Napisane przez: Hanuś | 2015/03/09

Fiordland

Nowa Zelandia, a szczególnie jej Południowa Wyspa i Wyspa Stuart, to dla mnie wspomnienie spokoju emanującego z otoczenia, przy jednoczesnych nagłych zmianach pogody, obcowanie z dziką przyrodą, podziwianie niesamowitych krajobrazów i delektowanie się darami morza własnoręcznie wyłowionymi. Takie wrażenie wywarła na mnie ta kraina podczas naszego zeszłorocznego rejsu wokół Nowej Zelandii. Ciekawa byłam tego miejsca raz jeszcze.
Po ciężkim rejsie, jakim była wyprawa na Morze Rossa, dwa tygodnie włóczęgi po zacisznych zakątkach Zielonych Wysp miały być chwilą wytchnienia i odpoczynku dla całej załogi. Już pierwsze dni na Wyspie Stuart upłynęły w wakacyjnej atmosferze. Po przepłynięciu Cieśniny Foveaux, która ugościła nas warunkami podobnymi do zeszłorocznych, czyli silnymi prądami i trudnym do zdefiniowania zafalowaniem, zakotwiczyliśmy 3 marca późnym popołudniem w Pickersgill Harbour w Dusky Sound. Pogoda ułożyła nam harmonogram i w związku z przechodzącym silnym sztormem zaplanowała nam trzydniowy pobyt w tym miejscu. Podczas, gdy na zewnątrz hulał ponad 60 węzłowy wiatr, my staliśmy bezpiecznie w sprawdzonym miejscu i mogliśmy się oddawać nurkowaniu, łowieniu ryb i poławianiu małż snorklując lub brodząc wśród kelpu. Ja odkryłam zamiłowanie do poszukiwania owoców morza w zeszłym roku i tym razem nie przepuszczałam żadnej okazji na pobawienie się w wyławiacza tych skarbów. Jeszcze pierwszego dnia po przypłynięciu ubraliśmy się z Mariuszem w pianki, uzbroiliśmy w noże i popłynęliśmy pontonem na poszukiwanie wśród kelpu przepysznych paua i nowozelandzkich zielonych małż. Połowy zakończyły się sukcesem, a mianowicie 3 paua i workiem małż. Wojtek w tym czasie wykorzystał mały ponton i popłynął na poszukiwania małż, których przywiózł duże wiadro, a Ania, Tomek i Żuchel nałowili ryb . Tym sposobem, uwzględniając jeszcze przegrzebki z Pegasusa, mieliśmy całkiem niezły wybór owoców morza.
Od spotkanych w zatoce Nowozelandczyków dowiedzieliśmy się, że okolice skałki, nieopodal której kotwiczyliśmy to świetne miejsce na wyławianie langustynek (ang. Creyfish). Wystarczy zanurkować na kilka metrów i pozbierać ze skalnych półek te wyśmienitości. Ja nie zastanawiałam się ani chwili i od razu zabrałam się za szykowanie sprzętu nurkowego. Mariusz już zacierał ręce i obmyślał strategie połowów. Tym razem na podwodne podboje udał się z nami Tomek, który od dawna czaił się na homary, ale wciąż się te skorupiaki przed nim chowały. Po zejściu pod wodę okazało się, że widoczność jest na kilkadziesiąt metrów, a życie niezwykle bogate. Na ściance biegnącej w dół od skałki przy której nurkowaliśmy rosło mnóstwo czarnego korala. Jest to rzadko spotykany gatunek i z niego słynie między innymi nurkowo Fiordland. Widzieliśmy go z Mariuszem w zeszłym roku podczas nurkowań w Doubtfull Sound. Nazwano go czarnym koralem, a tak naprawdę są to rozłożyste drzewa w kolorze białym. Jak zobaczyłam stok pełen tych białych wachlarzy postanowiłam, że następnego nurka zrobię z aparatem fotograficznym, zamiast siatki na langusty. Podczas tego nurkowania siatka przydała się jednak jak najbardziej. Mariusz zaopatrzony był w ostry trójząb, Tomek w zaciskową pętlę, ja w rękawiczki. Tak wyposażeni wyłowiliśmy 6 homarów, z czego 3 były tak ogromnych rozmiarów, jakich jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy. To były pierwsze wyłowione w historii Katharsis II langusty, no i od razu taki sukces. Jeszcze tego samego popołudnia Mariusz, Doktore, Wojtek i ja popłynęliśmy snorklować w tym samym miejscu, gdyż chłopacy chcieli zobaczyć homary pod wodą. Był odpływ, więc wystarczyło zanurkować na 2-3 metry, żeby wypatrzeć te smakowite potwory. Polowanie zakończyło się namierzeniem dwóch skorupiaków i wyłowieniem tylko jednej paua. Niemniej pływanie w kelpie i wypatrywanie homarów było świetną zabawą. Wojtek po tej zabawie postanowił zejść z nami pod wodę następnego dnia.
Następnego dnia sztorm dawał się już we znaki. Nawet w dobrze osłoniętym fiordzie wytworzyło się zafalowanie. Nie zniechęciło nas to do nurkowania, ale niestety znacznie pogorszyła się widoczność pod wodą – z kilkudziesięciu do zalewie paru metrów. Tak jak postanowiłam poprzedniego dnia, zabrałam aparat fotograficzny, żeby uchwycić czarny koral. Poławiaczami homarów byli tym razem Ania, Wojtek i Mariusz. Nasze zapasy powiększyły się o dwa okazy.
Gdy sztorm ucichł po trzech dniach przenieśliśmy się do kolejnego fiordu – do Doubtfull Sound. Jest to rozległy fiord z kilkoma odnogami. Większość z nich odwiedziliśmy z Mariuszem i Michałem. Pozostało jeszcze nieodkryte przez nas rok temu jedno z ramion – Crooked Arm. Tam Mariusz postanowił nas zabrać tym razem. I był to rewelacyjny wybór. Dla mnie było to najpiękniejsze miejsce w Doubtfull Sound. Wąskie ramie fiordu wiło się niczym pijany wąż między wysokimi szczytami porośniętymi bujną zielenią i ozdobionymi mnóstwem wodospadów. Widoki zapierały dech w piersiach. Dopłynięcie do tego magicznego miejsca uczciliśmy zjedzeniem, po raz pierwszy od dwóch miesięcy, obiadu w kokpicie. Otocznie było oszałamiające, a i danie na talerzu niebanalne – makaron z langustynkami złapanymi przez nas w Dusky Sound poprzedniego dnia.
Po ulewnej nocy w spokojnym Crooked Arm zaraz po wschodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do kolejnego malowniczego fiordu. Obfity deszcz padający nieprzerwanie przez całą noc niezwykle zasilił wodospady usiane na stokach stromych zboczy Doubtfull Sound. Ciężkie chmury wypadały się w ciemnościach i nad ranem nie było już prawie po nich śladu, nie licząc wody w strumieniach górskich. Naszym kolejnym celem miał być słynny Milford Sound. Jednak z Doubtfull płynięcie zajęłoby nam cały dzień i dotarlibyśmy późnym popołudniem. Chcąc wykorzystać popołudnie na zobaczenie nowego miejsca, nasz kapitan postanowił popłynąć do położonego bliżej Charlses Sound, a do Milfordu wyruszyć o północy, by na żeglugę poświęcić noc i na miejsce dotrzeć nad ranem.
Mariusz wyczytał, że jedną z atrakcji w Charles Sound jest wycieczka w górę Irene River. Chcąc wykorzystać wysoką wodę, zaraz po dotarciu do fiordu, zrzuciliśmy na wodę ponton i popłynęliśmy eksplorować rzekę. Woda miała brunatny kolor i trudno było wypatrywać przeszkód, a czyhających na nas natopionych konarów drzew było sporo. Płynąć spokojną rzeką podziwialiśmy roślinność, która jest w Fiordlandzie zupełnie inna od tej spotykanej w Europie, jakby prehistoryczna. Idealnie nadawałaby się do kręcenia filmów o dinozaurach. Spokojne brzegi Irene River otaczały drzewa porośnięte mchami i porostami, a za pasem lasu wyrastały strome zbocza gór. I tutaj, tak jak w Daubtfull Sound nie brakowało wodospadów. Jeden z nich znajdował się blisko rzeki i prowadziła do niego wąska odnoga. Udało nam się do niej wpłynąć pontonem i wylądowaliśmy niemalże pod ścianą wody. Wrażenie było obłędne. Podczas, gdy Ania, Mariusz i Wojtek podeszli niemalże pod samą kaskadę, Robert i ja staraliśmy się uchwycić ten krajobraz w obiektywach. Nie było to łatwe zadanie, gdyż groziło nam zalanie aparatu i kamery w bryzie unoszącej się w powietrzu. Nasza trójka wodospadowych odkrywców wróciła do pontonu zupełnie przemoczona. Wszyscy wylewali wodę z butów, a ubrania wyglądały jak wyjęte z miski z wodą. Nie wiedzieliśmy, że na tej wycieczce czeka nas taka dodatkowa atrakcja. W Charles Sound Tomkowi udało się wyłowić zupełnie nowe dla nas ryby, w tym ogromną żabnicę.
Zgodnie z planem o północy, w blasku jasno świecącego księżyca, opuściliśmy Charles Sound i o 0800 rano 8 marca dotarliśmy do Milford Sound. Wpływaliśmy do fiordu w świetle budzącego się dnia. Majestatyczne szczyty wyrastające prosto z wody oświetlały poranne promienie i otulały mgliste obłoki. Atmosfera była tajemnicza. Wraz z budzeniem się dnia słońce grzało coraz mocniej i przyniosło nam najcieplejszy dzień od wypłynięcia z Sydney. Zakotwiczyliśmy na końcu fiordu w Deep Water Basin. Prowadzi tam wąskie i płytkie przejście. Dla nas żeglowne jest ono jedynie w okolicach wysokiej wody. Chcąc opuścić Milford Sound jeszcze tego samego dnia musieliśmy wypływać około 1600. Zatem pozostawało nam zaledwie kilka godzin na eksplorowanie tego miejsca. W zeszłym roku spędziliśmy tutaj dwa dni. Znając miejsce mogliśmy doradzić naszej ekipie dwie atrakcje. Jedną z nich jest wejście na końcówkę słynnego Milford Track. Przejście całej trasy trekkingowej zajmuje trzy dni i wymaga wcześniej (nawet z rocznym wyprzedzeniem) rezerwacji. Na wejście na jedną z najsłynniejszych ścieżek turystycznych Nowej Zelandii zdecydował się Wojtek z Zefirem. Reszta ekipy popłynęła na spotkanie z cywilizacja, czyli do jedynej tutaj knajpki z przepięknym widokiem na Milford Sound. Mi marzyło się zrobienie zdjęcia ze szczytami fiordu odbitymi w wodzie. Jednak znowu tafla wody była zafalowana i efektu lustra nie uchwyciłam.
Wizyta w Milford Sound przyniosła nam nie tylko zetknięcie z cywilizacją i zimne piwo z kufla, ale także miłe spotkanie z rodakami. Podczas kilkugodzinnego pobytu spotkaliśmy – młodą parę z synkiem, kilkuosobową ekipę z Poznania i Roberta, który przeszedł Milford Track i kończył go akurat tego dnia, kiedy i my zjechaliśmy do Milford. Tym sympatycznym akcentem skończyliśmy naszą przygodę z Fiordlandem i obraliśmy kurs na północ.
Pobyt na Południowej Wyspie utwierdził mnie w przekonaniu, iż jest to idealne miejsce do zaszycia się wśród dzikiej przyrody i rozkoszowania się darami morza.


Responses

  1. Boskie foty!!!!!!!!

  2. Kolejny wpis z fenomenalnymi fotami! Są genialne. Kolejny raz Wam zazdroszczę. Nowa Zelandia to miejsce, które bezapelacyjnie warte jest odwiedzenia… Dla takich widoków to ja mogłabym zrezygnować z wielu, naprawdę wielu rzeczy. Ale jak tylko widzę ceny biletów to zaraz cały ten entuzjazm mi mija…

  3. Nuda , nic się nie dzieje …. tylko te widoki i widoki , nurkowania i podwodne polowania. Nuda.-:)) Dobra , to teraz na serio, zacna to nagroda po zimnej Antarktydzie a jak znam życie to im bardziej na N to i ciepełka przybędzie i ciekawych miejsc do eksploracji. Trzymcie się ciepło i radośnie . Pozdrawiam , Krzychu.

  4. Jak zwykle rewelacja… Dzięki Wam, Google Earth i internetowi chociaż coś w życiu zobaczę.

  5. Rzeszów dziękuje za tą zarąbistą przygodę. Skiper + Załoga = Mistrzowie Świata. Codziennie zaglądaliśmy z tęsknotą na bloga co nowego? Każdy wpis był odlotem podróżniczym ludzi zimę spędzających w pracy i tęskniących za falami. Dziękujemy za częste wpisy. Dajecie przykład i wzór że granice są tylko w głowie. Dawniej łódki były z drewna a ludzie z żelaza, Wy macie plastikową łódkę i nadal jesteście z żelaza. Szacun – czapka z głowy. Pozdrowienia

  6. Widać „sznurki” rzucone, klar i kolejna podróż. Szczęśliwego lotu!

  7. Na dowód, że czytam Waszego bloga ten komentarz 😉 Potwierdzam – piwo smakowało w Milford Sound najbardziej chyba z uwagi na zacne towarzystwo. Nieustająco „zazdraszczający” całej morskiej wyprawy i dokonań Robert z Łodzi. Obecnie ślę pozdrowienia dla całej załogi z lodowcowych zboczy MtCook.

  8. Te widoki to coś pięknego. Chciałbym być w Waszej ekipie i zobaczyć tyle co Wy! Potem mnóstwo pięknych wspomnień i fotek:) Ogólnie super blog z ciekawymi rzeczami. Polecam go swoim znajomym. Dobra robota Panowie. Pije za Wasze zdrowie i czekam na więcej ciekawych tekstów i zdjęć 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: