Napisane przez: Hanuś | 2015/10/10

Z Palau do Sorong w Indonezji przez Helen Reef

Po opuszczeniu Koror w czwartkowe popołudnie 1 października na spokojnych wodach przy Palau chłopacy złowili pierwszą rybę z tym rejsie – niewielkiego tuńczyka. Oby to był dobry znak i więcej ryb wskakiwało na nasz haczyk. Zdobycz została zaserwowana w formie carpaccio naszego przepisu. Cienkie plastry ryby ułożone zostały na talerzach polanych oliwą cytrynową, następnie polane mieszanką oliwy z oliwek, soku z limonek, posiekanej drobno papryczki chilli i świeżego imbiru, dobrawione solą i pieprzem. Całość została posypana płatkami parmezanu oraz kaparami i na koniec zjedzona ze smakiem.
Nasz kolejny cel to Indonezja. Jest to kraj dość mocno zmilitaryzowany i owładnięty biurokracją. My móc żeglować po tych wodach trzeba się uprzednio ubiegać o specjalne pozwolenie (CAIT), którego uzyskanie, po uprzednim przedstawieniu wszelakich dokumentów i dokładnej trasy oraz listy załogi, zajmuje minimum 4 tygodnie. Na szczęście można to zorganizować przez Internet, co Mariusz załatwił z jednym z agentów z Jakarty obsługujących jednostki niekomercyjne. Pozwolenie dotarło na kilka dni przez naszym opuszczeniem Koror. Jeszcze w Polsce wszyscy złożyliśmy wnioski wizowe w ambasadzie Indonezji, żeby usprawnić formalności na miejscu. Przygotowani na konfrontację z oficjelami ruszyliśmy na południe.
Po drodze do Sorong w Indonezji zatrzymaliśmy się na jeden dzień przy Helen Reef należącym do Palau. Jest to atol oddalony na południe od Koror o 300 mil morskich. Po bezwietrznych dwóch dniach i jeździe na silniku, na miejsce dotarliśmy w sobotni poranek. Na powitanie nas wypłynęło trzech rangers’ów, którzy pilotowali nas ze swojej motorówki, byśmy bezpiecznie wjechali do wnętrza rafy. Mariusz początkowo planował zatrzymać się jedynie na kilka godzin w przesmyku przy wejściu do wnętrza rafy i jeszcze przed zmrokiem pożeglować dalej ku Indonezji. Jednak trudno było odmówić gospodarzom i nie odwiedzić ich na wyspie. Strażnicy pilnują utworzonego tu rezerwatu oraz jaj składanych na ich niewielkiej wysepce przez żółwie zielone. Szczyt sezonu na składanie jaj przez żółwie przypada na lipiec, kiedy to wyspę odwiedzają setki tych uroczych zwierzaków. Wtedy strażnicy mają mnóstwo pracy. Ale w praktyce, to cały rok coś się u nich dzieje. Prawie co noc pojawia się jakiś żółw, którego wizytę trzeba odnotować. Jednak najwięcej zmartwień strażnicy mają z rybakami z Filipin, Indonezji i Wietnamu, którzy zapuszczają się w te rejony, by nielegalnie odławiać ryby. Znaczna część Helen Reef i wód wokół rafy objęta jest ochroną rezerwatu i wszelkie połowy są tu zakazane.
Dzień na Helen Reef upłynął na leniuchowaniu, kąpielach w lazurowej wodzie, a mi na uzupełnianiu wpisów blogowych z Palau. Na wieczór zaproszeni zostaliśmy na grilla do rangers’ów. Mieliśmy szczęście, gdyż przed nami na wyspie był statek z zaopatrzeniem, który przypływa co trzy miesiące. Ze świeżych zapasów rangers’i przygotowali udka z kurczaka i żeberka. My przywieźliśmy polski akcent kulinarny, czyli gołąbki, przygotowane przez Tomka. Nie zabrakło też rumu własnej roboty…. Wieczór musiał być udany.
Na drugi dzień rano mieliśmy dostać od naszych gospodarzy świeżo upolowane ryby. Umawialiśmy się, iż popłyniemy na połowy razem między 7a 8 rano, jednak nikt tak wcześnie się nie pojawił. Dopiero, gdy przed 12 podnosiliśmy kotwicę pojawili się zaspani rangers’i i zapowiedzieli, że płyną z kuszami po ryby dla nas. Chyba wieczór z nami ich nieco zmęczył. Gdy my przebijaliśmy się do wyjścia, oni popłynęli na rafę i wyłowili dla nas kilkanaście ryb i jednego homara, które dowieźli nam do burty, gdy opuszczaliśmy Helen Reef. Było to miłe spotkanie i pozwoliło nam przenieść się na kilka chwil do zupełnie innej krainy – rajskiej rafy koralowej wyrastającej na środku oceanu z małą wyspą ze złotymi plażami.
Po sielankowym pobycie na Helen Reef czekało nas jeszcze 230 mil do Sorong. Dystans niby nieduży, jednak warunki jakie nas czekały sprawiły, że był to wyczerpujący rejs. Przyszedł czas na ostrą jazdę podwiatrową. Wiało 20 do 25 węzłów z kierunku południowo-zachodniego. Przy kursie na południe pozwalało nam to ta żeglugę w ostrym bajdewindzie, co bardzo pogorszało komfort pod pokładem. Gdy Kaśka chciała przemieścić się na łódce, musieliśmy zupełnie zwijać przedni żagiel, by zwolnić i zniwelować przechył. Po dobie piłowania pod wiatr zbliżyliśmy się do równika. Czekało nas kolejne przecinanie równoleżnika 0, a co za tym idzie chrzest dla Neofitów. Tym razem w siedmioosobowej załodze mieliśmy trzy Nowicjuszki: Anię, Kasię i Weronikę. Ze względu na ciężkie warunki morskie, nasi łaskawi przedstawiciele Neptuna przygotowali skromną strawę i delikatny trunek, który z uśmiechami na twarzach przyjęły nasze Niewiasty. Zostały one przyjęte do świty Neptuna otrzymując nowe imiona: Anka została Remorą Palauańską, Kaśka Mandarynem Wielkopolskim, a Weronika Żarłaczem Kujawskim.
Do Sorong dopłynęliśmy we wtorkowy poranek 6 października 2015 roku. Mariusz miał kontakt do lokalnego agenta, przy pomocy którego mieliśmy nadzieję szybko załatwić wszelkie formalności. Jednak indonezyjska rzeczywistość nas prawie pokonała. Pomimo, iż mieliśmy wcześniej załatwione pozwolenie na żeglugę po Indonezji oraz wizy uzyskane w ambasadzie w Warszawie, sprawa okazała się bardzo skomplikowana…. Urzędnik imigracyjny nie chciał przybić odpowiedniej pieczątki w naszych paszportach, gdyż uważał, że musi na miejscu wystawić nowe wizy i pobrać za to specjalną opłatę w wysokości 1.000.000 rupi od osoby (około 70 USD). Celnicy z kolei zapowiadali, że uzyskanie odpowiednich dokumentów, które pozwolą nam pływać po wodach Indonezji, zajmie kilkanaście dni. Jak się z czasem okazało, to kilkanaście godzin wysiedzianych w różnych urzędach przez parę dni i przygotowanie odpowiednich kwot pozwoliło nam skrócić czas oczekiwania z dwóch tygodni do czterech dni. Wszystkie formalności pomagał nam załatwić Alex, który ze swoim kierowcą woził nas po odpowiednich urzędach i starał się usprawnić proces decyzyjny urzędników. Bez niego nawet nie wiedzielibyśmy, że konieczna jest jakaś dodatkowa opłata, dedykowana dla konkretnego urzędnika, która jest niezbędna w procesie przyspieszonej (czyli kilkudniowej, a nie dwutygodniowej +) odprawy. Szczęśliwie w piątek o godzinie 1300 uzyskaliśmy niezbędne do wypłynięcia dokumentu. Podnieśmy kotwicę i opuściliśmy Sorong obierając kurs na Raja Ampat.


Responses

  1. Jaki fajny odcinek tej bajki… Super. Weronika na pewno chciała potrzymać langustę. Pozdrowienia dla Kapitana i całej zgranej załogi.

  2. Jaki fajny odcinek tej bajki !! Super. Widać jak Weronika ma ochotę dotknąć a nawet pogłaskać langustę. Pozdrowienia dla Kapitana i całej dzielnej załogi.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: