Napisane przez: Hanuś | 2015/07/16

Trobriandy – Wyspy Miłości Malinowskiego

Po pobycie na Tewara przyszedł czas na odwiedziny Wysp Trobrianda. Do pokonania mieliśmy dystans 60 mil morskich. Akwen pomiędzy Wyspami Amphlett a Kiriwiną zmapowany jest jedynie w wąskim pasie. Głębokości w nim są niewielkie, po drodze kilka raf do ominięcia, więc musieliśmy się go ściśle trzymać i nieustannie analizować słup wody pod kilem, by nie narazić się na utknięcie na mieliźnie. Wiał znacznie silniejszy wiatr niż zapowiadały to prognozy pogody. Zamiast 15 węzłów doświadczaliśmy wiatru o sile ponad 30 węzłów. Mariusz zdecydował się na nocną żeglugę, co tylko podniosło poziom adrenaliny. Kotwicę podnieśliśmy sporo po zmroku i na miejsce planowaliśmy dotrzeć o świcie. Jednak silny baksztagowy wiatr i sprzyjające prądy pozwoliły nam pokonać trasę znacznie szybciej i już o 5 nad ranem rzucaliśmy kotwicę przy Louisa no południu Kiriwiny. Przy silnym południowo-wschodnim wietrze było to niekomfortowe miejsce na postój, gdyż całkowicie wystawione na wiatr i falę. Dodatkowo z kotwicowiska na ląd czekała nas 4 milowa przeprawa pontonem, gdyż południowy brzeg otacza płytka woda i nie mogliśmy Katharsis II podpłynąć bliżej lądu. Silny wiatr rozbudował falę i jazda pontonem wiązałaby się z zalewaniem nas przy niemalże każdej fali. Po krótkiej drzemce Mariusz podjął decyzję, iż płyniemy na północ, w okolice wioski Kaibola. Od urzędnika imigracyjnego z Alotau mieliśmy informację, iż niedawno wybudowano tam solidny pomost betonowy i że jest to dobre miejsce na kotwiczenie. Nie mieliśmy tej informacji potwierdzonej w żadnym przewodniku, ani nawet na Google Map, ale stwierdziliśmy, iż zaryzykujemy, gdyż stanie koło Louisa było fatalne. Dodatkowy atut Kaiboli to jej bliższe położenie względem Okamarany, do której się wybieraliśmy.
Warto było zaryzykować, gdyż Kaibola okazało się rewelacyjnym kotwicowiskiem przy tych warunkach pogodowych. Przy północnym brzegu byliśmy idealnie osłonięci od silnego południowego wiatru, a i informacja o pomoście się potwierdziła. Po rzuceniu kotwicy popłynęliśmy na ląd zorientować się , czy uda nam się zorganizować transport z Kaiboli do oddalonej o 8 km Omarakany. Jak tylko pojawiliśmy się na lądzie od razu zainteresowali się nami mieszkańcy wioski. Pokazywali nam swoje rękodzieła, delikatnie namawiając do ich kupna. To pierwsza wyspa, na której widać było zmiany w mentalności ludzi spowodowane kontaktami z turystami. Każdy z nas nabył przynajmniej jedną pamiątkę. Kiriwina słynie z rękodzieła. Poszczególne wioski specjalizują się w wytwarzaniu najróżniejszych rzeźb, stolików, mahoniowych lasek, naszyjników, miniatur piróg . Kupowanie wyrobów od lokalnej ludności, to nie tylko zbieranie pamiątek z podróży, ale także wspieranie mieszkańców, dla której handel z turystami, to często główne źródło dochodu. Mieszkańcy Kaibola są dobrze przygotowani do wymiany, gdyż regularnie przypływają tu duże statki wycieczkowe. Poza ciekawą wizytą w wiosce i kupnem pamiątek, udało nam się także zarezerwować busa na następny dzień, który miał nas zawieźć do Omarakany. Gdy wspominaliśmy, że jesteśmy z Polski i chcemy odwiedzić Omarakanę, bo tam 100 lat temu badania antropologiczne prowadził nasz rodak, mieszkańcy podawali nam jego nazwisko. Malinowski jest na Trobriandach bohaterem, którego pomimo upływającego czasu mieszkańcy wciąż rozpoznają. To niezwykłe dotrzeć do zakątka na Ziemi, można powiedzieć na koniec świata, i słyszeć zewsząd miłe opinie na temat swojego rodaka.
Spacerując po Kaibola spotkaliśmy tutejszego wodza i jego kanclerza, którzy zapowiedzieli się z wizytą na Katharsis II. Mariusz przywiózł ich pontonem. Usiedliśmy razem w kokpicie i po kurtuazyjnej pogawędce kanclerz Amos Mowana poinformował nas, iż wódz wioski Kaibola – Lukas Meyodibu z klanu Malasi oczekiwałby z naszej strony wsparcia pieniężnego dla lokalnej ludności. Statki turystyczne każdorazowo płacą wodzowi opłatę za postój jako dotację dla mieszkańców, więc i my powinniśmy. Stwierdziliśmy, że z przyjemnością to zrobimy. Kanclerz zaproponował kwotę 500 kina, czyli około 700 złotych. Wycieczkowce na 2000 turystów wnoszą dotację w kwocie 2000 kina. Stwierdziliśmy, że zaproponowana dla naszej 6-osobowej załogi kwota jest nieadekwatna do tej jaką przekazują statki turystyczne i zgodziliśmy się wspólnie z wodzem, że 300 kina będzie odpowiedniejszą kwotą. Wódz zaproponował także zaufanego człowieka, który za rozsądną kwotę miał z pomostu doglądać Katharsis II, podczas naszej wycieczki w głąb wyspy. Przystaliśmy na propozycję i po zrobieniu sobie pamiątkowego zdjęcia odwieźliśmy wodza i jego kanclerza z synem na ląd.
Na drugi dzień, w poniedziałek 13 lipca, czekała nas wyczekana wyprawa do naczelnego wodza Pulayasiego Daniela z klanu Tubalu do wioski Omarakany. Nasz tegoroczny rejs po Papui Nowej Gwinei zbiega się z setną rocznicą pobytu na Trobriandach Bronisława Malinowskiego, znakomitego polskiego antropologa. Nasz rodak prowadził w tym rejonie wnikliwe badania, które zaowocowały ukazaniem się kilku książek, w tym „Życia seksualnego dzikich”. Książka ta przyniosła rozgłos Malinowskiemu, a przede wszystkim sprawiła, iż zwyczaje tej niewielkiej wyspy poznał cały świat. Istotną pozycją dla świata antropologii jest także książka „Argonauci zachodniego Pacyfiku”, w której Malinowski analizuje między innymi zwyczaj kula.
Planując rejs chcieliśmy odwiedzić miejsca, w których nasz rodak prowadził 100 lat temu tak ciekawe badania. Pojawił się jeszcze jeden ciekawy, bardziej aktualny aspekt… Agata z Jankiem szykując się na wyprawę Katharsis II starali się pozyskać jak najwięcej informacji i znaleźć ciekawe książki dotyczące Papui Nowej Gwinei. Podczas swoich poszukiwań natrafili na książkę Aleksandry Gumowskiej „Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później”, która jest wynikiem prowadzonych badań porównawczych na Kiriwinie. Autorka książki dotarła do naczelnego wodza Trobriandów i, tak jak Malinowski 100 lat wcześniej, mieszkała w Omarakanie podpatrując zwyczaje mieszkańców. Następnie opisała swoje spostrzeżenia odnosząc się to badań Malinowskiego. Przed wizytą na Trobriandach była to dla nas ciekawa lektura, gdyż pozwalała nie tylko przyjrzeć się zwyczajom lokalnej ludności w dzisiejszych czasach, ale także poznać konkretne osoby. Możliwe było, że tych ludzi dane nam będzie spotkać gdzieś na Kiriwinie.
Krótko przed wyjazdem Agata wpadła na pomysł, żeby skontaktować się autorką książki Aleksandrą Gumowską, by zapytać co powinniśmy ze sobą zabrać i o czym powinniśmy pamiętać, wybierając się na Trobriandy. Pomyślała także, że może pani Aleksandra będzie chciała przekazać przez nas przesyłkę komuś w Omarakanie. Wiadomość zwrotna od Pani Gumowskiej przyszła i była w niej mowa o przekazaniu od niej naczelnemu wodzowi świni, która jest cennym towarem na Trobriandach i niezbędnym elementem ważnych uroczystości. Gdy ta informacja dotarła od Agaty do nas, to najpierw nieźle się uśmialiśmy wyobrażając sobie biegającą po pokładzie Katharsis II świnię, a już po chwili zastanawialiśmy się jak to zrobić. Tomek od razu powiedział, że zwierzę nie może wolno chodzić, bo ma ostre kopyta i zniszczy drewno tekowe. Mariusz zaproponował, że zamówimy dla świni specjalną skrzynię i przymocujemy ją do specjalnych uchwytów na dziobie, do których przypięty był podczas wyprawy na Antarktydę 1000-litrowy zbiornik z paliwem. Następnie zaczęliśmy się zastanawiać czym będziemy pasażera karmić przez kilka dni rejsu i analizowaliśmy możliwość wystąpienia choroby morskiej. Gdy temat transportu, zabezpieczenia świni i jej zaprowiantowania był omówiony, zidentyfikowaliśmy największą przeszkodzę – Zbyszek!!! Stwierdziliśmy, że gdy nasz przyjaciel i ogromny miłośnik zwierząt zapozna się ze świnią, to na pewno ją polubi. Gdy następnie dowie się, że świnia ma być przekazana wodzowi, by stać się przy istotnej okazji najważniejszym daniem w menu uroczystości, to na pewno nie pozwoli nam zwierzaka na Kiriwinie zostawić. Omawiając trudności związane z przekazaniem przesyłki od pani Aleksandry i znajdując powoli rozwiązanie dla każdej z nich, dostaliśmy wiadomość od Agaty. Okazało się, że nie będziemy wieźli żywej świni, tylko ekwiwalent pieniężny, za który wódz będzie mógł kupić świnię i uświetnić nią uroczystość we wiosce. Z jednej strony nam ulżyło, ale już zaczęliśmy się przyzwyczajać do myśli, że będziemy mieli tak nietypowego pasażera na pokładzie.
W poniedziałkowy poranek, po zostawieniu Katharsis II pod okiem zaufanego człowieka od wodza Meyobidu, pojechaliśmy do Omarakany. Nasza wizyta została zapowiedziana przez Aleksandrę Gumowską i w dzień przed naszym przyjazdem do Omarakany dodatkowo przez jedynego lekarza na wyspie, który pomógł zorganizować nam transport. Nasz przyjazd nikogo nie zaskoczył. Wódz Palayasi Daniel wraz z ulubioną żoną, jak o Boyogimie mówi w swojej książce Gumowska, oraz dziećmi, wnukami i innymi członkami rodziny, czekał w swoim domu, gdzie nas przyjęto. Wódz siedział na krześle, a wszyscy pozostali, jak i my, siedzieliśmy na podłodze na matach z liści palmowych. Z kontaktach z wodzem ważne jest, by nigdy nie mieć głowy wyżej od niego. Było to trudne zadanie dla Mariusza, bo nawet jak siedział na macie na podłodze, a wódz na krześle, to musiał się pilnować i dodatkowo garbić plecy, bo wyprostowany przewyższał wodza. W imieniu wodza przemawiali Yogs i Patimo, siedzący pomiędzy nami i wodzem. Najpierw Mariusz podziękował wodzowi, za przyjęcie nas. Następnie przekazał list od nas, do którego poza wyrazami szacunku, dołączyliśmy dotację na rzecz ludności Omarakany (nauczeni już tego zwyczaju przez wodza Kaiboli). Pozwoliliśmy sobie także na przekazanie wodzowi czapeczki z daszkiem oraz koszulki z wyhaftowaną nazwą Katharsis II. Następnie Agata złożyła na ręce Patimo Pakalaki list od Aleksandry Gumowskiej do wodza wraz z pieniędzmi na wspomnianą świnię. Porozmawialiśmy chwilę o wiosce, o badaniach naukowych prowadzonych na Trobriantach przez polskich naukowców, o zwyczaju kula, o ważnym święcie yamu (najważniejszego warzywa w jadłospisie Trobrianczyków), które nie odbyło się wyjątkowo w tym roku, gdyż mieszkańcy Omarakany musieli oddać swoje plony na rzecz budowy kościoła. Rzeczywiście spichlerze yamowe były zaledwie w połowie pełne, mimo zakończenia zbiorów. A to one świadczą o majętności i ważności tutejszych mieszkańców.
Podczas pobytu w domu wodza przyglądałam się zgromadzonym tam ludziom i starałam się przyporządkować prawdziwych ludzi, do tych o których czytałam w książce Gumowskiej. Największe wrażenie wywarła na mnie żona wodza Boyogima. Jej uroda i szlachetne rysy oczarowywały w jakiś niewyobrażalny sposób. Patrząc na tą kobietę rozumiałam dlaczego ten sympatyczny i jakby beztroski z wyglądu mężczyzna, będący wodzem zgromadzonych wokół nas ludzi, upodobał sobie tą jedną z czterech żon i dla niej złamał zwyczaj życia w odosobnieniu w tradycyjnym wodzowskim domu i zamieszkał z nią pod jednym dachem.
Po wizycie w domu wodza oprowadzeni zostaliśmy po wiosce. Obejrzeliśmy tablicę pamiątkową poświęconą Bronisławowi Malinowskiemu. Znajduje się ona nieopodal domu wodza, w miejscu gdzie sto lat temu stała chata polskiego uczonego. Ufundowana została przez Uniwersytet Jagielloński i przywieziona na Kiriwinę przez polskich żeglarzy: Monikę Bronicką i Mariusza Dalgasa. Niesamowitym jest to, że tak niewielu żeglarzy gości w tym rejonie świata, ale przynajmniej kilku naszych rodaków odważyło się na rejs w ten rzadko odwiedzany rejon świata.
Spacerując po wiosce bardzo chciałam spotkać Barbarę – córkę wodza i jej męża Mosco, o których dużo pisała Aleksandra Gumowska. Była nawet przy porodzie ich najmłodszego dziecka. Wizyta w Omarakanie wywarła na nas wszystkich duże wrażenie. Niezwykle było znaleźć się w tak egzotycznym miejscu, będącym w jakiś sposób ważnym miejscem dla historii polskiej nauki.
Po wizycie w Omarakanie nasz kierowca Kenneth zabrał nas do Lousia położonej na południu, będącej najważniejszym ośrodkiem na wyspie. Musiał tam zatankować paliwo i przy okazji pokazał nam kawałek wyspy. Wracając do Kaibola zaproponował, iż zatrzyma się w swojej wiosce Oluwefa, gdzie akurat odbywają się ważne uroczystości. Jego siostra wyprawiała sagali za ich matkę, która zmarła w czerwcu. Jest to bardzo ważna dla Trobriandczyków uroczystość. Opisuje ją w swojej książce Gumowska, dlatego wiedzieliśmy jak ważny moment w życiu mieszkańców mogliśmy obserwować. Sagali jest uroczystością żałobną organizowaną przez rodzinę zmarłego, podczas której dziękuje się wszystkim, którzy pomagali przy pochówku i w czasie żałoby. Jest to skomplikowana i kosztowna procedura zbierania dóbr, a następnie rozdawania ich tym, którzy pomagali. Gdy byliśmy na sagali widzieliśmy jak na środku placu występowała jedna po drugiej z pomagających osób, której następnie znoszono najróżniejsze dary – laplapy (materiały na tradycyjne spódnice), garnki (tradycyjne gliniane i te nowoczesne aluminiowe), nununiga, czyli pieniądze kobiece (tylko kobiety mogą nimi dysponować), prawdziwe pieniądze. Ilość darów i osób obdarowywanych była oszałamiająca. Takie wydarzenie niejednokrotnie rujnuje finanse rodzinne, ale na Trobriandach dzielenie się swym bogactwem jest fundamentem relacji międzyludzkich. Matka Kennetha pochodziła z klanu Lukwasisiga – ważnego, bo tego samego co Boyogima. Może stąd taka wystawność uroczystości sagali.
Kobiece pieniądze nununiga robione są z liści palmowych. Na zielonych jeszcze liściach wytłacza się wzory, następnie się je suszy i tnie w paski, które składane są w wiązki. Im więcej kobieta nununiga zrobi, tym większy jej się szacunek należy. Agata chciała mieć kobiece pieniądze na pamiątkę i wychodząc z sagali udało jej się nowoczesne pieniądze (banknoty kina) wymienić na kilka nununiga.
Późnym popołudniem wróciliśmy na jacht, który przez kilka godzin naszej nieobecności był pod czujnym okiem wysłannika wodza. Podekscytowani wyprawą i spotkaniem z naczelnym wodzem, pełni wrażeń opuściliśmy Trobriandy przed zachodem słońca. Pośpiech spowodowany był rozpoczynającym się w Kokopo na Nowej Brytani festiwalu masek. Chcieliśmy być obecni na jego rozpoczęciu. Szkoda, bo na Trobriandach można by było spędzić niewspółmiernie więcej czasu.


Responses

  1. Dzięki Hanuś za jak zwykle wyczerpujący opis. Zdjęcia super. „szampan na niedzielne śniadanie” – trzymacie poziom. Przejechalim znowu kawałek mapy z Wami.

  2. Bardzo Wam dziękuję za dostarczenie świni 🙂 Zrobiliście to w naprawdę pięknym stylu!!! Wzruszyłam się bardzo widząc małego Stihla i wyrośniętą Dodo, a że jadę komunikacją miejską, to ludzie spoglądali na mnie ze współczuciem. Napiszę więcej, jak dotrę do domu. Pozdrawiam!

    • Jeszcze raz przeczytałam i ponownie, już na dużym ekranie, przejrzałam zdjęcia. Widać, że Państwa wizyta wywołała niemałe pozytywne poruszenie. Mnie niezmiernie ucieszyło zobaczenie znajomych twarzy, wyrośniętych albo dojrzałych dzieci, Barbary i Mosco, Daiai nadal pod troskliwą opieką Tiny i – niespodziewanie – drogiej Sanubei piorącej przed domem. Żałuję matki Kennetha, wydawała się być nieśmiertelna, pamiętała jeszcze wodza Touluwę, którego poznał Malinowski, była szykowana na żonę dla jego następcy. Jej mąż zapisał się na kartach historii katolicyzmu na Trobriandach. Byliście Państwo na ważnym sagali. To również matka Johna K, wodza klanu Lukwasisiga podklanu Kwainama, tego, który chciał przeprowadzić na wyspie rewolucję. Pomyślnych wiatrów na dalszą drogę życzę i jeszcze raz dziękuję!

  3. Jak przyjemnie jest znów móc „podróżować” razem z Wami i podziwiać te wszystkie piękne widoki… Taaaakie „wakacje” to dopiero niesamowita przygoda, która się na zawsze w sercu zapisuje! Serdecznie Was pozdrawiam i pomyślnych wiatrów życzę 🙂

  4. Witajcie 🙂
    Fantastyczna ta Wasza przygoda na Trobriandach. Bardzo fajnie, że podróżujecie z tzw. kluczem, którym w tym przypadku jest podążanie śladami Bronisława Malinowskiego. Na pewno miejsc związanych z Polską, lub Polakami znalazłoby się na Pacyfiku więcej. Ot choćby wioska Poland (1°53’00.0″N 157°24’00.0″W) na wyspie Kiritimati (inna nazwa Christmas, ale nie ta na Oceanie Indyjskim). Więcej: http://podroze.onet.pl/ciekawe/poland-na-kiribati-problemy-i-projekt-pomocy-dariusza-zdziecha/591qeg

  5. Łał, Malinowski, „Tomek Wilmowski, Bosman” i teraz Wy. No szok, to jest coś niewyobrażalnego, jesteście Ambasadorami,kontynuatorami zamorskich podróźy realizowanych przez Polaków. Szacun, Siła i Moc dla Was. Dlatego są ważne Wasze wpisy, tworzycie historię podróży po Ziemi.Bardzo podobają się nam zdjęcia dzieci -roześmiane,ciekawe,otwarte na nowości,bez sztuczności przed aparatem. Są szczęśliwe. …., Śwagier Jacek i Agnieszka


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: