Napisane przez: Hanuś | 2015/07/22

Nowa Brytania

Po dwóch intensywnie spędzonych dniach na Kiriwinie, w poniedziałek 13 lipca o zachodzie słońca podnieśliśmy kotwicę i opuściliśmy Port Kaibola obierając kurs na północny kraniec Nowej Brytanii. Prognoza pogody po raz kolejny się nie sprawdzała. Zapowiadana była bezwietrzna aura, ale na nasze szczęście wiał silny południowy wiatr o sile powyżej 28 węzłów. Widząc, jakie mamy warunki, Mariusz postanowił postawić grota na drugim refie i staysaila. Niby nieduży zestaw żagli, ale przy tak silnym wietrze bez problemu osiągaliśmy prędkość 10 węzłów, a nierzadko śmigaliśmy z regatową prędkością 12 węzłów. Do pokonania mieliśmy dystans 300 mil morskich. Wiatry sprzyjały nam do samego końca, dzięki czemu udało nam się do Kokopo dopłynąć w 30 godzin. Dopływając do Kokopo wyszliśmy z kręgu kula i wpłynęliśmy do wulkanicznej krainy zamieszkiwaną w większości przez Tolai.
Mariusz planował, by dotrzeć do Kokopo w środę rano, kiedy to rozpoczynał się Festiwal Warwagira. Będąc o 2 nad ranem mieliśmy jeszcze chwilę na drzemkę. Festiwal corocznie rozpoczyna się od przypłynięcia na plażę w Kokopo Duchów Leśnych (dukduks) wraz z towarzyszami. Mieli oni pojawić się o wschodzie słońca, czyli około 5 nad ranem, a przypłynęli dopiero o 0630. Od świtu widzieliśmy tłumy czekające na pojawienie się pirogi z tancerzami. My czuwaliśmy w kokpicie, a dokładniej Mariusz z lornetką wypatrywał mające zbliżać się do plaży łodzie, ja drzemałam w kokpicie, a reszta załogi w kojach. Jak tylko delegacja pojawiła się na horyzoncie wskoczyliśmy z Mariuszem do pontonu i pomknęliśmy, by przyjrzeć się uczestnikom festiwalu z bliska. Cały konwój składał się z tradycyjnej pirogi oraz asekurujących ją kilku łodzi z silnikami. Pirogę zajmowały Duchy Leśne, czyli tancerze w strojach z liści ze szpiczastymi papierowymi maskami na głowach. Tańczyli oni w rytm wybijany przez grupę z bębnami znajdującą się na asekurujących łodziach. Wszyscy mężczyźni mieli odkryte torsy, a na pasie przewieszone laplapy. Twarze wysmarowane mieli popiołem. Ich postury wzbudzały respekt, głównie za sprawą rzeźby mięśni. Mężczyźni byli więksi, w porównaniu do mieszkańców południowo wschodniej Papui i mieli w swym wzroku coś elektryzującego i groźnego. Po wylądowaniu na plaży przybyłych przywitał tłum oczekujących. Wśród gapiów było wielu Tolai i znaczna grupa białych turystów. Pokazy festiwalowe odbywały się od godziny 1000 na placu nieopodal plaży. Grupy, które nie przypłynęły łodziami dojeżdżały na festiwal ciężarówkami. Przyglądać się występom pojechali Agata, Janek, Olka i Zbyszek. Mariusz i ja zostaliśmy na pokładzie. Kokopo ma bardzo złą reputację i kręci się tu mnóstwo łódek z szybkimi silnikami, dlatego nie chcieliśmy zostawiać Katharsis II bez opieki. W okolicach Kokopo dochodziło do napadów na jachty, dlatego zostaliśmy tam jedynie na jeden dzień bez dodatkowego noclegu, pomimo, że festiwal miał trwać do niedzieli. Te kilka godzin musiało nam wystarczyć, żeby nacieszyć się festiwalem, gdyż bezpieczniej było z Kokopo odpłynąć i przenieść się o kilkanaście mil w okolice Rabaul. Nasza delegacja na lądzie obejrzała kilka tańców Duchów Leśnych, odwiedziła targ i w pełni usatysfakcjonowana wróciła na jacht. Ekipa stwierdziła, że nie pasujemy do sporej grupki białych turystów, przybyłych na festiwal i jeden festiwalowy dzień w zupełności nam wystarczy.
Do Simpson Harbour przy Raboul wpłynęliśmy późnym popołudniem. W tych mało bezpiecznych rejonach, zwłaszcza przy większych skupiskach ludzkich, dobrą praktyką jest pojawianie się w nowym miejscu na noc i zostawanie tylko na jeden następny dzień. Przed kolejnym zachodem słońca dobrze jest już podnosić kotwicę i odpływać w nowe miejsce. Nie daje to możliwości lokalnej ludności, która może mieć złe zamiary (a wiemy, że incydenty się zdarzają – nawet na Kirwinie doszło do próby kradzieży i małej przepychanki), by zorganizować się przeciwko nam. Taką taktykę zastosowaliśmy w Raboul, pomimo, że ma opinię bezpiecznego miejsce. Po spokojnej nocy, wybraliśmy się na wycieczkę. W okolicach Yacht Clubu wiało pustką, ale Mariuszowi i Zbyszkowi udało się jakoś zorganizować transport. Niesamowitym jest to, jak miejscowi, przy braku konkurencji próbują naciągać turystów. Początkowa oferta na zwiedzanie okolic opiewała na 1300 kina, czyli około 2000 zł. Mariusz nie lubi się targować i stara się wspomagać, jak tylko można lokalną społeczność, ale to była przesada. Zgodziliśmy się na 500, co i tak było wygórowaną stawką.
Rabaul było niegdyś stolicą prowincji Wschodnia Nowa Brytania. Po zasypaniu miasta przez pył wulkaniczny po erupcji wulkanu Tavurvur w 1994 roku stołectwo przeniesiono do Kokopo. Naszą wycieczkę zaczęliśmy od odwiedzenia gorących źródeł Rababa, do których droga prowadzi przez szaro-brązową pustynię pokrytą pyłem wulkanicznym, czyli miejsce, gdzie kiedyś było urokliwe miasteczko Rabaul. W niektórych miejscach widać było pozostałości po zasypanych budynkach. Widok jest przygnębiający, jeśli pomyśli się o tętniącym w tym miejscu życiu jeszcze 21 lat temu. W czasie erupcji zginęły zaledwie dwie osoby, dzień przed wybuchem ewakuowano większość mieszkańców. Życie miejskie przeniosło się w okolice portu, a półwysep, na którym stało miasto porastają pojedyncze drzewa i krzewy oraz trawy. Z perły Nowej Brytanii nie zostało nic. Wulkan odezwał się ponownie w sierpniu zeszłego roku, dorzucając do pyłu mnóstwo drobnych i większych kamieni wulkanicznych. Przy gorących źródłach przywitał nas właściciel tych ziem i grupka handlarzy pamiątkami. Od jednej z kobiet kupiłam loloi, czyli tutejsze tradycyjne pieniądze muszlowe. Zrobione są one z drobnych muszelek ciasno ponawlekanych i uformowanych w pierścień. Gorące źródła jaskrzyły się pomarańczowymi barwami, co pięknie kontrastowało z szaro-brązowym piaskiem wulkanicznym, szmaragdową wodą w zatoce, zielonym szczytem Turangunan oraz złoworogo dymiącym szarym wulkanem Tavurvur.
Nowa Brytania była częścią zamorskich posiadłości niemieckich. W czasie II Wojny Światowej bazę mieli tutaj Japończycy. Stacjonowało ich ponad 20000, z całą flotą okrętów. Zbudowali system tuneli o długości ponad 100 mil. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by odwiedzić bunkier, w którym przebywał japoński admirał Yamamoto. Podobno spędził tu ostatnią noc swojego życia, zanim wyruszył w kierunku Guadacanal, gdzie został zastrzelony przez Amerykanów. Osobiście nie przepadam za ciemnymi i ciasnymi pomieszczeniami, gdzie odczuwam klaustrofobię. Tunele również nie należą do moich ulubionych miejsc, ale zajrzeliśmy do nich w drodze ze stacji kontrolującej aktywność wulkaniczną. Ponoć w ciągu dwóch miesięcy wulkan ponownie da o sobie znać.
Mimo, że jeździliśmy odkrytym samochodem, upał dał nam się we znaki. Mieliśmy jeszcze wystarczająco sił, by odwiedzić lokalny targ i po uzupełnieniu zapasów świeżynki powrócić na łódkę. Zgodnie z przyjętą zasadą – pojawiam się i znikam – na noc udaliśmy się na odległą o kilkanaście mil, malowniczo poprzecinaną zatokami wyspę Duke of York.


Responses

  1. Wspaniała przygoda i wspaniali ludzie. Mogę serdecznie tylko pogratulować odwagi i wspaniałych przeżyć. Sam się zastanawiam czy nie popłynąć z ekipą pro-skippers na Chorwację lub Karaiby. Wasza przygoda na Kiriwinie i Nowej Brytani powoduje tylko moje szybsze bicie serca.

    Pozdrawiam was
    Michał


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: