmy: „to my dziękujemy Wam”. Startując z Sydney czuliśmy, że jesteśmy na końcu świata i robimy coś nieprawdopodobnego. A tu nagle w Hobart, w jeszcze dalszym zakątku świata, spotkało nas tyle ciepła ze strony Polaków. Ale to było tylko preludium, gdyż w następnych dniach dochodziło do kolejnych spotkań, których nie zapomnimy. Podczas pobytu w Hobart poznaliśmy cudownych ludzi. Pierwszy kontakt z pewnością zawdzięczamy siostrom Małgorzacie i Annie, które nie tylko nas przywitały na mecie, ale także zorganizowały noworocznego grilla na Mt.Wellington, angażując w to Polonię. Renata z Jackiem podjęli się przygotowania lokalnych smakołyków dla dwóch polskich załóg, a siostry z Elą i Mirkiem poświęcili nam czas pokazując okolicę.
Dzięki Jackowi, który odwiedził nas w porcie, dowiedzieliśmy się o istnieniu polskiego sklepu na Tasmanii i poznaliśmy jego właściciela Ziggiego. Ania z Marcinem, którzy wpadli do nas pierwszego dnia po dopłynięciu, stali się naszymi przewodnikami i towarzyszyli niemalże codziennie. Ania poświęciła nam czas pomagając w przygotowaniach do kolejnego rejsu. Uczestniczyła w przyrządzaniu mięsnych zapraw, pomimo, że od wielu lat jest wegetarianką!
Te kilkanaście dni pobytu w Hobart to czas spędzony z ludźmi. Wiem, że Tasmania jest niezwykle ciekawym miejscem i jest tu wiele do zobaczenia, ale może następnym razem… Z wizyty na tym krańcu świata zachowam wspomnienie spotkań ze wspaniałymi ludźmi. Intersujące okazały się nowe relacje, ale niezwykle istotne były momenty refleksji i wspominania wspaniałych chwil, które przeżyliśmy w naszym gronie podczas wyścigu z Sydney. Po tak wielkim wydarzeniu, nie dało się od razu przejść do porządku dziennego. Dla mnie udział w regatach Sydney Hobart był naprawdę czymś wspaniałym. Spełniło się moje kolejne wielkie żeglarskie marzenie!!! Każdy z ekipy Katharsis mocno przeżywał to co razem osiągnęliśmy. Mariuszowi po raz kolejny udało się stworzyć zgraną załogą i poprowadzić nas przez niesamowitą przygodę.

Zakończyliśmy sukcesem jedno wielkie wyzwanie i dokonaliśmy dla nas czegoś wyjątkowego, a już czas szykować się do kolejnej wielkiej przygody…

Ostanie tygodnie, to poza miłymi spotkaniami, także czas ciężkiej pracy i przygotowań do następnego wyzwania, jakie przed nami i jachtem stawia kapitan. Czeka na nas groźne, mroźne i pokryte wciąż jeszcze lodem Morze Rossa. Możliwe, że będzie to najtrudniejsza z naszych dotychczasowych wypraw. Jednak doświadczenie zdobyte podczas przygotowań do przepłynięcia Oceanu Spokojnego i zdobycia Hornu „z Pacyfiku na Atlantyk” oraz pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego pomagają nam niezmiernie w tych pracach. Przystosowanie jachtu oraz zaprowiantowanie dla kilkuosobowej załogi na ponad dwa miesiące jest zadaniem, które wykonujemy według ułożonego planu z dużą wprawą.
Prace dobiegają końca. Czekamy jeszcze tylko na dostawę specjalnego arktycznego paliwa, którego pozyskanie w środku astralnego lata (mówimy o 4 tonach tej cennej cieczy) okazało się bardziej skomplikowane, niż przypuszczaliśmy. Ale i to nasz kapitan zorganizował i jutro ostatni element przygotowań, czyli tankowanie. Będzie można oddać cumy i pożeglować ku groźnym wodom Oceanu Południowego.


Responses

  1. Kochani! Jestem z Wami myślami cały czas. Zróbcie co macie do zrobienia i wracajcie szczęśliwie!

  2. Super 🙂 zazdroszczę takich wypraw 🙂 pozdrawiam i życzę szczęścia w kolejnych przygodach!

  3. Cudowny jacht, rewelacyjny kapitan, niezapomniana załoga…Płyńcie kochani i wracajcie szczęśliwie:). Ale Wam zazdroszczę:) buziole!!!

  4. Śledzę Was. Powodzenia.

  5. Nic nie zastąpi zgranej załogi a dzięki waszym przeżyciom – nam , tu na lądzie rysują się marzenia o wyprawach .
    Dobrze , że mogę sobie czasem o tym pośpiewać – wtedy płynę z Wami …
    STOPY…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: