Napisane przez: Mariusz | 2014/12/30

Katharsis II w Rolex Sydney Hobart Yacht Race 2014

Mariusz

Trudno sobie wyobrazić bardziej emocjonujący moment żeglarski od startu w regatach Rolex Sydney Hobart Yacht Race. Jachty zostały podzielone na trzy grupy startujące z liniach odległych od siebie o około 400 metrów. Katharsis II oraz Selma Expedition zostały przydzielone do środkowej linii. Moim założeniem było nie pchać się za wszelką cenę do przodu, by uniknąć kolizji. Szybkość manewrów w wykonaniu naszego jachtu w porównaniu z regatowymi ścigaczami jest dużo mniejsza, o czym zdają sobie zapominać sternicy zwrotnych łódek.
Jeszcze w trakcie prezentacji żagli sztormowych wiatr zaczął tężeć. Zanosiło się na około 20 węzłów południowo-wschodniego wiatru. Zapowiadał się start baksztagowy, który dawał szansę na uniknięcie zwrotów w Sydney Harbour. Wybieranie szotów genui byłoby okupione katorżniczym wysiłkiem Wojtka, Irka i Adama. Napięcie zaczęło gwałtownie rosnąć na 10 minut przed startem, kiedy to odstawiliśmy silnik. Manewrowaliśmy na samym grocie, by zminimalizować prędkość. Minuty wlekły się w nieskończoność. Przed naszym dziobem doszło do kolizji. Na szczęście jachty tylko się o siebie otarły. Woda była wzburzona od manewrów przed startowych oraz od motorówek z widzami i łopat śmigieł helikopterów nisko latających nad nami. Napięcie zeszło, gdy padł sygnał startu i wszystkie jachty ruszyły w tym samym kierunku.
Selma zajęła świetną pozycję przy nawietrznej prawej bojce. My byliśmy o dwie długości łodzi za nimi. Selma miała nieco kłopotu z postawieniem genui, która zaczęła dotykać wody. Trymowanie naszej genuy było łatwiejsze i szybsze w jeździe z wiatrem i szybko nabraliśmy prędkości. Pozwoliło nam to zrównać się z Selmą w czwartej minucie i po chwili wyprzedzić. Och taka mała rywalizacja.
W dziesiątej minucie zaczęliśmy wyprzedzać Pasion 4 C, wchodząc między nich a Imagination, którą mieliśmy po prawej burcie. Było ciasno. Krzyknąłem, by dać luz na szocie genui i zwolnić. W tym momencie Imagination zajechała nam drogę i delikatnie ją dotknęliśmy. Nie mogłem uciekać w lewo, bo kolizja z Pasion 4 C, z którą zrównaliśmy się groziła szczepieniem takielunków. Nasze zwolnienie wykorzystał Spitit of Mateship, który chciał z kolei wcisnąć się między nas a Imagination. Ten wymusił na nas odbicie w lewo. Mimo że Pasion 4 C była już bezpieczna, manewr ten delikatnie zirytował sternika jej jachtu.
Po kolejnych trzech minutach byliśmy na pierwszej zwrotnej boi. Skręcaliśmy w prawo o 90 stopni, co oznaczało ostre wyostrzenie. Wybieranie genui tym razem trwało nieco dłużej. Większość jachtów była po naszej nawietrznej, zanim mogliśmy sami mocniej wyostrzyć. Start mieliśmy za sobą i mogliśmy odetchnąć. Teraz już tylko normalna praktyka żeglarska. Szliśmy w morze z pełnym grotem i zrefowaną genuą. Płynęliśmy szybko, robiąc cały czas 10 węzłów. Pozwalało na to płaskie jeszcze morze. Pożegnaniu z Sydney towarzyszył nam helikopter jednej ze stacji telewizyjnych. Zrobiliśmy się całkiem popularni, po akcji przygotowanej przez organizatorów regat ze Świętym Mikołajem, który przyniósł poprzedniego poranka prezenty na nasz jacht. W ten sposób byliśmy pokazani w głównych wiadomościach trzech stacji, których reporterów gościliśmy na pokładzie.
Wiatr południowo-wschodni miał utrzymywać się do sobotniego poranka. Taki początek wyścigu okazał się dla nas bardzo niekorzystny. Regatowe jachty po minięciu drugiej bojki nabrały nieco wysokości i obrały bezpieczny, bo z małym zafalowaniem kurs południowo zachodni wzdłuż brzegu Australii. Nasz jacht niestety nie jest w stanie pływać tak ostro na wiatr, jak jachty regatowe. My mieliśmy do wyboru, albo płynąć ostrym kursem, ale powoli, albo pełniejszym z normalną prędkością. Wybraliśmy to drugie i w ten sposób mieliśmy wprawdzie satysfakcję z wyprzedzania mniejszych jachtów regatowych, ale konieczność dwukrotnego odłożenia się w morze zniwelowała nasz wysiłek. Po każdym takim manewrze traciliśmy kilkanaście pozycji. Pod wieczór wiatr wzmógł się do prawie 30 węzłów. Założyliśmy drugi ref na grocie, by oszczędzić żagiel, jacht i załogę. Prędkość prawie nam nie spadła, ale mogłem czuć się bezpiecznie. Jachty regatowe płyną na ponad 100 % swoich możliwości. Kilka z nich musiało się niestety wycofać z powodu awarii, w tym dwa maxi: 80 stopowa Brindabella (rekord trasy do 2012 roku) i 100 stopowy Perpetual Loyal (największy rywal Wild Oats XI).
Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Katharsis II świetnie daje sobie radę z pływaniem pod wiatr. Gdyby jazda podwiatrowa miała miejsce w drugiej części wyścigu, moglibyśmy tak zaplanować trasę pełnowiatrową, by nie wykonywać pustych przebiegów halsowych. Ale nie ma co gdybać ani narzekać.
Sobotni poranek wygasił wiatr. Dla nas to jak gwóźdź do trumny. Początkowo, gdy wiatr osłabł do 6 węzłów, byliśmy w stanie jeszcze poruszać się powoli z prędkością 4 – 5 węzłów. Około 0700 wiatr zdechł. Przez sześć godzin nasze żagle ze smutkiem łomotały na martwej fali. Przemieściliśmy się zaledwie o kilkanaście mil i to głównie dzięki prądowi, który pojawił się na granicy szelfu.
Drugiego dnia dopiero o 1300 mogliśmy postawić naszego lekkiego genakera. Zaczęliśmy powoli rozpędzać się. Przed zmrokiem zmieniliśmy go na naszego ulubionego ciężkiego spinakera. Mile zaczęły w końcu znikać. Jeszcze przed północą weszliśmy w słynną Bass Strait. Wiatr zaczął tężeć z godziny na godzinę… Katharsis II, mimo swoich ponad 50 ton płynęła nieprzerwanie z prędkością 10 – 12 węzłów. Do porannego zwrotu przepłynęliśmy 140 mil w 13 godzin. Po zwrocie przez rufę prawy hals okazał się jeszcze szybszy, przez 6,5 godziny pokonaliśmy 80 mil morskich. Nasza największa prędkość to 16,5 węzła.
Dziesięć osób na łódce to pozornie spory tłumik. W przypadku wyścigu tego kalibru z pewnością przydałoby się jeszcze kilka osób. Cała załoga świetnie dawała sobie jednak radę. Płynęliśmy w systemie trzech wacht czterogodzinnych. Każda zmiana dawała wsparcie wachtom na dwie godziny przed i dwie po swojej wachcie. Oznaczało to w praktyce konieczność czuwania przez osiem godzin i tylko cztery godziny wypoczynku, a na nie te 4 godziny snu nie zawsze znalazł się czas. Ja dawałem ekipie wsparcie za sterem w trudniejszych momentach i pracę na radiu. Radio to osobna historia. Nie zaraportowanie pozycji trzy razy dziennie groziło karą czasową, a w przypadku nie zgłoszenia się przed wejściem w Bass Strait nawet dyskwalifikacją.
W niedzielę kontynuowaliśmy świetną jazdę. Z każdą godziną przesuwaliśmy się do góry w klasyfikacji. Wiatr zaczął tężeć. Zacząłem żałować, że nie mamy jeszcze jednego mniejszego ciężkiego spinakera. Nasze „baby” było już bowiem mocno wysłużone. W poniedziałek spodziewaliśmy się przejścia frontu i chcieliśmy dopłynąć przed nim w cień Tasmanii.
Jechaliśmy bez trzymanki. Mieliśmy postawionego całego grota oraz spinakera, mimo wiatru wiejącego do (a czasami ponad) 30 węzłów. Każdemu zwrotowi towarzyszyło obcinanie metra linki brasu spinakera, która strasznie pracowała na bomie spinakera. Wiedziałem, że prędzej czy później coś nam strzeli. Na szczęście dla nas, morze nie było w stanie się wybudować. Fale napierające na jacht potrafią wykręcić go do wiatru. Przeżaglowana łódka jest w stanie położyć się na wodzie. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, pomimo bardzo silnych porywów. Tak odważna jazda pozwoliła nam się przesunąć do przodu o 25 pozycji w ciągu 34 godzin.
Przed północą w niedzielę nasz ukochany spinaker niestety strzelił. Nie wytrzymał tak intensywnej i ciężkiej pracy. Udało nam się, pomimo silnego wiatru, podebrać go z wody. Fał spinakera (jeden z dwóch) też przepalił się. Miałem do wyboru: stawiać naszego genakera albo iść na białych żaglach na motyla. Prognoza przewidywała coraz silniejsze wiatry. Kusił mnie spinaker, ale zdrowy rozsądek zwyciężył. Oznaczało to, że możemy od tej chwili co najwyżej bronić naszej pozycji. Płynęliśmy wzdłuż brzegu Tasmanii oddaleni od lądu o jakieś 70 mil. Przez sześć godzin płynęliśmy spokojnie z prędkością około 9 – 10 węzłów. Bez szału, ale bezpiecznie.
Nad ranem wykonaliśmy zwrot ku Tasman Island, małej wysepce u wejścia do Stormy Bay (Zatoki Sztormów) prowadzącej do Hobart. Świt przyniósł świeży powiew wiatru. Już nie żałowałem, że nie postawiliśmy genakera. Zaczęło powiewać do 40 węzłów, a my i tak płynęliśmy pod pełnym grotem, genuą wystawioną na bomie spinakera na nawietrzną i na sztakslu. Łódka nie była łatwa w opanowaniu, ale załoga dała radę. Zanotowaliśmy rekord prędkości 18,7 węzła. Tak szybka jazda wystarczyła, by nikt nas nie objechał, ale nie była dostatecznie skuteczna, by przesunąć się do przodu. Morze zaczęło się wybudowywać i coraz trudniej było sterować. Przechyły mieliśmy tak duże, że dwukrotnie dotknęliśmy bomem wody. Nasz bom jest bardzo solidny i wytrzymał przeciążenie, ale Not a Dimond, który płynął naszym kursem przed nami i dzielnie przez cały czas powiewał spinakera złamał bom tuż przed Tasman Island. Wtedy postanowiłem zrefować grota.
Przy wejściu do Stormy Bay mieliśmy na celowniku osiem jachtów na przestrzeni pięciu mil. Do mety mieliśmy jeszcze 42 mile. Ciśnienie na barometrze spadło o 30 milibarów. Ciężkie chmury nad Tasmanią zapowiadały przejście zimnego frontu. Był to niesamowity malarsko krajobraz, groźnego nieba i strzelistych klifów wyspy. Nie mieliśmy czasu na kontemplację, musieliśmy jak najszybciej zwinąć motyla. Wraz z frontem wiatr zmienił kierunek. Fale zaczęły zalewać nam kokpit. To co działo się przez następne 7 godzin mogło by być osobną opowieścią. Tasmania powitała nas godnie. Wiatr wyprawiał cuda. Potrafił zgasnąć do zera, powodując bujanie się przez 45 minut. Wiał też leciutko, wymuszając stawianie spinakera. Dmuchał również w powiewach do 50 węzłów, dwukrotnie zmieniając kierunek.
Ten 42 milowy odcinek wykończył nas fizycznie. Byliśmy do tego świadkami niesamowitej tragedii. Przy Cathedrial Pilars powitał nas nisko lecący samolot z fotografem na pokładzie. Tych zdjęć już nigdy nie zobaczymy. Dwie godziny później kolejny silny szkwał przechylił go, spowodował zahaczenie skrzydłem o wodę i niechybną katastrofę. Tragedia ta rozegrała się na oczach jachtu Mistral płynącego za nami. Dwie osoby niestety zginęły.
Smutny to akcent na koniec tego ciężkiego wyścigu. Jazda w górę rzeki była również wypełniona silnymi szkwałami. Odcinek 11 milowy pokonaliśmy zaledwie czterema halsami. W ten sposób dopłynęliśmy do mety Rolex Sydney Hobart Yacht Race jako 65 jednostka. Wielką niespodziankę sprawił nam ponton z Michałami z jachtu Cristal, którzy eskortowali nas do linii mety oraz siostry Małgorzata i Anna oraz młoda para Agnieszka z Konradem, którzy witali nas śpiewami z falochronu.
Daliśmy z siebie wszystko. Przez większą część wyścigu angażując siebie i jacht na 110%. Czujemy niesamowitą satysfakcję z tego, że wzięliśmy udział w tych niezwykłych regatach. Przy korzystniejszych dla nas układach pogodowych moglibyśmy osiągnąć pewnie i lepszy wynik, ale na pewno nie daliśmy plamy. Pewną satysfakcją jest to, że po przeliczniku wypadliśmy lepiej od najszybszych jednostek: Wild Oats XI i Comanche.

Nasza załoga w Rolex Sydney Hobart Yacht Race:


Responses

  1. Gratulacje raz jeszcze, wypadliscie super i dotarliscie bez strat do celu!
    Jestescie FANTASTYCZNI!!!

  2. Serdecznie gratuluję! Fantastyczna przygoda!

  3. Gratulacje!

  4. Gratulujemy.Fantastyczny wyczyn,super odwaga.Bardzo przezywalismy wasze zmagania.Najbardziej gdy obejzelismy zdjecia. Powodzenia . Mama Tomka ciocia Jadzia i cala rodzina.

  5. Gratuluję pięknej przygody, podjęcia walki z najlepszymi, świetnej prezencji oraz doskonałych zdjęć 🙂
    Dla żeglarzy od żeglarza -stopy wody, także przy następnym Antarktycznym wyzwaniu 🙂

  6. Cześć Mariusz Magoń, gratuluje tobie i zalodze, cała rodzina śledzi regaty. Trzymam kciuki za dalszą część trasy Przemek z Piły

  7. Wspaniały wyścig, wspaniały jacht, wspaniała załoga, wspaniałe zdjęcia, wspaniały wynik.
    Gratulacje

  8. Gratuluję całej Załodze wyniku i życzę wspaniałych przygód iw 2015 roku.

  9. Jesteście absolutnie WIELCY

  10. Bravo !!! śledziliśmy prawie każdą milę waszej drogi , wypadliście doskonale, zarówno w zawodach….. jak i na zdjęciach i filmach :)))

  11. GRAATUULAAACJEEEE !!!! DeBesciaki from POLAND
    Pozdrawiamy z Gdyni

  12. Od ponad dwóch lat “podglądam” i wirtualnie przeżywam wyprawy Katharsis II.
    Gratuluję autorowi zwięzłej, emocjonującej relacji, a dzielnej załodze i łajbie wyczynu.
    Życzę równie wartościowych przygód w NR 2015!!!

  13. ..Brawo..!..gratulujemy zalodze pieknego wyczynu…jestesmy z Was dumni i zyczymy wspanialych przygod…

  14. Brawo brawo jednym tchem śledziłem wasze zmagania to naprawdę wielki wyczyn,pozdrawiam brata.

  15. Jeszcze raz ogromne gratulacje dla całej załogi. Jesteśmy z Was bardzo dumni. Pozdrawiamy i mamy nadzieję zobaczyć Was tu znowu za rok!

  16. Gratuluje wspanialego wyczynu – marzenie nie jednego zeglarza.
    Serdeczne usciski dla Hanus, Mariusza, Tomka i zalogi.
    Stopy wody….

  17. Wspaniale. Wielkie gratulacje dla Ciebie Mariusz i Twojej dzielnej Załogi.
    Duma rozpiera.
    Radek
    Katharsis I

  18. Eeeeee, tam, my ze szwagrem nie takie rzeczy po pijanemu robilim…

  19. gratulacje dla całej dzielnej załogi

  20. Jestestesmy dumni i bladzi! Przy was wygrana Polskiej reprezentacji z Niemcami to małe piwo:-)

  21. Z waszych żagli i jednostki wydusiliście po przeliczeniu najlepszy wynik.Pierwsze miejsce .To trzeba wyraznie powiedzieć.Chwała silnej załodze Katharsis 2

  22. Gratulacje dla zalogi Katharsis II a przedewszystkim dla Mariusza Kopera ze potrafil tak motywowac swoja zaloge.

    • Jestem ciekawy w jakim kierunku bedzie nastepna wyprawa.no jakie osiagneca zeglarskie sa zaplanowane?

  23. Zero poczucia humoru?

  24. Mariusz wielkie słowa uznania dla Ciebie i całej załogi. Wspaniały wynik, gratulacje.

  25. Gratuluje,niesamowity wyczyn,piekna przygoda trzymam kciuki za ciag dalszy ekstremalnych przygod zalogi Katharsis
    blog czyta sie jak dobra ksiazke
    pozdrawiam
    Lechoslaw

  26. GRATULACJE I SERDECZNE POZDROWIENIA Z BYDGOSZCZ TERESKA Z MARASEM BUZIAKI JESTEŚCIE NIESAMOWICI

  27. Wielkie gratulacje. Dzięki za emocje 🙂

  28. zazdroszczę, podziwiam i gratuluję! czytam, oglądam i rozpiera mnie duma, że mamy takich żeglarzy!

  29. Gratuluję i jednocześnie zazdroszczę odwagi. Ja nigdy bym się nie zdobył na decyzję, by wziąć udział w taaakim wydarzeniu.

    I chciałbym dodać, że zawsze poruszają mnie zdjęcia dodawane do wpisów. Są świetne! Świetne ujęcia, jakość. Pozazdrościć, że nie tylko merytorycznie super ale i okraszone odrobiną sztuki!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: