Napisane przez: Hanuś | 2015/07/08

Alotau i Milnie Bay

W poniedziałek rano wyruszyliśmy na zaplanowaną wycieczkę do wioski Waga Waga i dżungli, by odnaleźć ukryty tam wodospad. Nasz przewodnik George miał do nas przypłynąć, ale spóźniał się godzinę, więc wyruszyliśmy na ląd sami. Na nabrzeżu przywitały nas zaciekawione dzieciaki. Szybko udało nam się odnaleźć naszego przewodnika. Wycieczkę rozpoczęliśmy od oglądania węgorzy rzecznych, hodowanych przez teściową George’a. Na naszych oczach karmiono te drapieżne ryby, które łapczywie pożerały podawane kąski. Mnie jednak znacznie bardziej od węgorzy podobało się całe otoczenie. W rzece, w której pływały drapieżniki, gospodynie domowe robiły pranie, a dookoła kręciło się mnóstwo dzieciaków. Trafiliśmy na czas wakacji, więc dzieciaki nie siedziały w szkole, tylko kręciły się po wiosce. Po zaliczeniu obowiązkowych węgorzy poszliśmy w głąb dżungli, by dotrzeć do wodospadu. Poza naszym przewodnikiem, towarzyszyło nam kilku chłopaków z wioski. Gdy planując wycieczkę pytałam George’a, jak długo będziemy szli do celu, mówił, że około 45 minut w jedną stronę. Po ponad godzinie marszu wciąż byliśmy z dala od celu. Zdaliśmy sobie sprawę, że nasi przewodnicy nie najlepiej potrafią ocenić czas. Może brak zegarków wpływa na taki stan rzeczy. Jednak nie tylko cel tej wyprawy się liczył, ale sama droga sprawiła mi ogromną satysfakcję. Przedzieraliśmy się przez gęstwinę dzikiej przyrody. Trasa była śliska, ale na szczęście tylko momentami stroma. Po prawie trzech godzinach wędrówki w upale zielonego buszu usłyszeliśmy hałas spadającej wody i ujrzeliśmy wodospad. Nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wskoczenia do świeżej i chłodnej wody.
Drogę powrotną zaczęliśmy od schodzenia nurtem rzeki. Ostrożnie stąpaliśmy po kamieniach brodząc w rześkiej wodzie. Nasi przewodnicy starali się nam wciąż pomagać i nas asekurować. Bardzo się przejmowali swoją rolą. Trochę to było zabawne, bo chcąc pomóc, często utrudniali nam wędrówkę. Ale trzeba przyznać, że było to bardzo urocze i miłe. Po kilkudziesięciu metrach moczenia się w rzece, wróciliśmy do dżungli, by przedzierać się z powrotem do wioski. Gdy dotarliśmy do cywilizacji (czyli pierwszych chat), Michael, brat naszego przewodnika, wdrapał się na palmę i zrzucił dla nas kilka kokosów. Dla siebie i swoich kompanów zerwał z sąsiedniej palmy kiść betelu, którą od razu wszyscy zdegustowali wraz z nazbieranymi po drodze liśćmi pieprzu betelowego i wapnem. My popijaliśmy wodę kokosową i wyjadaliśmy miękki miąższ z rozłupanych orzechów, a oni żuli orzechy betelu i spluwali na czerwono. Betel, będący używką, żują tu wszyscy od rana do wieczora. Nawet dzieciaki widać z charakterystycznie zabarwionymi na czerwono od betelu zębami i dziąsłami.
Po wyczerpującej przeprawie po dżungli powędrowaliśmy jeszcze (tym razem utwardzoną drogą) do jedynego pensjonatu w okolicy. Nie było akurat gości i kręciła się po terenie jedynie obsługa, przygotowująca pokoje dla przyjeżdżających w przyszłym tygodniu turystów. Pomimo, że pensjonat był zamknięty, udało nam się zregenerować siły na uroczym tarasie przy zimnym papuaskim piwie.
Po wyczerpującym dniu wróciliśmy na jacht, gdzie do wyjazdu do Polski szykował się Tomek. We wtorek popłynęliśmy z Discovery Bay do Alotau, by wymienić załogę. Pożegnaliśmy Tomka i przywitaliśmy Zbyszka, któremu po locie z przygodami udało się do nas dotrzeć.
Na lokalnym targu w Alotau zwyczajowo uzupełniliśmy zapasy świeżynki. Mariusz miał nadzieję na zdobycie naszyjnika, podobnego do tego, który dostałam od Gwen w zeszłym roku. George, który pochodzi z Goodenough Island – górzystej wyspy, na której wytwarza się naszyjniki z muszli bagi, nie chciał się pozbyć klejnotów, będących posagiem jego córki. Naszyjniki te stanowią dużą wartość, są swoistym pieniądzem. Co nie udało się w Waga Waga powiodło się w Alotau. W okolicach targu spotkaliśmy Papuasa, który miał naszyjnik na sprzedaż. Długo nie zastanawiałam się i wkrótce weszłam w jego posiadanie. Agacie też się spodobały te tradycyjne papuaskie naszyjniki i zapytała sprzedawcę, czy ma jeszcze jeden na sprzedaż. Miał jedynie własny na szyi. Zaproponował uczciwą cenę i Czajka dobiła z nim targu.
W składzie: Mariusz, Olka, Agata, Janek, Zbyszek i ja ruszamy na podbój Papui Nowej Gwinei. Przed nami między innymi Triobrandy, Wyspy Miłości– miejsce badań antropologicznych Bronisława Malinowskiego.


Responses

  1. Kurcze, ale tam fajnie, pozdrowienia z Rzeszowa. jacek śwagier

  2. W Omarakanie już Was oczekują 😉

    • Witam Pani Aleksandro, cieszymy się bardzo. Przesyłkę od Pani Agata i Janek mają przygotowane. Zmierzamy w stronę Trobriandów. Na każdej wyspie po drodze wspominamy, że zamierzamy odwiedzić naczelnego wodza Pulayasi’ego i wszędzie mówią o nim z szacunkiem. Damy znać jak spotkanie. Pozdrawiamy z Tewara. Załoga Katharsis II

  3. Czeeesc 🙂 Juz się nie mogę wrecz doczekac kolejnych Twoich wpisow, bo te poprzednie są naprawdę swietne 🙂 Swietne jest również to, ze swoje teksty umieszczasz tutaj, na blogu, gdzie są ogolno dostepne, dzieki czemu nawet ktos, kto Cie nie zna (na przykład ja 😉 może je przeczytac 🙂 Naprawde posiadasz niezmiernie wielki talent do pisania :p

  4. Hanuś, kiedy rejs na Hawaje ? Tam was jeszcze nie było … 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: